Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilde. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilde. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XLIII

9 komentarzy:

Do ferii zostało niewiele czasu, a ja jedynie marzyłem o tym, by usiąść sobie w spokoju i poleniuchować. Miałem już dość szkoły, nauki, a nawet ludzi; byłem tak przemęczony, ze najbliżsi działali mi na nerwy. Od czasu wizyty Micha i Vi nie miałem ani chwili na to, by uporządkować myśli - zawsze musiałem robić coś ważnego. A to nauczyć się tematu z biologii, a to przepisać notatkę z chemii, przeczytać lekturę, zrobić zadania z matematyki... Wiem, ze to normalne w szkole, szczególnie w tej, ale po prostu cała ta nauka wychodziła mi już każdym otworem ciała. Jechałem na rezerwie energii, myśląc tylko o feriach, które wydawały mi się jednocześnie tak kuszące, jak i odległe o lata świetlne. 

Myślę, że jakoś dotrwałbym do tego wolnego, gdyby nie pewien ranek, który wszystko zmienił. Wstałem, nie czując nawet, że ten dzień stanie się jednym z tych, których nie zapomnę już do końca swojego życia. Wszystko wydawało się zwyczajne – tak jak na co dzień; poszedłem się umyć, dałem całusa Alexowi, który walczył w łóżku z grawitacją, a potem poszedłem na śniadanie. Świat wyglądał normalnie i nie zapowiadał tego, co miało się wydarzyć.

Po wejściu do szkoły minąłem się z Lucasem, który szedł ramię w ramię z Markiem, dyskutując z nim żywo. Uśmiechnąłem się do nich, a Morton wysłał mi spojrzenie pełne wdzięczności i szczęścia. Minęliśmy się, więc skręciłem w boczny korytarz, by pójść do sali od chemii, gdzie czekała już na mnie Monti. Wydawało mi się, że dziewczyna ma lekkie wypieki na twarzy, a w jej oczach tańczą radosne ogniki.

     - Gabe, miałeś rację! Jacob się do mnie odezwał i przeprosił mnie. Spotkamy się w ferie!

Uśmiechnąłem się, jednocześnie dziwiąc się, jak wiele dobrych informacji usłyszałem już tego dnia, mimo, że była dopiero godzina ósma rano.

     - Cieszę się – powiedziałem, przytulając ją lekko na powitanie.

Zabrzmiał dzwonek, więc weszliśmy do klasy i usiedliśmy w ławkach. Ja jak zwykle zająłem swoje miejsce pod oknem, gdzie mogłem obserwować wszystkich ludzi wchodzących do budynku lekcyjnego. Pan Heisenberg pojawił się chwilę później i zasiadł za swoim dużym, dębowym biurkiem, poprawiając okulary, które jak zwykle zsuwały mu się z nosa.

     - Dzień dobry, młodzieży – powiedział tubalnym głosem. – Dziś zajmiemy się promieniotwórczością; będziemy zapisywać równania reakcji pierwiastków od bizmutu wzwyż. Wyróżniamy trzy rodzaje promieniowania: alfa, gdy podczas reakcji wyrzucane jest jądro helu, beta: minus, gdy wyrzucany jest elektron i plus, gdy wyrzucany jest pozyton. Ostatnim rodzajem promieniowania jest promieniowanie gamma, które powstaje na skutek anihilacji…

Nagle ktoś zaczął nerwowo pukać w drzwi klasy, co profesor przyjął z niemałym zdziwieniem. Zmarszczył brwi i chciał kontynuować swój wywód, ale pukanie zmieniło się wręcz w dobijanie. Pan Heisenberg przeszedł przez klasę, wyciągając pęk kluczy z kieszeni i otworzył jednym z nich drzwi. Do środka natychmiast wpadł Wilde z trzeciego rocznika.

     - Dzień dobry, przepraszam bardzo, że przeszkadzam, ale mam ważną wiadomość dla jednego z pana uczniów.

Profesor nie zdążył nawet dojść do słowa, bo chłopak spojrzał wprost na mnie.

     - Phantomhive, odebrałem telefon w internacie; dzwoni twoja matka i mówi, że ma sprawę niecierpiącą zwłoki.

Najpierw nie zrozumiałem w ogóle, że Wilde mówi do mnie i tylko gapiłem się na niego tępo. Potem spojrzałem na Monti, która przyglądała mi się z przejęciem i wtedy odzyskałem sprawność myślenia. Zostawiłem wszystkie rzeczy i wstałem, by bez słowa wyjść z klasy, a potem ze szkoły. Gdy przekroczyłem próg budynku, nieświadomie puściłem się biegiem w stronę internatu. W głowie panowała mi pustka – nie dopuszczałem do siebie żadnego kreowania scenariuszy.

Gdy dopadłem do budki telefonicznej, z ulgą zobaczyłem, że czarna słuchawka wisiała w powietrzu, więc pewnie matka wciąż była na linii i czekała na mnie. Nie wiem, czy byłbym w obecnym stanie przypomnieć sobie numer telefonu domowego.

     - Halo? – Wydyszałem w słuchawkę.

Tuż przy moim uchu rozbrzmiał trzask, a potem oddech mamy.

     - Gabriel? Kochanie…

Po moim kręgosłupie przebiegły dreszcze strachu. Głos matki był zachrypnięty i cichy, tak jakby nie potrafiła wykrztusić z siebie ani słowa.

     - Mamo, co się stało?

Jej oddech na chwilę ucichł, więc przestraszyłem się, że się rozłączyła.

     - Twój tata…

Zakręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji, więc przykucnąłem na podłodze budki, przyciskając słuchawkę do drugiego ucha.

     - …jest w szpitalu.

Koniec. Te właśnie słowa spowodowały, że nie byłem w stanie nic więcej powiedzieć. Nic a nic. Nawet zwykłego „aha” lub „dlaczego?”. Język odmówił posłuszeństwa i zastygł w ustach, tak, jakby nie należał do mojego ciała.

     - Peter, to znaczy twój tata, zaczął narzekać ostatnio na ból brzucha i brak apetytu, czasem nawet zdarzało mu się zwymiotować po obiedzie, ale oboje myśleliśmy, że to wina alergii na jakiś składnik jego diety… Dopiero potem, gdy jego skóra zaczęła żółknąć i mocno schudł, kazałam mu iść do lekarza. Oczywiście opierał się na początku, ale w końcu udało mi się go przekonać. Poszedł do rodzinnego, a doktor nic mu nie powiedziała, tylko wręczyła skierowanie na USG i tomografię komputerową. Dzwonię właśnie ze szpitala…

Nie wierzyłem w ani jedno jej słowo, naprawdę. Myślałem, że to jest jakiś głupi, niedojrzały żart, który rodzice chcieli mi wykręcić z niewiadomego powodu. Przecież to niemożliwe, by ojcu dolegało coś poważnego, a właśnie to miało miejsce – wywnioskowałem to po głosie matki, która nigdy nie okazywała tak wielu emocji na raz jak podczas tej okropnej rozmowy telefonicznej.

     - Zdiagnozowano u niego złośliwego raka trzustki z przerzutami do wątroby i węzłów chłonnych. Niestety, ale operacja w jego przypadku nie jest możliwa. Lekarze położyli go na oddziale onkologicznym, ale jedyne, co mogą zrobić, to dobrać mu leczenie… paliatywne.

Nagle moje ciało odmówiło zupełnie posłuszeństwa; słuchawka wypadła mi z rąk, ale zatrzymała się na moich kolanach. Do oczu napłynęły łzy, które zamazały mi zupełnie obraz świata. Matka nadal mówiła, a ja słyszałem każde jej słowo tak wyraźnie, jakbym był obok niej.

     - Przed chwilą dzwoniłam na lotnisko; kupiłam ci bilet, więc jeśli chcesz, to możesz jeszcze dzisiaj przylecieć do domu. Wiem, że ostatnio nie układało się między tobą, a ojcem, ale chyba jest to czas najwyższy, by zakopać topór wojenny.

Podniosłem się i odłożyłem słuchawkę na widełki, przerywając tym rozmowę. Nie byłem w stanie znieść więcej słów; moja głowa pękała od ich nadmiaru. Dłuższą chwilę siedziałem na podłodze budki, skulony, wciąż w szoku, z bijącym szybko sercem. Potem podniosłem się i bez zastanowienia wyszedłem na zewnątrz. Ruszyłem w stronę internatu, mając gdzieś wszystkie zakazy i zasady panujące w tej szkole i pobiegłem do swojego pokoju, by wyciągnąć z szafy torbę. Pakowałem do niej na oślep ciuchy, drobiazgi oraz ważne rzeczy. Złapałem podręczną torbę i wrzuciłem do niej portfel, klucze od domu i kilka innych przedmiotów. Gdy miałem już wychodzić, zatrzymałem się na progu i spojrzałem na łóżko, na którym leżała zmiętolona pościel. Nie wiadomo dlaczego, rozczulił mnie ten widok, ale nie myślałem o tym długo. Wyszedłem na korytarz, a potem na zewnątrz, gdzie przywitał mnie lekki wiatr.

Myślałem o tym, by powiedzieć jakoś Alexowi o wszystkim, ale nie wiedziałem gdzie teraz ma lekcje i czy będzie w stanie wyjść. Stanąłem na chwilę na chodniku, a potem wróciłem się do internatu. Znów poszedłem do swojego pokoju, lecz tym razem rzuciłem się do biurka Smitha, by przeszukać górną szufladę, w której trzymał najważniejsze rzeczy. Z ulgą znalazłem w niej jego telefon i ładowarkę, więc wziąłem je i pustą kartkę, by napisać na niej krótką notatkę.

„W pilnej sprawie pojechałem do domu. Wziąłem twój telefon, zadzwoń, kiedy będziesz miał czas.
Kocham Cię, Gabriel”


Pod spodem zapisałem jego numer telefonu na wypadek, gdyby ten go nie pamiętał; po prostu wolałem być ostrożny i starać się przewidywać wszystkie możliwości. Położyłem kartkę na łóżku, będąc pewnym, że chłopak na pewno ją zauważy i wyszedłem z pokoju. Miałem bolesne wrażenie, że czas leci coraz szybciej i jednocześnie czułem, że mam go bardzo mało. Wybiegłem z internatu w stronę przystanku i na moje szczęście najbliższy bus miał przyjechać za kilka minut. Stałem więc, nerwowo tupiąc nogą, wciąż blokując natarczywe myśli, bo przecież nic by mi one nie pomogły…

***

Z podróży na lotnisko nie pamiętam praktycznie nic, oprócz tego, że próbowałem słuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach zrezygnowałem z tego i cisnąłem odtwarzacz do torby i wbiłem wzrok w krajobraz za szybą. Potem wszystko działo się zbyt szybko.

Dotarłem na lotnisko, załatwiłem sprawy z biletem i uzgodniłem z kasjerką, że polecę najbliższym lotem, czyli za pół godziny. Zdałem bagaż zostawiając w torbie podręcznej najważniejsze rzeczy, a potem usiadłem w poczekalni znów tupiąc nerwowo nogą. Nie wiadomo dlaczego, nagle bardzo zachciało mi się palić, więc poszedłem do kiosku i kupiłem dwa papierosy. Kobieta popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, ale sprzedała mi je chyba tylko dlatego, że zobaczyła coś w mojej twarzy. Może był to ból, może desperacja, nie wiem. Już chciałem odejść od lady, gdy przypomniało mi się, że nie mam nic, czym mógłbym podpalić papierosy.

     - Poproszę jeszcze zapalniczkę.

Kobieta znów zmierzyła mnie wzrokiem, a potem podała mi to, o co ją poprosiłem. Zapłaciłem i poszedłem w miejsce specjalnie wydzielone dla palaczy, wybierając sobie jedno z siedzeń. Zająłem miejsce, włożyłem papierosa do ust i podpaliłem go. Zaciągnąłem się mocno, kaszlnąłem, a potem znów się zaciągnąłem. Dym był obrzydliwy w smaku, ale idealnie przywracał mi zdolność do racjonalnego myślenia. Od jego nadmiaru zakręciło mi się w głowie, ale było to w pewien sposób przyjemne.

     - Pasażerowie lotu numer 420 proszeni są o udanie się do samolotu. Życzymy państwu miłej podróży!

Spojrzałem na swój bilet, który trzymałem nadal w ręce i zobaczyłem, że widniał na nim numer wspomniany przez spikera. Podniosłem się i zgasiłem niedopałek w pobliskiej popielniczce, a potem ruszyłem w stronę wyjścia. Za przeszklonymi ścianami lotniska widziałem ogromny samolot, do którego powoli wchodzili ludzie. Nagle poczułem się okropnie mały i nic nieznaczący – leciałem do domu, by nie móc nic zrobić, bo przecież nie mogłem uratować swojego ojca. Bez względu na to, czy byliśmy pokłóceni, czy nie.


***

Podczas podróży siedziałem obok mężczyzny z coreczka, która bardzo bała się latania samolotem. Nieznajomy co chwilę uspokajał ją, mówiąc, że nic jej nie grozi, że wszystko jest w porządku. Mimo tego dziewczynka nadal się bała, a przy każdym głośniejszym hałasie podskakiwała na fotelu z przerażonym piskiem.
Na początku przyglądałem się z zainteresowaniem staraniom ojca dziewczynki, który wymyślał coraz to nowsze sposoby, by zająć córkę, ale potem coś mnie tknęło. Ta dwójka bardzo przypominała mnie i Petera Phantomhive’a, który to był moim tatą, a który to właśnie leżał w szpitalu i pewnie bał się bardziej niż ja i matka razem wzięci. Włożyłem słuchawki do uszu, puściłem cicho muzykę i zatopiłem się we wspomnieniach.

We wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy to życie było tak proste, a problemy ograniczały się do tego, że matka wołała mnie na obiad w najlepszym momencie zabawy. Gdy rodzice byli moimi autorytetami i uważałem ich za idealnych ludzi. Gdy nie wiedziałem co to rozczarowanie i ból istnienia. Te czasy były tak odległe, że miałem wrażenie, iż miały miejsce w poprzednim wieku, a nie zaledwie dziesięć lat temu.

Były to czasy, gdy moi rodzice nie byli tak zgorzkniali i religijni jak teraz. Wydaje mi się także, że byli wtedy szczęśliwsi i podejrzewam, że miało to bezpośredni związek z moją niewinnością i tym, że dopiero za kilka lat miałem zacząć dojrzewać. Kiedyś czułem się kochany – mimo, że rodzice nie okazywali mi zbyt wielu uczuć, to widziałem, że im na mnie zależy, że się o mnie troszczą. Widziałem to w zabawkach, które kupowali mi bez okazji, choć nam się nie przelewało. Widziałem to w wycieczkach do zoo lub nad jezioro, mimo, że musieli urwać się z pracy, by ze mną pójść. Byliśmy wtedy prawdziwą rodziną, a ja byłem oczkiem w głowie swojego ojca. Wiele razy chwalił się mną swoim znajomym, bo wtedy razem z matką udzielali się jeszcze towarzysko. Sprawiało mi to przyjemność i myślałem, że tak będzie zawsze. Że zawsze będziemy razem i zawsze będzie tak wspaniale. Że wypady do zoo i zabawki nigdy się nie skończą.

