Zielona noc

Cześć!
Przepraszam, że dodaję post tak późno i to w dodatku nie kolejny rozdział, tylko one-shota... Ale zapewniam Was, że te opowiadanie również przypadnie Wam do gustu :3
Dzisiaj miałam nieco zabiegany dzień i, no cóż, nie zauważyłam nawet, że jest 21 września. Dopiero jedna z komentujących mi to uświadomiła i chwała jej za to!

Aby więc już nie przedłużać: itadakimasu!~

* * *


Mimo, że było to cztery lata temu, do tej pory wspominam tamte lato i obóz harcerski, na który pojechałem razem z innymi małolatami z domu dziecka. Miałem wtedy czternaście lat i nie do końca poukładane w głowie, lecz trudno było się temu dziwić, skoro byłem sam jak palec od połowy dekady. Moi rodzice zginęli tuż przed moimi dziesiątymi urodzinami; „niefortunny wypadek” - tak określił to radiowy spiker, kilka godzin po tym, jak ich samochód owinął się wokół drzewa jak precel. Śmierć dosięgnęła ich w lesie tuż przed wjazdem do naszego rodzinnego miasta - wiadomo było, że auto jechało ze zbyt dużą prędkością, a tamtego wieczora na drodze pojawiły się pierwsze znaki nadchodzącej zimy. Nigdy nie miałem już dowiedzieć się wszystkich szczegółów - o czym rodzice rozmawiali tuż przed końcem, ani dlaczego matka nie powstrzymała ojca przed wdeptywaniem gazu. 

Nikt z rodziny nie czuł się na tyle odpowiedzialny, aby wziąć pod swoje skrzydła zaledwie dziesięcioletniego szczeniaka, więc chcąc nie chcąc, trafiłem do The Wooden Children’s Home. Dzięki spotkaniom z psychologiem dość szybko pozbierałem się po śmierci rodziców, znów miałem apetyt i zacząłem szukać przyjaciół. Jednak istniała jedna rzecz, o której nie chciałem myśleć, a mianowicie: przyszłość. Wolałem żyć każdym dniem i cieszyć się z niego tak, jakbym kolejnego ranka miał się już nie obudzić. Chyba byłem trochę zbyt poważny jak na dziesięciolatka, prawda? Ale takie podejście trzymało mnie w ryzach nawet wtedy, gdy nadchodziły gorsze dni. Kiedy czułem się samotny, szedłem do wspólnego pokoju i starałem się włączyć w tętniące w nim życie i uśmiechałem się tak dużo, jak tylko mogłem. Pomagało mi to, więc bez żadnych komplikacji dobrnąłem do okresu dojrzewania i wyrosłem na dość przystojnego blondyna, na którego wszyscy wołali „Flip”.

Był też „Flap”, mój starszy o cztery lata przyjaciel, z którym przez pewien czas dzieliłem pokój. To on zawsze stawał w mojej obronie, pomagał mi w odrabianiu pracy domowej i nauczył mnie jak grać w karty. Dogadywaliśmy się pomimo różnicy wieku i dwóch sytuacji życiowych – ja byłem samotnym sierotą, a on chłopakiem z patologicznej rodziny. Pewnej nocy zwierzył mi się, że jego ojciec jest alkoholikiem i notorycznie znęca się nad nim, a matkę obchodzi jedynie znajdowanie sobie coraz to nowszych kochanków. Pamiętam, że mając zaledwie jedenaście lat, rozumiałem już wiele dorosłych spraw, w tym sytuację mojego współlokatora i to, dlaczego opowiadając mi o domu płakał. Chyba właśnie tej nocy obydwoje pojęliśmy, że staliśmy się przyjaciółmi; przyszło to samo, naturalnie i bez słów – rozumieliśmy się bezgranicznie.

Od tamtej pory byliśmy praktycznie nierozłączni, a wszystko w moim życiu zdawało się być znów normalne. Wtedy nadeszła ciemna chmura zwana „dojrzewaniem”: burza hormonów, wzrost popędu seksualnego, interesowanie się dziewczynami. Z lekcji wychowania do życia w rodzinie wiedziałem, co mnie czeka, ale nikt nie wspomniał nigdy, że są odstępstwa od pewnych reguł i to właśnie ja ich doświadczyłem. Nie interesowałem się „balonami”, ani „muszelkami” – tak nazywali części intymne inni chłopcy w moim wieku. Zamiast tego przyjemność sprawiało mi przyglądanie się spoconym kolegom w szkolnej szatni tuż po wf-ie, czy mężczyznom widzianym na basenie. Czułem się dziwakiem, skoro patrzenie na dziewczyny w sprośnych gazetkach nie robiło na mnie wrażenia, a podniecałem się, gdy na którymś ujęciu pozycji seksualnej, widać było również faceta. Oczywiście nie powiedziałem o tym nikomu, i nikt w szkole też o tym nie mówił, więc uznałem, że lepiej będzie, jeśli zostanie to moim sekretem. I owszem, tak było, aż do obozu harcerskiego, o którym wspomniałem na samym początku.

Po tym, jak przyznałem się przed samym sobą, że jestem gejem, moja relacja z Billem stała się nieco słabsza. Bałem się, że jeśli powiem mu o tym, chłopak wyśmieje mnie z obrzydzeniem i przez te obawy zaczęliśmy się od siebie oddalać. William też zachowywał się tak, jakby coś przede mną ukrywał, więc spędzaliśmy ze sobą coraz mniej czasu, choć chciałem, by było między nami jak dawniej. Wciąż dzieliliśmy jeden pokój, więc kiedy szatyn przebierał się, ja odwracałem wzrok zawstydzony, mimo, że najchętniej obejrzałbym dokładnie każdy cal jego ciała. Tak, jakby moje życie nie było już zbytnio skomplikowane, po pewnym czasie zdałem sobie sprawę z jednej rzeczy – uczucie, którym darzyłem mojego współlokatora wykraczało już poza ramy przyjaźni. Przerażało mnie to, bo każdego dnia musiałem walczyć ze sobą, by nie zbliżyć się za bardzo do Billa i go nie wystraszyć, choć tak bardzo pragnąłem jego towarzystwa…

