Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrysler cruiser PT rulez. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chrysler cruiser PT rulez. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XLIX

4 komentarze:

Na miejsce dotarliśmy trochę szybciej, niż przewidywał to GPS, a Chrysler dawał sobie wspaniale radę, pokonując leśną wyboistą dróżkę, która na domiar złego pokryta była warstwą świeżego śniegu. Bill zaparkował tuż przy drewnianym domku, a potem wszyscy zaczęliśmy ubierać kurtki.

   - Dotarłeś do celu. Dziękuję za współpracę – powiedział wszechwiedzącym tonem GPS, po czym automatycznie się wyłączył.

Wysiadłem z auta, zanurzając stopy w białej zaspie, chłonąc oczami bardzo ładny widok: pośrodku lasu, na skraju niczego, na polanie nie wiadomo gdzie, stał drewniany, dosyć spory domek z kominem. Jedyną oznaką tego, że dotarła tu cywilizacja, były druty wysokiego napięcia przebiegające w poprzek przez las. Nagle potężny podmuch wiatru owionął mnie, wyjąc mi w uszach i sprawiając, że musiałem cofnąć się o dwa kroki i schronić przy tylnym zderzaku auta. Bill otwierał właśnie bagażnik, wyciągając po kolei nasze torby i wręczając je Philowi i Alexowi. Sam mężczyzna wziął zakupy, a mi wręczył jedynie paczkę papieru toaletowego, po czym zamknął klapę i włączył pilotem blokadę drzwi. Ruszyliśmy w stronę domku, Phil z kluczami na przedzie, za nim Smith, a na końcu ja z Billem. Nikt nie był w nastroju do pogawędki, czy nawet do rzucenia żartem – każdy chciał jak najszybciej znaleźć się z dała od tego zimna.

   - Witam w Chatce Hagrida – powiedział Phil, rzucając torby na podłogę. – Nazwa oczywiście jest wspaniałym pomysłem Billa – chłopak odwrócił się i puścił swojemu mężczyźnie oczko, a potem ostentacyjnie włączył światło.

Wystrój wnętrza aż zaparł mi dech w piersi; chatka w środku składała się z jednego, dużego salonu i połączonego z nim aneksu kuchennego. Ściany zrobione były z nieociosanych drewnianych bloków, a na podłodze wyłożonej panelami, leżał duży, puchaty dywan. Centrum pokoju stanowił kominek – teraz ciemny i zimny – na którym stały duże, białe świece noszące już ślady użytkowania. Na ścianie wisiało trofeum składające się z wielkiego jeleniego poroża, obok niego wisiał ogromny łapacz snów, a jeszcze dalej, zawieszono na ścianie myśliwską strzelbę. Mi osobiście najbardziej spodobał się wielki narożnik, który był praktycznie jedynym meblem znajdującym się w tym pomieszczeniu – naprzeciw niego, trochę zakłócając wystrój salonu swoją nowoczesnością, na ścianie wisiał spory telewizor.

   - To jest nasz skromny salon – mruknął Phil, jakby od niechcenia. – Bill wszystko urządzał, świetnie to wygląda, prawda?

Ja i Alex pokiwaliśmy zgodnie głowami.

   - Wy będziecie spali tutaj, na narożniku. Jest jeszcze wygodniejszy niż nasze łóżko, które znajduje się na górze – wskazał na schody w kącie pokoju. – Jeszcze rok temu nie mieliśmy tu prądu i grzaliśmy tylko i wyłącznie za pomocą kominka. Ale za to ja tu było romantycznie kiedy nie mieliśmy elektryczności! Wszędzie stały świece i chodziliśmy z takimi starymi lampami na naftę. Czuliśmy się, jakbyśmy trafili na jakąś dziurę w czasoprzestrzeni i cofnęli się w czasie!

Nagle przypomniało mi się, że miałem dać mamie znać, że nasza podróż odbyła się bez żadnych niespodzianek i że wylądowaliśmy cali i zdrowi. Wyciągnąłem z kieszeni telefon Smitha, który jakoś tak dobrze w niej leżał i zobaczyłem, że zamiast pięciu kropek oznaczających doskonały zasięg, w rogu ekranu wyświetla się informacja „Brak sieci”.