A potem nadeszła ciemna godzina dojrzewania.

Nie wiem dlaczego akurat tak się dzieje, ale zwykle podczas dojrzewania nastolatkom totalnie odbija. Nagle zaczynają negować cały świat, mając wrażenie, że każdy jest przeciwko nim. Odrzucają rodziców, z którymi nagle przestają umieć rozmawiać, a jedynie potrafią im pyskować. Z cichych spokojnych dzieci nagle wyrastają krzyczące z byle powodu, zbuntowane nastolatki, z którymi nikt nie potrafi sobie poradzić. Oczywiście nie wszyscy tak przechodzą okres dojrzewania, ale ja właśnie taki byłem.

Zaczęło się od tego, że czułem nieopanowany przymus niezgadzania się ze wszystkim, co mówili moi rodzice. Bez względu na to, czy dotyczyło to poglądów na jakiś temat, czy choćby tego, co matka miała przygotować na obiad. To doprowadziło do codziennych kłótni, trzaskania drzwiami i płaczu mamy, która była mimo wszystko najsłabsza psychicznie z naszej trójki. A ja nie czułem z tego powodu wyrzutów sumienia. I nie czułem ich nawet wtedy, gdy raz zbyt mocno trzasnąłem drzwiami i rozbiłem szybę na tysiące drobnych kawałków. Zakleiłem dziurę kartonem i tak żyłem przez kilka tygodni, ciesząc się, że nie widzę co oni robią, a oni nie widzieli co robię ja. Rodzice ciężko pracowali by wstawić nową szybę, a kilka dni po naprawie, ja znowu ją zbiłem.

Apogeum mojego konfliktu z ojcem nastąpił pod koniec drugiej klasy gimnazjum, gdy do naszego miasta przyjechał lubiany przeze mnie zespół. Bardzo chciałem iść na ich koncert – nawet uzbierałem sobie pieniądze, które zarobiłem z rozdawania ulotek, ale problemem było dostanie pozwolenia od rodziców. Wiedziałem, że to będzie trudne, więc tydzień przed wydarzeniem wyciszyłem się, a nawet zacząłem pomagać w domu. Sprzątałem codziennie swój pokój, zdarzało mi się nawet robić obiady za mamę lub szedłem po zakupy gdy nikt nie miał na to czasu i siły. Rodzice najpierw patrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale potem widziałem w ich oczach nadzieję, że dojrzałem i zrozumiałem, że moje zachowanie było głupie. I wtedy stwierdziłem, że w końcu mogę zapytać ich o pozwolenie.

Rezultat był taki, że oczywiście zabronili mi iść na te „satanistyczną orgię”. Już wtedy Teresa i Peter Phantomhive stali się pobożni, więc wszystko, czego pragnąłem, było niczym, jak znakiem, że coś mnie opętało. Nie powiedziałem im, że kupiłem już bilet, nawet gdy nie dostałem pozwolenia; po prostu stwierdziłem, że i tak pójdę. Kolejnego wieczoru, kiedy to miał odbyć się koncert, chciałem wyjść niby to na spacer, a wtedy drogę zastąpił mi mój ojciec. Zaczął rzucać mi w twarz obelgami i zakazami, a ja wpadłem w szał. Zaczęliśmy się szarpać, dając upust swojej złości i wtedy mnie uderzył. Dostałem od niego w twarz i zdumiało mnie to tak bardzo, jak jego samego. Matka, która była świadkiem całego zdarzenia, zaczęła krzyczeć na ojca, a ja wykorzystałem okazję i wybiegłem z domu.

Nie poszedłem na koncert, mimo, że bardzo tego chciałem i miałem już kupiony bilet. Straciłem całą ochotę na zabawę, a to wszystko przez pulsujący ból, który czułem na swoim napuchniętym policzku. Wtedy to, siedząc na błoniach w parku, słysząc z oddali muzykę, wpadłem na pomysł, by uciec stąd jak najdalej i że jedyną możliwością było wyjechanie do szkoły z internatem, jednak to wymagało ode mnie ponad roku udawania przykładnego syna. Podjąłem się tego i jeszcze tego samego wieczoru wróciłem do domu i przeprosiłem rodziców za swoje zachowanie. Matka przytuliła mnie i głaskała po głowie, ale ojciec zachowywał dystans. I zachowywał go przez całą trzecią klasę, do momentu, gdy nasze drogi się rozeszły.

Myślałem, że będąc z dala od domu, uraza żywiona do ojca przejdzie mi, ale to się nie stało. Dopiero tego dnia, gdy matka zadzwoniła z tą wiadomością, poczułem, że moje zachowanie było głupie. Owszem, ojciec zasłużył sobie na te wszystkie negatywne emocje, które do niego czułem, ale ja jako bardziej dojrzała teraz osoba, powinienem mu to wybaczyć. Powinienem w końcu dostrzec to, że Peter Phantomhive chciał dla mnie dobrze, ale niekoniecznie wybrał odpowiedni sposób na pokazanie mi tego.

Nie wiedziałem, co czekało mnie w domu po tych ponad sześciu miesiącach rozłąki. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje na mnie ojciec, ale ja wiedziałem już, że mu przebaczyłem. Nieważne, że zrobiłem to dopiero gdy miał odejść na zawsze z mojego życia; ważne, że dostrzegłem jak wiele dla mnie zrobił i ile poświęcił, bym mógł normalnie żyć.

Byłem również gotów na przeproszenie go – tym razem szczerze i z całego serca.

***

Do Glatton dotarłem dopiero wieczorem i mimo, że zmierzchało, poznawałem wszystkie budynki, które mijałem. Przez chwilę nawet czułem się tak, jakbym nigdy nie opuszczał tej dziesięciotysięcznej mieściny. Zamówiłem taksówkę, by ta zawiozła mnie jak najszybciej do szpitala, bo miałem ciężką torbę i wciąż bałem się, że przybędę tam za późno.

Gdy samochód zatrzymał się pod wejściem do szpitala, zapłaciłem taksówkarzowi i wysiadłem. Tego lutowego wieczoru nie czułem chłodu – byłem rozgrzany z nadmiaru emocji i podenerwowania. Ciężka torba, którą niosłem na ramieniu i która boleśnie obijała mi się o nogę, praktycznie przestała dla mnie istnieć. Zatrzymałem się przed wejściem do szpitala, czując, jak na twarz spadają mi pierwsze krople deszczu. Niebo było szare i smutne, zupełnie jak moje serce.

Było późne popołudnie, więc Alex znajdujący się tak daleko ode mnie, wracał właśnie do internatu. Wyciągnąłem jego telefon, wyłączyłem w nim dźwięk i ruszyłem w stronę wejścia – powoli, ostrożnie robiąc każdy krok. Byłem w rozsypce i jedyną rzeczą, która mogła mi teraz pomóc, było przytulenie się do Alexa, zatopienie się w jego ramionach. Niestety nie miałem doświadczyć tego w najbliższym i nieokreślonym czasie. Moja przyszłość była niepewna – nie wiedziałem w jakim stanie jest matka i czy będę mógł zostawić ją samą. Nie wiedziałem też, czy jak już będzie… po wszystkim,  czy będę miał możliwość powrotu do szkoły.

Pedantyczny błękit, na jaki pomalowane było wnętrze szpitala, przyprawiał mnie o mdłości. Od dzieciństwa nie lubiłem takich miejsc, bo zdarzyło mi się spędzić tu prawie miesiąc gdy miałem zaledwie pięć lat. Niepozorne rotawirusy przez które prawie zszedłem z tego świata, bo lekarze byli bezradni… Stanąłem w głównym holu stwierdzając, że przez te kilkanaście lat prawie nic się tu nie zmieniło – może było trochę czyściej, a w kącie stała maszyna z kawą zamiast sztucznego kwiatu w tandetnej donicy. Podszedłem do lady, więc ubrana w biały fartuch kobieta uśmiechnęła się do mnie zachęcająco.

     - Dzień dobry, chłopcze. W czym mogę pomóc? – Zapytała, puszczając mi oko.

     - Szukam Petera Phantomhive’a, mojego ojca.

Kobieta kiwnęła głową, wklepała dane w klawiaturę komputera i chwilę czekała ze zmrużonymi oczami. Nagle zrzedła jej mina, zapewne na widok oddziału, na którym znajdował się ojciec i spojrzała na mnie bez wcześniejszej filuterności.

     - Piętro czwarte, sala numer czterdzieści dziewięć. Przed wejściem proszę założyć obuwie ochronne, które można znaleźć na prawo od wind. By dostać się na oddział musisz zadzwonić interkomem; któraś z pielęgniarek na pewno szybko ci otworzy.

     - Dziękuję – rzuciłem tylko i odszedłem.

Ruszyłem w stronę wind, usilnie próbując przypomnieć sobie numer pokoju; słowa recepcjonistki ledwo do mnie dotarły.

Winda przyjechała, otworzyła się z denerwującym brzdęknięciem, a ze środka wyszli ludzie. Ktoś potrącił mnie ramieniem, ale nawet na to nie zareagowałem. Wszedłem do środka razem z kobietą z małą dziewczynką, staruszkiem i dziewczyną w moim wieku. Jedno z nich wcisnęło guzik czwartego piętra, więc po prostu stałem, ignorując ciekawskie spojrzenia pasażerów.

Wysiadłem z windy, a razem ze mną tamta dziewczyna, której nie zaszczyciłem już więcej ani jednym spojrzeniem. Gdy kupowaliśmy obuwie ochronne, czułem, że ta na mnie patrzy, ale ignorowałem to. Dziewczyna podeszła do interkomu tak jakby robiła to już wcześniej miliony razy i zadzwoniła, a ja poszedłem za nią, ciesząc się, że nie musiałem tego robić sam. Po chwili drzwi otworzyły się, a w progu pojawiła się pielęgniarka.

     - A, to ty, Ruth, wchodź.

Kobieta uchyliła szerzej drzwi, więc moja towarzyszka weszła do środka. Potem pielęgniarka podniosła wzrok na mnie.

     - Pan do kogo?

     - Do Petera Phantomhive’a.

Usta kobiety zacisnęły się w cienką, bladą linię.

     - Proszę – uchyliła drzwi, więc wszedłem bez wahania. – Pokój numer czterdzieści dziewięć.

Włożyłem obuwie ochronne, a potem otworzyłem drzwi oddziału męskiego. W końcu korytarza od razu zobaczyłem znajomą sylwetkę mamy, opierającą się o ścianę. Gdy mnie zobaczyła, jej twarz wykrzywił grymas bezsilności. Ruszyła szybko w moją stronę, więc przyspieszyłem kroku; chwilę później mama wtuliła się we mnie, szlochając cicho, a ja automatycznie zamknąłem ją w ramionach, mimo, że przez te wszystkie lata nie okazywaliśmy sobie prawie żadnych czułych gestów.

     - Lekarz właśnie robi obchód – mruknęła w moje ramię, a potem spojrzała mi w oczy. – Dobrze, że jesteś.

Pogładziła mnie po policzku z czułością, a ja przykryłem jej dłoń swoją. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, więc dałem się jej poprowadzić pod drzwi opatrzone złotym numerem czterdzieści dziewięć pod spodem którego widniało nazwisko doktora przydzielonego ojcu.
Doktor Kurosawa
Chwilę staliśmy pod salą, milcząc. Matka obgryzała zaciekle paznokcie, wpatrując się w przestrzeń  - chyba robiła to zupełnie nieświadomie. Ja poczułem nagle, że torba ciąży mi boleśnie na ramieniu, więc ściągnąłem ją i postawiłem na ziemi. Wtedy z sali wyszedł niski Japończyk z siwiejącymi po bokach włosami i spojrzał na mnie.

     - Gabriel, syn? – W jego głosie słychać było egzotyczny akcent.

Przytaknąłem.

     - Pan Phantomhive ciągle o tobie mówi. Cieszę się, że przyjechałeś. A on na pewno ucieszy się jeszcze bardziej.

Mężczyzna poklepał mnie po plecach, a potem spojrzał na matkę.

     - Pani mąż zareagował prawidłowo na leki – posłał jej uśmiech. – W sali są wolne łóżka, więc czujcie się jak w domu.

Podziękowaliśmy mu, a gdy tylko poszedł, weszliśmy do pomieszczenia, a mnie ogarnął stres. Z daleka widziałem sylwetkę rysującą się pod białą kołdrą. Potem podniosłem wzrok i zobaczyłem wychudłą twarz ojca i poczułem się, jakbym spojrzał śmierci w twarz. Jego kiedyś zaokrąglone i rumiane policzki teraz były zapadnięte i bladoszare, kontrastujące mocno z żółtym zabarwieniem skóry. Spojrzałem wyżej, w jego niebieskie oczy zatopione w czarnych jeziorach sińców.

Patrzył na mnie. Mój ojciec patrzył na mnie, a ja z całych sił powstrzymywałem się przed padnięciem na kolana i głośnym szlochem. Zamiast tego przełknąłem ślinę, podsunąłem taboret do łóżka, usiadłem na nim i nerwowo splotłem dłonie na kolanach.

     - Peter, chcesz coś do jedzenia albo do picia? – Zapytała mama, stając w nogach łóżka.

Chuda postać prawie niezauważalnie pokręciła głową, nie odrywając ode mnie wzroku przekrwionych oczu. Spojrzenie ojca dotykało wszystkiego wewnątrz mnie – miałem wrażenie, że wierciło mi ono dziurę w świadomości.

     - Cześć, tato – powiedziałem cicho, nie potrafiąc przyglądać mu się dłużej niż kilka sekund.

Między nami zapadła niezręczna cisza, a potem ojciec westchnął głęboko.

     - Cześć, Smyku.

Jego głos był cichy, zachrypnięty, a mówiąc, jego usta ledwo się uchylały. Poczułem jak do oczu napływają mi łzy spowodowane nie tylko jego stanem, ale także i tym, jak się do mnie zwrócił. „Smyku” – tak mówił na mnie w dzieciństwie, gdy między nami wszystko było dobrze.

Wyciągnął w moją stronę drżącą rękę, a ja z wahaniem ją uścisnąłem. Była zimna i szorstka, nieprzyjemna w dotyku. Bardzo, ale to bardzo chciałem uciec z tego pomieszczenia, miasta, świata. Już nawet nie chciało mi się płakać – czułem tylko gorzki smak szoku na języku i zdrętwienie mięśni twarzy.

Potem ojciec się uśmiechnął – lekko podniósł kąciki ust, jakby w katatonicznym, desperackim geście. Miałem wrażenie, że uśmiecha się do mnie trup.

***

Dopiero po wieczornym obchodzie wyszedłem z sali. Ojciec zasnął po potężnej dawce leków przeciwbólowych, a matka przysypiała na łóżku obok. Pewnie była zmęczona stresem i czuwaniem przy tacie cały dzień, więc nie chciałem jej przeszkadzać. Wyszedłem na korytarz i wyciągnąłem zapomniany przez mnie telefon z kieszeni. Na ekranie wyświetliło się piętnaście nieodebranych połączeń od Jaspera. Westchnąłem i wybrałem jego numer; w słuchawce rozbrzmiał monotonny sygnał, a potem usłyszałem męski głos.

