Rozdział XLI

Zanim wyszliśmy z kina, Irene podpytała obsługę o jakąś dobrą restaurację, w której serwują zupę grzybową. Myślałem, że kobieta zostanie wyśmiana, ale blondynka z wcześniej (ta, z którą flirtował Michael), ożywiła się, słysząc jej słowa i od razu poleciła nam lokal „Staropolska chata”. Jak sama nazwa wskazywała, była to polska restauracja, której jednym z dań popisowych była właśnie zupa grzybowa.

                - Jedźmy tam, mamusiu – powiedziała Vi, ściskając Irene za rękę. – Jestem głodna.

Nie wiem dlaczego, ale ten widok mnie rozczulił, tak samo zresztą jak Alexa. Dziewczynka posłała nam uśmiech i ruszyła w stronę schodów, a wszyscy podążyli za nią jak stado owiec prowadzone przez psa pasterskiego. Vicky bez dwóch zdań odziedziczyła silny charakter po matce – jednak miała ona jeszcze jeden atut, a mianowicie potrafiła skupić na sobie uwagę wielu osób w jednym momencie. Dużo razy widziałem rodziców z dziećmi, którzy nie zaszczycali swoich pociech choćby spojrzeniem, dopóki te nie rozpłakały się wniebogłosy. A Vi? Vi wystarczył uśmiech i całe towarzystwo było już w jej posiadaniu.

Zapakowaliśmy się do vana, zajmując te same miejsca. Noga Micha znów przykleiła się do mojej, państwo Smith wdali się w rozmowę, a Alex siedział w milczeniu z tyłu i gapił się w szybę. Byłem ciekaw o czym myśli w tym momencie każda z obecnych w tym aucie osób, ale wiadomo, że nigdy nie miałem zaspokoić tej ciekawości. Jechaliśmy tylko dziesięć minut, a podróż trwałaby jeszcze krócej, gdyby nie fakt, że wjechaliśmy nie w tę ulicę, co trzeba. Roger musiał podjechać do najbliższych przechodniów, uchylić szybę i zapytać o prawidłową drogę, byśmy dotarli do restauracji.

Wysiedliśmy na parkingu; z ulgą odkleiłem nogę od nogi Micha, który zajęty był odpinaniem małej z fotelikowych pasów. Alex wysiadł od razu, więc stanąłem obok niego, patrząc, jak przygryza dolną wargę ze zdenerwowania.

                - Nie przejmuj się – mruknąłem. – Może nie będzie tak źle.

Chłopak spojrzał na mnie i westchnął głęboko, a wtedy podeszła do nas Irene, szukając czegoś w torebce, którą przewiesiła sobie przez ramię.

                - Chłopcy, jedliście kiedyś w polskiej restauracji? – Zapytała, marszcząc brwi. – Bo mi tak szczerze mówiąc jeszcze nigdy się to nie udało i po prostu nie wiem czego się spodziewać.

Alex pokręcił głową.

            - Moja babcia od strony ojca podobno miała polskie korzenie – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Dlatego na Wigilię jemy obowiązkowo czerwony barszcz, pierogi i bigos.

Kobieta uśmiechnęła się do mnie, zaplatając ręce na piersi.

                - Ciekawe, czym jeszcze mnie zaskoczysz, Gabrielu.

Jej słowa sprawiły, że spuściłem wzrok, mimowolnie myśląc o tym, że jeśli chodzi o niespodzianki, to nadal miałem asa w rękawie w postaci faktu, że jestem chłopakiem jej syna. Na szczęście Vi podbiegła do nas i złapała mnie za rękę, więc zostałem zwolniony z obowiązku skomentowania wypowiedzi pani Smith.

                - Gabi, lubisz zupę grzybową? – Zapytała mała, ciągnąc mnie w stronę wejścia.

Restauracja okazała się budynkiem, który wystylizowany został na dużą drewnianą chatę – stąd najprawdopodobniej wzięła się jej nazwa. Na parkingu stało sporo aut, więc najwyraźniej jadłodajnia cieszyła się dużym zainteresowaniem.

                - Lubię. Jadłaś kiedyś pierogi?

Vi przytaknęła energicznie głową.

                - To te takie niby-ciastka, które są słone, a nie słodkie?

Zaśmiałem się pod nosem.

                - Mniej więcej.

Popchnąłem drzwi, przepuszczając małą przodem; weszliśmy do środka jako pierwsi z gromadki Smithów, a od progu przywitał nas trzask płomieni tańczących w kominku. Wnętrze restauracji było niesamowicie przytulne i tu także wszystko wykonane było z drewna. Na ścianach wisiały myśliwskie trofea i moją pierwsza myślą było to, że mała może się ich przestraszyć, ale Vi patrzyła na nie z fascynacją. Prawie wszystkie miejsca były zajęte, ale pod jednym z okien ktoś właśnie zwolnił dość duży stolik, który mógł starać się o zapewnienie naszej szóstce wygody.

                - Znalazłem wolne miejsce – powiedziałem do małej, na co ona uśmiechnęła się. – O tam, pod oknem.

