Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierosy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą papierosy. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XLVII

11 komentarzy:
Przez dobry kawał czasu błądziłem gdzieś między granicą jawy a snu, jednocześnie mając i nie mając świadomości, co się ze mną dzieje. W końcu jednak otworzyłem oczy, by spojrzeć na wnętrze domku skąpane w półmroku wstającego dopiero co poranka. Wtedy zobaczyłem niewyraźny kształt znajdujący się na ziemi, a który doskonale widziałem mimo dość sporej odległości. To była ludzka sylwetka, co do tego nie miałem wątpliwości – nieznajomy stał i przypatrywał się domkowi na drzewie tak, jakby miał zamiar złożyć mi i Alexowi wizytę. Czekałem, wstrzymując oddech, aż ten ktoś się poruszy, zrobi cokolwiek lub po prostu sobie pójdzie. Nic się jednak nie zdarzyło. Postanowiłem więc obudzić Smith’a, lecz kiedy próbowałem się poruszyć, ze strachem zdałem sobie sprawę, że jestem sparaliżowany i nie mogę wykonać ani jednego ruchu. Nieznajomy stał nadal w miejscu, a ja wpatrywałem się w niego jak zaklęty, nie mogąc oderwać wzroku od jego hipnotyzującej sylwetki. Zjawa poruszyła się, robiąc dwa kroki w przód, a mnie ogarnęła dodatkowa fala strachu, gdyż bardzo dobrze znałem ten chód; w ten sposób chodził nie kto inny, jak mój ojciec. Zacisnąłem oczy jak najmocniej mogłem i skupiłem wszystkie siły, by odgonić od siebie obraz zbliżającej się postaci.

Nie, nie, nie, Gabriel, uspokój się, to jest niemożliwe, twój ojciec nie żyje, dlatego też wszystkie racjonalne argumenty powinny ci wystarczyć, by uwierzyć, że ten ktoś, kto właśnie idzie w stronę drabiny i zamierza się po niej wspiąć, nie może nazywać się Peter Phantomhive, gdyż jest martwy, a martwi nie żyją, nie chodzą, nie wspinają się po drabinach… - myślałem intensywnie. – To jest sen, tylko sen, zaraz się obudzisz, obudzisz się zaraz, naprawdę, naprawdę…

Do moich uszu doszedł trzask łamanych gałęzi, które leżały wokół drzewa, a później skrzypienie desek przybitych do pnia zardzewiałymi już gwoździami. Mimo woli otworzyłem oczy i wpatrywałem się w dziurę w podłodze, by ujrzeć za chwilę kogoś, kogo wcale nie chciałem widzieć. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe, a odgłosy rozbrzmiewały coraz bliżej i głośniej, miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu lub co najmniej wlókł się niczym żółw. Nagle poczułem mrowienie w kończynach; w końcu mogłem się ruszyć, więc moim pierwszym odruchem było odwrócenie się do Alexa i złapanie go za ramiona. Chłopak obudził się gwałtownie, otwierając szeroko oczy, przez chwilę mrugając nimi w zdezorientowaniu.

                - Auć, Gabriel, co się stało? – Jęknął zaspanym głosem, jednak kiedy zobaczył wyraz mojej twarzy, senność od razu go opuściła. – Jezu, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

Alex złapał dłonie, których palce wbijałem mu boleśnie w ramiona i wyswobodził się z ich uścisku. Na jego twarz wstąpił zatroskany wyraz.

                - Miałeś zły sen? – Zapytał, próbując mnie przytulić.

Uciekłem spoza zasięgu jego ramion, jednocześnie uświadamiając sobie, że odgłos skrzypiących desek urwał się, więc zjawa powinna nadal znajdować się na drabinie. Podszedłem powoli do dziury w podłodze, serce biło mi tak samo szybko, może nawet szybciej niż wcześniej. Przełknąłem ślinę i spojrzałem w dół. Drabina była pusta. Teren wokół drzewa też. Odetchnąłem głośno i klapnąłem z ulgą na podłogę domku; teraz, kiedy było już po wszystkim, zachciało mi się płakać, ale szybko przełknąłem łzy, by Alex, który przyglądał mi się uważnie, jeszcze bardziej się nie zaniepokoił.

                - Tak, i to bardzo realistyczny sen – mruknąłem, dopiero teraz zauważając, że było mi zimno.

Smith przytulił mnie do siebie bez słowa, więc oparłem czoło o jego ramię.

To jest normalne, prawda? Takie sny, czy cokolwiek to było. Jestem w żałobie, w ostatnim czasie żyłem w stresie, w moim życiu zdarzyło się tak wiele. Na pewno musiało mieć to jakiś wpływ na moją psychikę i dlatego teraz świruję. Coś takiego mogło się przytrafić każdemu, ale akurat padło na mnie, prawda? I to, że raz tak miałem, nie oznacza wcale, że już na zawsze każdej nocy będę przeżywał to samo, no nie?

Niestety nie dostałem żadnej odpowiedzi na pytania zadane w wewnętrznym monologu, ale dzięki Alexowi przynajmniej uspokoiłem serce i gonitwę myśli.

                - Już w porządku? – Zapytał, patrząc mi w oczy uważnie.

                - Tak – mruknąłem.

                - Chcesz o tym pogadać?

                - Na razie nie – odpowiedziałem z wahaniem.

                - Okej, nie ma sprawy. – Chłopak ziewnął szeroko, a potem pocałował mnie w czoło.

Gdzieś w koronie drzewa odezwały się zbudzone skowronki, które od razu zaczęły się między sobą przekomarzać. Słońce wstawało coraz wyżej i wyżej, rozpraszając szarość poranka swoimi promieniami i jednocześnie odganiając ode mnie nieprzyjemne myśli. Przyroda budziła się do życia, mimo, że powinna trwać sroga, lutowa zima; gdzie się nie spojrzało, widać było oznaki nadchodzącej wiosny, a zwierzęta chodziły niespokojne, jakby dopiero zbudzone z długiego snu. Siedzieliśmy chwilę przytuleni do siebie, patrząc przez „okno” na jezioro, które stanowiło centrum żywotności lasu. Dopiero gdy oderwałem wzrok od tego obrazu i rozejrzałem się po wnętrzu domku, napotykając wzrokiem pustą butelkę po whisky, zrozumiałem, że nie mam kaca, co było dość dziwne, gdyż sporo wypiłem wczorajszego wieczoru.

                - Zbieramy się do domu? Mój tasiemiec woła o śniadanie – mruknął Alex między kolejnymi ziewnięciami, a jego brzuch jak na komendę wydał serię bulgoczących odgłosów.

Zaśmiałem się po raz pierwszy tego ranka i to spowodowało, że zjawa mojego ojca wyparowała mi już kompletnie z głowy. Wstałem i przeciągnąłem się; zapowiadał się piękny dzień, więc nie chciałem się już martwić. Szybko spakowaliśmy swoje rzeczy do plecaka, a potem po kolei zeszliśmy na dół po drabinie. Alex, który schodził jako ostatni, zaczepił spodniami o jakiś wystający gwóźdź i rozerwał sobie kawałek nogawki, mrucząc pod nosem przekleństwa, które mieszały się z moim śmiechem. Ruszyliśmy w drogę powrotną, przechodząc znów koło jeziorka i przyglądając się małemu stadku saren buszujących w oddali po lesie, zapewne w poszukiwaniu pokarmu.

***

Mama oczywiście byłą zdziwiona, widząc nasze brudne, ale uśmiechnięte twarze, gdy weszliśmy do domu. Było dopiero kilka minut po dziewiątej rano, ale słońce wdzierało się do mieszkania przez południowe okna, nagrzewając szyby i dodając otuchy stojącym na parapecie roślinom. Łóżko w dużym pokoju było już pościelone, a Jerome siedział w luźnych ciuchach na kanapie, oglądając wydarzenia na którymś z kanałów i popijając kawę. Na nasz widok uśmiechnął się.

                - Cześć, chłopcy, gdzie to się podziewaliście całą noc?

Nie zdążyłem odpowiedzieć na pytanie, bo z kuchni przybiegła mama, ubrana w szlafrok, z nieupiętymi włosami. Najpierw była widocznie zdenerwowana, ale potem, gdy trochę pokrzyczała, uśmiechnęła się z ulgą.

                - Gabe, ty głuptasie, dlaczego mi nie powiedziałeś, ze nie będzie cię całą noc? Już chciałam jechać i was szukać, ale Jerome powiedział, że jesteście prawie dorośli i że na pewno nie planujecie zrobić nic głupiego. Macie szczęście, że go posłuchałam. Pewnie umieracie z głodu?

                - I to jeszcze jak! – Wręcz krzyknął Alex, ściągając plecak i kładąc go na podłodze przedpokoju.

Chłopak pobiegł do kuchni by pomóc mamie w nakryciu stołu, a ja spokojnie zrzuciłem z siebie buty i oparłem się ramieniem o ścianę, przyglądając się uśmiechniętej buzi Alexa. Po chwili dołączył do nich Jerome, więc w kuchni zrobił się już tłok, ale nie należał on do tych nieprzyjemnych, wręcz przeciwnie, miło było patrzeć na krzątających się o poranku ludzi.

Czy tak właśnie jest mieć normalną rodzinę? – Przeszło mi przez myśl, ale oczywiście nie uzyskałem odpowiedzi.

Poszedłem do łazienki by wziąć szybki prysznic i przebrać się w inne ciuchy, gdyż czułem się źle wiedząc, że w bluzę, którą miałem na sobie wsiąkł pot spowodowany porannym strachem. Później, gdy całkowicie odświeżony wszedłem do pokoju dziennego, śniadanie było już gotowe, a wszyscy siedzieli przy stole. Kiedy ojciec jeszcze żył (musiałem w końcu przyzwyczaić się do mówienia w ten sposób), a ja mieszkałem razem z rodziną, rzadkością było, że jadaliśmy wspólnie. Zdarzało się to chyba tylko podczas świąt, choć nie zawsze; zwykle byłem pokłócony z tatą, więc siedziałem w swoim pokoju. Wchodząc do salonu, do moich uszu doszły ciche słowa mamy:

                - A kiedy miał sześć lat nałogowo kupował gumy do żucia z tatuażami i pewnego razu wróciłam do domu żeby przyłapać go na naklejaniu sobie jednego z nich na policzek. To cholerstwo nie chciało zejść, więc przez tydzień paradował z królikiem Bugsem na twarzy!

Siadając naprzeciw Alexa, czułem, jak rumieniec spływa mi na poliki i nie mogłem tego powstrzymać.

                - Mamo… - mruknąłem i pociągnąłem ją za rękaw szlafroka. – Już starczy tych żenujących opowieści z czasów, kiedy byłem głupim dzieckiem, okej? Uznam, że nie usłyszałem, jak opowiadałaś o tej historii z tatuażem, ale proszę, więcej już nie mów.

                - Ale Gabe, ja chcę się dowiedzieć więcej zawstydzających rzeczy o moim chłopcu. – Alex wyszczerzył się, przeżuwając naleśnika.

                - Alexandrze Smith, w moim domu mówienie z pełną buzią to wyraz braku kultury! – Oburzyła się mama, pod koniec wybuchając śmiechem.

                - Oh, Tereso, ale z ciebie hipokrytka. Sama mówiłaś mi kiedyś, że twoja mama uważała trzymanie łokci na stole za czyste lekceważenie innych, a popatrz na własne łokcie! – Tym razem to Jerome wtrącił swoje trzy grosze, wskazując mamę nożem ubrudzonym dżemem.

We trójkę wybuchli lekkim, beztroskim śmiechem, a mnie na chwilę oślepiły intensywnie promienie słońca wpadające przez okno. Czułem się jak w bardzo przyjemnym śnie; trochę nierealnym, ale jednak prawdziwym. Nałożyłem sobie naleśnika na talerz i posmarowałem go masłem orzechowym i dżemem, przysłuchując się rozmowie pozostałej trójki. Mama, Jerome i Alex dogadywali się tak, jakby znali się już od dawien dawna. Sama atmosfera przy stole była bardzo ciepła i rodzinna, co było dla mnie nowością, interesująca nowością, ujmując ściślej. I mimo, że wiedziałem, iż za kilka dni czekał mnie powrót do szkoły, starałem się wyrzucać te myśli do nieświadomości i cieszyć się pięknem tej chwili.

***

Dni mijały spokojnie – pomagałem mamie w przygotowywaniu uroczystości pogrzebowej, a kiedy była w pracy, zajmowałem się tym samodzielnie. Natomiast Alex snuł się po domu, oglądając rodzinne fotografie i wypytując raz po raz o moje dzieciństwo. Jerome również pracował, ale wpadał do nas w czasie przerw i przywoził ciepłe pączki z piekarni albo kawałek ciasta. Nie ma co, polubiłem tego faceta i nie czułem się źle, zostawiając go z mamą; Wojciechowsky był naprawdę porządnym i odpowiedzialnym gościem. Jednak wciąż zastanawiałem się, dlaczego jego nazwisko brzmiało dla mnie niezupełnie obco i pewnego popołudnia w końcu sobie coś przypomniałem. W zamierzchłych czasach dzieciństwa miałem styczność z dziewczyną, która właśnie się tak nazywała. Była trochę ode mnie młodsza, ale pyskowała gorzej niż starsze chłopaki; od czasu do czasu kręciła się po osiedlu, przebywając raz z jedną, a raz z drugą grupą dzieciaków, zawsze zanosząc się donośnym kaszlem. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale słyszałem pewne plotki na jej temat (które teraz byłyby dla mnie wręcz zabawnie nierealne) o tym, że była chora na coś, co sprawiało, że w domu zamieniała się w ropuchę, a jej rodzice karmili ją muchami gdy była mniejsza. Nie wiadomo skąd wzięły się takie głupoty, ale dzieciaki bywają okrutne, nawet jeśli do końca nie rozumieją słowa „okrucieństwo”. Być może była to krewna szeryfa, ale nie pamiętałem nawet jej imienia (nie byłem pewien, czy w ogóle je znałem), więc wolałem na razie nie pytać Jerome’a o ten fakt.

Wróciłem na ziemię z krainy zamyślenia, kiedy Alex wszedł do mojego pokoju, drapiąc się po karku z zakłopotaną miną. Spojrzałem na niego z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy. Z wieży stojącej na komodzie leciała puszczona przeze mnie płyta.

                - Właśnie skończyłem półgodzinną sesję oglądania twoich nagich zdjęć kiedy byłeś mały. Nigdy nie wspominałeś, że w dzieciństwie miałeś uczulenie na noszenie ubrań.

Chłopak położył się między moimi nogami, tak, że brodę wbijał mi w pępek, jednocześnie patrząc na mnie z uśmiechem. Odłożyłem listę gości zaproszonych na stypę, w którą wpatrywałem się przez ostatnią chwilę i wplotłem mu palce we włosy.

                - No widzisz, wręcz od zawsze byłem małym dewiantem – mruknąłem.

Alex zachichotał, podwijając mi koszulkę, tak, że po chwili złożył pocałunek na nagiej skórze mojego brzucha.

                - Ale odkładając żarty na bok… tak naprawdę to myślałem sporo o jutrzejszym pogrzebie. W sensie, czy powinienem w ogóle na niego pójść. Wiesz, będzie tam całe stado twojej rodziny, nikogo praktycznie nie będę tam znał, no i jak miałbym wytłumaczyć im kim jestem? To ma być stypa, pożegnanie z twoim ojcem, a nie nasza wielka coming-out’owa impreza…

Westchnąłem cicho, głaszcząc chłopaka po ciepłym policzku.

                - Jerome też jutro przyjdzie i ani on, ani moja mama nie zamierzają się nikomu spowiadać, więc my też nie musimy. Co prawda kusi mnie zrobienie przedstawienia przed kilkoma ciotkami-dewotkami, ale masz rację. To jest stypa, pożegnanie z moim ojcem, a nie okazja do skłócenia naszej rodziny jeszcze bardziej.

Smith pokiwał głową; na jego usta wrócił normalny, zawadiacki uśmiech. Patrzył na mnie długo w milczeniu, dopóki się nie przełamałem i nie zapytałem o co mu znowu chodzi.

                - O nic, jejku, po prostu strasznie mnie podniecasz kiedy jesteś taki poważny.

Zaśmiałem się, odpychając go, ale po chwili przyciągnąłem go do siebie, wplatając mu palce we włosy i zamykając go w ramionach. Na udzie poczułem ucisk jego erekcji i roześmiałem mu się w usta.