W takim nastroju pojechaliśmy na wakacyjny obóz harcerski – nasze rozmowy ograniczały się do zwykłego „cześć” na początek dnia i „dobranoc”, gdy kładliśmy się spać. Will znalazł sobie towarzystwo, więc i ja zrobiłem to samo. Mimo wszystko dzieliliśmy jeden namiot, by stworzyć choć pozory tego, że wszystko między nami było w porządku. To mnie wykańczało - cała ta szopka z wymykaniem się, gdy szatyn zmieniał bieliznę, czy wracał z kąpieli w samym ręczniku owiniętym wokół bioder. Fakt, że nie mogę do niego podejść, powiedzieć mu najzwyczajniej na świecie „Stary, chyba się w tobie zakochałem”, a potem dotknąć go i pocałować, bolał jak diabli. Obóz miał trwać tydzień, a ja po jednym dniu byłem już zdołowany, bo namiot był mniejszy niż nasz pokój i czasami trudno było mi uciec z niego na czas.

Dopadły mnie też wątpliwości, gdy któregoś wieczora siedziałem z innymi chłopakami przy ognisku. Trzymałem się na uboczu, w milczeniu wpatrując się w ogień i słuchałem, o czym rozmawiają. Oczywiście, jak to małolaty, zaczęli rozprawiać na temat „balonów”, „muszelek” i seksu.

   - Człowieku, seks to zajebista sprawa – powiedział wtedy Rudy, a jego piegowata twarz nabrała rumieńców.

   - Ta, nie mów mi, że już próbowałeś? – zapytał jeden z pozostałych chłopaków.

Reszta zaśmiała się drwiąco, a ktoś zagwizdał z podziwem.

   - Próbowałem, a co, nie wierzycie? – odparł zaczepnie Rudy.

Podniosłem wzrok na twarze kolegów i zauważyłem, że ci przyglądają się piegusowi z zaciekawieniem.

   - I co, jak było?

Na twarz Rudego wstąpił wyraz triumfu i pełnym dumy głosem powiedział:

   - Na początku było dziwnie, ale kiedy w nią wszedłem… Tego uczucia nie da się opisać słowami!

Przy ognisku rozgorzała gorąca dyskusja, a chłopcy przekrzykiwali się nawzajem, chcąc dojść do głosu i pochwalić się własnymi doświadczeniami, kiedy usiadła koło mnie Lily.

   - A ci jak zwykle o takich tematach… - zagaiła.

Dziewczyna miała ciemne włosy i bystre oczy, których spojrzenie wbiła w tańczący płomień. Była o rok starsza ode mnie i trochę wyższa, ale nie miałem nic przeciwko jej towarzystwu.

   - Taa… - odparłem nieprzekonująco.

Po prostu nie wiedziałem o czym mógłbym porozmawiać z dziewczyną, szczególnie, że głowę zaprzątała mi zupełnie inna osoba. Zastanawiałem się, co w tym momencie robi Bill i o czym myśli.

   - Chłopacy już tacy są, myślą jedynie o cyckach. Dziewczyny są bardziej uczuciowe, prawda? – zapytała mnie Lily.

Spojrzałem na nią ostrożnie.

- Tak – mruknąłem.

Szatynka podniosła na mnie wzrok – jej twarz była poważna, ale po chwili zaskoczony patrzyłem na nią, jak śmieje się w najlepsze.

   - I tu się mylisz. Dziewczyny też dużo myślą o seksie, a jeszcze więcej o nim między sobą gadają.

Lily cały czas patrzyła mi w oczy, więc poczułem się niekomfortowo i spuściłem wzrok na swoje dłonie. Nie wiedziałem jaki cel miała ta rozmowa, ale była ona dość niezręczna.

   - No więc, skoro już sobie wyjaśniliśmy pewne rzeczy, muszę ci się przyznać, że już od dawna wpadłeś mi w oko – kolejny szeroki uśmiech. -  I wiesz, kiedy dwoje ludzi się sobie podoba, to droga do przyjemności jest prosta.

To mówiąc, Lily zbliżyła swoją twarz do mojej, a jej ręka zawędrowała na moje kolano. Mój puls przyspieszył przez nieoczekiwany zwrot akcji, ale nie byłem w stanie nic powiedzieć. Czułem przez materiał spodni jak palce dziewczyny wspinają się coraz wyżej, a mnie przechodzą lekkie dreszcze.

   - Pozwól mi poprowadzić cię tą drogą – szepnęła mi do ucha.

Jej ręka wciąż sunęła do mojego krocza, więc żeby przerwać tę wędrówkę, powiedziałem:

   - Dobra.

Później rzeczy zaczęły dziać się bardzo szybko. Dziewczyna zabrała dłoń, a potem wstała i pociągnęła mnie za sobą w stronę obozowiska. Była już noc, a na niebie świecił księżyc, który oświetlał nam ścieżkę, prowadzącą do namiotu Lily. Jednak szatynka zatrzymała się nagle i mruknęła:

   - Cholera, Emily, moja współlokatorka, jest w środku.

Czemu za nią poszedłem? Ach, to jest cholernie prosta sprawa! Chciałem sprawdzić, czy udałoby mi się naprawić swoje ciało, tak, żeby zaczęło funkcjonować i reagować jak ciało normalnego chłopaka. Może przez cały czas po prostu wmawiałem sobie, że jestem gejem, a tak naprawdę podniecały mnie kobiety?