     - Gabe? Poczekaj, pójdę do Alexa – powiedział Roberts.

Czekałem chwilę, słysząc zakłócenia w słuchawce, a potem przygłuszone męskie głosy – jeden z nich należał do mojego chłopaka.

     - Halo? Gabriel? Co się stało?

Słysząc jego głos, poczułem coś na kształt ulgi.

     - Mój tata jest w szpitalu. Zdiagnozowano u niego... nieoperacyjnego raka trzustki. Wsiadłem w najbliższy samolot i właśnie jestem w szpitalu. Rodzice śpią, więc wyszedłem na chwilę.

     - Podaj mi adres – powiedział bez zastanowienia, głosem nie znoszącym sprzeciwu.

     - Popieprzyło cię jeśli chcesz tu przyjechać. – Zaśmiałem się nerwowo, chcąc to wszystko obrócić w żart.

Alex westchnął do telefonu, a ja wyobraziłem sobie jak pociera skronie ze zdenerwowania.

     - Jeśli to, że chcę być z tobą w tym momencie i wspierać się, nazywasz popieprzeniem, to tak, popieprzyło mnie i to zdrowo.

Pod wpływem jego słów złamałem się i wyśpiewałem mu wszystko. Alex zapisał to na kartce, chwilę jeszcze ze mną rozmawiał, a potem pożegnał się; chłopak poszedł się pakować, by zdążyć na najbliższy samolot. Jeśli wyleciałby dziś w nocy, już jutro przed południem mógłby zamknąć mnie w swoich ramionach.

Na razie nie myślałem o tym, co powiem rodzicom. Nie miałem siły na wymyślanie bajeczek, ani na tłumaczenie prawdy. Westchnąłem i wsunąłem telefon do kieszeni, a potem wszedłem do sali. Ojciec spał spokojnie, a mama drzemała na łóżku obok; jej torebka była bliska upadku na ziemię, więc poprawiłem ją, a potem opatuliłem matkę szczelniej kołdrą.

Usiadłem na parapecie i spojrzałem przez okno na zatopiony w deszczu świat. Po szybie spływały strużki wody, które wyglądały niemal identycznie jak łzy. Wsunąłem słuchawki do uszu, puściłem cicho muzykę i oparłem się o szybę. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem zmęczony, więc przymknąłem oczy i niedługo później zasnąłem.

***

Obudziłem się w środku nocy w pierwszym momencie nie wiedząc, gdzie się znajduję. Potem do moich uszu doszło miarowe kapanie kroplówki. Byłem cały obolały, więc wstałem i przeciągnąłem się, słuchając strzykania kości. Rodzice nadal spali, więc wyszedłem do łazienki by przemyć twarz. Zamknąłem za sobą drzwi i poczułem przymus wyciągnięcia telefonu z kieszeni. W momencie, gdy spojrzałem na jego ekran, telefon rozdzwonił się, oznajmiając połączenie przychodzące od niezapisanego numeru.

     - Halo?

     - Cześć, tu Alex. Siedzę właśnie na lotnisku, bo mój samolot jest opóźniony z powodu złych warunków pogodowych – powiedział i jakby się zamyślił. – Nie obudziłem cię?

Uśmiechnąłem się, słysząc troskę w jego głosie.

      - Nie, akurat wstałem i poszedłem do łazienki – mówiąc to, usiadłem na desce klozetowej, dając odpocząć zmęczonym i zdrętwiałym nogom.

      - To dobrze. Jak tam… twój ojciec? Trzyma się?

      - Nie jest źle – mruknąłem, choć nie do końca było to zbyt zgodne z prawdą.

      - A ty, jak się trzymasz, skarbie?

      - Jest w porządku. Ale jak ty przylecisz, to będzie o wiele lepiej.

Wciąż czułem się głupio po tym, jak naskoczyłem na niego we wcześniejszej rozmowie. Chłopak martwił się o mnie i chciał być blisko mnie – ba, ja sam chciałem, by w tym momencie był obok. Więc czemu tak zareagowałem?

       - No ja myślę – zachichotał, a ja oczami wyobraźni widziałem jak się uśmiecha.

Widziałem te maleńkie zapowiedzi zmarszczek przy oczach i kącikach ust, które kiedyś, w wieku pięćdziesięciu lat, będą u niego niemożliwe do niezauważenia. Widziałem także dłoń, którą przeczesywał właśnie włosy, a robił tak zawsze, gdy coś go szczerze ucieszyło… W tym momencie zamiast rozmawiać z nim, rozpamiętywałem jego wygląd, znaki szczególne i nawyki, uznając je za wyjątkowo kochane i niepowtarzalne. Czy chciałem z nim spędzić przyszłość? Oczywiście. Czy chciałem razem z nim się zestarzeć i być z nim bez względu na wszystko? Bez dwóch zdań.

     - Tęsknię za tobą – powiedziałem całkiem poważnie. – Chciałbym, żebyś był tutaj ze mną.

Mimo, że nasza rozłąka nie trwała długo, brakowało mi Alexa z całego serce. Jego ciepła i wsparcia, które okazywał mi na co dzień w szkole.

      - Gabe, też mi ciebie brakuje – mruknął cicho, z uczuciem. – Nawet nie wiesz jak źle się czułem, gdy wróciłem do pustego pokoju i znalazłem kartkę od ciebie. Bałem się, że coś ci się stało albo że masz kłopoty… Przeszedłem przez piekło, dzwoniąc ciągle od Jaspera i słysząc tylko głuchy sygnał…

Dopiero jego słowa uświadomiły mi, że postąpiłem głupio z wyciszeniem telefonu. Nie pomyślałem jak czułbym się na miejscu Alexa po znalezieniu takiej wiadomości…

      - Przepraszam…

      - Przestań, nie przepraszaj – zaśmiał się. – Teraz, kiedy wiem, że tobie nic nie jest, mogę odetchnąć z ulgą. No i niedługo się zobaczymy, więc mi to wynagrodzisz.

Uśmiechnąłem się do siebie, mając nadzieję, że te kilka godzin minie mi szybko, bym mógł poczuć uspokajające dłonie Alexa na swojej głowie.

     - Kocham cię – szepnąłem w przypływie emocji. – Najbardziej na świecie.

     - Ja ciebie też kocham, Gabe. Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło.

Wtedy tknięty jakimś przeczuciem, odwróciłem się i spojrzałem na drzwi, w których stała moja mama. Uśmiechała się lekko, patrząc na mnie, a ja poczułem jak na moje policzki wstępują gorące rumieńce.

     - Muszę kończyć. Do później, paa!

Nie dałem nawet szansy Alexowi na odpowiedzenie mi i rozłączyłem się, prawie upuszczając telefon z nerwów. Matka weszła do łazienki i umyła ręce; z jej ust nie schodził uśmiech.

     - Pewnie nie chciałeś mi o tym na razie mówić, ale cieszę się, że znalazłeś dziewczynę. Trochę się obawiałam przez te wszystkie lata, że nikogo sobie nie znajdziesz, a tu proszę…

Kobieta podeszła do mnie, pocałowała mnie w policzek, a ja nawet nie próbowałem rozwiać jej wyobrażeń. Nie skomentowałem jej słów, tylko wzruszyłem ramionami. Za kilka godzin i tak miała się przekonać, jak bardzo myliła się co do swoich przypuszczeń. 


Koszulka moro

5 komentarzy:
Cześć.

Mam coś dla Was, jednak nie jest to kolejny rozdział. Czułam przymus napisania jakiejś historii pobocznej i myślałam mocno nad Markiem i Lucasem, ale nie szedł mi ten temat. Zamiast tego przedstawiam Wam nowe postaci, które być może pojawią się kiedyś w głównym opowiadaniu.

Tak swoją drogą - wielkimi krokami zbliża się do mnie klasa maturalna, więc, no, wiadomo, będę cierpiała na chroniczny brak czasu. Pewnie uda mi się coś napisać z powodu samej odskoczni od nauki, ale nie jestem w stanie określić, ile i jak często będą pojawiać się posty. Trzeciego września mam jeszcze egzamin praktyczny z prawa jazdy, więc oczywiście już się stresuję, co trochę mnie blokuje...

No cóż, pożyjemy, zobaczymy.

Smacznego.

PS. O tutaj, po boku pod sekcją "O mnie" pojawiły się dwa linki, które przeniosą Was na stronę ask.fm
Heca polega na tym, że możecie tam zadawać pytania zarówno mi, jak i każdemu z bohaterów mojego opowiadania. Dla przykładu - jesteście ciekawi, jaka jest ulubiona piosenka Alexa, albo co Gabriel sądzi o jakiejś osobie? Proszę bardzo - wystarczy, że napiszecie, choćby anonimowo. Życzę udanej zabawy!

***

Każdy człowiek popełnia błędy. Każdy, bez wyjątku. Jednak różnica polega na tym, że niektórzy wyciągają z nich wnioski i dzięki temu uczą się, zdobywając doświadczenie życiowe. Ja niestety nie należałem do tych osób – miałem swój jeden słodki błąd, który wciąż popełniałem z przyjemnością.

Wszystko zaczęło się w klasie maturalnej, gdy do szkoły przyszedł nowy rocznik. Miałem wtedy idealne życie – życie licealisty, o obiecującej przyszłości, posiadającego kochającą dziewczynę i grającego w najlepszej drużynie koszykarskiej w kraju jako zawodnik podstawowego składu. Czego więcej mogłem chcieć? Można by powiedzieć, że nie miałem prawa narzekać na swoją sytuację – i nie narzekałem.

Mimo tego miałem swój błąd, który zacząłem popełniać od października – miesiąca pierwszych oznak nadchodzącej jesieni. We wrześniu skupiałem się głównie na własnych sprawach i treningach, ale po pasowaniu nowych uczniów wszystko się zmieniło.

W naszej szkole wrzesień to miesiąc „protekcjonalny”. Przez ten czas pierwszaki mają zaaklimatyzować się lub podjąć decyzję o przeniesieniu się gdzieś indziej. Pierwsze cztery tygodnie wolne są dla nich od sprawdzianów, kartkówek i odpytywania przez nauczyciela. Nie dostają żadnych ocen – jedynie plusy za aktywność i pochwały do wychowawcy.

Pamiętam, gdy ja sam byłem w pierwszej klasie i jak nieswojo czułem się w internacie z dala od mojej kochającej rodziny. Nie mogłem się przyzwyczaić, że nie było ich obok i na początku chciałem zrezygnować. Pragnąłem wrócić do domu i przeboleć chodzenie do rejonowego liceum, które nie reprezentowało sobą zbyt wysokiego poziomu. Ale wtedy, pod koniec września, poznałem Clarę, dziewczynę z tego samego rocznika, która chodziła na profil humanistyczny. Oczarowała mnie między innymi sposobem, w jaki się wysławiała – jednocześnie subtelnie i lekko, jakby czytała z kartki uprzednio napisane przez siebie słowa. Niedługo trwała nasza przyjaźń; już w grudniu przed świętami poprosiłem ją o chodzenie i byłem praktycznie pewny, że się zgodzi. I zgodziła się.

Byliśmy kochającą się i dobraną parą; spędzaliśmy ze sobą naprawdę dużo czasu, nie licząc wakacji, podczas których każde z nas wracało do rodzinnego domu. Jednak te miesiące rozłąki były niczym w porównaniu do tego, że przez resztę roku widywaliśmy się praktycznie codziennie.

Tak dotrwaliśmy do najważniejszej klasy liceum – klasy maturalnej. Obydwoje mieliśmy plany na przyszłość związane ze studiami i nawzajem motywowaliśmy się do nauki. Kiedyś leżąc razem na kanapie w pokoju dziennym internatu dziewcząt, Clara poruszyła temat ślubu. Wcale nie byłem zaskoczony – spodobał mi się ten pomysł i obiecałem jej, że po maturze pomyślimy nad tym poważniej. Nasi rodzice wiedzieli o tym związku i dawali nam swoje błogosławieństwo; czasem w żartach pytali nawet kiedy doczekają się wnuków. Zwykle zbywaliśmy to uśmiechami, bo Clara powiedziała mi kiedyś jasno, że chce zostać dziewicą aż do nocy poślubnej. Było to spowodowane jej religijnością, ale mimo, ze byłem tym lekko zawiedziony, to respektowałem jej decyzję.

Miałem idealne życie, prawda?

A potem nadszedł październik i od tamtej pory wszystko zaczęło się zmieniać.

***

Błąd, który popełniałem miał na imię Ian. Był to pierwszoklasista o jasnych włosach ułożonych w artystyczny nieład, który chodził po korytarzach szkoły tak, jakby był panem świata. Zanim zupełnie przypadkiem go poznałem, irytował mnie samą swoją egzystencją; tym, że był taki pewny siebie, a nie miał co do tego powodu – nie grzeszył urodą, był raczej przeciętny i nie wyglądał na przebojową osobę, a mimo to chodził z zadartą w górę głową, wyprostowany jak struna i patrzył każdemu w oczy. Kilka razy zdarzyło się, że minęliśmy się na korytarzu i wtedy właśnie najbardziej mnie irytował i byłem zły na siebie, że żywiłem negatywne emocje do osoby, której nawet nie znałem. Z tego też powodu nie chciałem go poznać z własnej woli – normalnie podszedłbym, podał mu rękę i powiedział, że nazywam się Oscar Wilde, chodzę do trzeciej klasy, bla bla bla. Pewnie pogadalibyśmy chwilę, a potem więcej byśmy się do siebie nie odezwali; może uśmiechalibyśmy się do siebie na korytarzu lub mówili sobie „Cześć” i to byłoby jedyne świadectwo tego, że wcześniejsza rozmowa miała w ogóle miejsce. Ale nigdy tego nie zrobiłem. To on podszedł do Clary kiedy to siedzieliśmy razem przy stoliku na stołówce i rozmawialiśmy w najlepsze.

                - Cześć – mruknął chłopak. – Clara Denborough z trzeciego rocznika?

Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza, ale najpierw rzuciła mi zaskoczone spojrzenie.

                - Tak – powiedziała ostrożnie.

                - Mogę się dosiąść? Mam do ciebie sprawę.

Clara wzruszyła ramionami, a we mnie zaczęła kłębić się irytacja, ale próbowałem ją powstrzymać. Milczałem, gdy chłopak usiadł obok i dalej jadłem swój posiłek.

                - Jestem Ian Anderson. Chodzę do pierwszej klasy i słyszałem, że piszesz świetne opowiadania – zagaił. – Też jestem na profilu humanistycznym i myślę nad tym, żeby studiować literaturę. No i pomyślałem sobie, że mogłabyś nieco mnie nakierować pod względem pisania, bo podobno brak mi uporządkowania…

Dziewczyna schowała uśmiech, który zawsze pojawiał się na jej ustach, gdy ktoś chwalił jej talent; była naprawdę zdolna, tylko brakowało jej pewności siebie. Komplementy, które jej prawiłem nie robiły już na niej wrażenia, bo uważała, że robię to tylko dlatego, że mi na niej zależało.

                - Jasne, czemu nie? – mruknęła, a kąciki jej ust mimowolnie się uniosły. – Napisałeś już coś kiedyś? Najpierw chciałabym się zapoznać z twoją twórczością.

