Rozdział XLVIII

Następnego dnia po obiedzie spakowaliśmy się, a mama i Jerome odwieźli nas na lotnisko. Cały czas wiedziałem, że ten moment nastąpi - że trzeba będzie opuścić tę rodzinną sielankę. Na szczęście mieliśmy jeszcze trochę ferii, więc  mogliśmy spokojnie odpocząć u Phila i Billa. Tuż przed odprawą mama wyściskała nas i wycałowała, a Jerome uścisnął nam po kolei dłonie, patrząc głęboko w oczy z uśmiechem.

      - Alex, bardzo miło mi było ciebie poznać. Jeśli tylko będziesz miał ochotę, zawsze możesz nas odwiedzić - powiedziała mama, jeszcze raz całując mojego chłopaka w policzek.

Smith podziękował serdecznie, a ja z uśmiechem obserwowałem jak jego twarz oblała się rumieńcem. To nie był jeszcze koniec pożegnania, choć musieliśmy już udać się w stronę bramek, a mama, dobrze o tym wiedząc, mimo wszystko zamknęła mnie jeszcze raz w ramionach.

    - Gabe, miło jest mi, kiedy widzę, że wyrosłeś na porządnego mężczyznę mimo, że nie miałeś nigdy we mnie wsparcia. Jestem z ciebie dumna.

      - Dziękuję - odmruknąłem.

Pocałowałem ją w czoło z uśmiechem, skinąłem głową do Jerome’a i ruszyłem z Alexem na odprawę. Kiedy odwróciłem się i spojrzałem przez ramię, mama i Jerome wciąż tam stali, tym razem jednak wtuleni w siebie, machali nam na pożegnanie. Westchnąłem głęboko.

      - Gadałeś z Philem o naszym przyjeździe?

      - Tak, przyjadą po nas wieczorem, bo podobno z powodu zamieci nie kursują pociągi.

Zdziwiłem się.

      - Czyli jednak zima wraca?

Alex zrobił kwaśną minę.

      - Najwyraźniej. Ale są też i plusy - mruknął filozoficznie.

      - Że niby jakie?

      - Będę miał szansę żeby cię natrzeć.

Parsknąłem śmiechem.

      - A kto powiedział, że w ogóle dostaniesz taką szansę?

Niestety, ale dostał taką szansę. Nawet dwie. I obie w pełni wykorzystał.


***

Po wylądowaniu zaskoczył nas widok zasp świeżego śniegu i okazało się, że Alex zostawił u mnie w domu szalik, a ja rękawiczkę. Jedna z dłoni odmarzła mi gdy maszerowaliśmy w stronę przystanku autobusowego, a oczywiście odrzuciłem propozycję Smitha, gdy ten chciał mi wręczyć swoją parę rękawiczek. Skończyło się na kompromisie - każdy zatrzymał po jednej rękawicy, a w drugą (znacznie większą niż moja) z kompletu Alexa obaj wsunęliśmy dłonie. Co prawda po chwili były już tak spocone, że czułem się, jakbym włożył rękę do jakiejś gorącej mazi. Na szczęście niedługo potem autobus podjechał na przystanek, więc ewakuowałem swoją dłoń i wytarłem pot w policzek Alexa w niby to czułym geście. Smith odsunął się, śmiejąc, a potem wziął nasze bagaże i zajął miejsce gdzieś na tyłach autobusu. Ja jak zawsze dostałem zadanie kupna biletów.

Po przybyciu na kampus okazało się, że cały teren wokół szkoły pokryty jest śniegiem. Może nie było go tak dużo jak w okolicy świąt (i Wielkiego Sprzątania), ale czuliśmy się wręcz jak pionierzy, stąpając po tej niczym nieskalanej bieli. Szliśmy w ciszy, jakby nie chcąc zakłócić tej podniosłej atmosfery, ale jak się chwilę później okazało -  tylko ja miałem takie wrażenie. Alex popchnął mnie w zaspę, lecąc za mną; zaskoczony padłem prawie że twarzą w śnieg, ale dosłownie w ostatnim momencie obróciłem się lekko w bok. Ciało Smitha przygniotło mnie i osunąłem się jeszcze niżej w śniegu. Nie miałem powodów do radości, za to Alex śmiał się w najlepsze z zarumienionymi od chłodu policzkami. Chłopak usiadł na mnie okrakiem i przytrzymał moje ręce, bo próbowałem usilnie zrzucić go z siebie. Pochylił się i pocałował mnie delikatnie w usta, przy czym trochę śniegu zapałętało się między nasze wargi, by chwilę później stopnieć i spłynąć mi z brody jako krople wody. 