   - Niestety, ale to jest właśnie minus wczasów w Chatce Hagrida – mruknął z uśmiechem Phil. – Prąd mamy, ale zasięg sieci i Internet tu nie dochodzą. To była wymówka Billa do rozpoczęcia kolekcjonowania płyt z filmami. Oczywiście zaczął od Harrego Pottera.

Bill przewrócił oczami i poszedł do aneksu kuchennego, by położyć zakupy na dębowym stole. Zaczął rozpakowywać torby i wkładać produkty do szafek i lodówki. To nas jakoś rozruszało, więc wzięliśmy swoje bagaże i spojrzeliśmy na Phila z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy.

   - Swoje rzeczy możecie włożyć do skrzyni przy kominku – chłopak wskazał na drewniany wielki przedmiot stojący przy przeciwległej do nas ścianie. – W środku są koce, więc jak będzie wam zimno, to wiecie gdzie szukać.

W tym samym czasie Bill wrócił do nas i oznajmił:

   - Alkohol już się chłodzi, a ja zaraz wezmę się za odgrzewanie spaghetti. Trzeba tylko wybrać film i nazbierać chrustu do kominka.

Alex, słysząc to, wypiął dumnie pierś, stwierdzając zapewne, że jako prawdziwy i dzielny mężczyzna, zajmie się najbardziej męskim zajęciem.

   - To ja przejdę się po chrust – powiedział, zapinając kurtkę pod samą szyję.

Przewróciłem oczami i zacząłem się ubierać – w życiu nie puściłbym Alexa żeby pałętał się sam po ciemnym lesie, w którym był pierwszy raz w życiu.

   - Phil, dasz nam jakieś latarki? – Zapytałem, przygotowując się na wyjście na ziąb.

Chłopak sięgnął do szafki przy drzwiach i wyciągnął dwie spore latarki i podał nam po jednej. Swoje ważyły, ale widać było, że dobrze nam posłużą.

   - Przejdźcie przez polanę ścieżką i poszukajcie chrustu na skraju lasu. Powinniście go trochę znaleźć. Najlepsze będą sosnowe gałęzie, bo szybko się palą - poinstruował nas Bill. - Ano, i nie odchodźcie zbyt daleko, bo możecie się zgubić, a przy takiej pogodzie i o tej godzinie szwendanie się po lesie nie jest najlepszym pomysłem.

Alex pokiwał głową, ale ja widziałem, że nie słuchał już Sunglighta, tylko myślał o czymś zupełnie innym.

   - Dobra, to idziemy! – Wykrzyknął rozochocony Smith, a ja zrobiłem tak nieentuzjastyczną minę, że Bill aż parsknął śmiechem.

Otworzyliśmy drzwi, wpuszczając do środka podmuch wyjącego wiatru, a wraz z nim tuman śniegowego puchu i wyszliśmy w ziąb. Okazało się, że latarki nie były nam prawie potrzebne, bo wszechogarniająca biel i szare mimo godziny niebo sprawiały, że widoczność była taka jak w dzień. Ruszyliśmy polaną w stronę lasu, zatapiając się nogami w śniegu i mocząc sobie nogawki. Maszerowaliśmy raźno, więc nie było aż tak zimno, jak spodziewałem się, że będzie, nie licząc momentów, gdy wicher owiewał nas od stóp do głów. Po kilkunastu minutach dotarliśmy już do skraju lasu i obróciłem się, żeby spojrzeć na Chatkę Hagrida, która teraz znajdowała się daleko w tyle, praktycznie niewidoczna. Alex w tym czasie wyprzedził mnie o kilkanaście kroków, więc podbiegłem truchtem żeby go dogonić. Zaczęliśmy rozglądać się za gałęziami, ale wszystko pokryte było śniegiem, za to w środku lasu, gdzie wysokie korony drzew zatrzymały cześć opadającego puchu, na ziemi leżało pełno chrustu.

   - Chodź, nie ma sensu tutaj szukać, bo musielibyśmy kopać pod śniegiem żeby cokolwiek znaleźć. Wejdźmy na chwilę do lasu, weźmy co potrzebujemy i zmywajmy się do domu.