Chłopak rozpromienił się zupełnie tak, jakby Clara ratowała mu tą przysługą życie. Zaczął grzebać w plecaku leżącym na ziemi i chwilę później wyciągnął z niego plik kartek spięty spinaczem. Podał rękopis przez stół, a C. zaczęła go pobieżnie przeglądać.

                - Jaki gatunek? – Zapytała profesjonalnym tonem.

                - Romans i kryminał z elementami horroru – powiedział dumnie, czym zarobił sobie u mnie kolejną porcję niechęci.

Clara uśmiechnęła się, włożyła ostrożnie rękopisy do swojej torby i wróciła do jedzenia.

                - Postaram się przeczytać je w weekend i porobić uwagi. Jeśli znajdę jakiś błąd, to mogę poprawić go na oryginale?

                - Jasne, nie ma problemu. I dziękuję ci bardzo – powiedział z sympatią w głosie.

                - Kochanie – mruknęła, a ja podniosłem na nią wzrok. -  Zaniesiesz potem Ianowi rękopisy, prawda? Ja będę się uczyła na kolosa, więc nie wystawię nosa poza internat najprawdopodobniej do wtorku.

                - Okej – zgodziłem się i nic więcej nie powiedziałem.

Jednak te jedno słowo, które wypowiedziałem, było początkiem długotrwałego procesu diametralnych zmian dotyczących mojego idealnego życia.

***

Na początku października pierwszaki zaczęły pewniej chodzić po szkole na przerwach, a Clara rzuciła się w wir obowiązków; dziewczyna zaczęła robić już arkusze maturalne z przedmiotów, które będzie zdawała, bo wiedziała, że musi poćwiczyć niektóre rzeczy. Ja się nie stresowałem – profil matematyczno-fizyczny nie był tak wymagający jak biol-chem lub human. Tutaj nie było tak dużo pamięciówki; albo umiałeś liczyć, albo nie. Dla C. najważniejsza była w tym momencie matura, więc ja poszedłem trochę w odstawkę – widywaliśmy się tylko na obiadach, ale nie miałem jej tego za złe; nie chciałem, by z mojego powodu poświęcała zbyt mało czasu nauce.

Natomiast Ian mijając mnie na korytarzu, uśmiechał się, jakbyśmy byli dobrymi kumplami. Do tej pory nie zamieniliśmy bezpośrednio ani jednego słowa, ale niestety czekało mnie to po weekendzie, gdy Clara będzie kazała mi oddać chłopakowi jego własne rękopisy. Trochę byłem zły na siebie, że tak bezwiednie zgodziłem się na to, ale z drugiej strony nie chciałem, żeby C. traciła cenny czas przez moje fanaberie. Zacisnąłem więc zęby i w poniedziałek po południu przeszedłem korytarzem internatu dopóki nie znalazłem pokoju o numerze dwadzieścia pięć. Zawahałem się, ale potem zapukałem dwa razy, czekając aż ktoś otworzy mi drzwi. Ze środka doszedł mnie krzyk „Zaraz, zaraz!”, więc westchnąłem; chciałem po prostu oddać te kartki i pójść sobie, by zająć się własnymi sprawami.

                - Przepraszam, wchodź – powiedział chłopak, uchylając mi drzwi.

Ian zapinał właśnie koszulę i nie bardzo mu to szło; ominął jeden guzik i dopiero po chwili to zauważył, więc rzucił mi rozbrajające spojrzenie. Wszedłem do środka choć mój plan od początku tego nie zakładał – po prostu coś powiedziało mi, żebym zrobił dwa kroki w przód, a potem zamknął za sobą drzwi.

                - Clara komentowała jakoś moje prace? - Zapytał, dopinając ostatni guzik, tym razem prawidłowo.

Podrapałem się po głowie i podałem mu rękopisy. Chłopak chwycił je i w pierwszym momencie jego mina trochę zrzedła z powodu wszechobecnych poprawek wprowadzonych przez czerwony długopis C.

                - Podobało jej się. Wczoraj siedziałem z nią w salonie i jak zaczęła czytać, to nawet nie zwracała na mnie uwagi dopóki nie skończyła. Więc to samo w sobie jest pochwałą.

Ian podniósł na mnie wzrok; jego zielone tęczówki błysnęły z radością, a na usta wstąpił półuśmiech. Zaczął czytać notatki porobione przez moją dziewczynę, ale po chwili odłożył rękopis na biurko.

                - Może herbaty?

Podniosłem brew w zdziwieniu; w naszym internacie nie istniało coś takiego jak kuchnia, a w żadnym z pokojów nie było choćby lodówki. Na dodatek takie sprzęty jak czajniki elektryczne, tostery, czy inne bzdety nie były mile widziane. Podejrzewałem, że kiedyś musiał zdarzyć się jakiś niemiły wypadek i dlatego teraz dyrektor wprowadził ten zakaz.

                - Może być – mruknąłem.

Usiadłem na łóżku, przyglądając się chłopakowi, który wyciągnął z szafy czajnik elektryczny. Podłączył go do kontaktu, uzupełnił go wodą z butelki i nastawił. Potem odwrócił się w moją stronę i z konspiracyjnym wyrazem twarzy powiedział:

                - Wiem, o czym przed chwilą pomyślałeś. Czy mogę cię prosić o zachowanie tego w tajemnicy, panie…?

                - Panie Oskarze – powiedziałem, śmiejąc się pod nosem. – Oczywiście.

                - Oskar… - mruknął, jakby zamyślony i zalał wodą przygotowaną torebkę herbaty. – Wiesz, mam trochę znajomości w tej szkole, ale kara i tak by mnie nie ominęła.

Podszedł do mnie, podając mi herbatę.

                - Dziękuję. – Chwyciłem ciepły kubek w dłonie i zacząłem rozdmuchiwać unoszącą się z niego parę.

Potem chłopak przystawił sobie krzesło i usiadł na nim okrakiem, tak, że mógł oprzeć brodę na oparciu. Cały czas czułem na sobie jego badawczy wzrok, ale skupiłem się tylko i wyłącznie na herbacie. Zacząłem myśleć o Clarze; zastanawiałem się, czy znów jak zwykle o tej porze zrobiła sobie nieplanowaną drzemkę nad książkami.

                - A nazwisko?

Usłyszałem pytanie, owszem, ale przez chwilę nie skojarzyłem, o co mu chodziło. Podniosłem wzrok na niego i milczałem – potem, już po fakcie miałem ochotę palnąć się w twarz przez moją głupotę. Dopiero gdy Ian uśmiechnął się, a ja zauważyłem, że podczas tej czynności robią mu się dołki w policzkach, zrozumiałem o co mnie zapytał.

                - Eeeh… Wilde. Oscar Wilde.

Oczy chłopaka otworzyły się szeroko, a wąskie usta zmieniły kształt w literę „o”. Zaskoczony tym, wbijałem w niego wzrok, czekając aż wszystko mi wyjaśni.

                - Wow… - mruknął z niedowierzaniem. – Ale naprawdę, czy robisz sobie ze mnie żarty?
Wzruszyłem ramionami.

                - A po co miałbym kłamać?

Chłopak wstał i zaczął chodzić energicznie po dywanie; jego ruchy były niezwykle szybkie i dynamiczne. Uśmiechał się sam do siebie, a podczas tej czynności pocierał brodę dłonią w zamyśleniu.

                - Oscar Wilde… Zupełnie jak ten Oscar Wilde. Wow, po prostu wow.

Nadal nie wiedziałem o co mu chodzi. Czyżbym przez zbieg okoliczności nazywał się tak samo jak jakaś popularna w naszym kraju gwiazda? W wakacje nie oglądałem telewizji, a w internacie robiłem to tylko, gdy leciała relacja z jakiegoś meczu, więc nie znałem się na tych sprawach.

                - To jakiś aktor, albo piosenkarz? – Zapytałem z ciekawością.

Wziąłem małego łyka herbaty, a potem skrzywiłem się, gdyż napój nadal był zbyt gorący. Później dopiero miałem zauważyć, że przez oparzenie straciłem na kilka dni zmysł smaku.

                - No nie, teraz to na pewno robisz sobie ze mnie jaja. – Chłopak zatrzymał się, wziął się pod boki i spojrzał na mnie.

Pokręciłem głową w zaprzeczeniu, przybierając poważną minę. Widząc to, Ian z niedowierzaniem wyrzucił ręce w górę.

                - Niemożliwe! Czego oni was w ogóle uczą na tym mat-fizie?

Zignorowałem jego pytanie, przyglądając mu się; chyba nawet zaczynałem go trochę lubić.

                - Oscar Wilde, pisarz, “Portret Doriana Greya”, dekadentyzm, “sztuka dla sztuki”…

Coś zaświtało mi w głowie; najprawdopodobniej było to zamazane wspomnienie z dnia, kiedy Clara poprosiła mnie o przepytanie jej z jakiegoś działu literatury… Angielskiej? Francuskiej? Jeden pies.

                - Nadal nic ci to nie mówi? – Zapytał, opuszczając dłonie w geście zrezygnowania.

                - Jakiś dzwon bije, ale nie wiem, w którym kościele – powiedziałem, wcale nie czując się zażenowany swoją niewiedzą.

Ian usiadł z powrotem na krześle i wbił we mnie wzrok.

                - Clara nigdy ci nie powiedziała, że jest taki autor?

Wzruszyłem ramionami i upiłem łyk herbaty, znów się parząc.

                - Nigdy nie wspomina o tych pisarzach, których nie lubi, więc pewnie za Wilde nie przepada.

                - No cóż, każdy ma inny gust – mruknął. – Wiesz, że nawet go trochę przypominasz z twarzy? Może jesteś jego dalekim krewnym…

Przewróciłem oczami; nie udzieliła mi się ta fascynacja moim imiennikiem. Wypiłem w kilku łykach herbatę, która mi została i zacząłem się zbierać. I to właśnie zdanie, które wypowiedział, sprawiło, że zmieniłem zupełnie opinię na jego temat.

                - Jeśli chcesz, to mógłbym poopowiadać ci czasem trochę o literaturze, czy filozofii. Tak, żebyś znał chociaż te podstawowe rzeczy…

Zaskoczył mnie tym bardzo – myślałem, że chłopak był typowym pewnym siebie cwaniakiem, który nie dbał o nic więcej, niż o własny tyłek. Jakże miło się zaskoczyłem, gdy złożył mi tę propozycję. Dodatkowa wiedza by mi nie zaszkodziła, choć jak to rasowy mat-fiz, trzymałem się z dala od humanistycznych bzdur.

                - Czemu nie?

Uśmiech, który wstąpił na jego usta, prześladował mnie do końca tego dnia; to nie tak, że wszystko ograniczyło się do uniesienia kącików ust – chłopak uśmiechnął się całą twarzą, która nagle się rozpromieniła.

                - Złapię cię jutro na którejś przerwie – obiecał, kiedy podnosiłem się już z łóżka.

Kiwnąłem głową, również się uśmiechając i poprawiając spodnie. Podałem mu dłoń, którą on mocno uścisnął, patrząc mi w oczy. W tym momencie jego pewność siebie wcale mnie nie irytowała – a wręcz przeciwnie, w pewien sposób podobała mi się.

                - To do jutra – mruknąłem.

                - Do jutra, Oscarze Wilde.

***

Wieczorem jeszcze poszedłem do Clary, by życzyć jej powodzenia na kolosie, a ona wypytała mnie o szczegóły mojego spotkania z Ianem. Opowiedziałem jej o całej sytuacji, a ona najpierw zrobiła zmieszaną minę, a potem zaśmiała się.

                - Dziwak z niego – podsumowała. – Ale jeśli trochę poćwiczy, to może kiedyś zostać dobrym pisarzem. Ma na to zadatki.

Wzruszyłem ramionami, zdając sobie sprawę, że zrobiłem to po raz któryś tego dnia. Moje spojrzenie na Iana Andersona wyglądało tak: miły i pewny siebie chłopak. Nie myślałem o nim jako o dziwaku -  w pewnym sensie podobało mi się to, że miał fizia na jakimś punkcie. Każdy ma jakiegoś swojego konika; ja miałem trygonometrię, on miał Oscara Wilde, a Clara miała poezję George’a Byron’a. Lubiliśmy co innego i ocenianie, które zainteresowania są dziwne, a które nie, było trochę nie na miejscu. Jednak były to tylko moje myśli, które zostawiłem wyłącznie dla siebie.

                - Ale podczas gdy ty będziesz się uczyła, on mi ciebie zastąpi – mruknąłem pod nosem.
Clara spojrzała na mnie i wybuchła śmiechem, tak, że po chwili z oczu poleciały jej łzy.

                - Powodzenia. – Klepnęła mnie po ramieniu. – A teraz leć już do internatu, bo zaraz kończy się czas odwiedzin.

Spojrzałem na zegarek i faktycznie – zostało mi tylko pięć minut; czas przy Clarze leciał mi niezwykle szybko. Pocałowałem dziewczynę w usta, lekko i delikatnie, a potem pożegnałem się i wyszedłem z budynku.

Idąc do męskiego internatu patrzyłem w światło palące się w pokoju o numerze dwadzieścia pięć, zastanawiając się, co właśnie robi Ian.

***

Tak jak obiecał, chłopak znalazł mnie na jednej z przerw, kiedy siedziałem na trawniku na własnej bluzie. Przywitał się i klepnął koło mnie; w rękach trzymał książkę z wypisanym na grzbiecie autorem. „Albert Camus”.

                - Co czytasz?

Chłopak spojrzał na trzymany przez siebie tom, a potem przeniósł wzrok na mnie.

                - Najlepszą powieść paraboliczną dwudziestego wieku – mruknął, przesuwając dłonią po okładce. – „Dżuma”. Egzystencjalizm i te sprawy.

Książka niewiele mi mówiła, ale nurt filozoficzny był dla mnie już bardziej znajomy.

                - „Kiedy spoglądasz w otchłań ona również patrzy na ciebie”?

Ian spojrzał na mnie pozytywnie zaskoczony, a mi sprawiło to trochę przyjemności.

                - Jednak coś tam w tej głowie masz – podsumował.

Uśmiechnąłem się, słysząc z jego ust prawie-komplement.

                - Dokładnie. Czasem udaje mi się powiedzieć coś mądrego.

Mniej więcej tak wyglądało każde nasze spotkanie przez cały październik – siadaliśmy razem na trawie, czy to na korytarzu w szkole i rozmawialiśmy o autorach, filozofii i literaturze. Nie wspominaliśmy dużo o poezji, bo i ja i Ian za nią nie przepadaliśmy, w przeciwieństwie do Clary. Dlatego też gdy spotykaliśmy się we trójkę przy stole na stołówce, rzucaliśmy sobie znaczące spojrzenia, gdy C. zaczynała zachwycać się twórczością Byrona.