                - No co?

                - Nic, nie myślałem, że mówiłeś serio o tym podnieceniu.

                - Czy ja kiedykolwiek byłem wobec ciebie nie-serio? – Zapytał z udawanym oburzeniem.

                - Nie wiem, musiałbym się zastanowić, przeanalizować wszystkie nasze rozmowy i najlepiej pójść jeszcze na jakąś terapię do psychologa.

Alex westchnął teatralnie.

                - Pieprzyć terapeutów, mam teraz ważniejszą sprawę na głowie. – To mówiąc, ścisnął mojego penisa przez materiał spodni.

Zagryzłem wargę, pozwalając, by przyjemne dreszcze przeszły mi po kręgosłupie. Tak właśnie działał na mnie Smith – w kilka chwil potrafił podniecić mnie do tego stopnia, że mógłbym zrobić wszystko za odrobinę pieszczot.

                - Okej – mruknąłem głupawo, spoglądając na zegarek. – Mama wraca za dwie godziny. Jerome może w tym czasie wpaść na chwilę, ale drzwi są zamknięte od wewnątrz, więc, no, możemy troszkę pogrzeszyć.

Nie zdążyłem wymówić ostatniego słowa, gdy Alex zamknął mi usta w pocałunku, już nie bawiąc się w podchody. Z wieży leciała właśnie jedna z piosenek Motorhead  i ciężkie brzmienie gitary współpracującej z perkusją zlało się z naszymi urywanymi oddechami. Lemmy Kilmister, legenda heavy metalu, zaczął śpiewać:

Love me forever or not at all

Całowaliśmy się jak w transie, ocierając się o siebie ciałami, wplatając dłonie we włosy i czasem pozwalając uciec jękowi z ust.

End of our tether, backs to the wall

Nie zauważyłem nawet kiedy byliśmy już praktycznie nadzy, leżąc na kanapie w samym środku bałaganu stworzonego z naszych ubrań. Nie zwalnialiśmy tempa, wręcz przeciwnie – dopasowaliśmy się do rytmu piosenki. Miałem wrażenie, że ręce Alexa są wszędzie: na mojej twarzy, we włosach, na pośladkach i klatce piersiowej. Czułem go i pożądałem każdą częścią mojego ciała.

Give me your hand

Don’t you ever ask why

Promise me nothing, live ‘till we die

Poczułem przyjemność zmieszaną z odrobiną bólu gdy Alex wsunął we mnie palce. Kątem oka zobaczyłem leżącą na podłodze znajomą buteleczkę, a do moich nozdrzy doszedł zapach pomarańczy i cynamonu.

Everything changes

Live all stays the same

Czułem, że tym razem było inaczej niż za pierwszym razem. Nie było czasu na czułe pieszczenie, na niekończącą się grę wstępną. Teraz już bardziej znaliśmy swoje ciała, wiedzieliśmy, gdzie mamy swoje czułe punkty, więc od razu przeszliśmy do sedna.

Everyone guilty, no one to blame

Odwróciłem się na brzuch, unosząc biodra do góry, a Alex, nie czekając, wszedł we mnie. Zabolało, ale tylko trochę – a fakt, że wbiłem paznokcie w poduszkę był spowodowany niemożliwym do opisania uczuciem przyjemności, kiedy chłopak zaczął się we mnie poruszać.

Every way out

Brings you back to the start

Poruszaliśmy się rytmicznie, kanapa skrzypiała przy każdym gwałtowniejszym pchnięciu. Muzyka zagłuszała jęki, ciężkie oddechy i odgłosy wydawane przez nasze złączone ciała. Raz po raz miałem wrażenie, że zaraz oszaleję, bo jest mi tak dobrze, że mogę dokonać wszystkiego, że świat jest piękny. Czułem na biodrach ręce Alexa, które ściskały mnie i wydawało mi się, ze tylko dzięki temu nie odleciałem.

Everyone dies

To break somebody’s heart

Orgazm zaskoczył mnie swoją intensywnością, przez co zamarłem na chwilę, a wszystkie moje mięśnie spięły się. Wydałem z siebie cichy jęk, nawet nie przejmując się tym, że zabrudziłem kanapę, a po chwili, już rozluźniony, opadłem na brzuch, a Alex, który szczytował chwilę później, opadł na mnie. Leżeliśmy w zupełnej ciszy, całkowicie nadzy i w milczeniu, dopóki nie skończyła się piosenka. Dopiero po tym wstaliśmy i lekko (ale tylko trochę!) zażenowani tak gwałtownym stosunkiem, poszliśmy wziąć prysznic. Potem ubraliśmy się, wyszorowaliśmy na mokro kanapę i nie rozmawiając zbyt wiele, wróciliśmy do wcześniejszych zajęć. Ja wziąłem się za wgapianie w listę gości, a Alex siedzący obok oglądał zdjęcia w rodzinnym albumie Phantomhive’ów. Od czasu do czasu zerkaliśmy na siebie porozumiewawczo w sposób, w który mogą patrzeć na siebie jedynie kochankowie.

***

Ranek przed pogrzebem nie należał do najprzyjemniejszych – wszyscy chodzili podenerwowani, szczególnie mama, choć starała się to usilnie ukrywać. Jerome pożyczył Alexowi marynarkę, a ja włożyłem swoją najlepszą koszulę, którą znalazłem w szafie. Kiedy byliśmy już gotowi, wsiedliśmy do radiowozu i pojechaliśmy na cmentarz. Wysiedliśmy dopiero pod małą kamienną kapliczką, pod którą zebrała się już spora część rodziny. Oczywiście wszyscy podzielili się na grupki, co przypominało trochę równie bezsensowne zasady siadania przy stolikach w naszej stołówce.

                - Pamiętajcie, żeby nie wygadać się o tym, że ja i Jerome jesteśmy w związku – mruknęła mama szybko.

Była naprawdę zdenerwowana i nie potrafił tego ukryć nawet ciemny makijaż, który naniosła na swoje oczy.

                - O mnie i o Alexie też lepiej nie wspominajmy – powiedziałem, a Smith pokiwał głową na potwierdzenie moich słów.

Mama posłała nam porozumiewawczy uśmiech i wtedy grupa największych ciotek-dewotek podeszła do nas z kondolencjami, robiąc przy tym tak dużo hałasu, że wszyscy inni obecni obejrzeli się w naszą stronę.

                - Tereso, oh Tereso droga, niech Bóg ma cię w swojej opiece w tym trudnym czasie! Tak mi przykro z powodu Petera, odszedł w tak młodym wieku, zostawiając was samych…

Ciotka Aurelia spojrzała na mnie, przeszywając mnie na wskroś swoimi małymi, załzawionymi oczyma. Wiedziałem już, co za chwilę nastąpi.

                - O mój Boże Wszechmogący! Czy to nie jest przypadkiem mój ulubiony siostrzeniec? Gabriel, ale wyprzystojniałeś i jak urosłeś!

Moje policzki zostały zgwałcone przez mocny uścisk kciuków i palców wskazujących ciotki, więc przed dobrą minutę walczyłem z odruchem odepchnięcia tych dotkniętych pierwszymi oznakami artretyzmu dłoni.

                - Cześć, ciociu – mruknąłem, starając się, by mój głos był miły (a wyszło mi to średnio).

                - Jak tam w szkole, Gabrielku? Poznałeś tam jakąś miłą panienkę?

Kątem oka widziałem jak Alex odwraca się nieznacznie by pod przykrywką odchrząknięcia ukryć swoje rozbawienie. Los chciał, że zwrócił tym na siebie uwagę ciotki-dewotki.

                - A co to za przystojny, młody mężczyzna, którego nie znam? – Zapytała, wskazując bezceremonialnie Smitha.

                - To mój przyjaciel ze szkoły. Przyjechał do mnie na ferie, bo musimy zrobić…projekt - Usłyszałem swoje własne słowa zanim skonsultowałem je z mózgiem. – Nazywa się Alexander.

Ciotka wytarmosiła Smitha za policzki, a potem poklepała go po ramieniu.

                - Wiesz, Oleczku, moja siostrzenica jest młodą panienką i myślę, że miło byłoby gdybyś kiedyś zaprosił ją na herbatę. Pasowalibyście do siebie.

Słysząc to, wybuchła we mnie irytacja, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, mama chwyciła ciotkę pod ramię i odciągnęła na bok, zmieniając temat rozmowy. Alex podszedł do mnie, rozluźniając lekko krawat pod szyją, dzierżąc na twarzy wyraz zdumienia.

                - Nie wspominałeś, że ktokolwiek będzie chciał mnie swatać z twoją kuzynką.

Zachichotałem, zasłaniając usta dłonią; złość już mnie opuściła, ale nie chciałem, by żałobnicy widzieli jak śmieję się na pogrzebie własnego ojca.

                - Wiem, że moja rodzina jest pojebana, ale nie wiedziałem, że aż tak. W sumie to nie znam większości tych osób, może widziałem ich na zdjęciach albo jak byłem małym dzieciakiem, więc nie mam pojęcia kogo lepiej jest unikać, a z kim się trzymać.

Wrócił Jerome, który pojechał odstawić auto na parking przed bramą cmentarza. Posłał stojącej z ciotką mamie ciepły uśmiech, ale nie podszedł do niej. Stał razem z nami, ubrany w mundur szeryfa, rozglądając się dookoła.

                - Twoja mama chyba nie przesadzała, mówiąc, że wasza rodzina jest dość ekscentryczna.

                - Oj tak… - mruknąłem.

Staliśmy tak, rozmawiając na jakieś błahe tematy, dopóki dzwony kapliczki nie oznajmiły godziny jedenastej. Wtedy wszyscy jak jeden mąż ruszyli w stronę wejścia, by zająć miejsca na drewnianych ławkach. By nie budzić żadnych podejrzeń, mama zarządziła, że tylko ja i ona usiądziemy w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla najbliższej rodziny. Zgodziłem się bez dwóch zdań, jednak nie przewidziałem, że trumna (i to w dodatku otwarta) znajdowała się dokładnie na podniesieniu na wysokości moich oczu. Martwa twarz ojca, teraz spokojna i zimna, spoczywała, jakby wpatrując się zamkniętymi oczyma w kościelny sufit. Widziałem tylko to – nie żadne kwiaty dookoła, nie księdza stojącego przy ambonie i nie żałobników ubranych w ciemne kolory – tylko jego twarz, a w szczególności oczy i miałem wrażenie, że zaraz się one otworzą. Oczywiście, żeby było weselej, przypomniał mi się mój jakże realny sen w domku na drzewie i znów poczułem kołatanie serca. Do oczu napłynęły mi łzy, więc spojrzałem w bok. Ciotka Aurelia spostrzegła to i wzięła pewnie moje załzawione oczy za głęboki smutek spowodowany śmiercią ojca, więc przycisnęła mnie do swojej potężnej piersi, próbując dodać mi otuchy.

***

Msza nie trwała długo – po półgodzinie żałobnicy, w tym ja z mamą na czele, ruszyli korowodem za karawaną. Z boku auta szedł ksiądz, śpiewając monotonnie „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”, a ciotki wtórowały mu drżącymi głosami. Szliśmy chwilę, otoczeni z każdej strony drzewami i pomnikami pochowanych na tym cmentarzu ludzi. Był to kolejny dzień, w którym dopisywała pogoda i gdyby nie karawana, postronny obserwator mógł spokojnie przyjąć, że grupka ludzi wybrała się na spacer. Gdy dotarliśmy do sektora XII, ubrani w garnitury mężczyźni wyciągnęli zamkniętą już trumnę i unieśli ją na barkach, by zanieść ją do grobu, w którym miała spocząć. Żałobnicy przeszli między pomnikami i żywopłotem, by przyglądać się całemu zajściu, pochlipując cicho w haftowane chusteczki. Ksiądz odbębnił swoje, pobłogosławił grób i wręczył mnie i mamie misę z poświęconą ziemią, byśmy wzięli jej po garści i rzucili w dół, na wieko trumny. Zrobiliśmy to, trzymając się za ręce, a potem stanęliśmy z boku i spojrzeliśmy na siebie. Zarówno ja i mama mieliśmy w oczach łzy, bo wiedzieliśmy, że to już koniec, że możemy zacząć żyć od początku, że wszystko będzie już w porządku. Ludzie podchodzili do nas, klepali nas po ramionach i pocieszali. Nieważne, że myśleli, że powód naszego płaczu to czysta żałoba i smutek. Lepiej dla ich serc i umysłów, że nie znali Petera Phantomhive’a od strony, którą pokazał swojej najbliższej rodzinie. 

Przez cały ten czas, aż do końca obrzędu, Jerome i Alex trzymali się na uboczu; podeszli tylko na chwilę, by rzucić do grobu swoją garść ziemi, a i tak zrobili to jako jedni z ostatnich. Raz udało mi się złapać wzrok chłopaka, który wydawał się zamyślony i nieobecny, ale nie dziwiłem się. W końcu nie codziennie chodzi się na pogrzeby, nie codziennie ma się tak bliskie spotkanie ze śmiercią i nie codziennie zdrowy człowiek zastanawia się jak będzie wyglądał jego własny pogrzeb.

Kiedy zegarek na nadgarstku mamy pokazał godzinę dwunastą, wymknęliśmy się, by pojechać wcześniej do restauracji, w której miała odbyć się stypa. Na początku mama chciała zorganizować uroczystość u nas w domu, ale odradziłem jej ze względu na małe rozmiary mieszkania i fakt, że połowa rodziny była dla nas jak nieznajomi. Jerry i Alex poparli mnie, więc po krótkim namyśle mama zgodziła się jednak na restaurację. 

Siedziałem razem ze Smithem na tylnym siedzeniu radiowozu – Jerome wiózł nas na miejsce. W aucie panowała cisza i zarówno ja jak i mama patrzyliśmy przez okno w zadumie. Alex złapał mnie za rękę i splótł nasze palce, więc spojrzałem na niego przelotnie wilgotnymi oczyma, posyłając mu przygaszony uśmiech. Chłopak złapał mnie za brodę, nie pozwalając mi znów patrzeć przez okno i po kolei pocałował mnie w powieki. Najpierw w prawą, potem w lewą, a na końcu opierając się czołem o moje czoło. To nie tak, że miałem coś przeciwko jego bliskości, ale w tym momencie potrzebowałem chwili dla siebie, chwili oddechu i samotnego rozmyślania. Odsunąłem się od niego i przycisnąłem czoło do szyby auta.

                - Proszę, daj mi teraz spokój – mruknąłem cicho.

Alex spojrzał na mnie i zobaczyłem przez moment, że jest bardzo zawiedziony, ale potem szybko uśmiechnął się wyrozumiale, kiwając głową. Nie powiedział już nic, więc powróciłem do bezsensownego gapienia się przez okno, czując wielką pustkę miedzy drugą, a piątą parą żeber.

***

Siedząc przy stole, zadawałem kotletowi rany widelcem, raz po raz gniotłem ziemniaki na jeszcze większą papkę i dziubałem sałatkę, zastanawiając się, jak ci wszyscy ludzie mogą jeść, jeść i jeść, kiedy dopiero co umyli ręce po ziemi, którą wrzucili do grobu swojego brata, wujka, stryja, czy kogokolwiek innego. Trochę mnie to irytowało, ba, wkurzało mnie kłapanie dziobów ciotek, które obgadywały się nawzajem jak na popołudniowej herbatce. Nie chodziło mi o to, żeby wszyscy siedzieli w ciszy, wpatrywali się w swoje talerze i karmili obiad własnymi łzami, ale by moja głupia rodzina choć w takiej sytuacji powstrzymała się od plotkowania, kłótni i zatargów. Niestety zewsząd dochodziły do mnie histeryczne wymiany słów, nerwowe nuty i piskliwe chichoty. W pewnym momencie miałem już tego wszystkiego dość, więc rzuciłem sztućce na stół i wyszedłem z restauracji, nie zasuwając za sobą krzesła. Nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi.

Poszedłem za róg budynku, by stanąć na skraju parkingu i odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszedłem w samej koszuli, lecz było mi ciepło, bo specjalnie wybrałem słoneczne miejsce. Odpiąłem guzik kołnierzyka i przeczesałem włosy dłonią, a wtedy nagle obok zjawił się Jerome.

                - Chcesz zapalić? – Zapytał, wyciągając w moją stronę paczkę Winstonów.