Wskazałem pusty stolik, a wtedy dziewczynka wysunęła rączkę z mojego uścisku i pobiegła w tę stronę, lawirując pomiędzy klientami i kelnerami roznoszącymi jedzenie na dużych srebrnych tacach. Ruszyłem za nią, zahaczając tylko jeden raz biodrem o kant któregoś ze stolików, ale na moje szczęście nie był on ostro zakończony, więc prawie w ogóle nie zabolało.

Mała ściągnęła grzecznie kurtkę, a potem do jej rękawa wsunęła czapkę i szalik.

                - Tak nas uczyła pani Milkovitch w przedszkolu – wyjaśniła z poważną miną.

Wziąłem od niej kurtkę i powiesiłem ją na stojącym tuż za ławą stojaku, a potem sam ściągnąłem swoje okrycie. Vi w tym czasie przeglądała kartę dań, mrucząc pod nosem – najprawdopodobniej czytała nazwy potraw. Gdy usiadłem obok niej, zjawiła się reszta Smithów; wszyscy dzierżyli na twarzy ten sam beznamiętny wyraz, jedynie Mich uśmiechał się do swoich myśli. Alex usiadł koło mnie, więc pozostała trójka zajęła miejsca na ławie naprzeciw nas.

                - I jak skarbie, chcesz zupę grzybową? – Irene zapytała córeczkę,

Mała podniosła zamyślony wzrok znad karty dań i kiwnęła głową.

                - A na drugie chciałabym pierogi, o których mówił Gabi – mruknęła, wskazując palcem na jedną z pozycji pod nagłówkiem „Danie głównie”.

Pani Smith kiwnęła głową i wtedy do naszego stolika podszedł młody kelner. Chłopak wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia lat, więc podejrzewałem, że dorabiał sobie po szkole pracując w restauracji.

                - Witam państwa, w czym mogę pomóc?

Irene zapatrzyła się w kartę dań, marszcząc brwi.

                - Czy wszyscy chcą zupę grzybową na pierwsze danie?

Pokiwaliśmy głowami potwierdzając jej słowa.

                - W takim razie poproszę sześć porcji zupy grzybowej – powiedziała kobieta. – A po zupie zamówimy coś jeszcze na drugie danie. Co takiego pan poleca? Szczerze mówiąc, to po raz pierwszy jem w polskiej restauracji…

Kelner zanotował zamówienie na bloczku kartek, a potem potarł brodę dłonią, myśląc.

                - Osobiście polecam jak najbardziej pierogi z kapustą i grzybami. Wszyscy je zachwalają – mruknął, patrząc na Micha, a potem na mnie. – Warto także spróbować kopytek lub gołąbków. A na przystawkę polecam pasztet z zająca.

Irene pokiwała głową i uśmiechnęła się serdecznie. Kelner odwzajemnił się jej tym samym.

                - Dziękuję bardzo – powiedziała.

                - Do usług – odpowiedział chłopak i oddalił się w stronę lady.

Siedzieliśmy w milczeniu przez prawie dziesięć minut – każdy zajmował się swoimi sprawami, ale mi ta cisza niesamowicie ciążyła na duszy. Może i dla Smithów był to chleb powszedni, ale dla mnie nie było to coś ciekawego. Dopiero gdy kelner przyniósł talerze wypełnione po brzegi parującą zupą o zniewalającym zapachu, towarzystwo ożywiło się. Przez chwilę słychać było jedynie dźwięk zderzania się metalowych łyżek ze ściankami naczyń, a potem pierwsza odezwała się jak zwykle Irene.

                - Alex, powiedz coś o tej swojej drużynie. W końcu to dla niej wyjechałeś tak daleko, a my praktycznie nic o niej nie wiemy.

Chłopak spojrzał na matkę, a potem zaczął mówić:

                - Moja drużyna od ponad pięćdziesięciu lat utrzymuje się na pierwszym miejscu w rankingu ogólnopaństwowym: jesteśmy po prostu najlepsi. W kwietniu czekają nas rozgrywki Młodej Ligi, ale podejrzewam, że od razu po feriach co najmniej dwie drużyny, przeciw którym będziemy grać, wyzwą nas na mecz towarzyski…

                - Nuuuda – przerwał mu Mich, odsuwając z impetem pusty już talerz.

Myślałem, że państwo Smith zganią syna za przerywanie bratu w tak niekulturalny sposób, ale nikt nie raczył nic powiedzieć. Kobieta pytała dalej:

                - Jak mniemam utrzymanie tej pozycji wymaga od was wielu godzin treningów?

Alex zacisnął wargi w prostą linię.

                - Tak. Codziennie rano przed lekcjami ćwiczymy na sali, a w weekendy robimy to także po południu…

                - Totalna nuuuda – Michael znów przerwał chłopakowi.

Sytuacja powtórzyła się – ani Roger, ani Irene nie zwróciła uwagi synowi, a ja siedziałem i z każdą chwilą byłem coraz bardziej wkurzony.

                - Mam nadzieję, że nie zaniedbujesz przez to nauki – powiedziała kobieta. – Rozwój fizyczny jest mniej ważny niż rozwój psychiczny.

Widziałem jak Alex powstrzymuje się przed przewróceniem oczami.

           - Mamo, przecież już ci mówiłem, że zdaję wszystko w pierwszym terminie i nie mam problemów z żadnym z przedmiotów…

Irene skończyła jeść zupę i wtedy odezwała się Vicky, która do tej pory siedziała cicho tuż obok mnie.