Kiwnąłem głową na znak zgody i ruszyłem przodem ledwie widoczną ścieżką. Po kilkunastu krokach zrobiło się tak ciemno, że musieliśmy włączyć latarki, żeby widzieć gdzie idziemy. Alex co chwilę pochylał się żeby podnieść gałązki z ziemi, otrzepując je ze śniegu; było ich tak dużo, że po chwili mieliśmy już ich sporą kupkę i stwierdziliśmy, że możemy wracać. Odwróciliśmy się na piętach, przeszliśmy kilka kroków po własnych śladach, kiedy doszło do nas głośne chrząkanie. Poświeciłem latarką trochę wyżej, na kraniec ścieżki i Alex wciągnął głośno powietrze w płuca.

   - Zgaś to! – Syknął, ale zrobiłem to dopiero po chwili, nie mogąc nagle znaleźć wyłącznika.

Dzik zdążył nas zauważyć i ruszył w naszą stronę truchtem, a za nim reszta jego małego stadka. Niewiele myśląc, puściliśmy się biegiem na oślep, zbaczając ze ścieżki. Bezlistne gałęzie krzewów smagały nas po twarzach, a za sobą słyszeliśmy coraz głośniejsze pochrząkiwania i od czasu do czasu kwiki. Alex zaklął głośno kiedy latarka wypadła mu z kieszeni i zniknęła w śniegu. Biegliśmy dalej, gubiąc po drodze trochę chrustu.

   - Tutaj! – Ryknął Alex, ciągnąc mnie za kaptur kurtki w stronę kolejnej polany znajdującej się tuż przed nami.

Wybiegliśmy na samym jej skraju i zobaczyliśmy stojącą kilka metrów od nas myśliwską ambonę. Ruszyliśmy w jej stronę ostatkiem sił, a ja obejrzałem się szybko przez ramię żeby zobaczyć, że stadko dzików właśnie wyłoniło się z lasu. Dopadliśmy do drabiny, która prowadziła na sam szczyt ambony i Alex zaczął mnie po niej wpychać na górę.

   - Wchodź, szybko! Dasz radę!

Ale moje zmarznięte ręce odmawiały mi posłuszeństwa, a palce ślizgały się na szczeblach drabiny. W uszach słyszałem oszalałe bicie mojego serca, płuca wdychały zachłannie zimne powietrze, domagając się go coraz więcej. Zakręciło mi się w głowie. Dziki były tuż-tuż kiedy Smith rzucił to, co pozostało nam z chrustu na ziemię koło ambony i sam zaczął wspinać się w górę. Natomiast ja, kiedy dotarłem już do budki, odzyskałem nieco funkcję logicznego myślenia; położyłem się na brzuchu i wyciągnąłem ręce do mojego chłopaka, w których czułem teraz przypływ siły pochodzący od zastrzyku adrenaliny. Smith chwycił moje dłonie, całkowicie zdając się na mnie, a ja podciągnąłem go mocno w momencie gdy dziki oparły się o drabinę i zaczęły wąchać ziemię dookoła, nie wiedząc, gdzie podziały się ich zdobycze. Wciągnąłem Alexa do budki, a ten padł na mnie, ciężko oddychając.

   - Ja pierdole – wysapał tuż przy moim uchu.

Leżeliśmy tak chwilę, uspokajając oddechy (jak po bardzo intensywnym stosunku), po czym Alex objął mnie mocno.

   - Nic ci nie jest? – Zapytał zmartwiony.

Zaśmiałem się w odpowiedzi, dając upust całemu strachowi i stresowi, który przed chwilą doświadczyłem. Przez moment naprawdę myślałem, że nie wyjdziemy z tego cało, ale jakoś się nam udało.

   - Nie licząc kilku zadrapań na twarzy od zdzielenia gałęzią, to nic mi nie jest. A z tobą wszystko okej?

Alex zszedł ze mnie i przewrócił się na plecy, kładąc się tuż obok mnie.

   - Uratowałeś mi życie, Gabe. Dziękuję.

Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo ton jego głosu był śmiertelnie poważny.

   - Nie ma za co. Wiesz, śmierć poprzez rozszarpanie przez dziki nie wpisywałaby się raczej w motyw ars bene moriendi.