Odmówiłem gestem dłoni, więc mężczyzna wyciągnął papierosa i wetknął go sobie do ust.

                - A wiesz co, jednak daj mi jednego – mruknąłem.

Jerry podał mi paczkę, więc poczęstowałem się, czekając, aż szeryf znajdzie zapalniczkę w czeluściach kieszeni swojego munduru. Po chwili obydwaj oparliśmy się o ścianę budynku, zaciągając się dymem i wpatrując w prawie bezchmurne niebo. Czułem, że powinienem coś powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co, więc między nami trwała niezręczna (może tylko dla mnie?) cisza.

                - Wiesz, Gabriel, może nie do końca mam prawo mówić takie rzeczy, bo nie jestem twoim ojcem, ale jestem z ciebie dumny, dzieciaku. Przez cały ten czas, kiedy Teresa opowiadała o tobie, o tym, jak dużo się uczysz, że jesteś samodzielny i jak bardzo dajesz sobie sam radę tak daleko od domu, czułem właśnie dumę, mimo, że nawet cię nie znałem. I proszę, nie zrozum mnie źle, bo wcale nie mówię tego, by wkraść się w twoje łaski, mówię to całkiem szczerze – powiedział, patrząc przed siebie na parking. – Podobno chcesz zostać lekarzem, prawda?

Gardło miałem zbyt ściśnięte by wydobyć z siebie głos - chyba byłem zbyt oszołomiony jego słowami. Pierwszy raz w życiu ktoś powiedział mi w twarz, że jest ze mnie dumny, bo daję sobie radę, bo dążę do celu mimo wzlotów i upadków i to najprawdopodobniej wzruszyło mnie bardziej niż wszystko inne tego dnia. Pokiwałem głową, zaciągając się papierosem.

                - Fran, moja siostrzenica też chciała zostać lekarzem. Może to zabrzmieć zabawnie, ale kiedy z tobą rozmawiam, mam wrażenie, że ta mała łobuziara przygląda się nam z którejś chmurki.

Spojrzałem na Jerry’ego pytająco, prosząc go tym o kontynuację, mimo, że powoli domyślałem się o co mniej więcej chodziło.

                - Miałem kiedyś młodszą siostrę. Miała na imię Julie i była piękna, tak piękna, że zawsze robiłem jej za ochroniarza i odganiałem od niej adoratorów. Pewnego razu do domu wrócił syn sąsiadów, który był żołnierzem i spędził wiele miesięcy za granicą. Wrócił na przepustkę, zmajstrował mojej siostrze dziecko, a potem znów wyjechał, by zabijać ludzi za pieniądze. Nie winię ich za to, że się w sobie zauroczyli, ale… mogli bardziej uważać, prawda?

Jerome zgasił niedopałek o krawężnik i wrzucił go do kratki kanalizacyjnej. Zrobiłem to samo, czekając na dalszą część opowieści.

                - Tak urodziła się moja siostrzenica, Frannie, a Julie przyczepiono w mieście łatkę samotnej matki, co zdecydowanie nie było wtedy pochlebstwem. Okazało się jednak, że dziewczynka chora jest na mukowiscydozę i że wychowywanie jej będzie jeszcze trudniejsze, zważając na opiekę, którą trzeba było jej zapewnić. Rodzice tamtego żołnierza nie chcieli pomóc Juls, wypierali się, mówiąc, że to nie jest ich wnuczka, a kiedy ich syn wrócił z misji bez trzech palców, zaaranżowali mu małżeństwo z córką znajomych. I tak skończyła się ich wielka miłość. Mimo wszystko Julie była świetną matką i przez pięć lat dawała sobie radę, ale potem, kiedy nastąpił Wielki Kryzys i dużo ludzi straciło pracę, moja siostra się załamała. Coraz częściej to ja zajmowałem się Fran, aż w końcu nawet z nimi zamieszkałem. W tamtym okresie życia bywałem w szpitalu częściej niż w supermarkecie, bo mała zaczęła mieć poważne problemy z sercem. To wtedy Frannie spodobało się bycie lekarzem, więc chodziła po oddziale i udawała, że bada inne dzieci. To było urocze, ta dziewczynka była urocza. Ale miała tego pecha, że urodziła się z mukowiscydozą i nie było jej dane przeżyć swojego życia tak jak chciała. Zmarła w wieku sześciu lat z powodu powikłań pooperacyjnych.

                - Przykro mi…

Jerome wsunął do ust kolejnego papierosa, wystawiając paczkę w moją stronę. Tym razem naprawdę odmówiłem.

                - Nie po to opowiedziałem ci tę historię, byś mi współczuł, ale po to, by uświadomić ci coś bardzo istotnego. Bycie lekarzem to nie przelewki, to nie jest praca, w której możesz robić coś byle jak, na odwal się. Albo robisz wszystko, co możesz i jak najlepiej umiesz, albo nie robisz nic. – Jerry zaciągnął się papierosem, a potem wypuścił dym z płuc. – Chirurg, który próbował naprawić serce mojej siostrzenicy, rzeczywiście je naprawił. Jednak jedna cholera wie, dlaczego zostawił w jej ciele kawałek gazy; może dlatego, że śpieszył się na obiad do domu, a może miał zagrać z kolegą w golfa, a był już spóźniony o dziesięć minut? Kto wie… Ale wiem, że Fran żyłaby nieco dłużej, gdyby nie to paskudztwo, które wywołało u niej zakażenie. Juls przyjęła ze spokojem wiadomość o śmierci córki, a następnego dnia znalazłem ją w łóżku martwą. Przedawkowała tabletki nasenne. Dwie śmierci niewinnych osób w ciągu jednej doby, a to wszystko przez kawałek pieprzonej gazy zostawiony przez konowała…

Powoli rozumiałem do czego zmierzał Jerome, opowiadając mi swoją historię. Chciał uświadomić mi jak odpowiedzialnym człowiekiem musi być lekarz – miałem zrobić w głowie rachunek sumienia, czy rzeczywiście powinienem nim zostać. Zadumałem się na chwilę nad jego słowami, wpatrując się w przejeżdżający obok nas samochód.

                - Myślę, że każdy człowiek ma prawo do popełnienia błędu. Jednak lekarz to osoba, która szczególnie powinna mieć świadomość, jakie konsekwencje mogą nieść popełnione przez nią błędy, więc powinna robić wszystko zawsze, ale to zawsze na sto procent – powiedziałem, bardziej w przestrzeń, niż do Jerry’ego. – A co do chirurga, który operował Fran… Owszem, popełnił niewybaczalny błąd, ale nie powinien być od razu skreślony, przynajmniej według mnie. Na pewno uratował też wiele osób i niektórzy z nich żyją do dziś tylko dzięki niemu…

Usłyszałem, jak szeryf śmieje się cicho pod nosem, więc spojrzałem na niego. Mężczyzna kręcił głową, jakby czemuś niedowierzając.

                - I to właśnie mi się w tobie podoba; że masz własne zdanie i nie boisz się go wypowiedzieć – spojrzał na mnie z uśmiechem. – Gdyby wszyscy chłopcy w twoim wieku byli tak inteligentni i dojrzali, to nie musiałbym patrolować w nocy parku, wypatrując palących się śmietników. Bo przecież nic nie jest zabawniejsze od niszczenia po pijaku dóbr publicznych, no nie?

Zaśmialiśmy się jak para starych kumpli siedzących przy piwie, gdy nagle do naszych uszu doszły niewyraźne krzyki, które na pewno dochodziły z wnętrza restauracji. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni.

                - Witam w mojej rodzinie – mruknąłem.

Potem potruchtaliśmy do środka, gdzie naszym oczom ukazała się dość komiczna sytuacja. Było trochę po trzynastej, więc towarzystwo siedziało już od godziny i pierdziało w stołki z nudów. Nic dziwnego, że dwie najbardziej kłótliwe ciotki-dewotki postanowiły zapewnić sobie trochę rozrywki i rozdrapać niektóre rany.

                - Posłuchaj mnie, Heleno, jesteśmy siostrami, owszem, ale to ja przez całe życie byłam w twoim cieniu, bo rodzice uważali cię za lepszą tylko dlatego, że jesteś starsza. Teraz role się odwróciły i to moja córka jest starsza od twojej, więc to jej należy się pierwszeństwo – mówiła jedna.

                - Nie rozumiem o co ci chodzi, to ciebie rodzice zawsze traktowali jak oczko w głowie, bo byłaś młodsza i chorobliwa, Ruth. Więc uważam, że to moja córka powinna mieć pierwszeństwo – skrzeczała druga.

Dwie kuzynki, które były mniej więcej w moim wieku, odciągały matki od Alexa, który stał dokładnie pośrodku pola walki z miną zagubionego turysty. Od razu pojąłem, o co kłóciły się kobiety i nie mogłem powstrzymać napadu szaleńczego śmiechu, wydobywającego się z czeluści mojego gardła. Ciotki ubzdurały sobie, że ich córki mogłyby pójść na randkę ze Smithem, a co było jeszcze zabawniejsze, chyba tylko ciotki tego chciały, bo dziewczyny wyglądały na bardziej zażenowane niż chętne. Zanim podjąłem jakąkolwiek decyzję, odszukałem wzrokiem mamę i znalazłem ją siedzącą przy stole, całkowicie załamaną zachowaniem rodziny. Spojrzała na mnie błagalnie, bym coś zrobił, byleby przerwać ten cyrk. Skinąłem jej delikatnie głową, a potem odwróciłem się do Jerry’ego, by puścić mu oko.
Ruszyłem żwawym krokiem przez salę, zapinając guzik kołnierzyka i poprawiając krawat. Ludzie ustępowali mi z drogi, przyglądając mi się z ciekawością.

                - Drogie ciocie, tak się składa, że muszę was zaniepokoić. Otóż mój przyjaciel, Alex, znalazł już swoją drugą połówkę – powiedziałem głośno, teatralnie akcentując słowa.

                - Jak to? – Zapytała z oburzeniem ciocia Helena, nie dając dojść do słowa swojej siostrze. – Nic o tym nie wspomniał, mimo, że go pytałam!

                - Ale to w sumie nie jest ważne. Moja córka na pewno jest lepsza od jego dziewczyny! – Krzyknęła ciotka Ruth.

No cóż, miałem niezły ubaw, słuchając tych starych przekup, jednocześnie odbierając od Alexa sygnały S.O.S. Mrugnąłem do chłopaka figlarnie, na co ten, najpierw zaskoczony, odpowiedział dopiero po chwili. Zrozumieliśmy się bez słów; Smith wiedział co planowałem i jaki miał udział w tym planie.

                - Wiem, że może to być dla was duże zaskoczenie, ale miłość nie ogranicza się tylko do kobiety i mężczyzny – powiedziałem, stając naprzeciw Alexa.

Chłopak pocałował mnie delikatnie, po francusku, a kiedy skończyliśmy, w sali kilka reprezentantów młodszego pokolenia zagwizdało i biło brawa, jednak większość ciotek milczała.

                - A więc teraz, kiedy spór został rozstrzygnięty, zapraszam na deser. Każdy znajdzie dla siebie kawałek ulubionego ciasta – powiedziałem, nie tracąc na teatralności.

Oczywiście moim uszom nie uszły ciche słowa wypowiadane przez oburzonych członków rodziny, ale ani „pedały”, „grzesznicy”, czy „dewianci” nie potrafiły mnie złamać. Patrzyłem na tych ludzi z litością, dopóki sami nie przerywali kontaktu wzrokowego i nie oddalali się, by usiąść przy stole. Czułem, że pałali do mnie nienawiścią, mimo, że tak naprawdę nic im nie zrobiłem. Gdybym ja zaczął ich za to nienawidzić, poparłbym błędne koło, w które ludzie lubią wpadać. Zamiast tego poczułem trochę smutnego współczucia dla ich ograniczonych religijnością umysłów. Usiedliśmy z Alexem przy stole, a mama od razu zwróciła się do mnie:

                - Gabe, nie musiałeś aż tak drastycznie…

                - Spokojnie – przerwałem jej. – Zrobiłem to w pełni świadom konsekwencji.

Mama uśmiechnęła się pod nosem.

                - A pomyślałeś o tym, że teraz na każde święta będą przysyłać pocztówki z biletami na seans egzorcyzmów przeznaczony dla ciebie, bo jesteś grzeszny i dla mnie, bo akceptuję tę grzeszność? – Zażartowała, biorąc łyk soku pomarańczowego.

                - No wiesz, jak dają za darmo, to czemu nie? – odpowiedziałem jej.

Mama parsknęła śmiechem, prawie pozwalając sokowi na ponowne ujrzenie świata. Jerome poklepał ją po plecach kiedy zaczęła kasłać, ale sam nie mógł powstrzymać się od chichotu.

                - Proponuję, żebyśmy jeszcze my powiedzieli im nieco o sobie, wtedy połowa ciotek zeszłaby na zawał – szepnął między nami Jerry.

Cała nasza czwórka wybuchła radosnym śmiechem, próbując jednocześnie go powstrzymać, zasłaniając sobie usta rękoma lub serwetką. Kilka osób spojrzało na nas ze zgorszeniem.

O borze zielony, niech to się już skończy – pomyślałem między atakami śmiechu.

***

Pół godziny później wszystko rzeczywiście się skończyło; ciotki popakowały sobie kilka kawałków ciasta „na wynos”, zdawkowo pożegnały się z mamą (ignorując mnie i Alexa stojących obok i z premedytacją obejmujących się), a potem wyszły z restauracji. Na sam koniec stanęliśmy przed budynkiem, a ciotka Ruth i ciotka Helena przeszły obok nas obojętnie, jakby w ogóle nas nie znały. Wyglądały jak dwie perskie kotki, które są zbyt ważne, by zaprzątać sobie głowy tak błahymi sprawami jak pożegnanie z rodziną. Natomiast ich córki, które szły tuż za nimi pod rękę, podeszły do mnie i do Alexa.

                - Słodko razem wyglądacie – powiedziała jedna z nich. – A naszymi mamami się nie przejmujcie, one zawsze psują przyjęcia w ten sposób.

                - Dokładnie – potwierdziła druga, która wyglądała na starszą. – Chyba zostanę lesbijką, żeby matka w końcu przestała umawiać mnie na głupie randki.

Obie zachichotały, a potem młodsza wspięła się na palce i pocałowała Alexa w policzek.

                - Trochę żałuję, że nie gramy w tej samej drużynie, ale skoro mój kuzyn jest z tobą szczęśliwy, to będę was dopingować.

Nagle rozbrzmiał oburzony krzyk którejś z ciotek, więc dziewczyny pomachały nam i oddaliły się w stronę parkingów. Odprowadziliśmy ich wzrokiem do auta, a potem ruszyliśmy za mamą i Jerry’m do radiowozu. Do domu dotarliśmy przed piętnastą i rozluźniając krawaty zasiedliśmy w salonie. Mama nalała wszystkim whisky, dopełniając szklanki colą.

                - Toast za całkiem przyzwoicie spędzony z rodziną dzień – mruknęła, unosząc drinka do góry.

Stuknęliśmy się szklankami, mrucząc „Toast!”, a potem każdy pił swój trunek w swoim tempie. 

Nic więcej produktywnego nie zrobiliśmy tego dnia – obejrzeliśmy pod rząd trzy filmy Quentina Tarantino, a wieczorem zagraliśmy w Monopoly. Potem jak zwykle położyliśmy się spać i zasnęliśmy, każdy lżejszy o przynajmniej jeden problem.

Koszulka moro

5 komentarzy:
Cześć.

Mam coś dla Was, jednak nie jest to kolejny rozdział. Czułam przymus napisania jakiejś historii pobocznej i myślałam mocno nad Markiem i Lucasem, ale nie szedł mi ten temat. Zamiast tego przedstawiam Wam nowe postaci, które być może pojawią się kiedyś w głównym opowiadaniu.

Tak swoją drogą - wielkimi krokami zbliża się do mnie klasa maturalna, więc, no, wiadomo, będę cierpiała na chroniczny brak czasu. Pewnie uda mi się coś napisać z powodu samej odskoczni od nauki, ale nie jestem w stanie określić, ile i jak często będą pojawiać się posty. Trzeciego września mam jeszcze egzamin praktyczny z prawa jazdy, więc oczywiście już się stresuję, co trochę mnie blokuje...

No cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Smacznego.