Dobrze czułem się w towarzystwie Iana; on również był otwarty na naukę, więc czasem to ja wsiadałem na swojego konika, czyli trygonometrię i zachwycałem się logicznością niektórych założeń matematycznych. On cierpliwie słuchał, zadawał pytania, a gdy miał z czymś problemy, zawsze przychodził z prośbą o pomoc. Clara nigdy nie pozwalała mi mówić o matematyce na głos – zbyt bardzo nienawidziła tego przedmiotu i pana Ravena, który ją uczył. Ian zrobił dla mnie listę najważniejszych autorów i ich książek, które mi (nawet jako mat-fizowi) wypadałoby znać, by kiedyś nie zbłaźnić się w jakiejś śmietance towarzyskiej. Zaznaczył też, którzy pisarze zasługiwali na przeczytanie, nawet pobieżne, ich biografii, a na tej liście również widniał Oscar Wilde, choć zdziwiłem się, że był przy samym końcu, a nie u jej szczytu. Obiecałem sobie, że przeczytam w całości biografię mojego imiennika głównie dlatego, że Ian tak bardzo go lubił. Chciałem mu tym sprawić przyjemność? Być może. Na pewno miałem też na uwadze to, że miałbym z nim więcej tematów do rozmów.

Pewnego razu Clara, która wciąż siedziała przy książkach, zwróciła mi uwagę, że zacząłem się inaczej zachowywać. Spojrzałem wtedy na nią ze zdziwieniem, a ona wskazała trzymaną przeze mnie książkę. „Historia literatury w pigułce” – głosił jej tytuł. Może i dziewczyna miała rację, bo wcześniej nigdy nie widziała mnie z książką, a przynajmniej czytającego ją z własnej woli. Zwykle uciekałem od liter, bo wolałem cyfry, które wydawały mi się przyjemniejsze dla oczu.

                - No co? Dokształcam się – mruknąłem, czując się trochę nieswojo.

                - Nic. Po prostu kiedy ja chciałam cię doedukować, to broniłeś się jak od ognia piekielnego.

Wzruszyłem ramionami i powróciłem do czytania.

                - Bo zawsze paplałaś o poezji, a ja jej wręcz nie znoszę.

No i stało się – powiedziałem to w końcu na głos. Wypuściłem swoje myśli na zewnątrz i zrobiłem to bez zastanowienia. Dziewczyna najpierw wygięła usta w podkówkę, a jej broda lekko się zatrzęsła, tak jakby miała za chwilę się rozpłakać, a potem wstała gwałtownie.

                - Fajnie jest się dowiedzieć o tym po dwóch latach związku – warknęła.

Cały smutek znikł z jej twarzy, która wykrzywiona była w grymasie złości. Nie podobała mi się ta Clara; to nie w tej dziewczynie zakochałem się w pierwszej klasie. Owszem, mogłem powiedzieć jej wcześniej, że nie lubię poezji – ale co by to zmieniło? Dziewczyna czytała mi na siłę swoje ulubione wiersze Byrona, a ja udawałem, że mi się podobają, ale nie siliłem się na jakąś konstruktywną opinię. Czy nie lubiąc poezji, stałem się jakimś gorszym człowiekiem? Nie chciałem się kłócić o takie głupoty, więc wstałem i próbowałem pocałować ją w policzek, ale dziewczyna odsunęła się. Najzwyczajniej na świecie wyszedłem z internatu, nie słysząc za sobą jej wołania, które pewny byłem, że usłyszę.

***

Będąc już w męskim internacie, szedłem korytarzem i nim się spostrzegłem, minąłem swój pokój. Nogi niosły mnie dalej, przed siebie, dopóki oczy nie zobaczyły złotego numeru dwadzieścia pięć. Ręka uniosła się sama, zapukała dwa razy, tak jak to miała w zwyczaju, a uszy nadstawiły się, by usłyszeć ewentualne dźwięki ze środka. Doszły do mnie kroki stawiane na podłodze bosymi stopami, a potem zawiasy drzwi zaskrzypiały lekko. Z pokoju wychyliła się głowa Iana, a na mój widok chłopak uśmiechnął się szeroko i od razu wpuścił mnie do środka.

Nie wiem co to był za zwyczaj, ale Ian zawsze chodził po pokoju nagi od pasa w górę i tym razem również paradował bez koszulki. Chwycił więc jakiś t-shirt i włożył go na siebie, jednocześnie patrząc na mnie z wyczekiwaniem. Najwyraźniej chciał, bym wytłumaczył mu tę niezapowiedzianą wizytę.

                - Pokłóciłem się z Clarą o poezję i potrzebuję alkoholu, którego nie zdobędę nawet w promieniu najbliższych dziesięciu kilometrów – zacząłem narzekać, kładąc się na łóżku chłopaka.

Do tej pory nawet nie zastanawiałem się, dlaczego Ian mieszkał w jednoosobowym pokoju. Po internacie chodziły plotki, że takie pomieszczenia nie istnieją – że najmniejsze gabarytowo były dwuosobówki. Ale tak samo było z czajnikiem elektrycznym; ogólne przepisy mówiły, że nie wolno go używać, a tu proszę, pan Anderson robił sobie herbatę kiedy tylko chciał.

Chłopak podszedł do szafy, chwilę grzebał w jakiejś torbie, a potem odwrócił się do mnie z uśmiechem.

                - Kto nie zdobędzie, ten nie zdobędzie – mruknął, wyciągając zza pleców butelkę whisky.

Zrobiłem wielkie oczy, a potem roześmiałem się z tego, jak wielkie było moje zdziwienie.

                - Ian, sam się prosisz o wykopanie z tej szkoły.

                - Whisky potrzebna mi jest do weny, mam na to nawet kwitek od lekarza – zaśmiał się. – Za alkohol mógłbym dostać zawieszenie, przynajmniej tak myślę. Ale za to – powiedział, wyciągając pęk kluczy z kieszeni i obracając nim na palcu wskazującym. – Mogą mnie już wykopać na zbity pysk.

Przyglądałem się wirującym kluczom z ciekawością.

                - Co takiego otwierają?

                - Dowiesz się w swoim czasie – mruknął. – O ile gotowy jesteś na przygodę.

Nie czekając, wstałem i zasalutowałem.

                - Szeregowy Wilde zgłasza gotowość do akcji – powiedziałem, a potem się roześmiałem.

W tamtym momencie nie myślałem o tym, jak skomentowałaby moje zachowanie Clara; za bardzo uderzył mnie fakt, że przedkładała Byrona przede mnie.

Ian chwycił jakąś torbę, do której wpakował butelkę alkoholu, ale ta zbyt odznaczała się, więc zrezygnował i owinął ją w prześcieradło.

                - Idealnie – podsumował, patrząc na swoje dzieło.

Schował klucze do tylnej kieszeni, tak, że gdy szedł, ich wypukłość mocno odznaczała się pod materiałem spodni. Wyszliśmy z pokoju, gasząc uprzednio światło i ruszyliśmy w stronę piwnic, tak jakbyśmy naprawdę planowali zrobić pranie.

***

Okazało się, że klucze otwierały tajemnicze drzwi obok piwnicy; wiele razy przez te dwa lata słyszałem, jak uczniowie zastanawiali się, do czego one prowadzą, bo nikt nigdy nie widział, by były przez kogoś używane. Niektóre plotki mówiły, że było to tajemne podziemne przejście do internatu dziewcząt, ale było to mało prawdopodobne.

Nie wiem, czy można było nazwać to historyczną chwilą, ale właśnie tak uroczyście się czułem, gdy Ian sięgnął po klucze i otworzył nimi drzwi. Miałem wrażenie, że staję się powiernikiem jakiejś tajemnicy, o której wiedziało naprawdę mało osób.

                - Gotowy? – Zapytał chłopak, przyglądając mi się.

Kiwnąłem głową na znak potwierdzenia, a wtedy on pociągnął drzwi w naszą stronę. Te ustąpiły gładko, a zawiasy nie wydały ani jednego dźwięku. Za drzwiami znajdowały się strome schody i wtedy zrozumiałem, że było to wejście na dach. Ian przepuścił mnie przodem, a potem ruszył za mną, uprzednio zamykając drzwi od wewnątrz na klucz. Ruszyliśmy w górę ciemnym i ciasnym korytarzem, na końcu natrafiając na kolejne drzwi. Tym razem jednak były one otwarte, więc wymacałem klamkę i popchnąłem je od siebie, wychodząc na dach. Od razu owionął mnie chłodny wiatr, ale nawet tego nie zauważyłem – zagapiłem się na ciemne niebo usiane milionami gwiazd. Stałem tak, otwierając usta z wrażenia, a Ian odwinął butelkę z prześcieradła i rozścielił je na ziemi.

                - Robi wrażenie, co? – Zapytał siadając.

                - I to jeszcze jakie – mruknąłem, zajmując miejsce obok niego.

Wciąż gapiłem się w gwiazdy, gdy chłopak wziął się za butelkę whisky. Otworzył ją, a potem westchnął.

                - Zapomniałem o jakichś kubkach – pożalił się.

Machnąłem ręką, na znak, że ma się nie przejmować takimi drobnostkami.

                - A z gwinta pić umiesz? – Zapytałem, wyszczerzając się i wyciągając butelkę z jego rąk.

Pociągnąłem łyka, delektując się lekko parzącym uczuciem na języku. Ian wziął ode mnie whisky i również się napił.

Siedzieliśmy tak chwilę, milcząc, patrząc w gwiazdy i na zmianę pijąc z butelki. Potem chłopak wyciągnął z kieszeni zgniecioną paczkę papierosów i uraczył się jednym.

                - Też chcesz?

                - Nie, dzięki. Nie palę.

Ian wzruszył ramionami i podpalił papierosa zapalniczką, mocno się zaciągając. Przy wydechu dymu nosem przymknął oczy, jakby z przyjemności, a potem położył się na ziemi, więc zrobiłem to samo. Przyglądałem się jak chłopak wydmuchuje dym, który na tle ciemnego nieba wyglądał niesamowicie żywo i delikatnie. To śmieszne, że zacząłem dostrzegać tak drobne rzeczy, które wcześniej po prostu ignorowałem.

Chłopak zauważył, że mu się przyglądałem i spojrzał na mnie z zaciekawieniem. Wyciągnąłem dłoń w jego stronę, a on zrozumiał ten gest i z uśmiechem podał mi papierosa. Chciałem poczuć jego smak i zobaczyć dym przed własnym nosem; zaciągnąłem się i zacząłem kaszleć podnosząc się do siadu, więc Ian poklepał mnie ze śmiechem po plecach.

                - Daj mi to – rozkazał, zabierając mi papierosa.

Już myślałem, że dostałem zakaz palenia, więc położyłem się z powrotem na ziemi. Jednak chłopak przewrócił się na bok i podparł się łokciem o ziemię, zbliżając się do mnie nieco. Zaciągnął się głęboko papierosem, a potem bez ostrzeżenia nachylił się nade mną tak, ze nasze twarze dzieliło jedynie kilka centymetrów. Z tak bliska zobaczyłem jak długie są jego rzęsy i że na jednej z powiek ma małego pieprzyka. Kilka kosmyków jego włosów spadło mi na twarz, łaskocząc mnie swoimi końcówkami. Z zaskoczenia otworzyłem usta, choć nie miałem nawet czasu, żeby zastanowić się co się właśnie działo. 

Wtedy chłopak wdmuchnął mi do ust dym, a ja wciągnąłem go mimowolnie w płuca, czując, jak przechodzą mnie dreszcze wzdłuż kręgosłupa, a na ramiona wstępuje gęsia skórka. Tym razem nie zacząłem kaszleć, więc byłem z siebie trochę dumny, kiedy Ian odsunął się ode mnie z uśmiechem.

                - Widzisz? Musisz robić to spokojnie.

Kiwnąłem głową na znak, ze rozumiem i wyciągnąłem rękę po papierosa. Znów zaciągnąłem się, czując jego gorzkawy smak na języku i w głowie zrodziła mi się pewna myśl. Jednak była ona tam przez ułamek sekundy i mógłbym przysiąc, że potem rozpłynęła się w nicości. Ale postąpiłem dokładnie tak, jak ona mi kazała; z premedytacją wciągnąłem dym gwałtownie w płuca dostając kolejnego ataku kaszlu. Oddałem papierosa Ianowi, a potem patrzyłem jak ten zaciąga się profesjonalnie. W głowie miałem tylko jedną myśl - siostrę bliźniaczą tamtej poprzedniej:

Niech znów pochyli się nade mną i wdmuchnie mi dym w usta.

Jednak chłopak tego nie zrobił; zgasił niedopałek o ziemię i wyrzucił go przed siebie w dal. Z pewną dozą zawodu patrzyłem na jego lot zanim nie zniknął w ciemności.

                - Przeczytałeś już biografię Oscara Wilde? – Zapytał nagle, odwracając twarz w moją stronę.

                - Nie – mruknąłem. – Nadal męczę historię literatury.

Ian sięgnął po zapomnianą whisky i napił się. Wziąłem od niego butelkę i również pociągnąłem łyka, czując ciepło gwintu pochodzące od ust chłopaka.

                - W takim razie jak już będziesz ją czytał, to zwróć szczególną uwagę na postać Roberta Rossa – powiedział trochę ciszej. – Wcześniej nie myślałem, że warto o tym wspominać… Ale teraz jestem pewien, że warto.

Kiwnąłem głową i znów napiłem się alkoholu. Chłopak przejął ode mnie butelkę, a nasze palce dotknęły się na moment.

                - Dlaczego akurat Ross? – Zadałem oczywiste pytanie.

Zostałem nagrodzony tajemniczym uśmiechem, który zmotywował mnie do przeczytania tej biografii.

                - Bo ty mógłbyś być takim Oscarem Wilde, a ja mógłbym być takim Robertem Rossem.

Zmarszczyłem brwi, śmiejąc się z jego konspiracyjnego tonu. Wypiłem ostatniego łyka whisky, bo gdybym pozwolił sobie na więcej, najzwyczajniej na świecie mógłbym przesadzić. Oddałem butelkę chłopakowi i podniosłem się do siadu.

                - Nienawidzę poezji najbardziej na świecie – mruknąłem.

Ian zaczął się śmiać, a po chwili mu zawtórowałem. Nasze głosy odbijały się od ścian budynków i mknęły w ciemną, pustą przestrzeń. Śmiałem się tak, że rozbolał mnie brzuch, dopóki nie poczułem, jak coś, co trzymało mnie w ryzach przez całe dwa lata w liceum, pęka wewnątrz. I, cholera, czułem się z tym naprawdę dobrze.

***

Dzień później zamiast rano pójść pod internat dziewcząt i czekać na Clarę, poszedłem do biblioteki by wypożyczyć biografię Oscara Wilde. Rzuciłem w kąt nieskończoną historię literatury, bo Ian za bardzo zaciekawił mnie wczorajszymi słowami, bym z cierpliwością skończył poprzednią książkę. Już na pierwszej przerwie wgłębiłem się w życiorys autora, ale o Robercie Rossie pisano dopiero później. To właśnie na matematyce doszedłem do fragmentu, który naprawdę, ale to naprawdę mnie zaskoczył.

Siedziałem w ostatniej ławce pod oknem, robiąc zadania w zeszycie. Gdy już skończyłem, poczułem się usprawiedliwiony i wyciągnąłem bezkarnie biografię na ławkę. Zacząłem czytać, wyłączając się na wszystkie inne bodźce, co ostatnio często mi się zdarzało.