Wtedy naszedł mnie pewien pomysł – skoro Bill był gdzieś z innymi, to mogliśmy pójść do mojego namiotu. Chwyciłem Lily za rękę i nic nie mówiąc, pociągnąłem ją w lewo, na obrzeże obozowiska. Po dotarciu na miejsce, przykucnąłem i zacząłem rozpinać wejście, kiedy szatynka objęła mnie od tyłu i obsypała mój kark pocałunkami. Zrobiło mi się ciepło, a ręce odmówiły posłuszeństwa, więc dziewczyna pomogła mi cierpliwie i weszliśmy, a raczej walnęliśmy się do środka.
Lily od razu zaczęła mnie całować, a ja ledwo nadążałem, gdyż nie miałem w tym doświadczenia. Leżałem na materacu, a ona siedziała na moich biodrach i rozpinała guziki mojej koszuli. Powoli zaczynałem czuć bluesa – nawet ściągnąłem jej bluzkę, ale nie ośmieliłem się dotknąć jej piersi, nawet przez stanik. Po namiocie rozchodziły się wilgotne odgłosy pocałunków i protesty ściąganej odzieży, kiedy ręka dziewczyny spoczęła na moim kroczu. Szatynka spojrzała na mnie zdziwiona, zastygając na chwilę.

   - No co? – zapytałem nieprzytomnie, podnosząc się na łokciach.

Kręciło mi się lekko w głowie, ale chyba cała ta szopka zaczynała mi się podobać.

   - To jest twój pierwszy raz?

Poczułem, jak na twarz wypływa mi gorący rumieniec.

   - Tak…

   - W takim razie czemu nie podnieciłeś się od gry wstępnej? – zapytała Lily, ściskając w dłoni mojego członka, pokazując o czym mówi.

Podniosłem się wyżej, zdenerwowany i spojrzałem w jej zaskoczoną twarz.

   - Ja… nie wiem.

Dziewczyna przewróciła oczami.

   - Dobra, nie ważne. Zaraz wszystko będzie okej – powiedziała, po czym rozpięła mój pasek i rozporek, dobierając się do bokserek.

Położyłem się z powrotem, biorąc głęboki wdech. Chwilę nawet myślałem o tym, gdzie jest Bill i co robi, ale odrzuciłem od siebie ten temat.

Lily zaczęła pieścić dłonią mojego członka, jednocześnie patrząc mi w oczy. Zerknąłem na nią i wtedy wyobraziłem sobie, jakby to było, gdyby na jej miejscu był Will.

   - O, widzę, że ktoś tu wreszcie zareagował – mruknęła dziewczyna, wskazując mojego penisa.

Rzeczywiście, dostałem lekkiej erekcji, ale wszystko przez to, że myślałem o chłopaku. Nagle przeszła mi ochota na wszystko – z podwójną siłą uderzyła we mnie prawda o tym, że nie wyleczę się ze swojego homoseksualizmu. Zacisnąłem zęby, by powstrzymać łzy, które nagle wypełniły moje oczy, a potem zerwałem się szybko, odrzucając zdezorientowaną dziewczynę na bok. Wyszedłem z namiotu, prawie przewracając się o kołek wbity w ziemię i skierowałem się w stronę jeziora, zapinając spodnie. Chciało mi się płakać jak nigdy wcześniej, a skoro nikogo wokół nie było, nie wstrzymywałem już łez, przez co ścieżka i cały świat rozmazały mi się. Nagle zderzyłem się z kimś, kto szedł z naprzeciwka i tą osobą okazał się nie kto inny jak Bill. Ostatnią rzeczą, której pragnąłem, było spotkanie go, ale chłopak widząc w jakim byłem stanie, zatrzymał mnie i złapał za ramiona.

   - Phil, co się stało?

Wtedy usłyszałem głos Lily wybiegającej z namiotu i jej kroki, które zbliżały się w moją stronę. Will spojrzał w tamtym kierunku i zobaczył dziewczynę w momencie, kiedy wynurzała się na zewnątrz, zakładając bluzkę i obciągając spodenki. Przez jego twarz przeszło wiele emocji na raz, kiedy najwyraźniej zrozumiał, co robiliśmy w namiocie, ale zanim na mnie spojrzał, odepchnąłem go i pobiegłem w ciemność.

Długo siedziałem sam nad brzegiem jeziora, przyglądając się komarom, które raz po raz odbijały się od tafli wody, a potem podlatywały bliżej, by zrobić sobie ucztę z mojej krwi. Myślałem o tym, że już tak dalej nie wytrzymam – że ukrywanie tego kim jestem za bardzo boli i to każdego dnia. Czy wtedy właśnie zaakceptowałem siebie w pełni? Możliwe, bo w pewnym momencie poczułem spokój i pewność siebie. W końcu wiedziałem kim jestem i miałem pojęcie, jakie konsekwencje się z tym wiązały.

Wracając do namiotu po omacku, potknąłem się o wystający konar i zahaczyłem ramieniem o gałąź. Poczułem jak z rany zaczyna powoli spływać gorąca krew, ale nie przejmowałem się tym; nie raz miałem gorsze obrażenia i jakoś nic mi nie było. Z drugiej jednak strony – to był dopiero drugi z siedmiu dni obozu, a ja już sprawiałem tyle kłopotów…

Ściągnąłem buty, a potem jak najciszej rozpiąłem zamek namiotu i wsunąłem się do środka. Bill leżał na swoim materacu pod przeciwległą ścianą, przykryty szczelnie śpiworem. Ucieszyłem się, że nie musiałem z nim rozmawiać i tłumaczyć się do czego tu doszło pod jego nieobecność, bo nie wiedziałbym co takiego mu powiedzieć. Postawiłem buty przy własnym plecaku, a potem zrzuciłem z siebie spodnie, a sprzączka paska zaskrzypiała tak samo jak wtedy, gdy rozpinała ją Lily.

   - Co się z tobą ostatnio dzieje, Phil? – Usłyszałem głos dobiegający z sąsiedniego materaca.

W pierwszym momencie naprawdę się wystraszyłem, a potem chłopak usiadł i zapalił lampkę. Natychmiast zmrużyłem z bólu oczy, które zdążyły przyzwyczaić się do słodkiej ciemności.

   - O w mordę, ty krwawisz – powiedział chłopak, wybałuszając oczy ze zdziwienia. – Siadaj!