PS. O tutaj, po boku pod sekcją "O mnie" pojawiły się dwa linki, które przeniosą Was na stronę ask.fm
Heca polega na tym, że możecie tam zadawać pytania zarówno mi, jak i każdemu z bohaterów mojego opowiadania. Dla przykładu - jesteście ciekawi, jaka jest ulubiona piosenka Alexa, albo co Gabriel sądzi o jakiejś osobie? Proszę bardzo - wystarczy, że napiszecie, choćby anonimowo. Życzę udanej zabawy!

***

Każdy człowiek popełnia błędy. Każdy, bez wyjątku. Jednak różnica polega na tym, że niektórzy wyciągają z nich wnioski i dzięki temu uczą się, zdobywając doświadczenie życiowe. Ja niestety nie należałem do tych osób – miałem swój jeden słodki błąd, który wciąż popełniałem z przyjemnością.

Wszystko zaczęło się w klasie maturalnej, gdy do szkoły przyszedł nowy rocznik. Miałem wtedy idealne życie – życie licealisty, o obiecującej przyszłości, posiadającego kochającą dziewczynę i grającego w najlepszej drużynie koszykarskiej w kraju jako zawodnik podstawowego składu. Czego więcej mogłem chcieć? Można by powiedzieć, że nie miałem prawa narzekać na swoją sytuację – i nie narzekałem.

Mimo tego miałem swój błąd, który zacząłem popełniać od października – miesiąca pierwszych oznak nadchodzącej jesieni. We wrześniu skupiałem się głównie na własnych sprawach i treningach, ale po pasowaniu nowych uczniów wszystko się zmieniło.

W naszej szkole wrzesień to miesiąc „protekcjonalny”. Przez ten czas pierwszaki mają zaaklimatyzować się lub podjąć decyzję o przeniesieniu się gdzieś indziej. Pierwsze cztery tygodnie wolne są dla nich od sprawdzianów, kartkówek i odpytywania przez nauczyciela. Nie dostają żadnych ocen – jedynie plusy za aktywność i pochwały do wychowawcy.

Pamiętam, gdy ja sam byłem w pierwszej klasie i jak nieswojo czułem się w internacie z dala od mojej kochającej rodziny. Nie mogłem się przyzwyczaić, że nie było ich obok i na początku chciałem zrezygnować. Pragnąłem wrócić do domu i przeboleć chodzenie do rejonowego liceum, które nie reprezentowało sobą zbyt wysokiego poziomu. Ale wtedy, pod koniec września, poznałem Clarę, dziewczynę z tego samego rocznika, która chodziła na profil humanistyczny. Oczarowała mnie między innymi sposobem, w jaki się wysławiała – jednocześnie subtelnie i lekko, jakby czytała z kartki uprzednio napisane przez siebie słowa. Niedługo trwała nasza przyjaźń; już w grudniu przed świętami poprosiłem ją o chodzenie i byłem praktycznie pewny, że się zgodzi. I zgodziła się.

Byliśmy kochającą się i dobraną parą; spędzaliśmy ze sobą naprawdę dużo czasu, nie licząc wakacji, podczas których każde z nas wracało do rodzinnego domu. Jednak te miesiące rozłąki były niczym w porównaniu do tego, że przez resztę roku widywaliśmy się praktycznie codziennie.

Tak dotrwaliśmy do najważniejszej klasy liceum – klasy maturalnej. Obydwoje mieliśmy plany na przyszłość związane ze studiami i nawzajem motywowaliśmy się do nauki. Kiedyś leżąc razem na kanapie w pokoju dziennym internatu dziewcząt, Clara poruszyła temat ślubu. Wcale nie byłem zaskoczony – spodobał mi się ten pomysł i obiecałem jej, że po maturze pomyślimy nad tym poważniej. Nasi rodzice wiedzieli o tym związku i dawali nam swoje błogosławieństwo; czasem w żartach pytali nawet kiedy doczekają się wnuków. Zwykle zbywaliśmy to uśmiechami, bo Clara powiedziała mi kiedyś jasno, że chce zostać dziewicą aż do nocy poślubnej. Było to spowodowane jej religijnością, ale mimo, ze byłem tym lekko zawiedziony, to respektowałem jej decyzję.

Miałem idealne życie, prawda?

A potem nadszedł październik i od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać.

***

Błąd, który popełniałem miał na imię Ian. Był to pierwszoklasista o jasnych włosach ułożonych w artystyczny nieład, który chodził po korytarzach szkoły tak, jakby był panem świata. Zanim zupełnie przypadkiem go poznałem, irytował mnie samą swoją egzystencją; tym, że był taki pewny siebie, a nie miał co do tego powodu – nie grzeszył urodą, był raczej przeciętny i nie wyglądał na przebojową osobę, a mimo to chodził z zadartą w górę głową, wyprostowany jak struna i patrzył każdemu w oczy. Kilka razy zdarzyło się, że minęliśmy się na korytarzu i wtedy właśnie najbardziej mnie irytował i byłem zły na siebie, że żywiłem negatywne emocje do osoby, której nawet nie znałem. Z tego też powodu nie chciałem go poznać z własnej woli – normalnie podszedłbym, podał mu rękę i powiedział, że nazywam się Oscar Wilde, chodzę do trzeciej klasy, bla bla bla. Pewnie pogadalibyśmy chwilę, a potem więcej byśmy się do siebie nie odezwali; może uśmiechalibyśmy się do siebie na korytarzu lub mówili sobie „Cześć” i to byłoby jedyne świadectwo tego, że wcześniejsza rozmowa miała w ogóle miejsce. Ale nigdy tego nie zrobiłem. To on podszedł do Clary kiedy to siedzieliśmy razem przy stoliku na stołówce i rozmawialiśmy w najlepsze.

                - Cześć – mruknął chłopak. – Clara Denborough z trzeciego rocznika?

Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza, ale najpierw rzuciła mi zaskoczone spojrzenie.

                - Tak – powiedziała ostrożnie.

                - Mogę się dosiąść? Mam do ciebie sprawę.

Clara wzruszyła ramionami, a we mnie zaczęła kłębić się irytacja, ale próbowałem ją powstrzymać. Milczałem, gdy chłopak usiadł obok i dalej jadłem swój posiłek.

                - Jestem Ian Anderson. Chodzę do pierwszej klasy i słyszałem, że piszesz świetne opowiadania – zagaił. – Też jestem na profilu humanistycznym i myślę nad tym, żeby studiować literaturę. No i pomyślałem sobie, że mogłabyś nieco mnie nakierować pod względem pisania, bo podobno brak mi uporządkowania…

Dziewczyna schowała uśmiech, który zawsze pojawiał się na jej ustach, gdy ktoś chwalił jej talent; była naprawdę zdolna, tylko brakowało jej pewności siebie. Komplementy, które jej prawiłem nie robiły już na niej wrażenia, bo uważała, że robię to tylko dlatego, że mi na niej zależało.

                - Jasne, czemu nie? – mruknęła, a kąciki jej ust mimowolnie się uniosły. – Napisałeś już coś kiedyś? Najpierw chciałabym się zapoznać z twoją twórczością.

Chłopak rozpromienił się zupełnie tak, jakby Clara ratowała mu tą przysługą życie. Zaczął grzebać w plecaku leżącym na ziemi i chwilę później wyciągnął z niego plik kartek spięty spinaczem. Podał rękopis przez stół, a C. zaczęła go pobieżnie przeglądać.

                - Jaki gatunek? – Zapytała profesjonalnym tonem.

                - Romans i kryminał z elementami horroru – powiedział dumnie, czym zarobił sobie u mnie kolejną porcję niechęci.

Clara uśmiechnęła się, włożyła ostrożnie rękopisy do swojej torby i wróciła do jedzenia.

                - Postaram się przeczytać je w weekend i porobić uwagi. Jeśli znajdę jakiś błąd, to mogę poprawić go na oryginale?

                - Jasne, nie ma problemu. I dziękuję ci bardzo – powiedział z sympatią w głosie.

                - Kochanie – mruknęła, a ja podniosłem na nią wzrok. -  Zaniesiesz potem Ianowi rękopisy, prawda? Ja będę się uczyła na kolosa, więc nie wystawię nosa poza internat najprawdopodobniej do wtorku.

                - Okej – zgodziłem się i nic więcej nie powiedziałem.

Jednak te jedno słowo, które wypowiedziałem, było początkiem długotrwałego procesu diametralnych zmian dotyczących mojego idealnego życia.

***

Na początku października pierwszaki zaczęły pewniej chodzić po szkole na przerwach, a Clara rzuciła się w wir obowiązków; dziewczyna zaczęła robić już arkusze maturalne z przedmiotów, które będzie zdawała, bo wiedziała, że musi poćwiczyć niektóre rzeczy. Ja się nie stresowałem – profil matematyczno-fizyczny nie był tak wymagający jak biol-chem lub human. Tutaj nie było tak dużo pamięciówki; albo umiałeś liczyć, albo nie. Dla C. najważniejsza była w tym momencie matura, więc ja poszedłem trochę w odstawkę – widywaliśmy się tylko na obiadach, ale nie miałem jej tego za złe; nie chciałem, by z mojego powodu poświęcała zbyt mało czasu nauce.

Natomiast Ian mijając mnie na korytarzu, uśmiechał się, jakbyśmy byli dobrymi kumplami. Do tej pory nie zamieniliśmy bezpośrednio ani jednego słowa, ale niestety czekało mnie to po weekendzie, gdy Clara będzie kazała mi oddać chłopakowi jego własne rękopisy. Trochę byłem zły na siebie, że tak bezwiednie zgodziłem się na to, ale z drugiej strony nie chciałem, żeby C. traciła cenny czas przez moje fanaberie. Zacisnąłem więc zęby i w poniedziałek po południu przeszedłem korytarzem internatu dopóki nie znalazłem pokoju o numerze dwadzieścia pięć. Zawahałem się, ale potem zapukałem dwa razy, czekając aż ktoś otworzy mi drzwi. Ze środka doszedł mnie krzyk „Zaraz, zaraz!”, więc westchnąłem; chciałem po prostu oddać te kartki i pójść sobie, by zająć się własnymi sprawami.

                - Przepraszam, wchodź – powiedział chłopak, uchylając mi drzwi.

Ian zapinał właśnie koszulę i nie bardzo mu to szło; ominął jeden guzik i dopiero po chwili to zauważył, więc rzucił mi rozbrajające spojrzenie. Wszedłem do środka choć mój plan od początku tego nie zakładał – po prostu coś powiedziało mi, żebym zrobił dwa kroki w przód, a potem zamknął za sobą drzwi.

                - Clara komentowała jakoś moje prace? - Zapytał, dopinając ostatni guzik, tym razem prawidłowo.

Podrapałem się po głowie i podałem mu rękopisy. Chłopak chwycił je i w pierwszym momencie jego mina trochę zrzedła z powodu wszechobecnych poprawek wprowadzonych przez czerwony długopis C.

                - Podobało jej się. Wczoraj siedziałem z nią w salonie i jak zaczęła czytać, to nawet nie zwracała na mnie uwagi dopóki nie skończyła. Więc to samo w sobie jest pochwałą.

Ian podniósł na mnie wzrok; jego zielone tęczówki błysnęły z radością, a na usta wstąpił półuśmiech. Zaczął czytać notatki porobione przez moją dziewczynę, ale po chwili odłożył rękopis na biurko.

                - Może herbaty?

Podniosłem brew w zdziwieniu; w naszym internacie nie istniało coś takiego jak kuchnia, a w żadnym z pokojów nie było choćby lodówki. Na dodatek takie sprzęty jak czajniki elektryczne, tostery, czy inne bzdety nie były mile widziane. Podejrzewałem, że kiedyś musiał zdarzyć się jakiś niemiły wypadek i dlatego teraz dyrektor wprowadził ten zakaz.

                - Może być – mruknąłem.

Usiadłem na łóżku, przyglądając się chłopakowi, który wyciągnął z szafy czajnik elektryczny. Podłączył go do kontaktu, uzupełnił go wodą z butelki i nastawił. Potem odwrócił się w moją stronę i z konspiracyjnym wyrazem twarzy powiedział:

                - Wiem, o czym przed chwilą pomyślałeś. Czy mogę cię prosić o zachowanie tego w tajemnicy, panie…?

                - Panie Oskarze – powiedziałem, śmiejąc się pod nosem. – Oczywiście.

                - Oskar… - mruknął, jakby zamyślony i zalał wodą przygotowaną torebkę herbaty. – Wiesz, mam trochę znajomości w tej szkole, ale kara i tak by mnie nie ominęła.

Podszedł do mnie, podając mi herbatę.

                - Dziękuję. – Chwyciłem ciepły kubek w dłonie i zacząłem rozdmuchiwać unoszącą się z niego parę.

Potem chłopak przystawił sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem, tak, że mógł oprzeć brodę na oparciu. Cały czas czułem na sobie jego badawczy wzrok, ale skupiłem się tylko i wyłącznie na herbacie. Zacząłem myśleć o Clarze; zastanawiałem się, czy znów jak zwykle o tej porze zrobiła sobie nieplanowaną drzemkę nad książkami.

                - A nazwisko?

Usłyszałem pytanie, owszem, ale przez chwilę nie skojarzyłem, o co mu chodziło. Podniosłem wzrok na niego i milczałem – potem, już po fakcie miałem ochotę palnąć się w twarz przez moją głupotę. Dopiero gdy Ian uśmiechnął się, a ja zauważyłem, że podczas tej czynności robią mu się dołki w policzkach, zrozumiałem o co mnie zapytał.

                - Eeeh… Wilde. Oscar Wilde.

Oczy chłopaka otworzyły się szeroko, a wąskie usta zmieniły kształt w literę „o”. Zaskoczony tym, wbijałem w niego wzrok, czekając aż wszystko mi wyjaśni.

                - Wow… - mruknął z niedowierzaniem. – Ale naprawdę, czy robisz sobie ze mnie żarty?
Wzruszyłem ramionami.

                - A po co miałbym kłamać?

Chłopak wstał i zaczął chodzić energicznie po dywanie; jego ruchy były niezwykle szybkie i dynamiczne. Uśmiechał się sam do siebie, a podczas tej czynności pocierał brodę dłonią w zamyśleniu.

                - Oscar Wilde… Zupełnie jak ten Oscar Wilde. Wow, po prostu wow.

Nadal nie wiedziałem o co mu chodzi. Czyżbym przez zbieg okoliczności nazywał się tak samo jak jakaś popularna w naszym kraju gwiazda? W wakacje nie oglądałem telewizji, a w internacie robiłem to tylko, gdy leciała relacja z jakiegoś meczu, więc nie znałem się na tych sprawach.

                - To jakiś aktor, albo piosenkarz? – Zapytałem z ciekawością.

Wziąłem małego łyka herbaty, a potem skrzywiłem się, gdyż napój nadal był zbyt gorący. Później dopiero miałem zauważyć, że przez oparzenie straciłem na kilka dni zmysł smaku.

                - No nie, teraz to na pewno robisz sobie ze mnie jaja. – Chłopak zatrzymał się, wziął się pod boki i spojrzał na mnie.

Pokręciłem głową w zaprzeczeniu, przybierając poważną minę. Widząc to, Ian z niedowierzaniem wyrzucił ręce w górę.

                - Niemożliwe! Czego oni was w ogóle uczą na tym mat-fizie?

Zignorowałem jego pytanie, przyglądając mu się; chyba nawet zaczynałem go trochę lubić.

                - Oscar Wilde, pisarz, “Portret Doriana Greya”, dekadentyzm, “sztuka dla sztuki”…

Coś zaświtało mi w głowie; najprawdopodobniej było to zamazane wspomnienie z dnia, kiedy Clara poprosiła mnie o przepytanie jej z jakiegoś działu literatury… Angielskiej? Francuskiej? Jeden pies.

                - Nadal nic ci to nie mówi? – Zapytał, opuszczając dłonie w geście zrezygnowania.

                - Jakiś dzwon bije, ale nie wiem, w którym kościele – powiedziałem, wcale nie czując się zażenowany swoją niewiedzą.

Ian usiadł z powrotem na krześle i wbił we mnie wzrok.

                - Clara nigdy ci nie powiedziała, że jest taki autor?

Wzruszyłem ramionami i upiłem łyk herbaty, znów się parząc.

                - Nigdy nie wspomina o tych pisarzach, których nie lubi, więc pewnie za Wilde nie przepada.