Alex parsknął śmiechem, a ja mu zawtórowałem. Z dołu nadal dochodziły do nas pochrząkiwania, ale już nie tak entuzjastyczne jak wcześniej, więc dziki najwyraźniej powoli traciły nami zainteresowanie. Po chwili z okna ambony zobaczyliśmy, że stadko znika w lesie po drugiej stronie.

   - Odczekamy jeszcze chwilę, by się upewnić, że nie wrócą, a potem zejdziemy i poszukamy ścieżki. Masz latarkę? – Zapytał Smith, klepiąc się po swojej pustej kieszeni kurtki.

Kiwnąłem głową na znak twierdzącej odpowiedzi.

   - Dobrze – mruknął Alex z ulgą. – Ja zejdę pierwszy i jeśli wszystko będzie w porządku, to zawołam cię i wtedy też zejdziesz.

Chłopak ruszył w dół drabiną i po kilku minutach, które dłużyły mi się niemiłosiernie, zawołał mnie, wiec również zszedłem na ziemię. Smith wziął pod pachę resztę chrustu i ruszyliśmy w stronę, z której przybyliśmy, rozglądając się na boki. Weszliśmy do lasu, odnaleźliśmy ścieżkę, a ja oświetlałem ją nieustannie latarką. Szliśmy w ciszy, nasłuchując chrząkania, ale nie usłyszeliśmy nic niepokojącego. Bez trudu dotarliśmy do polany, na której skraju stała Chatka Hagrida i z ulgą prawie puściliśmy się biegiem. Kilka minut i staliśmy już pod drzwiami domku, ciężko oddychając, cali i zdrowi. Wpadliśmy do środka, gdzie pachniało słodko makaronem i pomidorami.

Phil siedzący z Billem przy stole zerwał się i podbiegł do nas.

   - Co tak długo? Już się zaczynałem martwić! Macie szczęście, bo jeszcze chwila, a normalnie powiadomiłbym jakieś służby, że się zgubiliście – powiedział swoim charakterystycznym żartobliwym tonem, ale widać było, że naprawdę był zmartwiony.

Bill podszedł do nas, przejął chrust od Alexa i położył go na kaloryferze.

   - Tak wyszło – mruknął zawstydzony Smith, zerkając na mnie.

Nie miałem ochoty dzielić się nasza historią z chłopakami, wiec tylko wzruszyłem ramionami, kiedy Phil spojrzał na mnie, oczekując jakiejś bardziej konstruktywnej odpowiedzi.

   - Więc pewnie wzięło was na świntuszenie, skoro nie chcecie się przyznać – podsumował Lewison, przewracając oczami.

Ani ja, ani Alex nie zaprzeczyliśmy ani nie potwierdziliśmy jego teorii, ale Phil wiedział swoje. Ściągnęliśmy kurtki i buty, po czym zrzuciliśmy z siebie mokre spodnie i przebraliśmy się w suche ciuchy. Bill nakrył już do stołu – stały na nim cztery czarne talerze i misa z parującym spaghetti oraz po kubku herbaty dla każdej osoby.

Pochłonęliśmy kolację w rekordowym tempie i zalaliśmy się ciepłą herbatą. Od tej przyjemności zrobiłem się senny, ale mimo, że było już po północy, nikt nie kwapił się, by iść spać.

   - Jaki film wybrałeś, Phil? – Zapytał Alex, klepiąc się z zadowoleniem po pełnym brzuchu.

   - Oczywiście horror: To – wyszczerzył się.

Bill pozbierał brudne naczynia i włożył je do zlewu, a my ruszyliśmy za Philem do salonu. Klapnęliśmy na wielkim narożniku i przykryliśmy się pod same brody kocami. Wtedy nadszedł Sunlight, niosąc szklanki z whisky i colę, a Phil majstrował przy odtwarzaczu.

   - Zagrajmy w grę – powiedział nagle tajemniczo Lewison, odwracając się do nas twarzą. – Za każdym razem kiedy zobaczymy klauna Pennywise’a, wypijamy trzy łyki drinka. Co wy na to?