Spełniłem jego polecenie i klapnąłem na swoim materacu, na którym leżał splątany przez wcześniejsze igraszki śpiwór. Podciągnąłem kolana do brody i objąłem je ramionami, przyglądając się Billowi, który gorączkowo szukał czegoś w swoim plecaku. Szatyn miał na sobie tylko bokserki, więc normalnie odwróciłbym wzrok, ale nie tego wieczora. Obserwowałem każdy jego ruch i kawałek ciała, pochłaniając ten widok z przyjemnością, zupełnie tak, jakbym delektował się przepyszną potrawą kęs po kęsie. Chłopak znalazł w końcu podręczną apteczkę i odwrócił się w moją stronę, więc spojrzałem w ziemię, żałując, że nie mogę przyjrzeć się także i przedniej części jego bokserek.

   - Jak to sobie zrobiłeś? – zapytał, klękając obok mnie.

Czując jego obecność tak blisko siebie, nie mogłem opanować odruchu ucieczki. Z drugiej strony pragnąłem jego bliskości, więc wewnątrz mnie toczyła się istna walka. Mimo to siedziałem na materacu z obojętną miną.

   - Potknąłem się i zahaczyłem o gałąź – wyjaśniłem cicho, nie patrząc na chłopaka.

Will otworzył apteczkę, wyciągnął waciki i wodę utlenioną, a potem położył je na materacu. Później chwycił w obie dłonie moje ramię i obejrzał je pod światło, oceniając głębokość i powagę rany. Chłopak westchnął ciężko i spojrzał na mnie karcąco.

   - Powinieneś bardziej uważać – napomniał mnie.

Chwycił waciki, przycisnął je u podstawy rany, a potem odkręcił buteleczkę z wodą utlenioną i polał nią obficie skaleczone miejsce. Syknąłem głośno, bo szczypało niesamowicie – najwyraźniej gałąź musiała wejść dość głęboko. Z rany pociekła jasnoczerwona piana, a szatyn wycierał ją cierpliwie, a później znów polewał ją płynem. Dopiero gdy skaleczenie było czyste jak łza, Bill wyciągnął gazik jałowy i bandaż, a potem zrobił mi profesjonalny opatrunek. Cały czas, czując jego ręce na własnym ciele, walczyłem ze sobą, żeby go nie dotknąć. Oto on, William Sunlight, w samych bokserkach klęczał obok mnie, dając mi tak wielką okazję…

   - No, skończone – powiedział z dumą chłopak. – A teraz serio pytam, co się ostatnio z tobą dzieje? Martwię się…

Zatopiony w fantazyjnych mrzonkach, ledwo usłyszałem jego pytanie; za bardzo skupiłem się na tym, co mogłoby się stać, gdybym go pocałował i na tym, że nagle serce zaczęło bić mi szalenie mocno, a w bokserkach pojawiła się erekcja.

   - Wiesz, że mi zawsze możesz o wszystkim powiedzieć – kontynuował.

Miałem wrażenie, że bicie mojego serca wypełnia cały namiot; zarumieniłem się ze wstydu, kuląc się jeszcze bardziej, by ukryć to, co rosło mi w kroczu.

   - Nie rozumiem o co ci chodzi – powiedziałem, zresztą prawie zgodnie z prawdą.

Chwyciłem zdrową ręką śpiwór i opatuliłem się nim szczelnie – dopiero wtedy odetchnąłem z ulgą i zdołałem spojrzeć Billowi w twarz, choć wciąż czułem jak palą mnie poliki.

   - Zauważyłem, że mnie unikasz, przecież nie jestem głupi – wyrzucił z siebie po krótkiej chwili.

Zaśmiałem się w duchu – ciekawe czy chłopak przejmowałby się mną tak bardzo, gdyby wiedział, że właśnie mi stoi i to tylko dlatego, że byłem z nim bliżej pierwszy raz od kilku miesięcy.

   - Nie gadaj głupot, nie unikam cię – odpowiedziałem spokojnie.

Bill wstał, dzierżąc na twarzy zirytowaną minę – zaczął chodzić w kółko po namiocie. Nagle stanął i rzucił w moją stronę pytanie:

   - A Lily? Pieprzyłeś się z nią tutaj?

Sam powoli stawałem się poirytowany, tym bardziej, że w bokserkach pulsowała mi boleśnie erekcja. Chciałem pozbyć się tego problemu, ale musiałem poczekać, aż zgasną światła.

   - Nie twój interes – powiedziałem. – A teraz kończ to przedstawienie, bo chcę iść spać.

Will spojrzał na mnie zaskoczony i przez chwilę wyglądał jak zbity pies – już chciałem go przeprosić, bo zrobiło mi się głupio przez moje zachowanie, ale chłopak skrzyżował ręce na piersi.

   - Dobra.

Po czym zgasił lampkę i wsunął się do swojego śpiwora. Nasłuchiwałem jak wierci się na materacu, a potem sam ułożyłem się wygodnie na poduszce i wsunąłem rękę w bokserki. Ująłem swojego penisa i zacząłem poruszać zaciśniętymi na nim palcami w górę i w dół, a bok drugiej dłoni przygryzłem tak, by nie pozwolić żadnemu odgłosowi na wydostanie się na zewnątrz.

Bałem się, że odgłosy masturbacji dojdą do chłopaka, ale ten po chwili pochrapywał już spokojnie, a śpiwór świetnie zagłuszał dźwięki. Zacząłem myśleć o Billu, o tym, co chowa w swojej bieliźnie i o jego ustach, których smaku tak bardzo chciałem spróbować. Wtedy nadszedł orgazm – ciepło wypełniło moje podbrzusze i przez całe ciało przebiegł mi przyjemny dreszcz. Spuściłem się w bokserki i częściowo na rękę, ale nie myślałem o tym, zamiast tego w głowie miałem Willa.

Rano wstałem w mieszanym humorze, tym bardziej, że Bill paradował w samym ręczniku po namiocie, a ja nie mogłem mu się poprzyglądać. Westchnąłem ciężko, bo miałem wyrzuty sumienia po tym, jak wczoraj potraktowałem szatyna.