      - Alex, zabiję cię... - Mruknąłem i wtedy właśnie ogromna śnieżka wylądowała na mojej twarzy.

No i Smith mnie natarł. Mógłbym powiedzieć, że profesjonalnie. A ja nie mogłem nic zrobić, tylko krzyczałem wewnętrznie z zimna i z chęci mordu. Potem Alex natarł mnie jeszcze raz, ale nie stawiałem już takiego oporu jak wcześniej, więc chyba nie sprawiło mu to aż takiej frajdy i odpuścił. Pomógł mi nawet wstać, cały czas zanosząc się śmiechem kiedy patrzył na moją czerwoną od zimna twarz. Oczywiście byłem zły, nawet bardzo, więc chwyciłem swój bagaż i bez słowa ruszyłem w stronę męskiego internatu. Od oszalenia z zimna dzielił mnie tylko krok, ale myśl o gorącym prysznicu trzymała mnie jeszcze w ryzach.

W internacie panowały jako takie pustki; światła paliły się w kilku oknach, a w pokoju dziennym grał jak zwykle telewizor, ale nikt nie siedział na kanapie. Z któregoś z pokojów dobiegały śmiechy i muzyka, gdzieś trzasnęły drzwi. Wmaszerowałem moim wściekłym chodem do swojego pokoju, rzuciłem bagaże na podłogę i od razu zrzuciłem z siebie kurtkę i ciuchy, które przemokły do ostatniej suchej nitki. Kiedy Smith wszedł do pokoju, stałem już w samych bokserkach i podkoszulku na środku pokoju i szukałem ręcznika w szafie. Minąłem chłopaka bez słowa i szczękając zębami pobiegłem pod prysznic. Nie czułem twarzy i nie mogłem ruszać ustami, ani zmarzniętą prawą ręką. Próbowałem odkręcić kurek prysznica lewą ręką i trochę przesadziłem, więc polał się na mnie ukrop, który nieco mnie roztopił. Cała twarz, a najbardziej nos i uszy zaczęły mnie piec i szczypać, jakby ktoś wbijał mi w nie tysiące igiełek. Potem do nosa i uszu dołączyła reszta twarzy i zmarznięta dłoń.

W sumie pod prysznicem spędziłem jakieś pół godziny. Stałem, a woda lała się po mnie strugami, uspokajając dreszcze i przynosząc ulgę. Kiedy uznałem już, że temperatura mojego ciała jest w porządku, owinąłem się w ręcznik i pobiegłem do pokoju. Smith zdążył już posprzątać bałagan, który zrobiłem - po tym poznałem, że najwyraźniej jest mu głupio przez to co zrobił - a na biurku stały dwa kubki z parującą herbatą.

      - Byłeś na stołówce? - Zapytałem chłopaka, wskazując ruchem głowy na kubki z herbatą.

      - Nie, po prostu mam znajomości - wyszczerzył się.

Nie zadawałem więcej pytań, tylko chwyciłem kubek z logo pola campingowego „Topolowa Polana” i usadowiłem się na swoim łóżku. Złość już mnie opuściła - chyba zmyłem ją pod prysznicem. Chciałem o coś zapytać Alexa, ale kiedy otworzyłem usta, ktoś zapukał do drzwi.

      - Proszę! - Powiedział Smith, nie przerywając wykonywanej czynności.

Do środka wszedł Phil, a za nim Bill, obaj lekko uśmiechnięci. Jednak coś od razu rzuciło mi się w oczy, a było to coś, co spowodowało, że wydałem z siebie dziwny dźwięk będący połączeniem parsknięcia i śmiechu.

      - Phil, ale zarosłeś!

Chłopak wypiął dumnie pierś i pogładził swój zarost.