Nikt nie odpowiedział, ale wszyscy uśmiechnęli się na ten pomysł i Phil już wiedział, że się zgodziliśmy.

***

Była już chyba z trzecia nad ranem kiedy film się skończył, a my wypiliśmy już prawie cały alkohol. To okazało się świetnym horrorem, wręcz klasykiem, i uważałem tak zarówno kiedy byłem wstawiony, i potem, gdy już wytrzeźwiałem. Zgodnie z zasadami piliśmy trzy łyki kiedy na ekranie pojawiał się klaun i choć efekty specjalne nie powalały na kolana, było w nim coś niepokojącego. Alex zaczął się do mnie kleić mniej więcej w połowie filmu, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało – Phil leżał obok nas z głową na kolanach Billa, skupiając się na telewizorze i co jakiś czas ziewając ze zmęczenia. Nie było nawet po nich widać, że pili alkohol. Mi natomiast było gorąco, a ciepło buchające od Alexa jeszcze to potęgowało. W pewnym momencie poczułem jego dłoń na swoim udzie, przez co przeszły mnie przyjemne dreszcze. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, nikt nie kwapił się, by sięgnąć po pilota leżącego na stoliku przed nami i wyłączyć telewizor.

   - Chyba pora się kłaść – powiedział Bill, podnosząc się z kanapy.

Mężczyzna chwilę stał nad drzemiącym Philem, po czym po krótkim namyśle wziął go na ręce jak dziecko.

   - Łazienka jest przy schodach, a czyste ręczniki leżą przy umywalce. Życzę wam dobrej nocy.

Bill zaczął wspinać się po schodach, uważając, by nie zahaczyć głową Phila o poręcz. Na górze trzasnęły drzwi i słychać było kroki nad naszymi głowami, a potem skrzypienie sprężyn łóżka gdy Sunlight położył na nim swojego chłopaka.

   - Jak się będą bzykać, to będziemy słyszeli tutaj cały koncert – skomentował Alex.

Zachichotałem, słysząc jak Bill schodzi po schodach i zamyka się w łazience. Zza ściany doszedł do nas odgłos wody lecącej z kranu, a na górze, nad naszymi głowami Phil mamrotał coś przez sen.

   - I oni nas by usłyszeli też – mruknąłem, trochę gubiąc składnię.

Alex parsknął śmiechem, patrząc mi w oczy, a po chwili przylgnęliśmy do siebie ustami z zachłannością. Padłem na plecy, a Smith położył się na mnie, wyciągając spomiędzy nas koc, by nic nie stało na przeszkodzie naszym ciałom. Wplotłem dłonie we włosy chłopaka i wypchnąłem biodra lekko w górę, by go sprowokować. W tej samej chwili na podłogę spadła pusta butelka od whisky, a Bill wyszedł z łazienki i ruszył do swojej sypialni. Oderwaliśmy się od siebie, oddychając ciężko i roześmialiśmy się znów nie wiadomo z czego.

   - Potrzebuję prysznica – wyznałem Alexowi tonem, jakbym co najmniej mówił mu, że go kocham.

Po tak długiej podróży czułem się niesamowicie brudny, wręcz oślizgły. Smith westchnął głęboko i podniósł się do siadu, a ja zrobiłem to samo. Zakręciło mi się w głowie, a kiedy próbowałem wstać, zatoczyłem się w bok, ale Alex złapał mnie za biodra i zmusił, bym usiadł mu na kolanach. Włożył mi ręce pod koszulkę i zaczął gładzić mnie po torsie, a jego usta złożyły pocałunek na moim karku. Śmiejąc się, odepchnąłem go i wstałem, potykając się o pustą butelkę. Odzyskałem jednak równowagę i wyzywająco spojrzałem na chłopaka, który nadal nie zebrał się z kanapy. Ostentacyjnie, powoli i zmysłowo ściągnąłem koszulkę i rzuciłem nią w Alexa, który wyglądał, jakby zaraz miał spłonąć. Śmiejąc się, ruszyłem do łazienki, zostawiając chłopaka samego w salonie.