                - Ollie, a kiedy przyjedziesz do domu? Chciałabym pójść z tobą na plac zabaw.

                - Nie wiem, skarbie – mruknął Alex. – Na razie mam zbyt dużo obowiązków w szkole, więc pewnie przyjadę dopiero na wakacje.

Usta dziewczynki wygięły się w podkówkę, więc pogładziłem ją po główce, w myślach zachwycając się miękkością jej włosów.

            - Gabi, ty też mógłbyś przyjechać – powiedziała mała. – Poznałbyś siebie w wersji żółwia.

                - Chciałbym – uśmiechnąłem się do niej szeroko.

Wtedy Irene zabrała głos, składając puste talerze w jeden stos.

                - Nasze drzwi stoją dla ciebie otworem, Gabrielu. Mógłbyś odwiedzić Alexa w wakacje, o ile oczywiście pozwoliliby ci rodzice. Daleko stąd mieszkasz?

Sytuacja stawała się nieco dziwna, a przynajmniej ja ją tak odbierałem.

                - Jakieś sześćset pięćdziesiąt kilometrów, ale z tego co wiem, mieszkamy w tej samej części kraju.

                - To wspaniale – powiedziała kobieta. – Kelner!

Młody chłopak, który wcześniej nas obsługiwał, został zastąpiony przez nieco starszego mężczyznę z zarostem.

                - Czym mogę służyć? – Zapytał, ładując na tacę stos pustych naczyń.

               - Chcielibyśmy zamówić drugie danie – mruknęła kobieta. – Ja wezmę porcję kopytek. A wy, co chcecie?

Vi zrezygnowała z jedzenia, gdyż czuła się zbyt pełna. Roger i ja wzięliśmy po porcji pierogów z kapustą i grzybami, Alex tradycyjnie wybrał mięsną potrawę – bigos, a Mich zdecydował się na gołąbki, a na dodatek wręcz wymusił na matce szklankę jasnego piwa.

                - Al, a jak tam dziewczyny? Są jakieś fajne w tej szkole? – Zapytała nagle Irene, nawet nie patrząc na syna.

Alex zmieszał się wyraźnie i spuścił wzrok na swoje dłonie. Pod stołem dotknąłem go nogą, aby dodać mu otuchy.

                - Są, są, ale trudno mi jest znaleźć czas na randki, bo ciągle albo trenuję, albo się uczę – wyjaśnił. – Wiedziałaś, że Monti też poszła do tej szkoły?

Twarz kobiety przybrała sztuczny wyraz zaskoczenia; pamiętałem dobrze jak Alex powiedział mi, że jego rodzice robili wszystko, by on i Monti wrócili do siebie. I że najprawdopodobniej z tego powodu dziewczyna trafiła również do tej szkoły.

                - Ta Monti? Monti Caspbell? – Zapytała, trochę zbyt sztucznie udając zdziwiony ton. – Niemożliwe, co za zbieg okoliczności.

Alex pokiwał tylko głową, zerkając na matkę raz po raz. Nie powiedział nic więcej, więc Irene poczuła obowiązek odezwania się.

                - Byliście taką ładną parą w gimnazjum – mruknęła z nostalgią.

Kelner przyniósł drugie danie, więc spokojnie zajęliśmy się jedzeniem. Vi, która zapewniała wszystkich, że jest już pełna po brzegi, chwyciła w palce jednego z moich pierogów i zjadła połowę jednym kęsem.

                - Vicky, a gdzie twoje maniery? – Zganiła ją matka, uśmiechając się pobłażliwie.

Dziewczynka wzruszyła ramionami i podkradła drugiego pieroga, tym razem Rogerowi.

                - Pyśoota – powiedziała z pełnymi ustami.

Irene poddała się i już więcej nie zwróciła jej uwagi. Ja natomiast przeprosiłem wszystkich i wstałem, by przecisnąć się między stołem, a nogami Alexa i wyjść do toalety. Jego kolana otarły się o moje ciało, wywołując u mnie dreszcze, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Poszedłem w stronę białych drzwi w kącie sali, a kiedy później stałem już przy umywalkach, do pomieszczenia wszedł nagle Mich. Spojrzałem w lustro i napotkałem w nim wzrok chłopaka.

                - To jak, jutro pierwsza lekcja gry na gitarze? – Zapytał nonszalancko.

Szatyn oparł się plecami o ścianę i zapalił papierosa, czekając na moją odpowiedź.

                - Nie wiem, może – mruknąłem wymijająco.

Wysuszyłem ręce i już chciałem wyjść, gdy chłopak znów się odezwał.

              - Jeśli się zgodzisz, to kto wie, może powiem coś rodzicom na ucho, a dzięki temu oni zgodzą się, by Al mógł spędzić z Vicky kilka godzin…

Cofnąłem się o kilka kroków i spojrzałem Michowi w twarz, na której widniała powaga i pewność siebie. Chłopak wypuścił dym z ust i uniósł jedną z brwi.

                - To jak?

Nadal się wahałem, ale koniec końców potaknąłem głową. Jeśli Mich mówił prawdę, Alex spędzi z siostrą te wymarzone kilka godzin, co było dla mnie wręcz bezcenne.