   - Nie pieprzyłem się z nią. Dzień dobry.

Chłopak podskoczył w miejscu, a ręcznik nieco się poluzował, przyprawiając mnie o palpitacje serca. Odwrócił się w moją stronę, przytrzymując jedną ręką swoje skąpe odzienie i uśmiechnął się.

   - To dobrze. Dzień dobry.

Bill zdawał się być w świetnym humorze, co z kolei zaskoczyło mnie. Co ja bym dał, żeby złapać go w ramiona i obsypać jego twarz pocałunkami, lub chociażby przytulić go mocno… Takie rewolucje emocjonalne od rana nie były dla mnie dobre, bo wraz z myślami rosło moje napięcie seksualne, które przecież musiałem jakoś rozładowywać. Nie chciałem znów masturbować się wieczorem, bo jak tak dalej pójdzie, to nie nadążę z praniem bokserek.

Cóż mogę powiedzieć – wszystko wróciło prawie że do normy. Spędziliśmy ze sobą trzy dni, grając w karty, kąpiąc się w jeziorze i chodząc po lesie. Wspominaliśmy stare dobre czasy, kiedy to spotkaliśmy się po raz pierwszy, ale nie wkraczaliśmy na temat, który został poruszony tamtego wieczora. Pasowało mi to, bo nie wiedziałem co miałem mu powiedzieć, a nie chciałem znów kłamać – co jak co, ale łgania miałem już dosyć. Przez te dni czułem się szczęśliwy, mając chłopaka tak blisko siebie, ale oczywiście musiałem nieustannie ze sobą walczyć. Każdego wieczora musiałem też sobie ulżyć, bo inaczej zwariowałbym od tych wszystkich myśli.

I tak właśnie minął mi cały obóz – w mgnieniu oka i zbyt szybko. Zielona noc nadeszła niespodziewanie, a mi było przykro, że będziemy już wracać do ośrodka, tym bardziej, że pogodziłem się jako-tako z Billem. Jednak ostatni dzień stał się również pamiętnym dniem, który wspominam aż do dzisiaj i który wspominać będę najprawdopodobniej do końca życia.

Siedzieliśmy wszyscy razem przy ognisku pożegnalnym i śpiewaliśmy harcerskie piosenki, piekąc kiełbaski i ziemniaki. Will tego dnia był nieco milczący, ale siedział koło mnie i patrzył w ogień. W pewnym momencie nachylił się do mojego ucha i szepnął:

   - Chodź, musimy porozmawiać.

Spojrzałem na niego zaskoczony, jednocześnie ignorując przyjemny dreszcz, jaki przeszedł mnie przez jego usta, które prawie że musnęły moje ucho. Chłopak wstał i podążył w ciemność w kierunku odwrotnym do obozowiska. Szybko podniosłem się i dogoniłem go; po chwili weszliśmy do lasu, gdzie  było tak ciemno, że nie widziałem nawet czubka własnego nosa i zacząłem trochę panikować, bo szatyn gdzieś zniknął.

   - Billy! – zawołałem, a gdzieś obok mnie zahuczała sowa. – Bill!

Stanąłem w miejscu, żeby nie kręcić się w kółko lub nie przewrócić się znów o wystający konar i zacząłem nasłuchiwać. Nagle koło mnie rozległ się tupot kroków i poczułem, jak ktoś napiera na mnie z siłą, dopóki nie uderzyłem plecami o najbliższe drzewo.

   - Bill? – zapytałem, próbując dostrzec cokolwiek w ciemności. – Bill, to ty?

   - Tak – odpowiedział, a ja poczułem na poliku jego gorący oddech.

   - Co ty…?

Nie zdążyłem nawet dokończyć, bo szatyn przycisnął mocno swoje usta do moich własnych. Zaparło mi dech w piersiach, kiedy jego ręce pojawiły się na moich polikach i zaczęły delikatnie mnie gładzić. W głowie miałem mętlik, bo byłem zbyt zszokowany, by być w stanie racjonalnie myśleć. Nie mogłem nawet oddawać pocałunków – stałem po prostu jak zamurowany, czując obezwładniające gorąco i szorstką korę sosny. Nagle Bill przestał i odsunął się, a jego ręce zsunęły się na moje ramiona. Usłyszałem jak chłopak wciąga głośno powietrze.

   - Prze-przepraszam – wymamrotał, a jego głos brzmiał tak, jakby powstrzymywał się od płaczu. – Ja…

W końcu odzyskałem władzę nad ciałem i przykryłem jego dłoń swoją własną. Splotłem nasze palce i sięgnąłem drugą ręką w ciemność, po omacku szukając jego twarzy. Kiedy natknąłem się na jego policzek, przysunąłem się bliżej i złożyłem pocałunek na jego ustach. Włożyłem w to wszystkie emocje, które do tej pory ukrywałem i poskramiałem, a które tak bardzo pragnęły wyjść na światło dzienne. Chłopak westchnął mi prosto w usta, a potem odsunął się na chwilę.

   - Phil, za tydzień wyprowadzam się z The Wooden Children’s Home.

Zamurowało mnie, ale tym razem z totalnego szoku; nie tego się spodziewałem.

   - Jak.. – Bill przerwał mi namiętnym pocałunkiem.

   - Wiesz dobrze, że skończyłem osiemnaście lat już pięć miesięcy temu, a dyrektor starał się załatwić dla mnie mieszkanie w mieście. Martwiłem się tym ciągle, ale dzisiaj przyszedł list, w którym pan Marshall napisał, że wszystko już jest załatwione i po powrocie mam tydzień na przeprowadzkę, bo jakiś chłopiec czeka na moje miejsce w ośrodku – wyjaśnił, opierając czoło na moim ramieniu.

Słuchałem go uważnie, walcząc z rozpaczą, jaka mnie ogarnęła. Przecież dopiero co pokazałem mu swoje prawdziwe uczucia, nawet się pocałowaliśmy, a on się przeprowadza… Przełknąłem łzy i gulę, która urosła mi w gardle, a potem wplotłem dłoń we włosy chłopaka i przytuliłem się do niego mocniej.