   - Stwierdziłem, że z brodą będę wyglądał na starszego i dojrzalszego - powiedział. - No i oczywiście jestem teraz jeszcze większym ciachem.

Alex wstał, przyjrzał się przyjacielowi dokładnie z każdej strony, po czym powstrzymując śmiech odprawił rytualny uścisk dłoni znany tylko im obu.. Z Billem poklepał się po ramieniu, po czym wskazał krzesła przy biurkach, jako miejsce zdatne do posadzenia swojej godności.

      - Coś czuję, że łóżko byłoby lepszym rozwiązaniem, bo widzę, że Gabe to dopiero się zbiera.

Po ściągnięciu płaszcza Phil rzucił się bez ostrzeżenia koło mnie na lóżko, a mi przez głowę przeszła głupia myśl: "Dziękuje, o nieistniejący bogowie, że przypilnowaliście mnie żebym założył bokserki po prysznicu".

      - Co ty taki naburmuszony, hę?

Zamiast odpowiedzieć, spojrzałem wprost na Alexa, który zaciekawiony patrzył na moją reakcję.

    - Może pan S sam by ci powiedział, hmm? - Powiedziałem, z premedytacją akcentując słowo "sam".

Phil rzucił Alexowi przez ramię mordercze spojrzenie.

      - Co znów zrobiłeś, Smith?

     - Nat... g... śnie.... - Wymamrotał pod nosem chłopak, tak, że połowy zdania nie dało się w ogóle usłyszeć.

      - Skoro jesteś winny, to chociaż miej odwagę przyznać się do winy.

Smith wstał i oparł się o biurko, krzyżując ramiona na piersi. Wyglądał jak nadąsane dziecko.

       - Natarłem go śniegiem - powiedział trochę głośniej.

Bill przewrócił oczami, przez co nie mogłem już wytrzymać tej udawanej napiętej atmosfery i wybuchnąłem śmiechem. W moje ślady prawie poszedł Phil, bo z jego ust wydobyło się tylko lekkie parsknięcie, ale zacięty wyraz wciąż utrzymywał się (ledwo) na jego twarzy.

      - Ile razy? - To pytanie było przeznaczone dla mnie.

      - Dwa.

Phil wciągnął gwałtownie powietrze w płuca.

   - Smith, to już jest ciężkie przewinienie. Niestety, ale szeryf Lewison musi wymierzyć ci sprawiedliwą karę.

Bill poklepał ze współczuciem Alexa po plecach.

      - Co takiego, och, szanowny szeryfie, tym razem każesz mi zrobić?

Dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem jak przed pojedynkiem w samo południe.

       - Dowiesz się w swoim czasie, kowboju.

Po czym Lewison wydał z siebie najbardziej autentyczny, zapewne wyćwiczony w zaciszu domu, kowbojski okrzyk, który na pewno słyszeli wszyscy w naszym korytarzu. Wtedy już nawet Alex i Bill nie mogli wytrzymać i wybuchli śmiechem. Z oczu leciały mi łzy, a brzuch bolał mnie, ale nie mogłem przestać się śmiać. Dopiero, gdy zabrakło mi tchu jakoś udało mi się uspokoić, ale wtedy Phil wstał i zaczął udawać, że żongluje wyimaginowanymi rewolwerami, jednocześnie zadzierając traperami, jak gdyby miał przy nich ostrogi. Gdzieś ponad tym wszystkim zerknąłem na Alexa i okazało się, że chłopak na mnie patrzy. Puściłem mu perskie oko, które on odwzajemnił i już wiedział, że ja nie jestem na niego zły, a ja wiedziałem, że teraz i tak będzie robił wszystko, żebym nie był zły. Już taki był Smith.

***

Mniej więcej po godzinie siedzieliśmy już w aucie Billa – pięknym i zadbanym czarnym Chryslerze Cruiserze PT, którego skórzane fotele aż zapraszały do środka. Wrzuciliśmy nasze torby do bagażnika, a potem wskoczyliśmy na tylną kanapę, od razu ściągając niewygodne kurtki.