"Na uniwersytecie znany był szczególnie ze swego błyskotliwego humoru i daru wymowy, z drugiej strony wyróżniał się ekstrawagancją. Demonstrował swoją zniewieściałość, nosił długie włosy, drwił z "męskich" zawodów sportowych, a swoje pokoje przystrajał pawimi piórami, kwiatami, porcelaną i innymi bibelotami. W tym okresie stał się przedstawicielem estetyzmu (ang. Aestheticism), który głosił hasło "sztuka dla sztuki" (fr. "L'art pour l'art").

Postawa i poglądy Wilde z jednej strony były wyszydzane, np. w operetce Giberta i Sullivana Patience (1881), lecz z drugiej - podziwiane i modne, a on stał się z czasem bywalcem salonów i arbitrem w sprawach sztuki."*

Przerwałem na chwilę czytanie, by sprawdzić, czy nikt nie zamierzał zwrócić mi uwagi. Nie mogłem doczekać się powrotu do książki, bo zauważyłem, że nazwisko Ross po raz pierwszy miało wystąpić już za kilka linijek.

"Oscar Wilde był biseksualistą. Miał kilku kochanków, m.in. Roberta Rossa, który był również jego oddanym przyjacielem i wydawcą dzieł."**

Uniosłem wzrok znad książki, a po plecach przebiegły mi zimne dreszcze, które na swój sposób były przyjemne.

"Miał kilku kochanków, m.in. Roberta Rossa..."

Przeczytałem to zdanie jeszcze kilka razy, a potem wyprostowałem się i potarłem usta palcami, wspominając jak Ian wdmuchnął mi dym do płuc.

O cholera.

***

Przemyślałem sobie całą sprawę i stwierdziłem, że muszę jak najszybciej porozmawiać z Ianem, więc gdy tylko rozbrzmiał dzwonek, wybiegłem z klasy. Szukałem go na korytarzu, aż w końcu zobaczyłem go stojącego z jakąś dziewczyną - miał na sobie koszulkę moro, która w pewien sposób do niego nie pasowała.  Podszedłem do nich i prosto z mostu rzuciłem:

                - Ian, musimy poważnie porozmawiać.

Chłopak spojrzał na biografię, którą trzymałem pod pachą, a potem na moją twarz. Może tylko mi się wydawało, ale lekko posmutniał. Chwyciłem go za ramię i pociągnąłem w stronę biblioteki, która ziała pustkami podczas pierwszych przerw, więc była idealnym miejscem na załatwienie tej rozmowy. Weszliśmy do środka, kiwając głową do pani Sandy – bibliotekarki, która była nie w lepszym stanie niż niektóre z książek trzymanych na dolnych półkach.

Skręciłem za regał z powieściami podróżniczymi, gdyż nigdy nie widziałem, by ktoś się koło niego kręcił i wreszcie stanąłem.

                - Jeśli chodzi o to, co powiedziałem… - Zaczął Ian, ale nie pozwoliłem mu dokończyć.
Przycisnąłem go całym ciałem do regału i pocałowałem, miażdżąc mu wargi swoimi własnymi. Czułem, że chłopak w pierwszym momencie nie wiedział, co ma zrobić, ale koniec końców położył jedną z rąk na moim karku i przycisnął mnie do siebie jeszcze mocniej. Druga dłoń wylądowała na moich biodrach, co bardzo mnie podnieciło. Gdy oderwaliśmy się od siebie, Ian spojrzał mi w oczy, a na jego spuchniętych od gwałtownego pocałunku ustach błądził zawadiacki uśmiech.

                - Panie Ross, nieziemsko pan całuje – mruknąłem mu do ucha.

Mówiąc to, czułem jak chłopak zacisnął palce na mojej koszuli. Jedna z jego dłoni znów przyciągnęła mnie za kark i Ian pocałował mnie, tym razem subtelniej. Zbliżyłem się do niego i wtedy otarłem nogą o jego twardego członka, przyjmując z ulgą, że nie tylko ja byłem w takim stanie. Chłopak zarumienił się lekko, ale patrzył mi w oczy z tą cholernie podniecającą mnie pewnością siebie.

Złączyłem nasze usta w pocałunku, a moje ręce wkradły się pod jego koszulkę, by zbadać miękką skórę. By się podrażnić, ścisnąłem nawet jednego z jego sutków, a potem zszedłem w dół, do pępka i pasma jasnych włosów ciągnących się od niego w dół, do pasa spodni. Ja sam zostałem pozbawiony koszuli, która leżała tuż za mną na podłodze i tylko czekała, aż któreś z nas na nią nadepnie.

                - Wilde, pieprzmy się tu – wymruczał mi do ucha Ian, przez co osiągnąłem maksymalny poziom podniecenia.

Chwyciłem za sprzączkę jego spodni i rozpiąłem ją jednym ruchem. Z moim rozporkiem rozprawiły się zwinne ręce chłopaka, więc po chwili staliśmy już na wpół nadzy. Ian odwrócił się do mnie tyłem, wypinając biodra w moją stronę; ten obraz miał mi zostać w pamięci już do końca życia.

                - Teraz – wyszeptał, patrząc mi w oczy.

Szybko rozsmarowałem preejakulat po moim penisie, by zapewnić choć trochę nawilżenia, ale jednocześnie nie mogłem się doczekać, aż w niego wejdę. Nie przeszkadzało mi nawet to, że miałem właśnie stracić dziewictwo z mężczyzną. Nie myślałem o tym, cieszyłem się chwilą, chwytałem dzień.
Ian chwycił mojego penisa i nakierował go, przymykając oczy z przyjemności. Zacząłem powoli dociskać biodra do jego własnych, ale chłopak ze zniecierpliwieniem kazał mi się pospieszyć, więc wykonałem rozkaz. Wszedłem w niego najgłębiej jak się dało w tej pozycji i zostałem nagrodzony cichym jękiem, który na pewno byłby o wiele głośniejszy, gdybyśmy nie znajdowali się w bibliotece.
Dla mnie uczucie zaciskających się na moim penisie mięśni było nieporównywalne do żadnego innego uczucia. Musiałem oprzeć głowę o jego plecy, tuż pod karkiem i uspokoić się, bo prawie doszedłem, tak było mi dobrze. Byłem niedoświadczony w tych sprawach, ale mimo tego wiedziałem, co mam robić; gdy już odzyskałem stabilność umysłu, zacząłem poruszać miarowo biodrami. Odrzuciłem głowę do tyłu i zacisnąłem zęby, by nie wydać z siebie żadnego jęku ani głośnego sapnięcia. Nie wstydziłem się tego – po prostu nie chciałem, by nas nakryli. Jednak dźwięków, które tworzyły nasze obijające się o siebie ciała, nie dało się powstrzymać. Miałem nadzieję, że były one pochłaniane i niwelowane przez wszechobecne regały z książkami i chyba miałem rację. Gdyby było inaczej, na pewno ktoś już by do nas przyszedł.

W pewnym momencie poczułem jak mięśnie chłopaka mocniej zaciskają się na moim penisie i dobrze zgadłem, że miał zaraz dojść. Chwyciłem więc jego członka wolną ręką i zacząłem wykonywać nią szybkie ruchy w górę i w dół. Nie czekałem długo, bo po chwili Ian jęknął cicho, cichutko i doszedł, a ja w tym momencie poczułem niewysłowioną przyjemność. Mięśnie jeszcze bardziej zacisnęły się na moim penisie, więc pchnąłem w chłopaka jeszcze kilka razy, a potem wyszedłem z niego i oddałem się w ręce orgazmu.

Ian stał nadal w tej samej pozycji, opierając się o regał i ciężko oddychając. Przytuliłem się do jego pleców również próbując złapać oddech.

                - Człowieku, to było niesamowite – powiedział, odwracając się do mnie twarzą.

Pocałował mnie delikatnie, nadal uspokajając oddech. Zarzucił mi ręce na szyję i wtulił się we mnie, więc mogłem zanurzyć nos w jego włosach pachnących papierosami. Wtedy zabrzmiał dzwonek, więc jednocześnie podskoczyliśmy jak rażeni prądem z przestraszonymi minami. Potem jednocześnie spojrzeliśmy na siebie i wybuchliśmy śmiechem. Ian wyciągnął z kieszeni chusteczki, podał mi jedną, więc doprowadziłem się do porządku i wsunąłem spodnie na tyłek. Podniosłem zdeptaną koszulę, zarzuciłem ją na grzbiet i pocałowałem chłopaka w policzek. Ian mocował się ze sprzączką, którą najwyraźniej niechcący popsułem, ale po chwili poddał się i wyciągnął pasek ze spodni.

                - Co robisz? – Zapytałem ze śmiechem.

Ian przykucnął koło regału i wsunął pasek za książki stojące na drugiej od dołu półce.

                - Zostawiam pamiątkę dla potomnych – mruknął, szczerząc się.

Wyszliśmy zza regałów, mając nadzieję, że bibliotekarka nie zwróci uwagi na nasze zarumienione twarze i pogniecione ubrania. Pani Sandy nawet na nas nie spojrzała – siedziała odwrócona plecami do wyjścia i układała pasjansa na komputerze.

***

Gdybym powiedział rodzicom albo Clarze o tym, co zaszło w bibliotece, najprawdopodobniej żadne z nich by mi nie uwierzyło. Pewnie uznaliby to za niezbyt udany żart, a gdybym dalej próbował ich przekonać, że moje słowa to najprawdziwsza prawda, nadal jedynie by się śmiali. No bo to przecież było niemożliwe – bym zdradził ukochaną dziewczynę z którą w końcu miałem wziąć ślub, a potem mieć z nią dzieci.

Niemożliwe, że miałbym narazić tak świetlaną przyszłość z powodu jakiegoś… dewianta.

Właśnie o tym myślałem, siedząc na lekcji, czując nadal pocałunek Iana na swoich ustach. Samo wspomnienie tego, co miało miejsce zaledwie dwadzieścia minut wcześniej, sprawiało, że przyspieszał mi puls.

Zdradziłem Clarę – dziewczynę, dzięki której nie zrezygnowałem z tej szkoły, ale też dziewczynę, która z powodu mojej niechęci do poezji nie odzywała się do mnie od tygodnia. Próbowałem z nią porozmawiać, ale ona była zbyt uparta i udawała, że mnie nie zauważa, gdy podchodziłem do niej na przerwie. W stołówce albo siadała z koleżankami przy innym stoliku, albo towarzyszyła mi i Ianowi, ale miałem wrażenie, że było to jedynie fizycznie, bo jej duch uciekał ode mnie jak najdalej. Czy w tym momencie mi na niej zależało? Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie, bo jakaś mała część mnie cierpiała z powodu naszej kłótni. Jednak po każdej nieudanej próbie pogodzenia, część ta stawała się coraz bardziej obojętna.

Natomiast ten pierwiastek mnie, który wielbił Iana, częściej zabierał głos, a ja mu na to pozwalałem. W końcu to przy Andersonie mogłem być sobą – chłopak nie kazał mi zamykać się, gdy zaczynałem jakiś matematyczny temat i nie oceniał mnie z powodu moich zainteresowań. Przy nim czułem tę nutkę ekscytacji, która towarzyszyła początkowi mojego związku z Clarą, a która wypaliła się niedługo później, gdy dziewczyna pokazała swoje prawdziwe oblicze. Przy nim znowu… czułem. I to na dodatek coś, co nie było nudną rutyną.

Od myślenia rozbolała mnie głowa, więc do dzwonka siedziałem i gapiłem się w okno, próbując nie przywoływać żadnych obrazów z sytuacji, która miała miejsce chwilę temu w bibliotece. Mimo wszystko nie szło mi to zbyt dobrze, więc kilka razy podczas lekcji poczułem jak w bokserkach zrobiło mi się ciaśniej. Gdy zadzwonił dzwonek od razu wstałem i wyszedłem z klasy; oczywiście byłem podekscytowany, bo chciałem zobaczyć jak najszybciej Iana. Co z tego, że nie widzieliśmy się tylko czterdzieści pięć minut?

Usiadłem jak zwykle na swojej bluzie pod ulubionym kasztanem i znów zacząłem czytać biografię Oscara Wilde. Oczywiście przeczytałem raz jeszcze fragment, który „polecił” mi Ian i tym razem przeszły mnie naprawdę przyjemne dreszcze.

                - Cześć – usłyszałem nad głową przywitanie.

Z roztrzepaniem spojrzałem na mówiącą do mnie osobę i stwierdziłem z lekkim zawodem, że była to Clara.

                - Cześć – odmruknąłem, powracając do czytania.

Dziewczyna usiadła obok mnie, na miejscu, które przez ostatni czas zajmował Ian, i spojrzała na mnie ze skruchą, zaplatając dłonie na kolanach.

                - Oscar, chciałam cię przeprosić…

Podniosłem wzrok i spojrzałem na wyjście ze szkoły; nie wiem co powiedziało mi, żebym to zrobił, ale w tym samym momencie zobaczyłem jak Anderson wychodzi z budynku. Uśmiechnąłem się na jego widok, a Clara odebrała to najwyraźniej jako dobry znak.

                - Miałbyś ochotę na wypad do kina w weekend? Myślę, że zasługuję na przerwę od nauki…

Ian ruszył w stronę kasztana, ale po chwili zauważył nas, siedzących koło siebie i zwolnił kroku. W myślach modliłem się, by ten zdecydował się na podejście, ale w ostatniej chwili chłopak skręcił w prawo i podszedł do jakiejś grupki znajomych. Westchnąłem głęboko i dopiero wtedy spojrzałem na dziewczynę

                - Przepraszam, ale myślę, że to nie wyjdzie.

Clara wygięła usta w podkówkę i chwyciła mnie pod rękę.

                - Ale czemu? Nie muszę się uczyć, a ty nie masz żadnego sprawdzianu…

                - Nie o to chodzi – przerwałem jej, masując energicznie skronie. – Myślę, że nam nie wyjdzie.

Spojrzałem na dziewczynę, której twarz najpierw wyrażała wielkie zdumienie, a potem strach. Jej oczy zaszkliły się, wypełnione łzami, które dopiero miały spłynąć na policzki.

                - Nie rozumiem…

                - Zdradziłem cię – znów jej przerwałem.

Nie potrafiłem spojrzeć jej w twarz i jednocześnie powstrzymywałem się, by nie zerknąć na Iana. Zamiast szlochu, który spodziewałem się usłyszeć, do moich uszu doszło ciche westchnięcie.

                - Pamiętasz dobrze tę całą sprawę z Benem Hanscomem, prawda? – Kiwnąłem głową, zagryzając dolną wargę. – Zdradziłam cię, choć był to głupi incydent, ale ty mi wybaczyłeś…

Oj nie, nie wybaczyłem jej tego. Za każdym razem gdy byłem na nią zły, w mojej głowie od razu pojawiał się obraz Hanscoma rozbierającego ją na kanapie w klubie, w którym wyprawiałem swoje osiemnaste urodziny. Choć starałem się wyrzucić te wspomnienia z głowy, wybaczyć jej i zacząć od nowa… Nie potrafiłem. Od tamtej pory szukałem jedynie wymówki na to, by z nią zerwać, choć udawałem, że wszystko jest w porządku.