   - Billy? – Szatyn uniósł głowę i spojrzał na mnie.

   - Tak?

Nabrałem powietrza w płuca i wypowiedziałem te dwa pieprzone słowa, które od pieprzonych kilku lat nie dawały mi pieprzonego spokoju.

   - Kocham cię.

Czekałem aż chłopak mnie odepchnie, lub wyśmieje, ale to się nie stało, za to ja poczułem niezwykłą lekkość na duchu. Will objął mnie mocno, przyciskając do swojej piersi, a mi było tak przyjemnie, że miałem aż ochotę zamruczeć.

   - Co powiedziałeś? Powtórz.

   - Kocham cię. Od bardzo dawna.

Bill pochylił się i pocałował mnie delikatnie, a jedna z jego rąk powędrowała na mój kark.

   - Ja ciebie też – szepnął mi do ucha, lekko je podgryzając.

To były słowa, których pragnąłem przez całe życie. W jednej chwili stałem się najszczęśliwszym człowiekiem na świecie; w końcu zostałem w pełni zaakceptowany, a przymus ograniczania siebie samego zniknął. Od tego momentu mogłem robić to, na co miałem ochotę, bo osoba, którą kochałem odwzajemniała moje uczucie.

   - Mam nadzieję, że to mi się nie śni, bo gdybym się obudził, to chyba bym się zabił – wyznałem.

   - Nawet tak nie mów. To dzieje się naprawdę.  – Will uszczypnął mnie boleśnie powyżej obojczyka. – Widzisz? Nie obudziłeś się.

Parsknąłem śmiechem i mimo wątpliwości, uwierzyłem mu.

   - Chodźmy do namiotu, tutaj jest za ciemno – mruknąłem.

Chłopak chwycił mnie za dłoń i pociągnął w lewo – miałem nadzieję, że wiedział dokąd mnie prowadzi. Po chwili znaleźliśmy się na obrzeżu polany, na której wciąż wesoło tańczył płomień i ruszyliśmy w stronę obozowiska. Przemknęliśmy szybko między drzewami, chichocząc jak małe dzieci, a kiedy byliśmy już blisko celu, Bill złapał mnie i podniósł do góry.

  - Posta… - próbowałem zaprotestować, ale szatyn znów uciszył mnie pocałunkiem.

Potem postawił mnie na ziemi, ściągnął buty i zaczął odpinać zamek namiotu. Wpełzłem tuż za nim do środka, a później zapiąłem z powrotem klapę, pogrążając wnętrze w ciemnościach. Nagle poczułem na sobie duże i ciepłe dłonie Willa, wkradające się delikatnie pod moją koszulkę. Nie chciałem pozostać chłopakowi dłużny, więc chwyciłem za zamek jego bluzy i rozpiąłem ją jednym ruchem. Już nie wstydziłem się tego, że z przodu moich spodenek odznaczała się twarda wypukłość, bo Bill był w takim samym stanie.

   - Zapal światło – poprosiłem.

Szatyn odsunął się ode mnie niechętnie i zaczął szukać włącznika lampki, a ja w tym czasie pozbyłem się górnej części garderoby. Chłopak zapalił światło i tak samo jak ja, zmrużył przyzwyczajone do ciemności oczy. Przyjrzałem się jego twarzy, na której widniał duży rumieniec, a potem zerknąłem w dół, na jego erekcję, która mocno odznaczała się z przodu spodenek. Już sama myśl o tym, że to ja spowodowałem u niego taki stan, przyprawiała mnie o jeszcze większe podniecenie.

   - Chodź tu. – Bill wyciągnął w moją stronę ramiona.

Szatyn chwycił mnie i mocno przytulił; staliśmy, obejmując się mocno, tak, jakbyśmy chcieli nadrobić wszystkie te lata, kiedy nie wiedzieliśmy o swoich uczuciach.

   - Jest jeszcze coś – szepnął mi do ucha Will, przez co znów przeszły mnie dreszcze. – Usiądźmy i pogadajmy.

Chłopak klapnął na swoim materacu, a potem położył się na plecach. Niewiele myśląc po prostu usiadłem mu na biodrach, tak jak wcześniej Lily siedziała na moich.

   - No? Słucham? – Zachęciłem go, ściągając mu bluzę i koszulkę.

Bill uśmiechnął się zawadiacko, a w jego oczach zobaczyłem pożądanie, które jeszcze bardziej mnie podkręciło.

   - Wydostanę cię z The Wooden Children’s Home. Zamieszkasz ze mną, obiecuję – powiedział, patrząc na moją reakcję.

A co ja miałem zrobić? Poczułem tak wielkie wzruszenie, że przez chwilę myślałem, że się popłaczę. Chłopak przyciągnął mnie do siebie, więc położyłem się na jego torsie, głęboko oddychając. Ręka Billa wplotła się w moje włosy i zaczęła delikatnie mnie gładzić. Wtedy chciałem, żeby czas zatrzymał się na zawsze, tak było mi dobrze w jego ramionach; pierwszy raz od pięciu lat czułem się bezpieczny, a przyszłość malowała się w jasnych barwach.

   - Czemu nic nie mówisz? Nie chcesz ze mną mieszkać? – zapytał Will, niby to zmartwiony.

Spojrzałem na niego z oburzeniem.

   - Jak mogłeś w ogóle tak pomyśleć?

Dopiero wtedy wyczytałem z jego twarzy, że chłopak stroił sobie ze mnie żarty.

   - Wyglądasz niesamowicie pociągająco, kiedy się złościsz – wymruczał mi do ucha, lekko je gryząc.

Chłopak przewrócił mnie na plecy i tym razem to on znalazł się nade mną, a potem pocałował mnie mocno, z uczuciem.

   - Nawet nie wiesz, jak cię pragnę – powiedziałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język.

Bill zachichotał lekko zaskoczony moją bezpośredniością, ale chwilę później na jego ustach pojawił się zawadiacki uśmiech.