      - Ogólnie to wyrobiliśmy się wcześniej niż myśleliśmy, że się z wami wyrobimy - mruknął Phil. - A że po drodze czeka nas przejazd przez duże miasto, to przy okazji zrobimy zakupy w jakimś całodobowym markecie. Wiecie, alkohol, jedzenie, no i alkohol. Powinniśmy jakoś za trzy-cztery godziny być już w domu. Z tego co wiem, to śnieżyce nie doszły jeszcze do nas, choć przez dzień napadało trochę śniegu. Bill, gdzie jest kabel AUX?

      - Pod twoim tyłkiem - mruknął mężczyzna.

Phil posłał mu figlarne spojrzenie, a potem wyciągnął spod siebie czarny kabel i podłączył go do telefonu. Sunlight ruszył z kampusowego parkingu i wyjechał na główną drogę. Było ciemno i nieprzyjemnie, ale chociaż nie padał śnieg.

    - Klimatyzacja zaraz zacznie działać, ale jeśli będzie wam za zimno, to możecie przykryć się kocem, jest pod moim siedzeniem - mówił Phil, szukając czegoś na ekranie telefonu. - Noo, tu jesteś - mruknął do siebie, kiedy w końcu to znalazł.

Smith wyciągnął wspomniany wcześniej koc i owinął mnie nim szczelnie.

      - Niee, ty też się przykryj - zaprotestowałem słabo, bo nagle poczułem się bardzo zmęczony.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez cały dzień w podróży nie przespałem ani minuty, za to Alex spał w najlepsze, gdy tylko nadarzyła się co do tego okazja. Powoli odpływałem, bo było mi ciepło, Smith był blisko, a wszystko było w porządku. Zasypiałem, gdy w głośnikach zabrzmiała piosenka, którą słyszałem pierwszy raz w życiu, a która jednak brzmiała tak znajomo...

All I want is nothing more
To hear you knocking at my door
Cos if I could see your face once more
I could die a happy man I'm sure

***

Obudziłem się kiedy ktoś mnie szturchnął - za pierwszym i drugim razem mruknąłem tylko niezadowolony, że przerwano mi sen i przewróciłem się na drugi bok, lecz za trzecim szturchnięciem w końcu otworzyłem oczy. Podniosłem się powoli do siadu, drapiąc się po policzku i nie pamiętając, gdzie jestem. W następnym momencie ostre światło neonów zakłuło mnie w oczy i przypomniałem sobie, ze znajduję się w aucie Billa. Wyglądało na to, że właśnie wjeżdżaliśmy na jakiś parking lub coś w tym stylu.

     - Przepraszam, że cię obudziłem, ale zaraz będziemy w maku – powiedział Alex. – No wiesz, drive thru i te sprawy. Wiem, że nie lubisz fast foodów, ale pomyślałem sobie, że w sumie to mało jadłeś dzisiaj, więc może będziesz głodny.

Ziewnąłem szeroko, wyglądając przez okno – rzeczywiście, zbliżaliśmy się do budynku opatrzonego wielkim, żółtym M.

     - Nic się nie stało – mruknąłem i cmoknąłem przelotnie chłopaka w usta. – I w sumie to dobrze zrobiłeś, bo jestem strasznie głodny.

Phil, siedzący na przednim siedzeniu westchnął nagle głęboko, wręcz ostentacyjnie.

      - Jezu, ale sobie strzelę shake’a.

Podjechaliśmy pod okienko; szybko przejrzałem menu i wybrałem sobie największa kanapkę, jaką tylko mieli. Reszta paczki szybko zrobiła naradę i po chwili Bill złożył już pełne zamówienie. Czekaliśmy parę minut, po czym kelnerka podała nam brązowe torby i ogromnego shake’a czekoladowego dla Phila. Odjechaliśmy kawałek, Bill zaparkował przy bezlistnym krzaku i zgasił auto. Rozdzieliliśmy jedzenie i rzuciliśmy się na nie, jakbyśmy nigdy nie jedli czegoś pyszniejszego. Zaległa kilkuminutowa cisza podczas której każdy przeżuwał swoją kanapkę, a Phil siorbał shake’a. W pewnym momencie chłopak przesadził i jęknął cicho, łapiąc się za czoło.

   - Aaah, zmroziło mi mózg – zawył, opadając na fotel, a po krótkiej chwili pociągnął znów ogromnego łyka. – Ale ten shake jest warty mojego cierpienia.