                - No cóż, każdy ma inny gust – mruknął. – Wiesz, że nawet go trochę przypominasz z twarzy? Może jesteś jego dalekim krewnym…

Przewróciłem oczami; nie udzieliła mi się ta fascynacja moim imiennikiem. Wypiłem w kilku łykach herbatę, która mi została i zacząłem się zbierać. I to właśnie zdanie, które wypowiedział, sprawiło, że zmieniłem zupełnie opinię na jego temat.

                - Jeśli chcesz, to mógłbym poopowiadać ci czasem trochę o literaturze, czy filozofii. Tak, żebyś znał chociaż te podstawowe rzeczy…

Zaskoczył mnie tym bardzo – myślałem, że chłopak był typowym pewnym siebie cwaniakiem, który nie dbał o nic więcej, niż o własny tyłek. Jakże miło się zaskoczyłem, gdy złożył mi tę propozycję. Dodatkowa wiedza by mi nie zaszkodziła, choć jak to rasowy mat-fiz, trzymałem się z dala od humanistycznych bzdur.

                - Czemu nie?

Uśmiech, który wstąpił na jego usta, prześladował mnie do końca tego dnia; to nie tak, że wszystko ograniczyło się do uniesienia kącików ust – chłopak uśmiechnął się całą twarzą, która nagle się rozpromieniła.

                - Złapię cię jutro na którejś przerwie – obiecał, kiedy podnosiłem się już z łóżka.

Kiwnąłem głową, również się uśmiechając i poprawiając spodnie. Podałem mu dłoń, którą on mocno uścisnął, patrząc mi w oczy. W tym momencie jego pewność siebie wcale mnie nie irytowała – a wręcz przeciwnie, w pewien sposób podobała mi się.

                - To do jutra – mruknąłem.

                - Do jutra, Oscarze Wilde.

***

Wieczorem jeszcze poszedłem do Clary, by życzyć jej powodzenia na kolosie, a ona wypytała mnie o szczegóły mojego spotkania z Ianem. Opowiedziałem jej o całej sytuacji, a ona najpierw zrobiła zmieszaną minę, a potem zaśmiała się.

                - Dziwak z niego – podsumowała. – Ale jeśli trochę poćwiczy, to może kiedyś zostać dobrym pisarzem. Ma na to zadatki.

Wzruszyłem ramionami, zdając sobie sprawę, że zrobiłem to po raz któryś tego dnia. Moje spojrzenie na Iana Andersona wyglądało tak: miły i pewny siebie chłopak. Nie myślałem o nim jako o dziwaku -  w pewnym sensie podobało mi się to, że miał fizia na jakimś punkcie. Każdy ma jakiegoś swojego konika; ja miałem trygonometrię, on miał Oscara Wilde, a Clara miała poezję George’a Byron’a. Lubiliśmy co innego i ocenianie, które zainteresowania są dziwne, a które nie, było trochę nie na miejscu. Jednak były to tylko moje myśli, które zostawiłem wyłącznie dla siebie.

                - Ale podczas gdy ty będziesz się uczyła, on mi ciebie zastąpi – mruknąłem pod nosem.
Clara spojrzała na mnie i wybuchła śmiechem, tak, że po chwili z oczu poleciały jej łzy.

                - Powodzenia. – Klepnęła mnie po ramieniu. – A teraz leć już do internatu, bo zaraz kończy się czas odwiedzin.

Spojrzałem na zegarek i faktycznie – zostało mi tylko pięć minut; czas przy Clarze leciał mi niezwykle szybko. Pocałowałem dziewczynę w usta, lekko i delikatnie, a potem pożegnałem się i wyszedłem z budynku.

Idąc do męskiego internatu patrzyłem w światło palące się w pokoju o numerze dwadzieścia pięć, zastanawiając się, co właśnie robi Ian.

***

Tak jak obiecał, chłopak znalazł mnie na jednej z przerw, kiedy siedziałem na trawniku na własnej bluzie. Przywitał się i klepnął koło mnie; w rękach trzymał książkę z wypisanym na grzbiecie autorem. „Albert Camus”.

                - Co czytasz?

Chłopak spojrzał na trzymany przez siebie tom, a potem przeniósł wzrok na mnie.

                - Najlepszą powieść paraboliczną dwudziestego wieku – mruknął, przesuwając dłonią po okładce. – „Dżuma”. Egzystencjalizm i te sprawy.

Książka niewiele mi mówiła, ale nurt filozoficzny był dla mnie już bardziej znajomy.

                - „Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie”?

Ian spojrzał na mnie pozytywnie zaskoczony, a mi sprawiło to trochę przyjemności.

                - Jednak coś tam w tej głowie masz – podsumował.

Uśmiechnąłem się, słysząc z jego ust prawie-komplement.

                - Dokładnie. Czasem udaje mi się powiedzieć coś mądrego.

Mniej więcej tak wyglądało każde nasze spotkanie przez cały październik – siadaliśmy razem na trawie, czy to na korytarzu w szkole i rozmawialiśmy o autorach, filozofii i literaturze. Nie wspominaliśmy dużo o poezji, bo i ja i Ian za nią nie przepadaliśmy, w przeciwieństwie do Clary. Dlatego też gdy spotykaliśmy się we trójkę przy stole na stołówce, rzucaliśmy sobie znaczące spojrzenia, gdy C. zaczynała zachwycać się twórczością Byrona.

Dobrze czułem się w towarzystwie Iana; on również był otwarty na naukę, więc czasem to ja wsiadałem na swojego konika, czyli trygonometrię i zachwycałem się logicznością niektórych założeń matematycznych. On cierpliwie słuchał, zadawał pytania, a gdy miał z czymś problemy, zawsze przychodził z prośbą o pomoc. Clara nigdy nie pozwalała mi mówić o matematyce na głos – zbyt bardzo nienawidziła tego przedmiotu i pana Ravena, który ją uczył. Ian zrobił dla mnie listę najważniejszych autorów i ich książek, które mi (nawet jako mat-fizowi) wypadałoby znać, by kiedyś nie zbłaźnić się w jakiejś śmietance towarzyskiej. Zaznaczył też, którzy pisarze zasługiwali na przeczytanie, nawet pobieżne, ich biografii, a na tej liście również widniał Oscar Wilde, choć zdziwiłem się, że był przy samym końcu, a nie u jej szczytu. Obiecałem sobie, że przeczytam w całości biografię mojego imiennika głównie dlatego, że Ian tak bardzo go lubił. Chciałem mu tym sprawić przyjemność? Być może. Na pewno miałem też na uwadze to, że miałbym z nim więcej tematów do rozmów.

Pewnego razu Clara, która wciąż siedziała przy książkach, zwróciła mi uwagę, że zacząłem się inaczej zachowywać. Spojrzałem wtedy na nią ze zdziwieniem, a ona wskazała trzymaną przeze mnie książkę. „Historia literatury w pigułce” – głosił jej tytuł. Może i dziewczyna miała rację, bo wcześniej nigdy nie widziała mnie z książką, a przynajmniej czytającego ją z własnej woli. Zwykle uciekałem od liter, bo wolałem cyfry, które wydawały mi się przyjemniejsze dla oczu.

                - No co? Dokształcam się – mruknąłem, czując się trochę nieswojo.

                - Nic. Po prostu kiedy ja chciałam cię doedukować, to broniłeś się jak od ognia piekielnego.

Wzruszyłem ramionami i powróciłem do czytania.

                - Bo zawsze paplałaś o poezji, a ja jej wręcz nie znoszę.

No i stało się – powiedziałem to w końcu na głos. Wypuściłem swoje myśli na zewnątrz i zrobiłem to bez zastanowienia. Dziewczyna najpierw wygięła usta w podkówkę, a jej broda lekko się zatrzęsła, tak jakby miała za chwilę się rozpłakać, a potem wstała gwałtownie.

                - Fajnie jest się dowiedzieć o tym po dwóch latach związku – warknęła.

Cały smutek znikł z jej twarzy, która wykrzywiona była w grymasie złości. Nie podobała mi się ta Clara; to nie w tej dziewczynie zakochałem się w pierwszej klasie. Owszem, mogłem powiedzieć jej wcześniej, że nie lubię poezji – ale co by to zmieniło? Dziewczyna czytała mi na siłę swoje ulubione wiersze Byrona, a ja udawałem, że mi się podobają, ale nie siliłem się na jakąś konstruktywną opinię. Czy nie lubiąc poezji, stałem się jakimś gorszym człowiekiem? Nie chciałem się kłócić o takie głupoty, więc wstałem i próbowałem pocałować ją w policzek, ale dziewczyna odsunęła się. Najzwyczajniej na świecie wyszedłem z internatu, nie słysząc za sobą jej wołania, które pewny byłem, że usłyszę.

***

Będąc już w męskim internacie, szedłem korytarzem i nim się spostrzegłem, minąłem swój pokój. Nogi niosły mnie dalej, przed siebie, dopóki oczy nie zobaczyły złotego numeru dwadzieścia pięć. Ręka uniosła się sama, zapukała dwa razy, tak jak to miała w zwyczaju, a uszy nadstawiły się, by usłyszeć ewentualne dźwięki ze środka. Doszły do mnie kroki stawiane na podłodze bosymi stopami, a potem zawiasy drzwi zaskrzypiały lekko. Z pokoju wychyliła się głowa Iana, a na mój widok chłopak uśmiechnął się szeroko i od razu wpuścił mnie do środka.

Nie wiem co to był za zwyczaj, ale Ian zawsze chodził po pokoju nagi od pasa w górę i tym razem również paradował bez koszulki. Chwycił więc jakiś t-shirt i włożył go na siebie, jednocześnie patrząc na mnie z wyczekiwaniem. Najwyraźniej chciał, bym wytłumaczył mu tę niezapowiedzianą wizytę.

                - Pokłóciłem się z Clarą o poezję i potrzebuję alkoholu, którego nie zdobędę nawet w promieniu najbliższych dziesięciu kilometrów – zacząłem narzekać, kładąc się na łóżku chłopaka.

Do tej pory nawet nie zastanawiałem się, dlaczego Ian mieszkał w jednoosobowym pokoju. Po internacie chodziły plotki, że takie pomieszczenia nie istnieją – że najmniejsze gabarytowo były dwuosobówki. Ale tak samo było z czajnikiem elektrycznym; ogólne przepisy mówiły, że nie wolno go używać, a tu proszę, pan Anderson robił sobie herbatę kiedy tylko chciał.

Chłopak podszedł do szafy, chwilę grzebał w jakiejś torbie, a potem odwrócił się do mnie z uśmiechem.

                - Kto nie zdobędzie, ten nie zdobędzie – mruknął, wyciągając zza pleców butelkę whisky.

Zrobiłem wielkie oczy, a potem roześmiałem się z tego, jak wielkie było moje zdziwienie.

                - Ian, sam się prosisz o wykopanie z tej szkoły.

                - Whisky potrzebna mi jest do weny, mam na to nawet kwitek od lekarza – zaśmiał się. – Za alkohol mógłbym dostać zawieszenie, przynajmniej tak myślę. Ale za to – powiedział, wyciągając pęk kluczy z kieszeni i obracając nim na palcu wskazującym. – Mogą mnie już wykopać na zbity pysk.

Przyglądałem się wirującym kluczom z ciekawością.

                - Co takiego otwierają?

                - Dowiesz się w swoim czasie – mruknął. – O ile gotowy jesteś na przygodę.

Nie czekając, wstałem i zasalutowałem.

                - Szeregowy Wilde zgłasza gotowość do akcji – powiedziałem, a potem się roześmiałem.

W tamtym momencie nie myślałem o tym, jak skomentowałaby moje zachowanie Clara; za bardzo uderzył mnie fakt, że przedkładała Byrona przede mnie.

Ian chwycił jakąś torbę, do której wpakował butelkę alkoholu, ale ta zbyt odznaczała się, więc zrezygnował i owinął ją w prześcieradło.

                - Idealnie – podsumował, patrząc na swoje dzieło.

Schował klucze do tylnej kieszeni, tak, że gdy szedł, ich wypukłość mocno odznaczała się pod materiałem spodni. Wyszliśmy z pokoju, gasząc uprzednio światło i ruszyliśmy w stronę piwnic, tak jakbyśmy naprawdę planowali zrobić pranie.

***

Okazało się, że klucze otwierały tajemnicze drzwi obok piwnicy; wiele razy przez te dwa lata słyszałem, jak uczniowie zastanawiali się, do czego one prowadzą, bo nikt nigdy nie widział, by były przez kogoś używane. Niektóre plotki mówiły, że było to tajemne podziemne przejście do internatu dziewcząt, ale było to mało prawdopodobne.

Nie wiem, czy można było nazwać to historyczną chwilą, ale właśnie tak uroczyście się czułem, gdy Ian sięgnął po klucze i otworzył nimi drzwi. Miałem wrażenie, że staję się powiernikiem jakiejś tajemnicy, o której wiedziało naprawdę mało osób.

                - Gotowy? – Zapytał chłopak, przyglądając mi się.

Kiwnąłem głową na znak potwierdzenia, a wtedy on pociągnął drzwi w naszą stronę. Te ustąpiły gładko, a zawiasy nie wydały ani jednego dźwięku. Za drzwiami znajdowały się strome schody i wtedy zrozumiałem, że było to wejście na dach. Ian przepuścił mnie przodem, a potem ruszył za mną, uprzednio zamykając drzwi od wewnątrz na klucz. Ruszyliśmy w górę ciemnym i ciasnym korytarzem, na końcu natrafiając na kolejne drzwi. Tym razem jednak były one otwarte, więc wymacałem klamkę i popchnąłem je od siebie, wychodząc na dach. Od razu owionął mnie chłodny wiatr, ale nawet tego nie zauważyłem – zagapiłem się na ciemne niebo usiane milionami gwiazd. Stałem tak, otwierając usta z wrażenia, a Ian odwinął butelkę z prześcieradła i rozścielił je na ziemi.

                - Robi wrażenie, co? – Zapytał siadając.

                - I to jeszcze jakie – mruknąłem, zajmując miejsce obok niego.

Wciąż gapiłem się w gwiazdy, gdy chłopak wziął się za butelkę whisky. Otworzył ją, a potem westchnął.

                - Zapomniałem o jakichś kubkach – pożalił się.

Machnąłem ręką, na znak, że ma się nie przejmować takimi drobnostkami.

                - A z gwinta pić umiesz? – Zapytałem, wyszczerzając się i wyciągając butelkę z jego rąk.

Pociągnąłem łyka, delektując się lekko parzącym uczuciem na języku. Ian wziął ode mnie whisky i również się napił.

Siedzieliśmy tak chwilę, milcząc, patrząc w gwiazdy i na zmianę pijąc z butelki. Potem chłopak wyciągnął z kieszeni zgniecioną paczkę papierosów i uraczył się jednym.

                - Też chcesz?

                - Nie, dzięki. Nie palę.

Ian wzruszył ramionami i podpalił papierosa zapalniczką, mocno się zaciągając. Przy wydechu dymu nosem przymknął oczy, jakby z przyjemności, a potem położył się na ziemi, więc zrobiłem to samo. Przyglądałem się jak chłopak wydmuchuje dym, który na tle ciemnego nieba wyglądał niesamowicie żywo i delikatnie. To śmieszne, że zacząłem dostrzegać tak drobne rzeczy, które wcześniej po prostu ignorowałem.

Chłopak zauważył, że mu się przyglądałem i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę, a on zrozumiał ten gest i z uśmiechem podał mi papierosa. Chciałem poczuć jego smak i zobaczyć dym przed własnym nosem; zaciągnąłem się i zacząłem kaszleć podnosząc się do siadu, więc Ian poklepał mnie ze śmiechem po plecach.

                - Daj mi to – rozkazał, zabierając mi papierosa.

Już myślałem, że dostałem zakaz palenia, więc położyłem się z powrotem na ziemi. Jednak chłopak przewrócił się na bok i podparł się łokciem o ziemię, zbliżając się do mnie nieco. Zaciągnął się głęboko papierosem, a potem bez ostrzeżenia nachylił się nade mną tak, ze nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Z tak bliska zobaczyłem jak długie są jego rzęsy i że na jednej z powiek ma małego pieprzyka. Kilka kosmyków jego włosów spadło mi na twarz, łaskocząc mnie swoimi końcówkami. Z zaskoczenia otworzyłem usta, choć nie miałem nawet czasu, żeby zastanowić się co się właśnie działo. 