                - Niech będzie – mruknąłem. – Ale jeśli tego nie załatwisz…

                - Już o to się nie martw – powiedział chłopak, przerywając mi. – Dotrzymam słowa.

To mówiąc, minął mnie, wrzucając niedopałek do kosza. Wyszedłem tuż za nim i razem doszliśmy do stolika. Alex przyjrzał mi się uważnie z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnąłem się do niego i zająłem miejsce koło Vicky, która zjadła pół porcji moich pierogów.

            - Mamo, tato, paląc papierosa w toalecie wpadłem na świetny pomysł – oznajmił nagle Michael, zwracając na siebie uwagę rodziców. – Dawno nie byliście nigdzie razem, więc może wezmę jutro Vi pod swoją opiekę, a wy pójdziecie sobie na randkę? Mógłbym wziąć ją do szkoły Alexa, żeby zobaczyła jak to jest być w liceum.

Irene Smith spojrzała na niego ponad swoim talerzem, a na jej twarzy malowała się mieszanka wielu uczuć. Dopiero gdy Roger odwrócił się w jej stronę, kobieta pokiwała głową.

                - W sumie… Czemu nie?

Uśmiechnąłem się, widząc, jak twarz Alexa rozpromienia się ostrożną radością. Nie dziwiłem się mu – w końcu tak nagła zmiana zdania przez jego rodziców i pomysł, z którym wyskoczył Mich, nie należały do rzeczy, które dzieją się naturalnie.

Po tej rozmowie nie roztrząsaliśmy dalej tego tematu – kiedy wszyscy skończyli jeść, ułożyliśmy puste naczynia w stos, a Roger poszedł zapłacić za posiłek. Ubraliśmy kurtki, a Alex wziął na ręce małą, która w pewnym momencie zasnęła, opierając się o moje ramię. Dziewczynka miała nie więcej niż sześć lat i była lekka jak piórko, więc nawet ja potrafiłem ją podnieść i pomóc Irene w ubraniu jej. Gdy pan Smith wrócił do nas, chowając portfel do kieszeni, odeszliśmy od stolika i wyszliśmy z restauracji gęsiego. Na zewnątrz słońce dochodziło do półmetka na linii horyzontu, ale jego promienie nadal były ciepłe i optymistyczne.

                - Roger, podwieziesz mnie, Micha i Vi do hotelu, a potem odwieziesz chłopców do szkoły, dobrze?

Pan Smith pokiwał głową, otwierając jej tylne drzwi, by mogła wsadzić dziewczynkę do fotelika. Nagle Mich odezwał się, jakby pretensjonalnie.

               - Jadę z tobą, tato. Chcę chociaż zobaczyć tę szkołę, w której podobno jest najlepsza drużyna koszykarka w kraju – mruknął sarkastycznie.

Irene wysłała mężowi spojrzenie pod tytułem „Sam decyduj”, więc mężczyzna podrapał się po karku z zakłopotaniem.

                - Skoro chcesz…

Michael uśmiechnął się triumfalnie i wsiadł przede mną do auta. Wszyscy znów zajęli te same miejsca, ale tym razem jechaliśmy w ciszy, by nie obudzić dziewczynki, która spała w najlepsze w foteliku. Jej mała główka opadła tak, że oparta była na jej własnym ramieniu, a z każdym wybojem na drodze, podskakiwała w tym samym rytmie, co auto. Podjechaliśmy pod hotel, gdzie Irene wysiadła i zabrała małą; nie ruszyliśmy się dopóki obie nie zniknęły za drzwiami wejściowymi hotelu. Dopiero wtedy nastały zmiany w środku auta.

                - Gab, możesz na chwilę wysiąść? Wolę siedzieć z przodu.

Zrobiłem to, o co poprosił mnie chłopak i na chwilę wysiadłem z auta, czując przejmujący chłód. W tym momencie po raz pierwszy doceniłem coś tak prostego, a jakże perfekcyjnego jak klimatyzacja. Spojrzałem do tyłu na swojego chłopaka, spotykając jego oczy. Niewiele myśląc, skinąłem głową, by przywołać go do siebie, a on z uśmiechem wysiadł z auta i zajął miejsce obok mnie. Gdy tylko Mich zamknął przednie drzwi, wziął się za majstrowanie przy odtwarzaczu, więc po chwili w głośnikach wybuchła jedna z piosenek Slayera.

***

Gdy podjechaliśmy już do bram kampusu, na dworze panowała szarówka, przez którą niewiele było widać; jedynie zarysy budynków w oddali z racji tego, że pomalowane były na jasne kolory. Przez całą drogę walczyłem ze sobą, by nie usnąć – już tak miałem w zwyczaju, że gdy podróż autem przekraczała pół godziny, automatycznie robiłem się senny. Raz po raz moja głowa spadała ciężko na ramię Alexa, a potem podrywałem się szybko, nie wierząc w to, że znów usnąłem mimo głośnej muzyki Micha. Otworzyłem zaspane oczy i rozejrzałem się, w pierwszym momencie nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że jechałem z rodzicami, jak zwykle na tylnym siedzeniu, naszym starym czerwonym datsunem, który kiedyś należał do dziadka.