Parsknąłem śmiechem tak, że kawałek sałaty (której w kanapce i tak były szczątkowe ilości) uciekł mi z ust i spadł na koc. Alex, widząc to, roześmiał się jeszcze głośniej, krusząc na swoje własne kolana. Tylko Bill jadł spokojnie i nie zaśmiecił auta – ale na jego twarzy widniał wyraźny uśmiech zadowolenia.

Po skończonym posiłku zebrałem wszystkie śmieci w jedną torbę i wysiadłem na chwile z auta, by przejść dokładnie sześć kroków po zmarzniętej ziemi i wyrzucić puste opakowania do kosza. Nie zdążyłem zmarznąć, ale różnica temperatur była okropna; wskoczyłem z powrotem do środka, od razu rzucając się pod koc.

      - Żebyś to tak rzucał się na mnie jak na ten koc… - Mruknął z wyrzutem Alex.

Bill zapalił auto i ruszyliśmy w dalszą drogę, a ja nie zdążyłem skontrować, bo Phil, zupełnie ignorując słowa Smitha, rzucił w przestrzeń:

    - Jak tam w ogóle wizyta u rodziców Gabriela? Bo w sumie to niewiele się dowiedziałem od Alexa.

      - Udana. Alex przyjechał do mnie, w nocy zmarł mój ojciec, potem dowiedziałem się, ze bił moją matkę i że pewnie w najbliższym czasie jego miejsce zajmie nowy facet mojej mamy – powiedziałem na jednych wydechu. - Ponadto pocałowałem Alexa na stypie mojego ojca na oczach całej mojej rodziny. A, no i spaliśmy w lesie w domku na drzewie. I jak się rano obudziłem, to widziałem mojego ojca na dole, między krzakami. A potem zniknął. I to chyba tyle.

Phil patrzył na mnie z szeroko otwartymi ustami, a ja widząc to, tylko wzruszyłem ramionami. Alex patrzył na mnie z miną mówiąca „Ominąłeś to, że w końcu skradłem ci dziewictwo”, ale siedział cicho, z rękoma splecionymi na karku.

      - Czekaj, czekaj… Powoli… Pojechałeś do domu, bo twój ojciec znalazł się w szpitalu, tak?

      - Tak – przytaknąłem. – Rak trzustki, ostatnie stadium.

Phil uśmiechnął się współczująco.

    - Przykro mi, Gabe. Z tego co przed chwilą usłyszałem, wnioskuję, że nie był zbyt dobrym człowiekiem, ale jednak ojciec to ojciec – mruknął. – Poprawimy ci dzisiaj humor, zobaczysz. Jak nie naszym towarzystwem, to na pewno odrobiną alkoholu i dobrą zabawą.

Już chciałem coś odpowiedzieć, kiedy tym razem przerwał mi Bill.

      - Pewnie miałeś paraliż senny – powiedział, a ja nie od razu zrozumiałem, o co mu chodziło. – Nie mogłeś się ruszać, prawda?

       - Tak! – Odpowiedziałem zaciekawiony.

       - Czyli jednak mam rację – powiedział z trumfem Bill, a nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym. – Paraliż senny to stan, w którym twój umysł jest świadomy, ale ciało jest sparaliżowane. Ten paraliż jest naturalny i praktycznie każdy człowiek doświadcza go, kiedy śpi, po to, by przy intensywnych snach ciało nie zrobiło sobie krzywdy. Czasami, choć nie do końca wiadomo dlaczego, zdarza się, że umysł budzi się szybciej niż ciało i wtedy właśnie leżysz, nie mogąc się ruszyć. Dzwoni ci w uszach, zaczynasz panikować, czujesz niemoc. No i czasem sen przechodzi do jawy w postaci halucynacji. Podejrzewam, że wtedy dużo myślałeś o swoim ojcu i dlatego właśnie go zobaczyłeś, ale to są tylko moje przypuszczenia.

Trawiłem słowa Billa, od których zrobiło mi się jakoś nieswojo. Owszem, brzmiały wiarygodnie – w sumie to najwyraźniej były prawdziwe, ale sprawiły, że pojawiło się we mnie jakieś dziwne, nienazwane uczucie.