Wziąłem szybki prysznic, cały czas mając nadzieję, że Alex do mnie dołączy, ale to się nie stało – za to słyszałem ciche pochrapywanie dochodzące z górnego piętra i odgłosy krzątania w salonie. Po umyciu zębów wyszedłem ubrany już w pidżamę i nakryłem Smitha na usilnych próbach pościelenia łóżka. Chłopakowi udało się otworzyć narożnik i wyciągnąć pościel, a nawet posprzątać wszystko ze stolika, ale nadal lekko się zataczał i rozścielenie prześcieradła najwyraźniej było zbyt trudną do wykonania czynnością. Ja już nieco wytrzeźwiałem, więc podszedłem do niego i pomogłem mu pościelić łóżko. Oczywiście nie obeszło się bez rannych – raz Alex uderzył się o kant stolika w mały palec u stopy, ja natomiast walnąłem się w kolano, łapiąc Smitha za ramię i ratując go przed upadkiem gdy potknął się o dywan. Nadal było nam wesoło i koszykarz uparcie się do mnie dobierał, więc wygoniłem go do łazienki, a potem przez następne piętnaście minut nasłuchiwałem, czy wszystko jest z nim w porządku, bo oczami wyobraźni widziałem, jak przewraca się pod prysznicem i rozbija sobie głowę. Czekając na niego ogarnęła mnie tak wielka senność, że nie miałem siły z nią walczyć i usnąłem, leżąc na kanapie w salonie Chatki Hagrida. Obudziłem się tylko na moment, gdy Alex położył się tuż obok mnie i wtulił się we mnie, pachnąć whisky i pastą do zębów.

***

Ranek był trudny dla każdego z naszej czwórki; obudziłem się z bólem głowy z Alexem wtulonym w moją pierś. Okropnie chciało mi się pić, więc delikatnie wysunąłem się z objęć chłopaka i poszedłem boso do kuchni. Nalałem sobie wody do szklanki i wypiłem ją jednym haustem. W tym samym momencie Bill zszedł na dół schodami, z rozczochraną czupryną, trzymając z kąciku ust papierosa. Obaj skrzywiliśmy się, kiedy odsłoniłem rolety w kuchni, by wpuścić do środka trochę światła.

   - Kawy?

   - Chętnie – mruknąłem, nie mogąc powstrzymać ziewnięcia.

Bill nastawił wodę w czajniku i usiadł naprzeciw mnie przy stole. Mężczyzna wyglądał po prostu źle – miał cienie pod oczami i raz po raz mrugał wściekłe powiekami. Papieros zwisał mu z kącika ust, a srebrny dym rozchodził się po kuchni.

   - Chyba już jestem za stary na takie zabawy – mruknął żartobliwie, rozcierając sobie nasadę nosa.

Kiedy woda się zagotowała, wstałem i zalałem nią kawę, a Bill wziął się za zmywanie naczyń. Potem, siedząc już przy stole i z niecierpliwości parząc sobie język gorącym napojem, obserwowałem jak mężczyzna wyciąga spod zlewu wielkie wiadro i wrzuca do niego resztki jedzenia i nadpsute jabłko leżące na blacie.

   - Która godzina? – Doszedł do nas jęk dochodzący z kanapy w salonie.

   - Za piętnaście dziewiąta – odpowiedziałem Alexowi między łykami kawy.

Chłopak mruknął coś niezrozumiale, co brzmiało trochę jak „To ja do dziesiątej”, po czym przewrócił się na drugi bok i chrapnął przeciągle. Bill natomiast podszedł z wiadrem do drzwi, ubrał swój płaszcz i wyszedł na chwilę na zewnątrz. Kiedy wrócił nie miał już ze sobą wiadra z odpadkami.

   - A gdzie wiadro? – Zapytałem głupio znad kubka kawy.

   - Zostawiłem je na zewnątrz, dla dzików – wyjaśnił mężczyzna jak gdyby nigdy nic.

   - Dla dzików?

   - Tak – odpowiedział, ściągając płaszcz. – Nasz sąsiad, pan Cruzoe ma chatę jakieś dwa kilometry stąd. Ma zagrody, w której trzyma dziki i paśnik, który odwiedzają chyba wszystkie jeleniowate z okolicy. Na noc wypuszcza dziki do lasu na żer, a one często nas odwiedzają. Rozwalały nam śmietniki w poszukiwaniu jedzenia, więc teraz po prostu wystawiamy wszystko w wiadrze.