Poczułem na sobie wzrok Iana, więc spojrzałem na niego; chłopak pomachał mi, więc zrobiłem to samo, żałując, że nie mogę być w tym momencie obok niego. Zamiast tego musiałem zmierzyć się z Clarą siedzącą obok.

                - Pamiętam.

Dziewczyna rzuciła mi spojrzenie pełne skruchy i nieśmiały uśmiech. Potem czy tego chciałem, czy nie, wtuliła się w moje ramiona, a mi wtedy zmiękło serce. Jednak nie potrafiłem ot tak powiedzieć jej, że z nami koniec; nie po tych dwóch latach, które spędziliśmy ze sobą na dobre i na złe. Położyłem dłoń na jej głowie i wplotłem palce w jej miękkie włosy. Clara pocałowała mnie w szyję, tam, gdzie wcześniej pocałował mnie Ian i westchnęła.

                - Spróbujmy jeszcze raz – mruknąłem.

Podniosłem wzrok i wtedy moje i Iana spojrzenia się skrzyżowały. Chłopak miał mieszaną minę; wcisnął ręce głęboko w kieszenie bluzy i minął mnie bez słowa, idąc w stronę budynku. Chciałem za nim pobiec, złapać go i przytulić, ale nie ruszyłem się z miejsca. Może to był mój błąd, może i nie. Nigdy nie miałem się już dowiedzieć jak potoczyłoby się moje życie, gdybym tamtego październikowego dnia pobiegł za Ianem i próbował z nim porozmawiać.

***

Już kilka dni później pożałowałem swojej decyzji; że nie wziąłem się w garść i nie skończyłem mojego związku raz na zawsze. Ian unikał mnie, a Clara dobijała komentarzami dotyczącymi poezji. Ogólnie nic się nie zmieniło – tylko to, że stałem się bardziej zimny jeśli chodziło o moją relację z dziewczyną. Moje myśli zaprzątał jedynie Anderson; panicznie próbowałem zrobić cokolwiek, by ten zwrócił na mnie uwagę, ale nie potrafiłem się wziąć w garść. Do tego doszła nauka, robienie arkuszy maturalnych – czyli to, co w tamtym momencie było mi, cholera, najbardziej do życia potrzebne.

Nadszedł listopad, miesiąc, w którym trawnik pokrywały kolorowe liście, a niebo było przeważnie szarobure i groziło spadnięciem deszczu. Mój związek z Clarą powoli się toczył, choć i tak zachowywaliśmy się bardziej jak znajomi niż jak para. Kilka razy nawet pokłóciliśmy się o to, ale mi po prostu przestało zależeć. W tym momencie liczył się Ian.

Chłopak przestał spędzać ze mną przerwy, bo zwykle Clara przyklejała się do mnie i nie chciała się ode mnie oderwać aż do dzwonka ogłaszającego początek lekcji. Ian omijał mnie szerokim łukiem, tak jakby przewidywał, że chcę z nim porozmawiać – po prostu mi tego nie ułatwiał. Ale właśnie pewnego listopadowego dnia obudziłem się i już wiedziałem, że muszę porozmawiać z Andersonem i wyjaśnić mu całą sytuację. Czułem przymus do zrobienia tego, bo miałem wrażenie, że potem mógłbym czegoś żałować.

Poczekałem na odpowiedni moment i w trakcie lekcji wyszedłem pod pretekstem złego samopoczucia; tak naprawdę udałem się w stronę klasy, w której Ian miał właśnie lekcję i zapukałem cicho.

                - Dzień dobry, panie profesorze – powiedziałem. – Jestem Oscar Wilde i przepraszam, że przeszkadzam panu w prowadzeniu lekcji, ale mam pilną sprawę do jednego z pana uczniów.

Mówiąc to, odszukałem wzrokiem Iana, który siedział pod oknem i bazgrał coś w zeszycie. Dopiero gdy mnie zobaczył, wyprostował się jak struna i z wyraźnym zdenerwowaniem zaczął rozglądać się po bokach.

                - Dzień dobry, panie Wilde – mruknął pan Turner nieco zirytowany. – Dobrze, proszę tylko, by ta niecierpiąca zwłoki sprawa została załatwiona szybko.

Kiwnąłem głową, dziękując profesorowi za ułatwienie mi życia. W końcu to była moja jedyna szansa na porozmawianie z chłopakiem – musiałem zmusić go do konfrontacji.

                - Ianie Anderson, czekam na korytarzu. – Powiedziałem, wychodząc.

Chwilę nawet denerwowałem się, że chłopak zbuntuje się i zostanie w klasie, ale drzwi uchyliły się, ukazując sylwetkę Iana. Dopiero wtedy zauważyłem, że ten ubrany był w koszulkę moro, tę samą  którą miał na sobie tamtego dnia. Wcześniej nie widziałem, żeby ją nosił, więc uznałem to za dobry znak. Chłopak oparł się plecami o ścianę, zaplótł ręce na piersi i spojrzał na mnie z wyczekiwaniem.

                - Chciałem porozmawiać o…

Ian uniósł brew i przyjrzał mi się uważniej.

                - O tym, co stało się w bibliotece?

Pokiwałem głową, niezdolny do wypowiedzenia jakiegokolwiek słowa. Chłopak westchnął i przetarł twarz dłonią.

                - Chyba nie masz zamiaru rozmawiać o tym tutaj? – Zadał pytanie, ale zbyłem go milczeniem.

Natomiast ruszyłem za nim korytarzem w stronę męskiej łazienki i chwilę później zamknąłem za nami jej drzwi.

                - Chcę zerwać z Clarą – powiedziałem, a on spojrzał na mnie zaskoczony.

                - Dlaczego?

                - Nie pasujemy do siebie i już nie czuję się tak dobrze w jej towarzystwie jak kiedyś – mruknąłem, a potem zastanowiłem się chwilę. – Nie czuję się tak dobrze, jak w twoim towarzystwie.

Chłopak spuścił wzrok na kafelki i podrapał się po karku. Potem spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem.

                - Gdybym powiedział, że jest mi przykro z powodu, że zrywacie, to bym skłamał…

Uśmiechnąłem się do niego szeroko i to właśnie chyba ten uśmiech spowodował, że Ian przestał się na mnie dąsać.

                - W której kabinie? – Zapytał nagle, a ja nie wiedziałem, o co mu chodzi.

Dopiero gdy spojrzałem na jego twarz, której wyrazu nie mogłem pomylić z niczym innym, poczułem pulsowanie w podbrzuszu.

                - Obojętnie.

Praktycznie rzuciliśmy się na siebie, sięgając łapczywie swoich ust. Złączeni w pocałunku ruszyliśmy niezgrabnie w stronę kabin, po drodze zahaczając o framugę przejścia i umywalkę, a za każdym razem wybuchaliśmy głośnym śmiechem. Weszliśmy do pierwszej lepszej kabiny i zamknęliśmy za sobą drzwi.

                - Musimy się pospieszyć, żeby profesor Turner się nie wkurzył. Wystarczy mi już, że nie cierpię historii, a gdyby ten dziad na dodatek by się na mnie uwziął…

                - Mógłbyś nie mówić w takim uroczystym momencie o tym starym pryku? On jest dla mnie totalnie aseksualnym podmiotem i nie mogę myśleć o nim w tej chwili.

Chłopak zaśmiał się, a potem pocałował mnie, składając na moich ustach obietnicę trzymania gęby na kłódkę. W międzyczasie pozbawiłem go spodni i sam rozpiąłem swoje, wyciągając swojego penisa na zewnątrz. Nim zdążyłem cokolwiek zrobić, Ian oderwał się ode mnie i klęknął tak, że jego głowa znalazła się na wysokości moich bioder. Nie protestowałem – moja ekscytacja rosła z sekundy na sekundę.

Potem chłopak pocałował czubek mojego penisa, przez co przeszły mnie ciepłe dreszcze wzdłuż kręgosłupa. Położyłem dłoń na jego głowie i wplotłem palce w jego jasne włosy, jednocześnie patrząc mu w oczy. Ian zaczął lizać powoli główkę mojego członka, jakby drażniąc się, a drugą ręką wykonywał jednostajne ruchy w górę i w dół. Ja tylko zaciskałem zęby z przyjemności, modląc się w myślach, bym nie doszedł zbyt szybko. Wtedy Anderson bez ostrzeżenia włożył sobie do ust mojego penisa i zaczął poruszać głową w rytm, który nadawała mu moja ręka. Wszystko to prowadziło mnie prosto do orgazmu, a którego na razie nie chciałem zaliczyć, bo moim celem było sprawienie przyjemności Ianowi. Gdy czułem, że jestem u kresu, chwyciłem chłopaka za ramiona i kazałem mu podnieść się. Pocałowałem go namiętnie, uspokajając szybkie pulsowanie w kroczu, a potem usiadłem na muszli, a mój członek stał na baczność aż prosząc się, by Ian się na niego nabił.

Chłopak zrozumiał o co mi chodziło i bez zastanowienia usiadł mi na kolanach i zaczął poruszać biodrami tak, że nasze penisy ocierały się o siebie raz po raz. Potem uniósł się na chwilę, chwycił mojego członka, nastawił go pod odpowiednim kątem i opuścił ciało. W tej pozycji miałem idealny widok na jego twarz, która wyrażała głęboką przyjemność; gdybym odpowiednio nad sobą nie panował, mógłbym dojść patrząc jedynie na jego minę. Chłopak schodził coraz niżej, przyciskając swoje biodra do moich, a ja z utęsknieniem napawałem się uczuciem zaciskających się na moim penisie mięśniach i tym, jak gorąco było wewnątrz niego. Niedługo trwał wspólny taniec naszych ciał; po kilku moich gwałtownych pchnięciach chłopak doszedł, a część jego spermy znalazła się na mojej koszulce. Ian jęknął przeciągle kiedy wysunąłem się z niego i opadł na mnie wyczerpany, głośno oddychając. Wtuliłem twarz w jego włosy, wciągając w nozdrza zapach dymu tytoniowego.

                - Nie obrazisz się, jak teraz pójdę? Jeśli Turner się wkurzy, to serio będę miał przejebane…

                - Jasne, że nie – mruknąłem, całując go w nos.

Chłopak chwilę jeszcze leżał w moich ramionach, a potem podniósł się i chwycił swoje spodnie. Najpierw jednak wytarł papierem to, co zasługiwało na wytarcie, w tym także moja koszulka, na której jednak został biały ślad.

                - Tak sobie myślę, że ta moja koszulka jest chyba jakaś szczęśliwa – powiedział, zapinając spodnie.

Uniosłem brew w zdziwieniu choć chyba wiedziałem, o co mu chodziło.

                - Po prostu kiedy ją zakładam, między nami dzieją się… ciekawe rzeczy.

Wyszczerzyłem się i pocałowałem go.

                - To już trochę jak jakaś tradycja. A tradycję trzeba respektować!

Ian zaśmiał się w zupełnie niewinny i słodki sposób, a przez to moje serce zabiło szybciej niż zwykle. Oto ja – Oscar Wilde, maturzysta, siedzący na muszli z opuszczonymi do połowy ud spodniami i członkiem stojącym na baczność, patrzący na młodszego chłopaka, który się śmieje i myślący o tym, że chyba właśnie się w nim zakochał.

Ian wyszedł z łazienki, a ja zostałem sam z pulsującym problemem, więc musiałem sobie z nim poradzić. Kiedy skończyłem, wyszedłem z łazienki, a będąc już pod swoją klasą, specjalnie przybrałem zbolałą minę. Zapukałem, wszedłem do środka, a pan Raven rzucił mi uważne i współczujące spojrzenie.

                - Wszystko w porządku, Wilde? Masz wypieki na twarzy, czy to z powodu gorączki?

Mężczyzna był tak zaniepokojony, że aż zachciało mi się śmiać; wypieki były po prostu rumieńcami, które spowodował u mnie Ian podczas akcji w łazience. Minąłem ławkę Leo i usiadłem za nim, biorąc do ręki zeszyt. Wiedziałem, że do końca lekcji nie będę niepokojony przez nauczyciela, więc czytałem sobie jedno z opowiadań Allana Edgara Poe.

***

Jeśli chodzi o Clarę, to nie kłamałem, mówiąc, że planowałem z nią zerwać, jednak powiedzenie tego, a zrobienie to były dwie różne rzeczy. Za każdym razem gdy przychodziłem do niej i chciałem zacząć ten temat, ona zagadywała mnie, więc poddawałem się. Za każdym cholernym razem.

Natomiast Ian… Z Ianem pieprzyliśmy się regularnie. Gdy tylko chłopak zakładał koszulkę moro, wiedziałem już, że tego dnia będziemy uprawiać seks w którymś miejscu w szkole. Dlatego też codziennie wypatrywałem go, mając nadzieję, że będzie miał na sobie ten szczęśliwy t-shirt. A gdy okazywało się, że go miał, potrafiłem dostać erekcji stojąc na korytarzu i patrząc na niego z odległości kilku metrów. Ian dobrze wiedział o tym, jak na mnie działał i to chyba jeszcze bardziej go podniecało. A ja nie mogłem nic poradzić na moje reakcje – podejrzewam, że zostałem uwarunkowany tak jak psy w eksperymencie Pawłowa.

Byłem rozdarty pomiędzy tych dwoje ludzi i nie wiedziałem, kogo wybrać. Nie wyobrażałem sobie wspólnej przyszłości z Clarą, a z Ianem… Z nim przyszłość nie wydawała się kolorowa. Owszem, kochałem go, coraz bardziej każdego dnia, ale czy to robiło ze mnie geja? Najprawdopodobniej tak, a homoseksualiści nie wiodą wspaniałego życia w naszym kraju pełnym religijnych oszołomów i homofobów. Chyba bałem się tego, że mógłbym zostać odrzucony przez rodziców, gdybym przyznał się do całej prawdy…

W takim rozdarciu trwałem aż do świąt, które spędziłem w rodzinnym mieście. Miałem dwa tygodnie na odsapnięcie i przemyślenie tego, co będę musiał zrobić gdy wrócę do szkoły, a miałem już dość odwlekania. Postanowiłem w końcu rozstać się z Clarą, ale nadal nie miałem pojęcia, co zrobić z Ianem… Czułem coś do niego i dlatego nie potrafiłem dać sobie z nim spokoju. Zresztą, dlaczego miałem sobie w ogóle dawać z nim spokój? Do tej pory spotykaliśmy się, spędzaliśmy razem wspaniale czas i nikt nie robił nam z tego powodu wyrzutów. Miałem wrażenie, że ludzie w tej szkole byli zbyt pochłonięci własnymi tyłkami i nauką, by zauważyć, że często znikaliśmy im z oczu na przerwach, by pójść w jakieś ustronne miejsce.

Już nawet przestałem przejmować się rodzicami; oczywiście przy świątecznym stole wypytywali jak tam wygląda moja relacja z Clarą, więc powiedziałem im jasno, że nie układa się nam. Przyjęli to ze spokojem, czym mnie zaskoczyli; nie wiedzieli o tym, że dziewczyna mnie zdradziła, ani że ja zdradziłem ją. Myśleli, że jesteśmy idealną parą – z rodzaju tych, które spotykają się w liceum, a potem są małżeństwem aż po grób. Mimo tego, przyjęli do wiadomości fakt, że najprawdopodobniej się rozstaniemy.