      - Miałem dokładnie to samo, kiedyś, jak jeszcze mieszkaliśmy w domu dziecka. Obudziłem się w nocy, nie mogąc się ruszyć. Kiedy spojrzałem w kąt pokoju, widziałem tam wysoką, czarną postać, której twarzy nie było widać i miałem wrażenie, że ona powoli się do mnie zbliża, a ja nie mogłem się ruszyć, nie mogłem krzyknąć, nie mogłem zrobić nic… - Powiedział cicho Phil, jakby bojąc się powiedzieć to głośniej.

W aucie na chwilę zapanowała cisza, a każdy chyba właśnie wyobrażał sobie jakby to było przeżyć taką sytuację.

    - Z kolei kiedy byłem jeszcze w gimnazjum, no wiecie, dojrzewanie i te sprawy, mokre sny, poranne namioty i w ogóle, miałem pokój z balkonem (dopóki nie wykopał mnie z niego Mich, który wolał palić na balkonie niż przez okno) i pewnej letniej nocy śniło mi się, że ktoś wszedł przez drzwi balkonowe do mojego pokoju, wpakował mi się do łóżka i potem jakoś tak wyszło, że uprawialiśmy seks. Ten sen był tak rzeczywisty i przyjemny, że obudziłem się rano, wiadomo w jakim stanie i przez cały dzień chodziłem i zastanawiałem się czy to się zdarzyło naprawdę, czy tylko mi się przyśniło. Fakt faktem, zawsze latem uchylałem drzwi balkonu, bo było mi za gorąco w nocy i do tej pory nie znam prawdy.

Po wyznaniu Smitha rozmowa wróciła na poprzednie, lekko żartobliwe tory – cieszyłem się z tego obrotu sprawy, bo nie chciałem dalej drążyć tematu mojego ojca.

      - Gabe, jak się czujesz z myślą, że twój chłopak być może jest używanym towarem? – Zażartował Phil, wzbudzając tym ogólną wesołość i – jak zwykle – prychnięcie Alexa. – Chociaż w sumie z tego, co widzę, to chyba jednak ci to nie przeszkadzało.

Lewison spojrzał na mnie z takim uśmiechem, że widziałem już, że on wie. Przeniosłem wzrok na Alexa i ze złością zapytałem:

       - Powiedziałeś mu?

       - Nie! Nic a nic!

Phil zaczął chichotać, przysłuchując się naszemu przekomarzaniu.

       - Gabe, Alex nie pisnął nam ani słówka – powiedział rozbawiony Bill.

       - To w takim razie skąd wie Phil… I wiesz ty?

Czułem jak pieką mnie policzki, a twarz ogarnia ciepło. Musiałem być już czerwony jak burak.

     - Wiesz, Gabriel, takie rzeczy po prostu widać… Jakby to powiedzieć… Kiedy człowiek traci „niewinność”, trochę zmienia mu się mowa ciała i, no, chyba to też kwestia hormonów… Zresztą, od kiedy tylko was zobaczyliśmy, szczerzycie się jaki głupi do sera. Wystarczyło połączyć te kilka faktów i już się domyśliliśmy, że nasze ptaszyny się zabawiły. Wiedziałem, że w końcu to zrobicie, ale nie podejrzewałem, że u ciebie w domu i to w takich okolicznościach, Gabe.

Wydałem z siebie dziwny dźwięk, trochę przypominający odgłos powietrza uchodzącego z balona.

     -  No i Alex przestał patrzeć na ciebie jak cukrzyk z sugar blues na pyszne ciastko - dorzucił Lewison.

Zerknąłem na mojego chłopaka, który teraz był równie czerwony jak ja. Phil tymczasem zdziwił się naszym milczeniem i spojrzał na nas, siedzących na tylnej kanapie, z zaskoczonym wyrazem twarzy.

       - Tak się spiekliście, że można z was ugotować botwinkę – mruknął, szczerząc się. – Oj, chłopcy, chłopcy, nie ma się czego wstydzić. Zachowujecie się zupełnie tak, jakbyście nie wiedzieli, że w naszym towarzystwie seks nie jest tematem tabu.