Słuchałem jego wywodu, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać.

   - Swoją drogą, jak zdarzy się, że zobaczysz tu dziki, to nie bój się, ale pod żadnym pozorem ich nie karm. Raz im coś dasz i już nie odstąpią cię ani na krok.

***

Było już przed jedenastą, kiedy schodzący z góry Phil zbudził Alexa - ja nie miałem serca tego zrobić. Lewison nie wyglądał lepiej niż ja, czy Bill, co lekko podbudowało mnie na duchu. Zrobiłem kolejną porcję kawy, podczas gdy Sunlight robił kanapki. Alex miał pewne trudności z wypełznięciem z łóżka, więc dopiero po dziesięciu minutach usiadł przy stole w kuchni.

   - Co dzisiaj robimy? – Zapytał Smith znad kubka kawy.

   - Dogorywamy – mruknął Phil, łykając aspirynę. – A potem możemy znowu obejrzeć jakiś film, ale tym razem bez alkoholu. Albo zagrać w coś na PS4. Albo pójść na spacer.

Wszyscy zgodnie podjęliśmy decyzje, że na razie wolimy zostać w domu i poleniuchować. Przez ostatnie dni w moim życiu działo się tak wiele, że dopiero teraz doceniłem wartość nudnych, spokojnych dni. 

Po śniadaniu Bill zaproponował maraton Harrego Pottera, a Phil udał, że wymiotuje, wykrzykując raz po raz „Znowu?!”,  „Czasami mam wrażenie, że wolisz Pottera bardziej ode mnie!” lub „Stworzyłem potwora, dając ci te książki!”. Jednak było to bardziej na pokaz niż na poważnie. Zrobiliśmy sobie wielką misę popcornu i chrupaliśmy go do momentu, aż usta wyschły nam z nadmiaru soli.

Obejrzeliśmy dwie pierwsze części, a potem zrobiliśmy sobie krótką przerwę na obiad i zasiedliśmy z jedzeniem przed telewizorem. Wszyscy się wciągnęli, nawet ja, mimo, że już kiedyś oglądałem wszystkie te filmy.

Wieczorem zrobiliśmy sobie kolejną porcję popcornu  i odrzuciliśmy pomysł Phila, by każdy  wypił po drinku za każdym razem, gdy jakaś postać umiera lub Draco Malfoy zachowywał się jak zazdrosna o Harrego dziewczyna. Nie chcieliśmy się znowu upić, więc zrobiliśmy sobie colę z whisky (a nie whisky z colą) i siorbaliśmy po szklance przez cały wieczór. Zgodnie rozpaczaliśmy przy śmierci Syriusza i Cedrica, a Bill za każdym razem z lekkim oburzeniem oznajmiał nam niezgodność filmu z książką.

Na ekranie leciała już dwudziesta minuta „Zakonu Feniksa”, kiedy spostrzegłem, że Phil i Bill zasnęli, a Alexowi kleją się już oczy, wiec wtuliłem się w niego i również zasnąłem.

***

Obudziło mnie chrapanie Phila, więc wstałem i rozmasowałem sobie obolały kark. Reszta jeszcze spała, wyglądając jak dzieci, które nie dotrwały do północy w Sylwestra. Stanąłem przy oknie w kuchni, popijając wodę i patrząc na ciemny las; była noc, wiatr wiał jak szalony i gałęzie drzew stukały o ściany domku. Nagle, ni stąd ni zowąd z nieba zaczął sypać śnieg, a zaspy w okolicy zaczęły widocznie się powiększać. Odstawiłem szklankę, zaniepokojony, wsłuchując się w skrzypienie okien i nagle podskoczyłem jak poparzony, bo gdzieś obok domu coś ciężkiego opadło na ziemię i w tym samym momencie dom pogrążył się w egipskich ciemnościach.

Mężczyźni śpiący w salonie zerwali się jak jeden mąż i zdziwieni, podnieśli gwar zaniepokojonych głosów.

   - Co się stało?

   - Nie ma prądu?

   - Co tak jebło?