***

                - Hej, Wilde, jutro trening o siedemnastej – rzucił Martinez, a potem napił się wody z bidonu.

Pokiwałem głową i wtedy naszedł mnie pomysł, by zapytać Louisa, co ten zrobiłby w mojej sytuacji. Rudzielec był naprawdę sympatyczny i miałem wrażenie, że będzie wiedział, jak mam postąpić.

                - Louis… Mam sprawę.

Chłopak spojrzał na mnie z zaciekawieniem, a mnie ogarnął wstyd. Nie zamierzałem mu, oczywiście, powiedzieć o moich gejowskich zapędach, ale oto właśnie miałem wywlec swoje wnętrzności na zewnątrz.

                - Mam pewien problem… Wiesz dobrze, że jestem z Clarą od dwóch lat i do czasu, gdy zdradziła mnie z Hanscomem, było nam razem naprawdę dobrze… Ale teraz czuję, że to nie to. Tym bardziej, że chyba się zakochałem.

Martinez patrzył na mnie, więc spuściłem wzrok i utkwiłem go w podłodze. Byłem zawstydzony i nadal zastanawiałem się, czy to był dobry pomysł.

                - I jaki masz ten problem?

                - Nie wiem, co zrobić, po prostu…

Louis westchnął i przetarł dłonią twarz.

                - Gdybyś kochał Clarę, to nie zakochałbyś się w kimś innym, to po pierwsze. A po drugie, gdybyś ją kochał, to nawet nie zastanawiałbyś się, czy ją rzucić. A ta osoba, którą darzysz uczuciem… Powiedz jej to, serio. Nie masz nic do stracenia.

Twarz chłopaka lekko posmutniała, ale może mi się to tylko wydawało. Zrobiło mi się lżej na duszy, bo Martinez utwierdził mnie w tym, co powinienem zrobić.

                - Dzięki, stary – mruknąłem i chwyciłem torbę.

Nagle wypełniła mnie energia i chęć do działania. Poczułem, że to jest właśnie ten dzień – dzień, kiedy w końcu dam sobie spokój z moim nieudanym związkiem.

                - Tylko bądź szczery! – Krzyknął za mną Louis ze śmiechem.

Pomachałem mu na pożegnanie i wyszedłem z szatni. Moim celem był internat dziewcząt i Clara, która pewnie teraz siedziała i uczyła się w swoim pokoju.

***

Zapukałem dwa razy do jej drzwi; po chwili otworzyła mi jej współlokatorka, Monti i przywitała mnie uśmiechem.

                - Jest Clara? – Zapytałem, próbując opanować nerwy.

Srebrnowłosa kiwnęła i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając mnie do środka. Wszedłem i stanąłem przy łóżku Clary, która widząc mnie, wyciągnęła słuchawkę z ucha i uśmiechnęła się.

                - Monti, mogłabyś nas zostawić na chwilę samych? – Zwróciłem się do dziewczyny, która w milczeniu zgodziła się i wyszła.

Clara spojrzała na mnie ostrożnie, zaskoczona; chyba podejrzewała już, że mieliśmy porozmawiać o czymś poważnym.

                - Siadaj. Chcesz może jakieś ciastka? Zostały mi po ostatnich zakupach…

Podrapałem się po karku z zakłopotaniem.

                - Nie, dziękuję. Przyszedłem tylko na chwilę, żeby z tobą porozmawiać – mruknąłem, widząc, jak jej oczy zaczynają się szklić. – Słuchaj, myślę, że ciągnięcie naszego związku dalej nie ma najmniejszego sensu…

Twardo patrzyłem jej w twarz, a w piersi czułem bijące mocno serce. Tym razem miałem nie zmięknąć i nie przystać na jej „Spróbujmy jeszcze raz”. Ten dzień był inny. Ten dzień był przełomowy.

                - Czyli… Zrywasz ze mną?

Jej głos załamał się w połowie zdania i wtedy również pociekły łzy.

                - Tak – powiedziałem. – A teraz przepraszam, wracam do internatu, bo potrzebuję prysznica.

Ruszyłem w stronę drzwi, słuchając jej łkanie, gdy dziewczyna powiedziała.

                - To przez tego Iana… Zacząłeś spędzać z nim więcej czasu niż ze mną… To wszystko jego wina!

Przemilczałem jej słowa i wyszedłem na korytarz. Monti stała pod drzwiami, więc pożegnałem się z nią i ruszyłem w stronę wyjścia, mając mętlik w głowie.

***

No cóż, zerwałem z Clarą. I to właśnie sprawiło, że poczułem się cholernie lekko. Zostało mi tylko powiedzenie Ianowi jak bardzo mi na nim zależało i będę mógł nazwać siebie szczęśliwym człowiekiem. Oczywiście istniał scenariusz, w którym chłopak nie odwzajemnia mojego uczucia, ale nasza tradycja związana z koszulką moro nadal była kultywowana, więc trudno było mi uwierzyć, że Ian robił to tylko z powodu nudy.

Nie chciałem jednak rozmawiać z nim tuż po tym, jak zerwałem z Clarą; na ten dzień wystarczyło mi już wrażeń. Poszedłem więc prosto pod prysznic, a potem do pokoju, gdzie walnąłem się na łóżko i spałem jak martwy przez kilka godzin.

***

Rano obudziły mnie krzyki na korytarzu, dochodzące z jego drugiej strony, Wstałem, przeciągnąłem się i ze zdziwieniem zauważyłem, że łóżka moich współlokatorów były puste. Wyszedłem z pokoju i zobaczyłem kłębowisko ludzi stojących przy pokojach z numerami od dwudziestu w górę. Poczułem pierwsze ukłucia niepokoju, więc wyszedłem i ruszyłem korytarzem z bijącym mocno w piersi sercem.

                - Co się stało? – Zaczepiłem pierwszego lepszego chłopaka i zapytałem.

Ten tylko wzruszył ramionami.

                - Nie wiem, trener dostaje białej gorączki.

To nigdy nie znaczyło nic dobrego, choć pan Randall nie krył się z byciem cholerykiem. Ruszyłem dalej, a gdy dotarłem do zbiegowiska stojącego w drzwiach pokoju o numerze dwadzieścia pięć, strach owładnął już całym moim ciałem. Okazało się, że w środku trener dawał właśnie reprymendę nikomu innemu, tylko Ianowi, który stał ze spuszczoną głową i gapił się w torbę pełną butelek alkoholu. Jedną z nich była whisky, którą piliśmy tamtego wieczoru na dachu, gdy sprawy nie były jeszcze tak bardzo skomplikowane.

Przecisnąłem się przez ludzi i zacząłem wyganiać ich, by sobie poszli. Kilka osób mnie posłuchało, więc od razu zrobiło się luźniej na korytarzu, ale wtedy Anderson podniósł na mnie wzrok.

                - Zejdź mi z oczu.

Jego głos przepełniony był agresją i jadem, które uderzyły mnie prosto w twarz. Nie tego się spodziewałem od osoby, której chciałem w najbliższym czasie wyznać miłość. Stałem chwilę, nie wiedząc co zrobić, a trener rzucił:

                - Anderson, jest godzina siódma trzydzieści; ma pan czas do dziewiątej na spakowanie swoich rzeczy i opuszczenie terenu szkoły. Oficjalnie zostaje pan z niej wyrzucony z wiadomych powodów.

Po tym trener ruszył w stronę drzwi, mijając mnie bez słowa. Ian usiadł na łóżku i schował twarz w dłoniach, a gdy próbowałem do niego podejść i położyć mu rękę na ramieniu, gwałtownie ją odepchnął.

                - Nie dotykaj mnie!

Nie wiedziałem, dlaczego chłopak się tak zachowywał. Czyżby myślał, że to ja na niego doniosłem?
I wtedy właśnie mnie olśniło. Clara! Głupi powiedziałem jej o tym, że chłopak trzyma w pokoju czajnik elektryczny, ale nic nie mówiłem o alkoholu… Najwyraźniej jego pokój przeszedł gruntowne przeszukanie i oprócz sprzętu znaleźli także inne nielegalne rzeczy…

Wybiegłem natychmiast z pokoju i dogoniłem trenera Randalla. Chaotycznie zacząłem prosić go, by ten cofnął wyrzucenie Iana ze szkoły; w pewnym momencie poczułem nawet jak po polikach spływają mi łzy. Mężczyzna jednak był nieugięty, albo po prostu nie zrozumiał nic z mojego bełkotu. Nie mogłem się opanować z powodu paniki, która mnie ogarnęła; że oto właśnie, gdy wszystko miało się już pięknie ułożyć, nagle doszło do czegoś takiego…

                - Wilde, przykro mi, ale zasady to zasady.

Trener poklepał mnie po ramieniu, a potem zostawił mnie samego na korytarzu. Jeszcze nigdy nie czułem się tak rozbity, jak wtedy. Nie czekając dłużej, wróciłem do pokoju Iana, nie mając nawet sił na rozmowę, która mnie czekała.

Chłopak siedział w takiej samej pozycji jak wcześniej; opierał łokcie na kolanach, a twarz schował w dłoniach. Nie spojrzał na mnie gdy wszedłem, więc usiadłem obok niego.

                - Co ty tu jeszcze robisz?

Jego głos nadal pełny był agresji, ale słyszałem w nim także rozpacz. Ścisnęło mnie serce, a w gardle pojawiła się niemożliwa do przełknięcia gula.

                - Słuchaj, to nie ja na ciebie doniosłem.

                - Ach tak? A teraz na dodatek kłamiesz?

Ian spojrzał w końcu na mnie, a jego oczy były czerwone od płaczu. Pod tym wzrokiem mogłyby uginać się nawet metalowe łyżki.

                - Nie kłamię. Nie doniosłem na ciebie. Clara to zrobiła.

Przez chwilę chłopak gościł na twarzy zdziwiony wyraz, ale potem się ogarnął.

                - Bo o wszystkim jej powiedziałeś? Super! A przypadkiem to nie miała być nasza tajemnica?

Spuściłem wzrok na swoje splecione na podołku dłonie.

                - Powiedziałem jej tylko o czajniku. Wtedy między mną, a nią było jeszcze w miarę w porządku – mruknąłem i zawahałem się, czując, jak przyspiesza mi puls. – Wczoraj z nią zerwałem, a ona bardzo się zdenerwowała i obwiniła ciebie. Dzisiaj chciałem porozmawiać z tobą… Ian. – Znów się zawahałem. – Zależy mi na tobie, naprawdę bardzo mi zależy. To chciałem ci powiedzieć od tamtego wieczoru na dachu.

Chłopak spojrzał na mnie zaskoczony, a potem rozpłakał się jeszcze bardziej, lecz tym razem już w moich ramionach. Przytuliłem go mocno do siebie, wciągając w płuca zapach jego szamponu wymieszanego z dymem papierosowym.

                - Ja ciebie też kocham, Oscarze – mruknął cicho między przerwami od płaczu.

***

Niestety z powodu lekcji musiałem zostawić Iana i pójść do szkoły; nie chciałem tego, bo były to ostatnie godziny chłopaka w tej szkole, a ja i tak miałem zbyt duży mętlik w głowie, by cokolwiek do niej upakować. Siedziałem jak na szpilkach i nawet nie udawałem, że słucham wykładów nauczycieli – miałem to gdzieś.

Tuż przed godziną dziesiątą znów zastosowałem stary dobry trik ze złym samopoczuciem i pod tym pretekstem wyszedłem z klasy. Wiedziałem dobrze, że Ian miał zaraz wyjść z internatu i ruszyć w stronę bramy kampusu, więc chciałem pomóc mu z torbami i mieć szansę na sensowne pożegnanie.
Zobaczyłem jednak, że ten stał już na przystanku autobusowym i spoglądał na zegarek. Miał przy sobie tylko jedną torbę i walizkę, a jego twarz wyrażała głęboki smutek. Gdy chłopak mnie zobaczył, lekko się rozpromienił; zupełnie jak pochmurny dzień potraktowany odrobiną słońca.

                - Cześć – mruknąłem, podchodząc do niego.

Przytuliłem go mocno, a on bez ogródek pocałował mnie prosto w usta.

                - Raczej „do widzenia”.

                - Przecież jeszcze nie jedziesz…

Chłopak wzruszył ramionami.

                - Niby tak… Za pięć minut mam autobus. Dojadę nim do lotniska, a potem do domu. Ciekawe, co powiedzą na moją wizytę rodzice.

Myślałem, że Ian bał się ich reakcji, ale pełny uśmiech na jego ustach w stu procentach temu zaprzeczał.

                - Tak swoją drogą, mam coś dla ciebie – mruknąłem, wyciągając zawiniątko z kieszeni.

Książka, którą chciałem mu już od dawna podarować, leżała przez długi czas w szufladzie mojej komody. Czekała na dzień, w którym miałem wyznać Ianowi miłość, a że tak akurat się złożyło…

                - Co to? – Zapytał, zaskoczony.

                - „Portret Doriana Greya”. Wiem, że pewnie masz go już w domu, ale ta książka jest wyjątkowa. Na pierwszej stronie widnieje autograf od niejakiego Oscara Wilde.

Chłopak parsknął śmiechem i wytarł zaszklone oczy. Potem przytulił mnie mocno i pocałował naprawdę namiętnie.

                - Ja też mam coś dla ciebie – szepnął, wyciągając z torby mały pakunek.

Wtedy właśnie z końca ulicy nadjechał autobus. Moje spojrzenie i Iana spotkały się, wiedząc, że to właśnie był koniec pewnego etapu w naszym życiu. Pocałowałem go raz jeszcze, a potem pomogłem mu z zapakowaniem bagażu do pojazdu. Na koniec uścisnęliśmy sobie dłonie, a on wsiadł do autobusu. Zostałem sam na przystanku i machałem mu, dopóki auto nie zniknęło z zasięgu mojego wzroku. 

Westchnąłem głęboko i rozpakowałem pakunek, który dostałem od chłopaka. W środku była paczka papierosów, zapalniczka i krótka notatka:

Na odwrocie tej kartki masz zapisany mój adres zamieszkania. Przyjedź do mnie po maturze, okej? Będę na ciebie czekał i trzymał kciuki, żeby dobrze ci poszło z nauką.

Kocham Cię,
Ian.

PS. Niestety wszystko inne, co chciałbym Ci podarować, było nielegalne, więc skonfiskował to pan Randall, ale nie sprawdził mojej kieszeni na piersi. Dlatego też zmuszony byłem dać Ci paczkę papierosów, które paliłem zawsze, gdy o Tobie myślałem.

Uniosłem wzrok z nad kartki i przyjrzałem się do połowy pustej paczce papierosów. Wyciągnąłem jednego szluga, podpaliłem go i głęboko się zaciągnąłem. W pierwszym momencie zacząłem kaszleć, ale potem już się przyzwyczaiłem. Cały czas jednak myślałem o tym, jak Ian wdmuchnął mi wtedy na dachu dym do ust – o tym, że wszystko zaczęło się właśnie od tych niewinnych czerwonych Marlboro.

***
*,** - teksty pochodzą z Wikipedii z artykułu o Oscarze Wilde.