                - Jesteśmy na miejscu – mruknął Roger, patrząc w środkowe lusterko na nasze twarze.

Uliczne latarnie świeciły mi boleśnie prosto w oczy, więc mrużyłem je, wracając do świata żywych. Alex odpiął pasy i otworzył drzwi, więc zrobiłem to samo.

                - Dziękuję za podwiezienie, tato – powiedział chłopak i wysiadł, by stanąć kilka kroków od auta.

                - Ja również dziękuję – wydukałem. – Miło było państwa poznać.

Roger spojrzał na mnie przez ramię i uśmiechnął się.

                - Nam również. Irene bardzo cię polubiła, zresztą ja także.

Jego słowa zaskoczyły mnie, ale także sprawiły mi… przyjemność. Cholera, usłyszeć coś takiego od swojego teścia, nawet jeżeli ten nie wiedział, że nim był, uskrzydlały mnie. Odwzajemniłem jego uśmiech, a wtedy odezwał się Mich.

                - Jutro po południu wpadnę z Vi. O której kończysz lekcje?

No tak, zdążyłem już o tym zapomnieć.

                - Szesnasta, ale od wpół do trzeciej można już wchodzić do internatu – powiedziałem. – Budynek B, pokój numer szesnaście. Wejdźcie z małą do środka i ogrzejcie się, czy coś.

Michael uśmiechnął się do mnie, a potem poklepał mnie po ramieniu. W tym momencie wyglądał na swoje dwadzieścia lat.

                - To do jutra – potwierdził.

                - Do jutra.

Wysiadłem z auta i dołączyłem do Alexa, który stał z rozpiętą kurtką, z wypiekami na twarzy. Na sam jego widok zrobiło mi się zimniej.

                - Ciekawe, czy sam trafi – rzucił w przestrzeń, a ja zrozumiałem, że mówił o swoim bracie. I że najwidoczniej słyszał całą rozmowę. – No i co to w ogóle za inicjatywa z jego strony?

Ruszyłem przed siebie w stronę bram kampusu; nie musieliśmy się spieszyć, bo tego dnia nie obowiązywała nas zasada godziny dwudziestej pierwszej. Byliśmy zwolnieni przez rodziców Alexa, więc równie dobrze mogliśmy wrócić do internatu chwilę przed północą. Chłopak ruszył za mną, rozchlapując dookoła szaroburą breję, która jeszcze kilka godzin wcześniej była śniegiem.

                - Wcześniej, kiedy zostałem z Michem sam na sam przed hotelem, gadaliśmy sobie trochę – mruknąłem, a Alex podniósł jedną z brwi w geście zaskoczonego zainteresowania.

Nie chciałem nic ukrywać przed swoim chłopakiem – doświadczenie nauczyło mnie, że nie warto było tego robić. Wolałem mieć czyste sumienie i powiedzieć mu o wszystkim, by w razie jakiegoś wypadku (którego i tak nie przewidywałem) nie dowiedział się przypadkiem, że robiłem coś za jego plecami. Szczerość to podstawa udanego związku, a my chyba zaliczaliśmy się do jednego z nich.

                - O czym? – Zapytał automatycznie.

Wcisnąłem ręce w kieszenie, a potem usiadłem na najbliższej ławce. Dookoła było ciemno, bo o tej porze światła w kampusie były gaszone, by uczniów nie korciło szwendanie się poza internatami. Z tego powodu nie widziałem twarzy chłopaka i jedynie po tonie jego głosu mogłem domyślać się, co czuł.

                - O szkole, o tobie, o zainteresowaniach.

                - O mnie?

                - Pytał mnie skąd się znamy – mruknąłem. – I jak długo jesteśmy ze sobą.

Usłyszałem, jak chłopak gwałtownie wciąga powietrze do płuc, ale zanim cokolwiek powiedział, wyprzedziłem go.

                - Kiedy próbowałem jakoś wymijająco odpowiedzieć, zaśmiał się i stwierdził, że to był tylko żart.

Alex wypuścił powoli i spokojnie wcześniej pobrane powietrze. W myślach widziałem, jak pociera palcami o skronie, co znaczyło, że nie do końca wierzył w to, co właśnie usłyszał. Nic jednak nie powiedział.

             - A potem zeszło na muzykę; trochę gadaliśmy o instrumentach i tak wyszło, że zaproponował mi lekcje gry na gitarze – powiedziałem, teraz czując zakłopotanie. – No i się zgodziłem.

Gdy wypowiadałem te słowa, dopiero doszło do mnie jak wielkie głupstwo popełniłem; nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki nie powiedziałem tego głośno.

                - Ja pierdzielę, Gabe – szepnął chłopak, a mnie ogarnęło niemiłe uczucie wstydu. – Siedzimy po uszy w gównie.

Tak szczerze, to nie tego spodziewałem się usłyszeć. Myślałem, że Alex zaśmieje się, a potem powie coś w stylu „Tylko uważaj na klejące się rączki Micha” lub „Jeśli będziecie grać na czymś innym niż gitarze, to osobiście wykopię brata za drzwi”. Mój scenariusz i życie znów się nie pokryły, no cóż. Obleciał mnie nawet strach, bo głos chłopaka był naprawdę poważny.