Wtedy chłopak wdmuchnął mi do ust dym, a ja wciągnąłem go mimowolnie w płuca, czując, jak przechodzą mnie dreszcze wzdłuż kręgosłupa, a na ramiona wstępuje gęsia skórka. Tym razem nie zacząłem kaszleć, więc byłem z siebie trochę dumny, kiedy Ian odsunął się ode mnie z uśmiechem.

                - Widzisz? Musisz robić to spokojnie.

Kiwnąłem głową na znak, ze rozumiem i wyciągnąłem rękę po papierosa. Znów zaciągnąłem się, czując jego gorzkawy smak na języku i w głowie zrodziła mi się pewna myśl. Jednak była ona tam przez ułamek sekundy i mógłbym przysiąc, że potem rozpłynęła się w nicości. Ale postąpiłem dokładnie tak, jak ona mi kazała; z premedytacją wciągnąłem dym gwałtownie w płuca dostając kolejnego ataku kaszlu. Oddałem papierosa Ianowi, a potem patrzyłem jak ten zaciąga się profesjonalnie. W głowie miałem tylko jedną myśl - siostrę bliźniaczą tamtej poprzedniej:

Niech znów pochyli się nade mną i wdmuchnie mi dym w usta.

Jednak chłopak tego nie zrobił; zgasił niedopałek o ziemię i wyrzucił go przed siebie w dal. Z pewną dozą zawodu patrzyłem na jego lot zanim nie zniknął w ciemności.

                - Przeczytałeś już biografię Oscara Wilde? – Zapytał nagle, odwracając twarz w moją stronę.

                - Nie – mruknąłem. – Nadal męczę historię literatury.

Ian sięgnął po zapomnianą whisky i napił się. Wziąłem od niego butelkę i również pociągnąłem łyka, czując ciepło gwintu pochodzące od ust chłopaka.

                - W takim razie jak już będziesz ją czytał, to zwróć szczególną uwagę na postać Roberta Rossa – powiedział trochę ciszej. – Wcześniej nie myślałem, że warto o tym wspominać… Ale teraz jestem pewien, że warto.

Kiwnąłem głową i znów napiłem się alkoholu. Chłopak przejął ode mnie butelkę, a nasze palce dotknęły się na moment.

                - Dlaczego akurat Ross? – Zadałem oczywiste pytanie.

Zostałem nagrodzony tajemniczym uśmiechem, który zmotywował mnie do przeczytania tej biografii.

                - Bo ty mógłbyś być takim Oscarem Wilde, a ja mógłbym być takim Robertem Rossem.

Zmarszczyłem brwi, śmiejąc się z jego konspiracyjnego tonu. Wypiłem ostatniego łyka whisky, bo gdybym pozwolił sobie na więcej, najzwyczajniej na świecie mógłbym przesadzić. Oddałem butelkę chłopakowi i podniosłem się do siadu.

                - Nienawidzę poezji najbardziej na świecie – mruknąłem.

Ian zaczął się śmiać, a po chwili mu zawtórowałem. Nasze głosy odbijały się od ścian budynków i mknęły w ciemną, pustą przestrzeń. Śmiałem się tak, że rozbolał mnie brzuch, dopóki nie poczułem, jak coś, co trzymało mnie w ryzach przez całe dwa lata w liceum, pęka wewnątrz. I, cholera, czułem się z tym naprawdę dobrze.

***

Dzień później zamiast rano pójść pod internat dziewcząt i czekać na Clarę, poszedłem do biblioteki by wypożyczyć biografię Oscara Wilde. Rzuciłem w kąt nieskończoną historię literatury, bo Ian za bardzo zaciekawił mnie wczorajszymi słowami, bym z cierpliwością skończył poprzednią książkę. Już na pierwszej przerwie wgłębiłem się w życiorys autora, ale o Robercie Rossie pisano dopiero później. To właśnie na matematyce doszedłem do fragmentu, który naprawdę, ale to naprawdę mnie zaskoczył.

Siedziałem w ostatniej ławce pod oknem, robiąc zadania w zeszycie. Gdy już skończyłem, poczułem się usprawiedliwiony i wyciągnąłem bezkarnie biografię na ławkę. Zacząłem czytać, wyłączając się na wszystkie inne bodźce, co ostatnio często mi się zdarzało.

"Na uniwersytecie znany był szczególnie ze swego błyskotliwego humoru i daru wymowy, z drugiej strony wyróżniał się ekstrawagancją. Demonstrował swoją zniewieściałość, nosił długie włosy, drwił z "męskich" zawodów sportowych, a swoje pokoje przystrajał pawimi piórami, kwiatami, porcelaną i innymi bibelotami. W tym okresie stał się przedstawicielem estetyzmu (ang. Aestheticism), który głosił hasło "sztuka dla sztuki" (fr. "L'art pour l'art").

Postawa i poglądy Wilde z jednej strony były wyszydzane, np. w operetce Giberta i Sullivana Patience (1881), lecz z drugiej - podziwiane i modne, a on stał się z czasem bywalcem salonów i arbitrem w sprawach sztuki."*

Przerwałem na chwilę czytanie, by sprawdzić, czy nikt nie zamierzał zwrócić mi uwagi. Nie mogłem doczekać się powrotu do książki, bo zauważyłem, że nazwisko Ross po raz pierwszy miało wystąpić już za kilka linijek.

"Oscar Wilde był biseksualistą. Miał kilku kochanków, m.in. Roberta Rossa, który był również jego oddanym przyjacielem i wydawcą dzieł."**

Uniosłem wzrok znad książki, a po plecach przebiegły mi zimne dreszcze, które na swój sposób były przyjemne.

"Miał kilku kochanków, m.in. Roberta Rossa..."

Przeczytałem to zdanie jeszcze kilka razy, a potem wyprostowałem się i potarłem usta palcami, wspominając jak Ian wdmuchnął mi dym do płuc.

O cholera.

***

Przemyślałem sobie całą sprawę i stwierdziłem, że muszę jak najszybciej porozmawiać z Ianem, więc gdy tylko rozbrzmiał dzwonek, wybiegłem z klasy. Szukałem go na korytarzu, aż w końcu zobaczyłem go stojącego z jakąś dziewczyną - miał na sobie koszulkę moro, która w pewien sposób do niego nie pasowała.  Podszedłem do nich i prosto z mostu rzuciłem:

                - Ian, musimy poważnie porozmawiać.

Chłopak spojrzał na biografię, którą trzymałem pod pachą, a potem na moją twarz. Może tylko mi się wydawało, ale lekko posmutniał. Chwyciłem go za ramię i pociągnąłem w stronę biblioteki, która ziała pustkami podczas pierwszych przerw, więc była idealnym miejscem na załatwienie tej rozmowy. Weszliśmy do środka, kiwając głową do pani Sandy – bibliotekarki, która była nie w lepszym stanie niż niektóre z książek trzymanych na dolnych półkach.

Skręciłem za regał z powieściami podróżniczymi, gdyż nigdy nie widziałem, by ktoś się koło niego kręcił i wreszcie stanąłem.

                - Jeśli chodzi o to, co powiedziałem… - Zaczął Ian, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.
Przycisnąłem go całym ciałem do regału i pocałowałem, miażdżąc mu wargi swoimi własnymi. Czułem, że chłopak w pierwszym momencie nie wiedział, co ma zrobić, ale koniec końców położył jedną z rąk na moim karku i przycisnął mnie do siebie jeszcze mocniej. Druga dłoń wylądowała na moich biodrach, co bardzo mnie podnieciło. Gdy oderwaliśmy się od siebie, Ian spojrzał mi w oczy, a na jego spuchniętych od gwałtownego pocałunku ustach błądził zawadiacki uśmiech.

                - Panie Ross, nieziemsko pan całuje – mruknąłem mu do ucha.

Mówiąc to, czułem jak chłopak zacisnął palce na mojej koszuli. Jedna z jego dłoni znów przyciągnęła mnie za kark i Ian pocałował mnie, tym razem subtelniej. Zbliżyłem się do niego i wtedy otarłem nogą o jego twardego członka, przyjmując z ulgą, że nie tylko ja byłem w takim stanie. Chłopak zarumienił się lekko, ale patrzył mi w oczy z tą cholernie podniecającą mnie pewnością siebie.

Złączyłem nasze usta w pocałunku, a moje ręce wkradły się pod jego koszulkę, by zbadać miękką skórę. By się podrażnić, ścisnąłem nawet jednego z jego sutków, a potem zszedłem w dół, do pępka i pasma jasnych włosów ciągnących się od niego w dół, do pasa spodni. Ja sam zostałem pozbawiony koszuli, która leżała tuż za mną na podłodze i tylko czekała, aż któreś z nas na nią nadepnie.

                - Wilde, pieprzmy się tu – wymruczał mi do ucha Ian, przez co osiągnąłem maksymalny poziom podniecenia.

Chwyciłem za sprzączkę jego spodni i rozpiąłem ją jednym ruchem. Z moim rozporkiem rozprawiły się zwinne ręce chłopaka, więc po chwili staliśmy już na wpół nadzy. Ian odwrócił się do mnie tyłem, wypinając biodra w moją stronę; ten obraz miał mi zostać w pamięci już do końca życia.

                - Teraz – wyszeptał, patrząc mi w oczy.

Szybko rozsmarowałem preejakulat po moim penisie, by zapewnić choć trochę nawilżenia, ale jednocześnie nie mogłem się doczekać, aż w niego wejdę. Nie przeszkadzało mi nawet to, że miałem właśnie stracić dziewictwo z mężczyzną. Nie myślałem o tym, cieszyłem się chwilą, chwytałem dzień.
Ian chwycił mojego penisa i nakierował go, przymykając oczy z przyjemności. Zacząłem powoli dociskać biodra do jego własnych, ale chłopak ze zniecierpliwieniem kazał mi się pospieszyć, więc wykonałem rozkaz. Wszedłem w niego najgłębiej jak się dało w tej pozycji i zostałem nagrodzony cichym jękiem, który na pewno byłby o wiele głośniejszy, gdybyśmy nie znajdowali się w bibliotece.
Dla mnie uczucie zaciskających się na moim penisie mięśni było nieporównywalne do żadnego innego uczucia. Musiałem oprzeć głowę o jego plecy, tuż pod karkiem i uspokoić się, bo prawie doszedłem, tak było mi dobrze. Byłem niedoświadczony w tych sprawach, ale mimo tego wiedziałem, co mam robić; gdy już odzyskałem stabilność umysłu, zacząłem poruszać miarowo biodrami. Odrzuciłem głowę do tyłu i zacisnąłem zęby, by nie wydać z siebie żadnego jęku ani głośnego sapnięcia. Nie wstydziłem się tego – po prostu nie chciałem, by nas nakryli. Jednak dźwięków, które tworzyły nasze obijające się o siebie ciała, nie dało się powstrzymać. Miałem nadzieję, że były one pochłaniane i niwelowane przez wszechobecne regały z książkami i chyba miałem rację. Gdyby było inaczej, na pewno ktoś już by do nas przyszedł.

W pewnym momencie poczułem jak mięśnie chłopaka mocniej zaciskają się na moim penisie i dobrze zgadłem, że miał zaraz dojść. Chwyciłem więc jego członka wolną ręką i zacząłem wykonywać nią szybkie ruchy w górę i w dół. Nie czekałem długo, bo po chwili Ian jęknął cicho, cichutko i doszedł, a ja w tym momencie poczułem niewysłowioną przyjemność. Mięśnie jeszcze bardziej zacisnęły się na moim penisie, więc pchnąłem w chłopaka jeszcze kilka razy, a potem wyszedłem z niego i oddałem się w ręce orgazmu.

Ian stał nadal w tej samej pozycji, opierając się o regał i ciężko oddychając. Przytuliłem się do jego pleców również próbując złapać oddech.

                - Człowieku, to było niesamowite – powiedział, odwracając się do mnie twarzą.

Pocałował mnie delikatnie, nadal uspokajając oddech. Zarzucił mi ręce na szyję i wtulił się we mnie, więc mogłem zanurzyć nos w jego włosach pachnących papierosami. Wtedy zabrzmiał dzwonek, więc jednocześnie podskoczyliśmy jak rażeni prądem z przestraszonymi minami. Potem jednocześnie spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy śmiechem. Ian wyciągnął z kieszeni chusteczki, podał mi jedną, więc doprowadziłem się do porządku i wsunąłem spodnie na tyłek. Podniosłem zdeptaną koszulę, zarzuciłem ją na grzbiet i pocałowałem chłopaka w policzek. Ian mocował się ze sprzączką, którą najwyraźniej niechcący popsułem, ale po chwili poddał się i wyciągnął pasek ze spodni.

                - Co robisz? – Zapytałem ze śmiechem.

Ian przykucnął koło regału i wsunął pasek za książki stojące na drugiej od dołu półce.

                - Zostawiam pamiątkę dla potomnych – mruknął, szczerząc się.

Wyszliśmy zza regałów, mając nadzieję, że bibliotekarka nie zwróci uwagi na nasze zarumienione twarze i pogniecione ubrania. Pani Sandy nawet na nas nie spojrzała – siedziała odwrócona plecami do wyjścia i układała pasjansa na komputerze.

***

Gdybym powiedział rodzicom albo Clarze o tym, co zaszło w bibliotece, najprawdopodobniej żadne z nich by mi nie uwierzyło. Pewnie uznaliby to za niezbyt udany żart, a gdybym dalej próbował ich przekonać, że moje słowa to najprawdziwsza prawda, nadal jedynie by się śmiali. No bo to przecież było niemożliwe – bym zdradził ukochaną dziewczynę z którą w końcu miałem wziąć ślub, a potem mieć z nią dzieci.

Niemożliwe, że miałbym narazić tak świetlaną przyszłość z powodu jakiegoś… dewianta.

Właśnie o tym myślałem, siedząc na lekcji, czując nadal pocałunek Iana na swoich ustach. Samo wspomnienie tego, co miało miejsce zaledwie dwadzieścia minut wcześniej, sprawiało, że przyspieszał mi puls.

Zdradziłem Clarę – dziewczynę, dzięki której nie zrezygnowałem z tej szkoły, ale też dziewczynę, która z powodu mojej niechęci do poezji nie odzywała się do mnie od tygodnia. Próbowałem z nią porozmawiać, ale ona była zbyt uparta i udawała, że mnie nie zauważa, gdy podchodziłem do niej na przerwie. W stołówce albo siadała z koleżankami przy innym stoliku, albo towarzyszyła mi i Ianowi, ale miałem wrażenie, że było to jedynie fizycznie, bo jej duch uciekał ode mnie jak najdalej. Czy w tym momencie mi na niej zależało? Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie, bo jakaś mała część mnie cierpiała z powodu naszej kłótni. Jednak po każdej nieudanej próbie pogodzenia, część ta stawała się coraz bardziej obojętna.

Natomiast ten pierwiastek mnie, który wielbił Iana, częściej zabierał głos, a ja mu na to pozwalałem. W końcu to przy Andersonie mogłem być sobą – chłopak nie kazał mi zamykać się, gdy zaczynałem jakiś matematyczny temat i nie oceniał mnie z powodu moich zainteresowań. Przy nim czułem tę nutkę ekscytacji, która towarzyszyła początkowi mojego związku z Clarą, a która wypaliła się niedługo później, gdy dziewczyna pokazała swoje prawdziwe oblicze. Przy nim znowu… czułem. I to na dodatek coś, co nie było nudną rutyną.

Od myślenia rozbolała mnie głowa, więc do dzwonka siedziałem i gapiłem się w okno, próbując nie przywoływać żadnych obrazów z sytuacji, która miała miejsce chwilę temu w bibliotece. Mimo wszystko nie szło mi to zbyt dobrze, więc kilka razy podczas lekcji poczułem jak w bokserkach zrobiło mi się ciaśniej. Gdy zadzwonił dzwonek od razu wstałem i wyszedłem z klasy; oczywiście byłem podekscytowany, bo chciałem zobaczyć jak najszybciej Iana. Co z tego, że nie widzieliśmy się tylko czterdzieści pięć minut?

Usiadłem jak zwykle na swojej bluzie pod ulubionym kasztanem i znów zacząłem czytać biografię Oscara Wilde. Oczywiście przeczytałem raz jeszcze fragment, który „polecił” mi Ian i tym razem przeszły mnie naprawdę przyjemne dreszcze.