Mimowolnie przypomniałem sobie naszą wspólną noc i chcąc, nie chcąc, poczułem lekkie pulsowanie w podbrzuszu.

       - A wy, kiedy zrobiliście to po raz pierwszy? – Zapytałem Phila.

Lewison i Sunlight zaśmiali się, wymieniając się spojrzeniami.

      - Mogę nawet opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami jak chcesz – wyszczerzył się chłopak. – Zrobiliśmy to w zieloną noc w namiocie na biwaku, który zorganizował nam dom dziecka. Ja miałem wtedy bodajże oszałamiające piętnaście lat, a Bill był już pełnoletni. W niektórych krajach, ale na szczęście nie w naszym, to by już podchodziło pod pedofilię. Tylko, że tak praktycznie, to w trzech czwartych to ja go uwiodłem. W trzech czwartych, dlatego, że gdyby nie jego jedna czwarta, to byśmy się nie kochali tej nocy, co nie, Flap?

Bill parsknął śmiechem, słysząc te dziwne przezwisko, które najwyraźniej wzbudziło w nim jakieś wspomnienia.

       - Tak jest, Flip.

No i jakoś zeszliśmy z tematu seksu, kiedy dotarliśmy pod sklep całodobowy. Wysiedliśmy z auta i szybko, praktycznie truchtem ruszyliśmy do wejścia, bo mróz piekł nas w uszy i nosy.

***

Zakupy trwały prawie półtorej godziny – ja i Bill maszerowaliśmy z wózkiem za Philem i Alexem, którzy chodzili bez celu po sklepie, przyglądając się każdej rzeczy i w ostateczności odkładając ją na miejsce. Dla przykładu: całe pół godziny spędzili, debatując, który rodzaj sera jest najsmaczniejszy – gouda, edam, czy mazdamer, po czym, nie dochodząc do żadnych wniosków, odłożyli wszystkie paczki i wzięli serek topiony. To samo powtórzyło się przy pieczywie, jogurtach, mrożonych warzywach, a nawet przy słonych przekąskach. Widząc znajome precle w kształcie serc, wskazałem je Alexowi, a on spojrzał na mnie z wyrazem zrozumienia i lekkim uśmiechem, po czym bez wahania wrzucił je do koszyka. Zerknąłem znów na nieszczęsne precle, wspominając nasz wypad do sklepu przed pierwszą wizytą u Phila, to, jaki byłem wtedy pełny wątpliwości i nie uważałem jeszcze Smitha za kogoś wyjątkowego – stare, smutne czasy.

Dyskutowałem z Billem na przeróżne tematy – rozmawialiśmy o mózgu, znów o snach (tym razem nie wchodząc w tematy o moim ojcu) i o psychologii. Sunlight opowiedział mi kilka śmiesznych historii z kliniki, w której odbywał już od kilku miesięcy staż i o jednookim kocurze, który przychodzi do nich codziennie punktualnie o ósmej rano i wskakuje na murek, by naciskając łapami na klamkę, otworzyć sobie drzwi.

      - Nauczyliśmy go nawet aportować – mruknął Bill, jakby myślami był daleko stąd, w klinice. – Ostatnio, kiedy ktoś podrzucił nam czwórkę kociąt pod drzwi, ogrzał je, a potem każdego po kolei przeniósł w pysku przez próg i ułożył przy kaloryferze, żeby nie zmarzły. Zwierzęta, a w szczególności koty nigdy nie przestaną mnie zadziwiać

        - Jak go nazwaliście? – Zapytałem, ciekawy.

      - Roland – zaśmiał się i zaczął wyjaśniać: - Kolega z pracy był w trakcie czytania Mrocznej Wieży Stephena Kinga i tak nazywała się jego ulubiona postać. Zagraliśmy w papier, kamień i nożyce żeby ustalić, kto nada mu imię i ja niestety przegrałem. Więc został Roland.

Przy nazwisku mojego ulubionego autora uśmiechnąłem się bezwiednie.

        - A jak ty chciałeś go nazwać?

Wydało mi się, że oczy mnie mylą, ale Bill lekko się zarumienił! Myślałem, że się przewidziałem, ale taka była prawda!