   - Na pewno nie tak bardzo, jak ja ciebie – odparł, składając pocałunek na mojej szyi, a potem zjeżdżając niżej, na tors.

Z przyjemnością oddawałem się jego pieszczotom, jednocześnie nie będąc mu dłużnym. Chwyciłem za klamrę od pasa i rozpiąłem ją, a później zsunąłem mu spodnie. Will dokończył mojego dzieła, więc dolna część jego garderoby wylądowała gdzieś pośrodku namiotu, gdzie zostawiłem swoją koszulkę. Zgiąłem nogę w kolanie i z premedytacją otarłem się nim o krocze chłopaka, zahaczając o jego penisa. Billy przymknął z zadowoleniem oczy i zamruczał.

   - Co robiłeś wtedy z Lily? – zapytał nagle, przerywając.

Jedna z jego rąk dotarła już do pępka i skradała się niżej, do paska spodni, rozpraszając mnie.

   - Mieliśmy się pieprzyć.

Spodnie zostały rozpięte, a ja leżałem w samych bokserkach.

   - I ty się na to zgodziłeś?- Kolejne pytanie, zadane zazdrosnym tonem głosu.

Jego palce zahaczyły o gumkę bielizny, drocząc się ze mną.

   - Tak.

   - Dlaczego?

Mój schowany w bokserkach penis domagał się dotyku Billa jak jeszcze nigdy dotąd.

   - Bo skoro nie mogłem mieć ciebie, chciałem spróbować z kobietą.

Zsunął mi bokserki, specjalnie nie dotykając mojego najczulszego miejsca, ale wystawiając je na ekspozycję.

   - I co, coś poszło nie tak?

   - Wszystko.

Poczułem jak jego duża dłoń ujmuje w końcu mojego penisa.

   - Co, nie byłeś w stanie się podniecić?

Zacisnąłem usta z przyjemności, kiedy Bill zaczął powoli ruszać ręką w górę i w dół.

   - Tak, to znaczy nie. – Przerwałem, by nabrać oddech. – Stanął mi, kiedy wyobraziłem sobie, że Lily to ty.

Chłopak uśmiechnął się zadowolony.

   - Dobra odpowiedź.

Nie zdążyłem nawet nic powiedzieć, kiedy Will zszedł niżej i objął ustami czubek mojego penisa. Zalała mnie gorąca fala przyjemności, a szatyn zaczął ruszać miarowo głową, doprowadzając mnie do szaleństwa. Doszedłem szybko, będąc pewien, że jak do tej pory, ten orgazm był najlepszy ze wszystkich w moim życiu. Spuściłem się chłopakowi w usta, zaskakując tym nas obydwu. Kiedy Bill spojrzał na mnie, po brodzie ściekała mu strużka białego płynu, a w oczach nadal paliły się podniecone ogniki.

   - Chcesz to zrobić? – zapytałem wprost, akcentując środkowe słowo.

   - Tylko jeśli ty chcesz tego tak samo mocno.

Popchnąłem chłopaka tak, że znów leżał na plecach, a ja na jego biodrach, czując jego twardego penisa wbijającego się w moje krocze.

   - Oczywiście, że chcę.

Jakby na potwierdzenie tych słów, poruszyłem biodrami, ocierając się o chłopaka. Bill przymknął oczy, oddychając głęboko z przyjemności.

   - W apteczce jest wazelina – mruknął chłopak, patrząc w stronę pudełka leżącego na podłodze.

Zrozumiałem o co mu chodziło, więc wstałem i podszedłem do swojego materaca. Wyciągnąłem z apteczki pojemnik, przy okazji ściągając bieliznę. Odkręciłem wieczko, nabrałem nieco białej mazi na palce i powąchałem ją. Nie miała zapachu, za to była przyjemnie chłodna.
Tymczasem Will ściągnął swoje bokserki i rzucił nimi we mnie, uśmiechając się jak psocący dzieciak. Spojrzałem na niego, leżącego na materacu w całej swej nagiej okazałości, czekającego na mnie. Chłopak ujął swojego penisa i zaczął powoli poruszać ręką w górę i w dół, a ja wyobraziłem sobie, że jego członek jest we mnie i porusza się tak miarowo. Przeszły mnie dreszcze, ale po co o tym myślałem, skoro za chwilę miało się to wydarzyć naprawdę?

Moja ręka sama wiedziała już co ma robić – to nie był pierwszy raz, kiedy sam pieściłem się w taki sposób, więc po chwili czułem już w sobie dwa palce i poruszałem nimi, przygotowując się na coś o wiele większego. Robiąc to, stałem tuż przed Billem, a chłopak wręcz pożerał mnie wzrokiem, dzierżąc na twarzy zadowolony uśmiech.

   - Phil, mały fetyszysta z ciebie – zachichotał.

Skończyłem przygotowania, więc powoli zbliżyłem się do Willa, czując na sobie jego wzrok. Gdybym nadal był w ubraniu, siła jego spojrzenia momentalnie by mnie jego pozbawiła.

   - Twój fetyszysta – sprostowałem, zajmując moje wcześniejsze miejsce na biodrach chłopaka.

Pochyliłem się i pocałowałem go, jednocześnie chwytając prawą ręką nasze penisy. Chwilę później nasada jego członka powoli wchodziła we mnie, nie do końca bezboleśnie, ale było to niesamowite uczucie. Nie tylko dlatego, że był to mój pierwszy seks, ale głównie z tego powodu, że robiłem to z Billem.

   - Boli? – zapytał szatyn.

   - Tylko trochę – odparłem.

Kiedy cała nasada jego penisa zniknęła w moim wnętrzu, przestałem się ruszać, by przyzwyczaić się do tego uczucia. Po minucie i kilku głębokich oddechach docisnąłem swoje biodra do ciała chłopaka, tak, że jego członek wszedł do końca. Bill jęknął, a mnie przeszły dreszcze od stóp do głów. Nagle szatyn podniósł się i objął mnie, a potem ułożył na brzuchu na materacu. Podczas tego wszystkiego jego penis nadal był wewnątrz mnie, przez co było mi niezwykle przyjemnie.