                - Słuchaj, moi rodzice są prawdziwymi agentami i nie zdziwiłbym się, gdyby Michael robił to wszystko z ich rozkazu. To znaczy z rozkazu… Znając życie, to dostanie za to sowitą zapłatę, ale to nie jest teraz ważne… - Westchnął głęboko, wstając. – Smithów cechuje to, że zawsze za plecami bawią się w jakieś intrygi i to może być jedna z nich. Matka pewnie kazała Michowi trochę nas pośledzić w szkole, zobaczyć jak zachowujemy się ze sobą na osobności i jak traktują nas ludzie w szkole… Kurwa, to jest chore.

Ruszyłem za nim i próbowałem uspokoić go, gdyż jego podniesiony głos odbijał się echem od ścian budynków. Szliśmy w ciemności i to był cud, że żadne z nas nie potknęło się o nic i nie upadło – nie widać było nawet końca własnego nosa.

                - Może jesteś za bardzo przewrażliwiony – mruknąłem.

Nie wiedziałem jednak, że moje słowa rozjuszą go jeszcze bardziej. Chłopak stanął, odwrócił się w moją stronę i prawie że zaczął krzyczeć.

                - Czy ty tego nie rozumiesz?! Jesteśmy w takim gównie, z którego nie da się wydostać. Możemy jedynie w nim utonąć, bo Mich nie przepuści okazji na zarobienie pieniędzy. A wiesz co tylko zadowoli moich rodziców? Informacja, że ich syn nadal jest pierdolonym pedałem i że złamał wszystkie obietnice, które im dał. Tylko wtedy mój pieprzony braciszek dostanie kasę.

Alex ruszył znów w stronę internatu, a ja nadal stałem, czując się okropnie. Wewnątrz mnie wybuchł strach, wyrzuty sumienia i przerażenie; wszystko to dawało dziwną mieszankę, od której zrobiło mi się niedobrze w głowie.

                - A jaki jest z tego wniosek? – Zapytał chłopak, sam chwilę później udzielając odpowiedzi: - Taki, ze Mich będzie zdolny nawet do kłamstwa, byleby dostać pieniądze. Więc cokolwiek nie zrobimy, utoniemy w gównie. A zanim utoniemy, będziemy czuć je w każdym fragmencie swego ciała, kiedy już wystarczająco dużo się go nałykamy. A dlaczego? Bo, kurwa, zgodziłeś się na to, żeby mój wspaniały brat nauczył cię grać na gitarze!

Skuliłem się pod jego słowami i poczułem niemal jak wbija we mnie rozwścieczone spojrzenie mimo odległości, która nas dzieliła. Ruszyłem w jego stronę, bo do miejsca w którym stał dochodziły już pierwsze światła padające z okien internatów. Widziałem już całą jego twarz i sylwetkę, a on widział również moją.

                - A wiesz czemu, kurwa, ostatecznie się na to zgodziłem? – Rzuciłem pytanie w przestrzeń. – Bo to była jedyna możliwość, byś mógł spędzić z siostrą trochę czasu sam na sam. Dlatego!

Wściekła mina Alexa została rozproszona przez zdziwienie, które wymalowało się na jego twarzy. Wiedziałem dobrze, że chłopak nie chciał się ze mną kłócić, a ta ostra wymiana zdań była jedynie efektem nagromadzonych negatywnych emocji, które ten trzymał w sobie od czasu, gdy dowiedział się o odwiedzinach rodziców. Rozumiałem, że to była pewna forma obrony przed popadnięciem w szaleństwo, ale mimo to jego słowa mnie zraniły. A pomyśleć, że gdy rozpoczynałem ten temat, jedyną ideą przyświecającą mi, była szczerość, bez której żaden związek nie mógłby zostać uznany za udany...

Minąłem chłopaka i ruszyłem w stronę wejścia do męskiego internatu. Nie obchodziło mnie czy szedł za mną, czy nie, w tym momencie liczyło się dla mnie to, by nie pozwolić łzom wypłynąć z moich oczu.

                - Gabe, czekaj! Ja nie wiedziałem, że ty…-!

Usłyszałem jak jedno z okien otworzyło się z cichym skrzypnięciem, a potem męski głos krzyknął do nas:

                - Zamknijcie się w końcu. Ludzie chcą, do kurwy nędzy, spać!

Szybko weszliśmy do środka budynku, mając nadzieję, że nikt nie zobaczył kim jesteśmy. Alex rzucił mi przepraszające spojrzenie, ale odwróciłem się i poszedłem do naszego pokoju.

                - Gabe, proszę cię!

W pokoju zrzuciłem z siebie kurtkę, wziąłem saszetkę z kosmetykami i ręcznik, a potem minąłem się w drzwiach ze Smithem.

                - Idę pod prysznic.

Podążyłem korytarzem w stronę łazienki, która o tej godzinie ziała przyjemną pustką. Z jakichś głupich sentymentalnych powodów poszedłem jak zwykle do ostatniej kabiny, w której od początku roku szkolnego brałem kąpiele. Rozebrałem się, czując jak zmarznięte części ciała powoli się rozgrzewają, a potem wszedłem pod prysznic i puściłem letnią wodę. Zacząłem myśleć oczywiście o sytuacji, która miała przed chwilą miejsce i czułem coraz większe wyrzuty sumienia.