                - Cześć – usłyszałem nad głową przywitanie.

Z roztrzepaniem spojrzałem na mówiącą do mnie osobę i stwierdziłem z lekkim zawodem, że była to Clara.

                - Cześć – odmruknąłem, powracając do czytania.

Dziewczyna usiadła obok mnie, na miejscu, które przez ostatni czas zajmował Ian, i spojrzała na mnie ze skruchą, zaplatając dłonie na kolanach.

                - Oscar, chciałam cię przeprosić…

Podniosłem wzrok i spojrzałem na wyjście ze szkoły; nie wiem co powiedziało mi, żebym to zrobił, ale w tym samym momencie zobaczyłem jak Anderson wychodzi z budynku. Uśmiechnąłem się na jego widok, a Clara odebrała to najwyraźniej jako dobry znak.

                - Miałbyś ochotę na wypad do kina w weekend? Myślę, że zasługuję na przerwę od nauki…

Ian ruszył w stronę kasztana, ale po chwili zauważył nas, siedzących koło siebie i zwolnił kroku. W myślach modliłem się, by ten zdecydował się na podejście, ale w ostatniej chwili chłopak skręcił w prawo i podszedł do jakiejś grupki znajomych. Westchnąłem głęboko i dopiero wtedy spojrzałem na dziewczynę

                - Przepraszam, ale myślę, że to nie wyjdzie.

Clara wygięła usta w podkówkę i chwyciła mnie pod rękę.

                - Ale czemu? Nie muszę się uczyć, a ty nie masz żadnego sprawdzianu…

                - Nie o to chodzi – przerwałem jej, masując energicznie skronie. – Myślę, że nam nie wyjdzie.

Spojrzałem na dziewczynę, której twarz najpierw wyrażała wielkie zdumienie, a potem strach. Jej oczy zaszkliły się, wypełnione łzami, które dopiero miały spłynąć na policzki.

                - Nie rozumiem…

                - Zdradziłem cię – znów jej przerwałem.

Nie potrafiłem spojrzeć jej w twarz i jednocześnie powstrzymywałem się, by nie zerknąć na Iana. Zamiast szlochu, który spodziewałem się usłyszeć, do moich uszu doszło ciche westchnięcie.

                - Pamiętasz dobrze tę całą sprawę z Benem Hanscomem, prawda? – Kiwnąłem głową, zagryzając dolną wargę. – Zdradziłam cię, choć był to głupi incydent, ale ty mi wybaczyłeś…

Oj nie, nie wybaczyłem jej tego. Za każdym razem gdy byłem na nią zły, w mojej głowie od razu pojawiał się obraz Hanscoma rozbierającego ją na kanapie w klubie, w którym wyprawiałem swoje osiemnaste urodziny. Choć starałem się wyrzucić te wspomnienia z głowy, wybaczyć jej i zacząć od nowa… Nie potrafiłem. Od tamtej pory szukałem jedynie wymówki na to, by z nią zerwać, choć udawałem, że wszystko jest w porządku.

Poczułem na sobie wzrok Iana, więc spojrzałem na niego; chłopak pomachał mi, więc zrobiłem to samo, żałując, że nie mogę być w tym momencie obok niego. Zamiast tego musiałem zmierzyć się z Clarą siedzącą obok.

                - Pamiętam.

Dziewczyna rzuciła mi spojrzenie pełne skruchy i nieśmiały uśmiech. Potem czy tego chciałem, czy nie, wtuliła się w moje ramiona, a mi wtedy zmiękło serce. Jednak nie potrafiłem ot tak powiedzieć jej, że z nami koniec; nie po tych dwóch latach, które spędziliśmy ze sobą na dobre i na złe. Położyłem dłoń na jej głowie i wplotłem palce w jej miękkie włosy. Clara pocałowała mnie w szyję, tam, gdzie wcześniej pocałował mnie Ian i westchnęła.

                - Spróbujmy jeszcze raz – mruknąłem.

Podniosłem wzrok i wtedy moje i Iana spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak miał mieszaną minę; wcisnął ręce głęboko w kieszenie bluzy i minął mnie bez słowa, idąc w stronę budynku. Chciałem za nim pobiec, złapać go i przytulić, ale nie ruszyłem się z miejsca. Może to był mój błąd, może i nie. Nigdy nie miałem się już dowiedzieć jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tamtego październikowego dnia pobiegł za Ianem i próbował z nim porozmawiać.

***

Już kilka dni później pożałowałem swojej decyzji; że nie wziąłem się w garść i nie skończyłem mojego związku raz na zawsze. Ian unikał mnie, a Clara dobijała komentarzami dotyczącymi poezji. Ogólnie nic się nie zmieniło – tylko to, że stałem się bardziej zimny jeśli chodziło o moją relację z dziewczyną. Moje myśli zaprzątał jedynie Anderson; panicznie próbowałem zrobić cokolwiek, by ten zwrócił na mnie uwagę, ale nie potrafiłem się wziąć w garść. Do tego doszła nauka, robienie arkuszy maturalnych – czyli to, co w tamtym momencie było mi, cholera, najbardziej do życia potrzebne.

Nadszedł listopad, miesiąc, w którym trawnik pokrywały kolorowe liście, a niebo było przeważnie szarobure i groziło spadnięciem deszczu. Mój związek z Clarą powoli się toczył, choć i tak zachowywaliśmy się bardziej jak znajomi niż jak para. Kilka razy nawet pokłóciliśmy się o to, ale mi po prostu przestało zależeć. W tym momencie liczył się Ian.

Chłopak przestał spędzać ze mną przerwy, bo zwykle Clara przyklejała się do mnie i nie chciała się ode mnie oderwać aż do dzwonka ogłaszającego początek lekcji. Ian omijał mnie szerokim łukiem, tak jakby przewidywał, że chcę z nim porozmawiać – po prostu mi tego nie ułatwiał. Ale właśnie pewnego listopadowego dnia obudziłem się i już wiedziałem, że muszę porozmawiać z Andersonem i wyjaśnić mu całą sytuację. Czułem przymus do zrobienia tego, bo miałem wrażenie, że potem mógłbym czegoś żałować.

Poczekałem na odpowiedni moment i w trakcie lekcji wyszedłem pod pretekstem złego samopoczucia; tak naprawdę udałem się w stronę klasy, w której Ian miał właśnie lekcję i zapukałem cicho.

                - Dzień dobry, panie profesorze – powiedziałem. – Jestem Oscar Wilde i przepraszam, że przeszkadzam panu w prowadzeniu lekcji, ale mam pilną sprawę do jednego z pana uczniów.

Mówiąc to, odszukałem wzrokiem Iana, który siedział pod oknem i bazgrał coś w zeszycie. Dopiero gdy mnie zobaczył, wyprostował się jak struna i z wyraźnym zdenerwowaniem zaczął rozglądać się po bokach.

                - Dzień dobry, panie Wilde – mruknął pan Turner nieco zirytowany. – Dobrze, proszę tylko, by ta niecierpiąca zwłoki sprawa została załatwiona szybko.

Kiwnąłem głową, dziękując profesorowi za ułatwienie mi życia. W końcu to była moja jedyna szansa na porozmawianie z chłopakiem – musiałem zmusić go do konfrontacji.

                - Ianie Anderson, czekam na korytarzu. – Powiedziałem, wychodząc.

Chwilę nawet denerwowałem się, że chłopak zbuntuje się i zostanie w klasie, ale drzwi uchyliły się, ukazując sylwetkę Iana. Dopiero wtedy zauważyłem, że ten ubrany był w koszulkę moro, tę samą  którą miał na sobie tamtego dnia. Wcześniej nie widziałem, żeby ją nosił, więc uznałem to za dobry znak. Chłopak oparł się plecami o ścianę, zaplótł ręce na piersi i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.

                - Chciałem porozmawiać o…

Ian uniósł brew i przyjrzał mi się uważniej.

                - O tym, co stało się w bibliotece?

Pokiwałem głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Chłopak westchnął i przetarł twarz dłonią.

                - Chyba nie masz zamiaru rozmawiać o tym tutaj? – Zadał pytanie, ale zbyłem go milczeniem.

Natomiast ruszyłem za nim korytarzem w stronę męskiej łazienki i chwilę później zamknąłem za nami jej drzwi.

                - Chcę zerwać z Clarą – powiedziałem, a on spojrzał na mnie zaskoczony.

                - Dlaczego?

                - Nie pasujemy do siebie i już nie czuję się tak dobrze w jej towarzystwie jak kiedyś – mruknąłem, a potem zastanowiłem się chwilę. – Nie czuję się tak dobrze, jak w twoim towarzystwie.

Chłopak spuścił wzrok na kafelki i podrapał się po karku. Potem spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

                - Gdybym powiedział, że jest mi przykro z powodu, że zrywacie, to bym skłamał…

Uśmiechnąłem się do niego szeroko i to właśnie chyba ten uśmiech spowodował, że Ian przestał się na mnie dąsać.

                - W której kabinie? – Zapytał nagle, a ja nie wiedziałem, o co mu chodzi.

Dopiero gdy spojrzałem na jego twarz, której wyrazu nie mogłem pomylić z niczym innym, poczułem pulsowanie w podbrzuszu.

                - Obojętnie.

Praktycznie rzuciliśmy się na siebie, sięgając łapczywie swoich ust. Złączeni w pocałunku ruszyliśmy niezgrabnie w stronę kabin, po drodze zahaczając o framugę przejścia i umywalkę, a za każdym razem wybuchaliśmy głośnym śmiechem. Weszliśmy do pierwszej lepszej kabiny i zamknęliśmy za sobą drzwi.

                - Musimy się pospieszyć, żeby profesor Turner się nie wkurzył. Wystarczy mi już, że nie cierpię historii, a gdyby ten dziad na dodatek by się na mnie uwziął…

                - Mógłbyś nie mówić w takim uroczystym momencie o tym starym pryku? On jest dla mnie totalnie aseksualnym podmiotem i nie mogę myśleć o nim w tej chwili.

Chłopak zaśmiał się, a potem pocałował mnie, składając na moich ustach obietnicę trzymania gęby na kłódkę. W międzyczasie pozbawiłem go spodni i sam rozpiąłem swoje, wyciągając swojego penisa na zewnątrz. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Ian oderwał się ode mnie i klęknął tak, że jego głowa znalazła się na wysokości moich bioder. Nie protestowałem – moja ekscytacja rosła z sekundy na sekundę.

Potem chłopak pocałował czubek mojego penisa, przez co przeszły mnie ciepłe dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Położyłem dłoń na jego głowie i wplotłem palce w jego jasne włosy, jednocześnie patrząc mu w oczy. Ian zaczął lizać powoli główkę mojego członka, jakby drażniąc się, a drugą ręką wykonywał jednostajne ruchy w górę i w dół. Ja tylko zaciskałem zęby z przyjemności, modląc się w myślach, bym nie doszedł zbyt szybko. Wtedy Anderson bez ostrzeżenia włożył sobie do ust mojego penisa i zaczął poruszać głową w rytm, który nadawała mu moja ręka. Wszystko to prowadziło mnie prosto do orgazmu, a którego na razie nie chciałem zaliczyć, bo moim celem było sprawienie przyjemności Ianowi. Gdy czułem, że jestem u kresu, chwyciłem chłopaka za ramiona i kazałem mu podnieść się. Pocałowałem go namiętnie, uspokajając szybkie pulsowanie w kroczu, a potem usiadłem na muszli, a mój członek stał na baczność aż prosząc się, by Ian się na niego nabił.

Chłopak zrozumiał o co mi chodziło i bez zastanowienia usiadł mi na kolanach i zaczął poruszać biodrami tak, że nasze penisy ocierały się o siebie raz po raz. Potem uniósł się na chwilę, chwycił mojego członka, nastawił go pod odpowiednim kątem i opuścił ciało. W tej pozycji miałem idealny widok na jego twarz, która wyrażała głęboką przyjemność; gdybym odpowiednio nad sobą nie panował, mógłbym dojść patrząc jedynie na jego minę. Chłopak schodził coraz niżej, przyciskając swoje biodra do moich, a ja z utęsknieniem napawałem się uczuciem zaciskających się na moim penisie mięśniach i tym, jak gorąco było wewnątrz niego. Niedługo trwał wspólny taniec naszych ciał; po kilku moich gwałtownych pchnięciach chłopak doszedł, a część jego spermy znalazła się na mojej koszulce. Ian jęknął przeciągle kiedy wysunąłem się z niego i opadł na mnie wyczerpany, głośno oddychając. Wtuliłem twarz w jego włosy, wciągając w nozdrza zapach dymu tytoniowego.

                - Nie obrazisz się, jak teraz pójdę? Jeśli Turner się wkurzy, to serio będę miał przejebane…

                - Jasne, że nie – mruknąłem, całując go w nos.

Chłopak chwilę jeszcze leżał w moich ramionach, a potem podniósł się i chwycił swoje spodnie. Najpierw jednak wytarł papierem to, co zasługiwało na wytarcie, w tym także moja koszulka, na której jednak został biały ślad.

                - Tak sobie myślę, że ta moja koszulka jest chyba jakaś szczęśliwa – powiedział, zapinając spodnie.

Uniosłem brew w zdziwieniu choć chyba wiedziałem, o co mu chodziło.

                - Po prostu kiedy ją zakładam, między nami dzieją się… ciekawe rzeczy.

Wyszczerzyłem się i pocałowałem go.

                - To już trochę jak jakaś tradycja. A tradycję trzeba respektować!

Ian zaśmiał się w zupełnie niewinny i słodki sposób, a przez to moje serce zabiło szybciej niż zwykle. Oto ja – Oscar Wilde, maturzysta, siedzący na muszli z opuszczonymi do połowy ud spodniami i członkiem stojącym na baczność, patrzący na młodszego chłopaka, który się śmieje i myślący o tym, że chyba właśnie się w nim zakochał.

Ian wyszedł z łazienki, a ja zostałem sam z pulsującym problemem, więc musiałem sobie z nim poradzić. Kiedy skończyłem, wyszedłem z łazienki, a będąc już pod swoją klasą, specjalnie przybrałem zbolałą minę. Zapukałem, wszedłem do środka, a pan Raven rzucił mi uważne i współczujące spojrzenie.

                - Wszystko w porządku, Wilde? Masz wypieki na twarzy, czy to z powodu gorączki?

Mężczyzna był tak zaniepokojony, że aż zachciało mi się śmiać; wypieki były po prostu rumieńcami, które spowodował u mnie Ian podczas akcji w łazience. Minąłem ławkę Leo i usiadłem za nim, biorąc do ręki zeszyt. Wiedziałem, że do końca lekcji nie będę niepokojony przez nauczyciela, więc czytałem sobie jedno z opowiadań Allana Edgara Poe.

***

Jeśli chodzi o Clarę, to nie kłamałem, mówiąc, że planowałem z nią zerwać, jednak powiedzenie tego, a zrobienie to były dwie różne rzeczy. Za każdym razem gdy przychodziłem do niej i chciałem zacząć ten temat, ona zagadywała mnie, więc poddawałem się. Za każdym cholernym razem.

Natomiast Ian… Z Ianem pieprzyliśmy się regularnie. Gdy tylko chłopak zakładał koszulkę moro, wiedziałem już, że tego dnia będziemy uprawiać seks w którymś miejscu w szkole. Dlatego też codziennie wypatrywałem go, mając nadzieję, że będzie miał na sobie ten szczęśliwy t-shirt. A gdy okazywało się, że go miał, potrafiłem dostać erekcji stojąc na korytarzu i patrząc na niego z odległości kilku metrów. Ian dobrze wiedział o tym, jak na mnie działał i to chyba jeszcze bardziej go podniecało. A ja nie mogłem nic poradzić na moje reakcje – podejrzewam, że zostałem uwarunkowany tak jak psy w eksperymencie Pawłowa.