   - Nie mogę już wytrzymać – jęknął mi do ucha i jednocześnie mocno pchnął we mnie.

Zacisnąłem zęby i oczy, opierając się na łokciach i rozszerzając nogi. Bill zaczął miarowo się poruszać, a jedna z jego dłoni chwyciła mojego na nowo nabrzmiałego członka. To była chwila, o której śniłem wiele razy i która przyprawiała mnie nie raz o przyspieszenie pulsu. Ale tym razem to nie było wyobrażenie, tylko rzeczywistość.

Chłopak poruszał się coraz szybciej; jego członek wychodził ze mnie prawie w całości, a potem z siłą wchodził aż po same jądra. Odgłosy temu towarzyszące rozchodziły się po całym namiocie, więc ktoś, kto znalazłby się w pobliżu, na pewno by je usłyszał, ale nic mnie to nie obchodziło. W końcu miałem Billa całego dla siebie i tylko to się dla mnie liczyło.

Nagle szatyn przewrócił mnie gwałtownie na plecy i schylił się, by złączyć nasze usta w gorącym pocałunku. Wciąż poruszał się coraz szybciej, a ja poczułem zbliżający się orgazm. Ciepło rozeszło mi się po podbrzuszu i spuściłem się na własny brzuch i śpiwór Billa, czując jak każdy mięsień mojego ciała spina się w spazmie rozkoszy. W tym momencie chłopak pchnął we mnie mocno i znieruchomiał, zaciskając zęby i oczy w uczuciu ekstazy. Wewnątrz mnie rozlało się gorąco, ale ledwo o tym myślałem, bo leżałem na poduszce, ciężko oddychając, w głowie mając mętlik. Chłopak opadł na mnie bez sił, a jego członek wysunął się ze mnie.

   - To… było… niesamowite – wysapał mi do ucha.

   - Niesamowite to za mało powiedziane – odparłem, uśmiechając się.

Leżeliśmy tak w ciszy i bezruchu, uspokajając oddechy, kiedy w końcu szatyn przewrócił się na plecy obok mnie.

   - Kocham cię – mruknąłem mu do ucha. – A teraz chodźmy wykąpać się w jeziorze, bo ktoś tutaj bardzo narozrabiał i tym razem to nie tylko ja.

Chłopak próbował mnie pocałować, ale uciekłem mu ze śmiechem, odsuwając się. Wstałem, chwyciłem swój ręcznik i rozpiąłem namiot. Wyszedłem na zewnątrz i nabrałem w płuca zapach lasu nocą i czekałem, aż Bill za mną pójdzie. Szatyn pojawił się obok chwilę później i złapał mnie za rękę – splótł nasze palce, a potem uniósł je do góry i pocałował grzbiet mojej dłoni. Robiąc to, patrzył na mnie z uczuciem.

Ruszyliśmy ścieżką w stronę jeziora, trzymając się za ręce i dyskutując o przyszłości, o tym jak to będzie, gdy razem zamieszkamy, a nasze marzenia się spełnią. Dotarliśmy na brzeg jeziora – rzuciliśmy okrywające nas ręczniki pod jedno z drzew i staliśmy chwilę, patrząc na księżyc odbijający się w wodzie.

   - Mogę liczyć na rundę drugą, prawda? – wyszeptał mi do ucha chłopak.

   - Już za dużo dzisiaj narozrabiałeś – odparłem, wpychając go do zimnej wody.

Bill padł na plecy z okrzykiem zaskoczenia, ale widząc moją rozbawioną minę, także się uśmiechnął.

   - No wiesz co… Chyba powinienem się obrazić – mruknął, a jego twarz przybrała wyraz upodabniający go do zbitego psiaka.

   - Rób co chcesz.

Mówiąc to, wszedłem do wody i pocałowałem go namiętnie. Później oczywiście nadeszła druga runda, ale tym razem przynajmniej nie nabrudziliśmy w namiocie. Zresztą, to była zielona noc, podczas której wszystkie chwyty są dozwolone.

5 komentarzy:

  1. Cudowny one shot :3 mam nadzieję, że razem zamieszkali xd
    No to teraz znowu czekamy tydzień na kolejny rozdział :D
    Jak ten czas się dłuży :c
    Pozdrawiam <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam sposób w jaki piszesz. Naprawdę podobają mi się wszystkie Twoje opowiadania i one shoty, ale ten szczególnie przypadł mi do gustu. Nie mam pojęcia dlaczego, ale po prostu jest świetny :3
    Pokochałam bohaterów. Ogólnie strasznie lubię wykreowane przez Ciebie postacie. Kocham~
    Z niecierpliwością czekam na kolejne notki^^
    PS. Zapraszam również do siebie: opowiadania-slash-desire.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo ciekawy one shot, aczkolwiek nie zmienia faktu, że jestem głodna kolejnego rozdziału
    Mam nadzieje, ze nie zapomniałaś, iż jest dzisiaj niedziela XD Ale no na wszelki wypadek, tak jak w tamtym tygodniu- przypomnę XD
    Eh, Twoje opowiadanie jest tak szczególne, że najbardziej nie mogę się doczekać kontynuacji jego właśnie XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam,
    wspaniały tekst obaj chłopcy byli w sobie zakochani i ukrywali to przed sobą, aby ta druga osoba nie odeszła, aż do tej wycieczki....
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  5. Nienawidzę Zielonych Nocy!! Tylko dlatego, że ma się świadomość, że to już koniec - i masz wszędzie pastę do zębów :v Tutaj pasta do zębów została przedstawiona nieco sprośniej :')))
    Ten one-shot mi się bardzo podobał, przypomniał mi o chwilach na kolonii *^* Nigdy jednak nie spałam w namiocie...
    Bill, Will - jak ta cholera ma w końcu na imię? W środku się pogubiłam :'D
    Niemniej jednak opowiadanie uroze, prosto i zwięźle opisane i pełne niewinnych uczuć :3

    --
    bytaasteful.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Dziekuję za komentarz :)