Bo to ja jak zwykle nawaliłem – podsumowałem w myślach.

To ja zgodziłem się na te głupie lekcje gry na gitarze. Co mi do cholery odbiło? To ja także w końcu nie odwołałem ich, a jedynie obiecałem, że w zamian za to, że Alex będzie mógł spędzić z siostrą trochę czasu, ja dam się nauczyć Michowi kilku akordów. Nie wiem gdzie miałem wtedy mózg, ale chciałem dobrze - tak to już ze mną było, że bez względu na intencje, efekt nie zawsze był przyjemny. Równie dobrze mogłem odmówić, bo przecież Alex i tak pogodził się już z faktem, że rodzice nie pozwolą mu zaopiekować się siostrą. Cholera, czemu wtedy nawet nie wziąłem tego pod uwagę?

Stałem tak pod prysznicem, opierając się czołem o ścianę wyłożoną kafelkami. Biłem się z myślami, nie, wręcz łajałem się wewnątrz za moją głupotę i bezmyślność, przez którą po raz kolejny pokłóciłem się z Alexem. Bałem się, że nie pogodzimy się znowu tak szybko, jak ostatnim razem. Trudno było mi nawet określić, czy była to poważniejsza kłótnia od tej, do której doszło w dniu balu, nie wiedziałem, naprawdę. Ale tym razem było trochę inaczej – miałem świadomość, że nawaliłem. Wiedziałem, że mogłem postąpić inaczej i zapobiec tej kłótni. Byłem winny, ale Alex nie ułatwiał mi pogodzenia się z nim. A mimo wszystko, byłem gotowy pogodzić się z nim od razu, choć bałem się, że to chłopak będzie chował do mnie długo urazę.

Wtedy usłyszałem dźwięk odsuwanych zasłon i chwilę później do kabiny wszedł Smith. Chłopak chwycił mnie i zamknął mnie w swoich mocnych ramionach, tak, że między naszymi ciałami nie było miejsca, przez które mogłaby przelecieć woda.

                - Przepraszam – powiedział mi do ucha.

Słysząc to, znów miałem ochotę się rozpłakać, tym razem jednak z ulgi i wdzięczności.

                - To ja powinienem tutaj przepraszać – mruknąłem.

Alex przytulił mnie jeszcze mocniej, unosząc mnie lekko w górę.

                - Nie powinienem tak na ciebie krzyczeć. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.

Nadal będąc w górze, oplotłem go nogami w pasie. Jego słowa były dla mnie jak miód na duszę.

                - A ja obiecuję, że zanim podejmę jakąś decyzję, to przemyślę wszystkie aspekty co najmniej trzy razy.

Chłopak uśmiechnął się, całując mnie delikatnie w żuchwę. Jedna z jego rąk podtrzymywała mój pośladek, a druga musnęła mój policzek. Alex patrzył mi w oczy mimo wody, która spływała nam po włosach i twarzach.

                - Nie wiem czy to ma jakiś związek, ale od kiedy przyjechała moja rodzina to ciągle jestem napalony – wyznał chłopak, powodując tym, że poważna rozmowa oddaliła się daleko, na drugi plan.

Uśmiechnąłem się i pocałowałem go mocno, jednocześnie wplatając jedną z dłoni w jego mokre włosy, a drugą umieszczając na jego karku. Chłopak zrobił krok w przód, tak, bym mógł oprzeć się plecami o ścianę i wtedy poczułem, jak w plecy wbija mi się kurek prysznica. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, spadła na nas kaskada zimnej jak lód wody. Oboje krzyknęliśmy zaskoczeni i wyskoczyliśmy z kabiny, trzęsąc się z zimna.

                - Dobra, to chyba był znak, że powinienem przystopować swój popęd seksualny.

Alex mówił to całkiem poważnie, a mimo to, ja zacząłem śmiać się jak szalony. Przez to dostałem w tyłek ze zwiniętego ręcznika, a że nie chciałem być dłużny, odwzajemniłem mu tym samym, trafiając go prosto między pośladki. Chłopak zawył z bólu, ale odgłos ten wymieszał się ze śmiechem. Żaden z nas nie pokwapił się wyłączyć prysznica – nikomu, nawet wrogowi nie życzyliśmy, by miał styczność z tak zimną wodą, ale jedną z zalet dyrektora-sknery, było to, że prysznice automatycznie wyłączały się po dziesięciu minutach, gdy kurek pozostawał w tej samej pozycji.

Po stoczonej bitwie ubraliśmy się i gdy wychodziliśmy z łazienki, woda sama przestała lecieć. Współczułem jedynie osobie, która następnego dnia miała zaspana pójść pod prysznic i zaserwować sobie zimną pobudkę. 


10 komentarzy:

  1. Zaklepuje miejscówkę nawet nie patrząc <3
    Zabieram się za czytanie i wtedy się wypowiem *-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pisze ten komentarz drugi raz, bo poprzednio jakże idiotycznie postanowiłam pisać na bieżąco. Wniosek jest taki: nie umiem tak...