Byłem rozdarty pomiędzy tych dwoje ludzi i nie wiedziałem, kogo wybrać. Nie wyobrażałem sobie wspólnej przyszłości z Clarą, a z Ianem… Z nim przyszłość nie wydawała się kolorowa. Owszem, kochałem go, coraz bardziej każdego dnia, ale czy to robiło ze mnie geja? Najprawdopodobniej tak, a homoseksualiści nie wiodą wspaniałego życia w naszym kraju pełnym religijnych oszołomów i homofobów. Chyba bałem się tego, że mógłbym zostać odrzucony przez rodziców, gdybym przyznał się do całej prawdy…

W takim rozdarciu trwałem aż do świąt, które spędziłem w rodzinnym mieście. Miałem dwa tygodnie na odsapnięcie i przemyślenie tego, co będę musiał zrobić gdy wrócę do szkoły, a miałem już dość odwlekania. Postanowiłem w końcu rozstać się z Clarą, ale nadal nie miałem pojęcia, co zrobić z Ianem… Czułem coś do niego i dlatego nie potrafiłem dać sobie z nim spokoju. Zresztą, dlaczego miałem sobie w ogóle dawać z nim spokój? Do tej pory spotykaliśmy się, spędzaliśmy razem wspaniale czas i nikt nie robił nam z tego powodu wyrzutów. Miałem wrażenie, że ludzie w tej szkole byli zbyt pochłonięci własnymi tyłkami i nauką, by zauważyć, że często znikaliśmy im z oczu na przerwach, by pójść w jakieś ustronne miejsce.

Już nawet przestałem przejmować się rodzicami; oczywiście przy świątecznym stole wypytywali jak tam wygląda moja relacja z Clarą, więc powiedziałem im jasno, że nie układa się nam. Przyjęli to ze spokojem, czym mnie zaskoczyli; nie wiedzieli o tym, że dziewczyna mnie zdradziła, ani że ja zdradziłem ją. Myśleli, że jesteśmy idealną parą – z rodzaju tych, które spotykają się w liceum, a potem są małżeństwem aż po grób. Mimo tego, przyjęli do wiadomości fakt, że najprawdopodobniej się rozstaniemy.

***

                - Hej, Wilde, jutro trening o siedemnastej – rzucił Martinez, a potem napił się wody z bidonu.

Pokiwałem głową i wtedy naszedł mnie pomysł, by zapytać Louisa, co ten zrobiłby w mojej sytuacji. Rudzielec był naprawdę sympatyczny i miałem wrażenie, że będzie wiedział, jak mam postąpić.

                - Louis… Mam sprawę.

Chłopak spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a mnie ogarnął wstyd. Nie zamierzałem mu, oczywiście, powiedzieć o moich gejowskich zapędach, ale oto właśnie miałem wywlec swoje wnętrzności na zewnątrz.

                - Mam pewien problem… Wiesz dobrze, że jestem z Clarą od dwóch lat i do czasu, gdy zdradziła mnie z Hanscomem, było nam razem naprawdę dobrze… Ale teraz czuję, że to nie to. Tym bardziej, że chyba się zakochałem.

Martinez patrzył na mnie, więc spuściłem wzrok i utkwiłem go w podłodze. Byłem zawstydzony i nadal zastanawiałem się, czy to był dobry pomysł.

                - I jaki masz ten problem?

                - Nie wiem, co zrobić, po prostu…

Louis westchnął i przetarł dłonią twarz.

                - Gdybyś kochał Clarę, to nie zakochałbyś się w kimś innym, to po pierwsze. A po drugie, gdybyś ją kochał, to nawet nie zastanawiałbyś się, czy ją rzucić. A ta osoba, którą darzysz uczuciem… Powiedz jej to, serio. Nie masz nic do stracenia.

Twarz chłopaka lekko posmutniała, ale może mi się to tylko wydawało. Zrobiło mi się lżej na duszy, bo Martinez utwierdził mnie w tym, co powinienem zrobić.

                - Dzięki, stary – mruknąłem i chwyciłem torbę.

Nagle wypełniła mnie energia i chęć do działania. Poczułem, że to jest właśnie ten dzień – dzień, kiedy w końcu dam sobie spokój z moim nieudanym związkiem.

                - Tylko bądź szczery! – Krzyknął za mną Louis ze śmiechem.

Pomachałem mu na pożegnanie i wyszedłem z szatni. Moim celem był internat dziewcząt i Clara, która pewnie teraz siedziała i uczyła się w swoim pokoju.

***

Zapukałem dwa razy do jej drzwi; po chwili otworzyła mi jej współlokatorka, Monti i przywitała mnie uśmiechem.

                - Jest Clara? – Zapytałem, próbując opanować nerwy.

Srebrnowłosa kiwnęła i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem i stanąłem przy łóżku Clary, która widząc mnie, wyciągnęła słuchawkę z ucha i uśmiechnęła się.

                - Monti, mogłabyś nas zostawić na chwilę samych? – Zwróciłem się do dziewczyny, która w milczeniu zgodziła się i wyszła.

Clara spojrzała na mnie ostrożnie, zaskoczona; chyba podejrzewała już, że mieliśmy porozmawiać o czymś poważnym.

                - Siadaj. Chcesz może jakieś ciastka? Zostały mi po ostatnich zakupach…

Podrapałem się po karku z zakłopotaniem.

                - Nie, dziękuję. Przyszedłem tylko na chwilę, żeby z tobą porozmawiać – mruknąłem, widząc, jak jej oczy zaczynają się szklić. – Słuchaj, myślę, że ciągnięcie naszego związku dalej nie ma najmniejszego sensu…

Twardo patrzyłem jej w twarz, a w piersi czułem bijące mocno serce. Tym razem miałem nie zmięknąć i nie przystać na jej „Spróbujmy jeszcze raz”. Ten dzień był inny. Ten dzień był przełomowy.

                - Czyli… Zrywasz ze mną?

Jej głos załamał się w połowie zdania i wtedy również pociekły łzy.

                - Tak – powiedziałem. – A teraz przepraszam, wracam do internatu, bo potrzebuję prysznica.

Ruszyłem w stronę drzwi, słuchając jej łkanie, gdy dziewczyna powiedziała.

                - To przez tego Iana… Zacząłeś spędzać z nim więcej czasu niż ze mną… To wszystko jego wina!

Przemilczałem jej słowa i wyszedłem na korytarz. Monti stała pod drzwiami, więc pożegnałem się z nią i ruszyłem w stronę wyjścia, mając mętlik w głowie.

***

No cóż, zerwałem z Clarą. I to właśnie sprawiło, że poczułem się cholernie lekko. Zostało mi tylko powiedzenie Ianowi jak bardzo mi na nim zależało i będę mógł nazwać siebie szczęśliwym człowiekiem. Oczywiście istniał scenariusz, w którym chłopak nie odwzajemnia mojego uczucia, ale nasza tradycja związana z koszulką moro nadal była kultywowana, więc trudno było mi uwierzyć, że Ian robił to tylko z powodu nudy.

Nie chciałem jednak rozmawiać z nim tuż po tym, jak zerwałem z Clarą; na ten dzień wystarczyło mi już wrażeń. Poszedłem więc prosto pod prysznic, a potem do pokoju, gdzie walnąłem się na łóżko i spałem jak martwy przez kilka godzin.

***

Rano obudziły mnie krzyki na korytarzu, dochodzące z jego drugiej strony, Wstałem, przeciągnąłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że łóżka moich współlokatorów były puste. Wyszedłem z pokoju i zobaczyłem kłębowisko ludzi stojących przy pokojach z numerami od dwudziestu w górę. Poczułem pierwsze ukłucia niepokoju, więc wyszedłem i ruszyłem korytarzem z bijącym mocno w piersi sercem.

                - Co się stało? – Zaczepiłem pierwszego lepszego chłopaka i zapytałem.

Ten tylko wzruszył ramionami.

                - Nie wiem, trener dostaje białej gorączki.

To nigdy nie znaczyło nic dobrego, choć pan Randall nie krył się z byciem cholerykiem. Ruszyłem dalej, a gdy dotarłem do zbiegowiska stojącego w drzwiach pokoju o numerze dwadzieścia pięć, strach owładnął już całym moim ciałem. Okazało się, że w środku trener dawał właśnie reprymendę nikomu innemu, tylko Ianowi, który stał ze spuszczoną głową i gapił się w torbę pełną butelek alkoholu. Jedną z nich była whisky, którą piliśmy tamtego wieczoru na dachu, gdy sprawy nie były jeszcze tak bardzo skomplikowane.

Przecisnąłem się przez ludzi i zacząłem wyganiać ich, by sobie poszli. Kilka osób mnie posłuchało, więc od razu zrobiło się luźniej na korytarzu, ale wtedy Anderson podniósł na mnie wzrok.

                - Zejdź mi z oczu.

Jego głos przepełniony był agresją i jadem, które uderzyły mnie prosto w twarz. Nie tego się spodziewałem od osoby, której chciałem w najbliższym czasie wyznać miłość. Stałem chwilę, nie wiedząc co zrobić, a trener rzucił:

                - Anderson, jest godzina siódma trzydzieści; ma pan czas do dziewiątej na spakowanie swoich rzeczy i opuszczenie terenu szkoły. Oficjalnie zostaje pan z niej wyrzucony z wiadomych powodów.

Po tym trener ruszył w stronę drzwi, mijając mnie bez słowa. Ian usiadł na łóżku i schował twarz w dłoniach, a gdy próbowałem do niego podejść i położyć mu rękę na ramieniu, gwałtownie ją odepchnął.

                - Nie dotykaj mnie!

Nie wiedziałem, dlaczego chłopak się tak zachowywał. Czyżby myślał, że to ja na niego doniosłem?
I wtedy właśnie mnie olśniło. Clara! Głupi powiedziałem jej o tym, że chłopak trzyma w pokoju czajnik elektryczny, ale nic nie mówiłem o alkoholu… Najwyraźniej jego pokój przeszedł gruntowne przeszukanie i oprócz sprzętu znaleźli także inne nielegalne rzeczy…

Wybiegłem natychmiast z pokoju i dogoniłem trenera Randalla. Chaotycznie zacząłem prosić go, by ten cofnął wyrzucenie Iana ze szkoły; w pewnym momencie poczułem nawet jak po polikach spływają mi łzy. Mężczyzna jednak był nieugięty, albo po prostu nie zrozumiał nic z mojego bełkotu. Nie mogłem się opanować z powodu paniki, która mnie ogarnęła; że oto właśnie, gdy wszystko miało się już pięknie ułożyć, nagle doszło do czegoś takiego…

                - Wilde, przykro mi, ale zasady to zasady.

Trener poklepał mnie po ramieniu, a potem zostawił mnie samego na korytarzu. Jeszcze nigdy nie czułem się tak rozbity, jak wtedy. Nie czekając dłużej, wróciłem do pokoju Iana, nie mając nawet sił na rozmowę, która mnie czekała.

Chłopak siedział w takiej samej pozycji jak wcześniej; opierał łokcie na kolanach, a twarz schował w dłoniach. Nie spojrzał na mnie gdy wszedłem, więc usiadłem obok niego.

                - Co ty tu jeszcze robisz?

Jego głos nadal pełny był agresji, ale słyszałem w nim także rozpacz. Ścisnęło mnie serce, a w gardle pojawiła się niemożliwa do przełknięcia gula.

                - Słuchaj, to nie ja na ciebie doniosłem.

                - Ach tak? A teraz na dodatek kłamiesz?

Ian spojrzał w końcu na mnie, a jego oczy były czerwone od płaczu. Pod tym wzrokiem mogłyby uginać się nawet metalowe łyżki.

                - Nie kłamię. Nie doniosłem na ciebie. Clara to zrobiła.

Przez chwilę chłopak gościł na twarzy zdziwiony wyraz, ale potem się ogarnął.

                - Bo o wszystkim jej powiedziałeś? Super! A przypadkiem to nie miała być nasza tajemnica?

Spuściłem wzrok na swoje splecione na podołku dłonie.

                - Powiedziałem jej tylko o czajniku. Wtedy między mną, a nią było jeszcze w miarę w porządku – mruknąłem i zawahałem się, czując, jak przyspiesza mi puls. – Wczoraj z nią zerwałem, a ona bardzo się zdenerwowała i obwiniła ciebie. Dzisiaj chciałem porozmawiać z tobą… Ian. – Znów się zawahałem. – Zależy mi na tobie, naprawdę bardzo mi zależy. To chciałem ci powiedzieć od tamtego wieczoru na dachu.

Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, a potem rozpłakał się jeszcze bardziej, lecz tym razem już w moich ramionach. Przytuliłem go mocno do siebie, wciągając w płuca zapach jego szamponu wymieszanego z dymem papierosowym.

                - Ja ciebie też kocham, Oscarze – mruknął cicho między przerwami od płaczu.

***

Niestety z powodu lekcji musiałem zostawić Iana i pójść do szkoły; nie chciałem tego, bo były to ostatnie godziny chłopaka w tej szkole, a ja i tak miałem zbyt duży mętlik w głowie, by cokolwiek do niej upakować. Siedziałem jak na szpilkach i nawet nie udawałem, że słucham wykładów nauczycieli – miałem to gdzieś.

Tuż przed godziną dziesiątą znów zastosowałem stary dobry trik ze złym samopoczuciem i pod tym pretekstem wyszedłem z klasy. Wiedziałem dobrze, że Ian miał zaraz wyjść z internatu i ruszyć w stronę bramy kampusu, więc chciałem pomóc mu z torbami i mieć szansę na sensowne pożegnanie.
Zobaczyłem jednak, że ten stał już na przystanku autobusowym i spoglądał na zegarek. Miał przy sobie tylko jedną torbę i walizkę, a jego twarz wyrażała głęboki smutek. Gdy chłopak mnie zobaczył, lekko się rozpromienił; zupełnie jak pochmurny dzień potraktowany odrobiną słońca.

                - Cześć – mruknąłem, podchodząc do niego.

Przytuliłem go mocno, a on bez ogródek pocałował mnie prosto w usta.

                - Raczej „do widzenia”.

                - Przecież jeszcze nie jedziesz…

Chłopak wzruszył ramionami.

                - Niby tak… Za pięć minut mam autobus. Dojadę nim do lotniska, a potem do domu. Ciekawe, co powiedzą na moją wizytę rodzice.

Myślałem, że Ian bał się ich reakcji, ale pełny uśmiech na jego ustach w stu procentach temu zaprzeczał.

                - Tak swoją drogą, mam coś dla ciebie – mruknąłem, wyciągając zawiniątko z kieszeni.

Książka, którą chciałem mu już od dawna podarować, leżała przez długi czas w szufladzie mojej komody. Czekała na dzień, w którym miałem wyznać Ianowi miłość, a że tak akurat się złożyło…

                - Co to? – Zapytał, zaskoczony.

                - „Portret Doriana Greya”. Wiem, że pewnie masz go już w domu, ale ta książka jest wyjątkowa. Na pierwszej stronie widnieje autograf od niejakiego Oscara Wilde.

Chłopak parsknął śmiechem i wytarł zaszklone oczy. Potem przytulił mnie mocno i pocałował naprawdę namiętnie.

                - Ja też mam coś dla ciebie – szepnął, wyciągając z torby mały pakunek.

Wtedy właśnie z końca ulicy nadjechał autobus. Moje spojrzenie i Iana spotkały się, wiedząc, że to właśnie był koniec pewnego etapu w naszym życiu. Pocałowałem go raz jeszcze, a potem pomogłem mu z zapakowaniem bagażu do pojazdu. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie, a on wsiadł do autobusu. Zostałem sam na przystanku i machałem mu, dopóki auto nie zniknęło z zasięgu mojego wzroku. 

Westchnąłem głęboko i rozpakowałem pakunek, który dostałem od chłopaka. W środku była paczka papierosów, zapalniczka i krótka notatka:

Na odwrocie tej kartki masz zapisany mój adres zamieszkania. Przyjedź do mnie po maturze, okej? Będę na ciebie czekał i trzymał kciuki, żeby dobrze ci poszło z nauką.

Kocham Cię,
Ian.

PS. Niestety wszystko inne, co chciałbym Ci podarować, było nielegalne, więc skonfiskował to pan Randall, ale nie sprawdził mojej kieszeni na piersi. Dlatego też zmuszony byłem dać Ci paczkę papierosów, które paliłem zawsze, gdy o Tobie myślałem.

Uniosłem wzrok z nad kartki i przyjrzałem się do połowy pustej paczce papierosów. Wyciągnąłem jednego szluga, podpaliłem go i głęboko się zaciągnąłem. W pierwszym momencie zacząłem kaszleć, ale potem już się przyzwyczaiłem. Cały czas jednak myślałem o tym, jak Ian wdmuchnął mi wtedy na dachu dym do ust – o tym, że wszystko zaczęło się właśnie od tych niewinnych czerwonych Marlboro.

***
*,** - teksty pochodzą z Wikipedii z artykułu o Oscarze Wilde.