       - Phil pewnie ci nie wspominał, ale kiedy byliśmy jeszcze w domu dziecka, na któreś urodziny Phil kupił mi książkę  „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”, a potem na każde urodziny kupował mi kolejną część. Bardzo się wciągnąłem w tę opowieść, wiadomo, fajnie napisana, ciekawy, inny świat… Tak wyszło, że do tej pory jestem wielkim fanem Harrego Pottera… - Westchnął, jakby przez usta nie chciało mu przejść to, co miał właśnie powiedzieć. – No i chciałem nazwać go Szalonooki Moody.

Bardzo, naprawdę bardzo starałem się nie parsknąć śmiechem, ale nie udało mi się to. Bill widząc to, też zaczął się śmiać – po chwili więc staliśmy, zgięci w pół, łapiąc się za brzuchy. Inni klienci patrzyli na nas jak na dziwaków i omijali nas szerokim łukiem, a Phil i Alex przerwali swoją debatę na temat odpowiedniego smaku chipsów i spojrzeli na nas zdziwieni.

     - Szalonooki Moody, ja nie mogę – parsknąłem znów. – Aż sobie wyobraziłem tego kota ze sztucznym okiem i…. – Przerwałem, zanosząc się śmiechem.

Bill przykucnął i oparł się plecami o regał z chipsami, prawie że dusząc się ze śmiechu. Tymczasem Phil i Alex podeszli do nas i zapytali, o co chodzi. W odpowiedzi spojrzałem na Billa, a Bill na mnie i znów wybuchliśmy zdrowo śmiechem. Może fakt, że kot Roland o mało co nie został Szalonookim Moody’m nie był arcyzabawny, ale byliśmy zmęczeni, znudzeni i była już taka godzina, że wszystko śmieszyło człowieka ponad miarę.

Alex i Phil dokończyli debatę nie zwracając uwagi na nasze głupkowate śmiechy, a kiedy znaleźliśmy się koło regału z alkoholem, szybko wybraliśmy najlepszą whisky i kilka piw, by skończyć nareszcie przy kasie. Kasjerka obrzuciła nas pobieżnym spojrzeniem, uśmiechnęła się zachęcająco do Billa, ale ten nie zwrócił na to uwagi, skupiony na Philu, który pakował zakupy, ignorując wskazówki Sunlighta, by delikatniejsze rzeczy dawał na sam wierzch.

Po chwili zapakowaliśmy zakupy do bagażnika, ślizgając się na zmarzniętej ziemi. O mało co nie wywaliłem się, próbując przeskoczyć zamarzniętą kałużę, ale w ostatniej chwili Alex (zawsze czujny) złapał mnie pod ramię.

        - Dzięki – mruknąłem do niego i cmoknąłem go w policzek.

Wsiedliśmy do auta, a Bill włączył GPS'a i umieścił go w uchwycie tuż nad odtwarzaczem CD. Kobiecy głos poinformował nas, ze czeka nas jeszcze prawie dwugodzinna jazda i że musimy pojechać inną drogą ze względu na wypadek, który zablokował szosę numer piętnaście. Phil znów podłączył telefon do odtwarzacza i włączył swoją, jak to sam określił, „Listę na długie podróże”.  Z głośników popłynęła muzyka, na wyświetlaczu pojawiła się nazwa: NEEDTOBREATHE – Great night, a wokalista zaczął śpiewać:

My heart is leading and I’m under attack
Don’t need a cure cause I don’t wanna go back
I’m givin’ in, ain’t no fighting this fire

Opatuliłem się kocem, opierając się bokiem o Alexa i wsłuchiwałem się w muzykę, jednocześnie patrząc na migające za oknem lampy i reflektory aut, które przy tej prędkości stawały się jasnymi smugami, mijały nas, by po chwili zniknąć daleko w tyle. Czułem się jak w filmie i byłem zupełnie pewien, że był to film z rodzaju tych, które zawsze kończą się dobrze. Prawda?


3 komentarze:

  1. Taaaak! Warto było czekać na kolejny rozdział. Genialnie piszesz.
    Ta historia jest chyba moją ulubioną, jeżeli o tego typu opowiadania chodzi.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Dziekuję za komentarz :)