      Po pierwszym akapicie tekstu miałam w głowie taki ogromny znak z napisem [WTF] i przyświecała mi jedna myśl " Czyli oni jednak mieszkają w Polsce". Szczerze przyznam, że odetchnęłam z ulgą gdy okazało się to nieprawdą. Na ogół nie lubię opowiadań osadzonych w Polskich realiach (oczywiście są wyjątki, kocham Kwiaty dla Ciebie, awww ^-^). Po prostu, tak z założenia. Nie rozumiem tego zbytnio, ale nieważne.
      Trochę obawiałam się tej rozmowy z rodziną i fakt, że wszystko poszło gładko, bezproblemowo i w ogóle bez wpadek napawa mnie niepokojem. CZY TY PLANUJESZ DRAMĘ W NASTĘPNYCH ROZDZIAŁACH???? Jeśli tak, to może zmieni ten fakt to, że strasznie ich nie lubię <3.
      Ta cała sprawa z tą gitarą... Dochodzę do wniosku, że rodzina Alexa jest dużo bardziej popierdolona niż się można było spodziewać. Znaczy się ja wiem, ale nie wnikajmy... Mam na myśli, że wiedziałam że są popierdoleni, bo kiedyś tam Alex opowiadał, ale, że aż tak?? no nieźle.
      Jak zaczęli na siebie wrzeszczeć to naprawdę myślałam, że się pokłócą. Takiego zdenerwowanego Alexa nawet nie pamiętam. Z drugiej strony to nawet ja nie spodziewałam się, że to rodzice mogli wysłać Micha (nadal go nie lubię) na przeszpiegi... wiec skąd taki biedaczek Gabe mógł się spodziewać? (ja to ja, jestem z w11 XD).
      Na szczęście rozdział skończył się dobrze, napawając mnie jeszcze większym niepokojem. Na razie jest tak ładnie i gładko, proszę nie spierdol tego 0-0
      I żeby nie było, nie nolifie przed kompem czekając na nowy rozdział, to kwestia całkowitego przypadku :) Ale miło by było czytać dalej, dlatego niech Pani Wena będzie z tobą i ci pomoże szybko napisać kontynuacje,
      Ciao~

      Usuń
    2. Witam Cię w tę kryształową noc xD

      Nie, opowiadanie nie toczy się w Polsce - szczerze mówiąc, nie przepadam zbytnio za tymi realiami, choć "Kiedy umrę kochanie" jest w nich osadzone, tak jak kilka moich opowiadań nie zaliczających się do gatunku yaoi :P Pewnie zauważyłaś, że wspominałam już o wielu narodowościach, ale nie mam sprecyzowanego kraju, w którym chłopcy mieszkają i niech tak zostanie ;)
      Na pozostałe pytania nie odpowiem, gdyż równałoby się to spoilerowaniu, choć tak szczerze, w sekrecie, mogę powiedzieć Ci, że nie wiem, co się dalej zdarzy. Wszystko wyjdzie w praniu, spontanicznie, kiedy wezmę się za pisanie nowego rozdziału. Pewnie wpłynie na to głównie moje samopoczucie, jak zwykle. Mam nadzieję, że tego nie spierdolę :')
      I żeby nie było - ja wcale nie nołlajfie przed kompem z ciekawości, czy ktoś wejdzie w nocy i przeczyta rozdział xD Wygrywasz specjalną nagrodę blogosfery :D Ale przynajmniej idę spać w dobrym humorze, bo nic mnie nie wprawia w tak dobry nastrój jak komentarze ludzi pod rozdziałami, serio.
      Okej, jest 3:10, powinnam spać, bo jutro czeka mnie mega sprzątanie z rana, odwiedzenie biblioteki i apteki, robienie testów i wieczorne jazdy po Szczecinie.
      Także dobranoc i dzięki za komentarz :) (wcale nie będę czytała komiksów przez całą noc, bo nie opłaca mi się już spać)

      Usuń
  2. Podałaś błędne hasło dla zgłoszeń nowych rozdziałów. Proszę o poprawkę.
    http://katalog-euforia.blogspot.com/p/zgoszenia_9.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już poprawione! Przepraszam bardzo za kłopot!

      Usuń
  3. To.Było.Boskie. <3 Podejrzany jest ten Mich cały, nie lubię go XD Ale jak Gabe "pokłócił" się z Alexem (bo to raczej wielką kłótnią nazwać nie można XD) to sobie tak myślę: "Ocho, znowu dwa rozdziały będą się kłócić" A tu proszę, wszystko obgadane pod prysznicem <3 Znowu miałam ochotę przytulić Gabe'a, ale że to postać fikcyjna, to tak troszku trudno by było XD Ale rozdział świetny, czekam na więcej <3

    OdpowiedzUsuń
  4. Oni coś ostatnio za dużo się kłócą, a za mało jest ich zbliżeń do siebie (oczywiście seksualnych: 3). Ja mimo wszystko polubiłam tego Micha (bo on taki punkowy :)), ale jeżeli nasza parka się przez niego rozpadnie to straci moją sympatię.
    Czekam na next ;)
    ~Eleila

    OdpowiedzUsuń
  5. Twój blog został dodany do Katalogu Opowiadań - Tęczowe Historie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Witam,
    ciekawią mnie prawdziwe zamiary Michy, czy tak naprawdę został wysłany przez rodziców...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń

Dziekuję za komentarz :)