   - Gdzie jest Gabe?

Ostatnie pytanie zadał Alex głosem, który wyrażał lekkie zaniepokojenie.

   - Tu jestem. Wstałem przed chwilą żeby się napić i patrzyłem przed okno kiedy coś spadło obok domu.

Bill westchnął głęboko, z rozczarowaniem.

   - To pewnie znowu gałąź jakiegoś starego drzewa złamała się i zerwała linie wysokiego napięcia. I to już drugi raz od lata!

Mężczyzna zaczął się ubierać i już podchodził do drzwi, kiedy Phil go zatrzymał.

   - Nie radzę ci na razie wychodzić. Spójrz za okno.

Wszyscy machinalnie spojrzeliśmy we wskazanym przez Lewisona kierunku żeby zobaczyć istne śnieżne piekło, które rozgrywało się na zewnątrz. Drzewa zginały się niebezpiecznie pod wpływem silnego wiatru, a grad na przemian ze śniegiem sypał się z nieba gęstym wodospadem.

   - No to chyba jesteśmy załatwieni – mruknął Bill, odwieszając płaszcz ze zrezygnowaniem.

***

Najpierw zapaliliśmy wszystkie świece, które udało nam się znaleźć, a potem Bill powyciągał wszystkie wtyczki z kontaktów i wziął się za rozpalanie ognia w kominku. Zaczął od chrustu, który zebraliśmy z Alexem i podpalił go, ustawiając dookoła szczapki drewna. Bez działających kaloryferów w chatce było dość zimno i tylko w pobliżu kominka można było zrezygnować z okrywania się kocem. Phil natomiast zajął się lodówką, której zamrażarka zaczęła wylewać z siebie wodę. Lewison podłożył ścierkę pod drzwiczki lodówki i zaczął wyjmować mrożone warzywa i wkładać je do zlewu. Na sam koniec wyciągnął duże pudło lodów o smaku Oreo i rozdzielił je na mniej więcej równe porcje w czterech zgrabnych pucharkach. Pałaszowaliśmy lody w ciszy, wpatrując się w lekko niebieskawy ogień trzaskający wesoło w kominku (Bill pochwalił się, że to szczapki drewna brzozy i stąd właśnie te zabarwienie płomienia). Nikt nie miał ochoty na żarty, raczej myśli zajęte mieliśmy naszą sytuacją – tym, że byliśmy uwięzieni w domku w środku lasu, daleko od cywilizacji, bez możliwości wykonania telefonu ratunkowego. Na zewnątrz królowała zamieć, która wyraźnie pokazywała, że jak na razie to nie zamierza oddać nikomu swojej władzy. Szczapy drewna paliły się długo, ale ich zapas nie był tak duży jak wtedy, gdy Phil i Bill używali wyłącznie kominka do ogrzewania domku, a nie kaloryferów napędzanych na prąd.

Kilka razy Bill zaproponował, że może spróbować dostać się do auta i pojechać gdzieś, gdzie był już zasięg sieci i zadzwonić po pomoc, ale Phil za każdym razem uciszał go podając coraz to bardziej racjonalne argumenty przemawiające za tym, że najrozsądniej dla Billa byłoby stulić dziób i siedzieć na tyłku. Natomiast obowiązujący nas plan był prosty; czekać, aż śnieżyca przejdzie, co było nieco przerażające, biorąc pod uwagę to, że kompletnie nie mieliśmy pojęcia ile czasu może to potrwać. Kilka godzin, dzień, tydzień? Nawet Phila opuściła chęć do zgadywania.

W nocy nie mogłem zasnąć, wsłuchując się w wycie wiatru. W brzuchu bulgotało mi od rozmrożonych warzyw zjedzonych na obiad, ale na szczęście było mi ciepło. Rozścieliliśmy sobie kanapę w salonie i wszyscy położyliśmy się na niej – mi udało się dostać miejsce najbliżej kominka. Leżałem, wpatrując się w tańczące płomienie, a Alex, wtulony we mnie, oddychał cicho tuż koło mojego ucha. Wszyscy oprócz mnie spali, zawinięci w swetry i koce, grzejąc się ciepłem drugiego ciała. Było mi trochę smutno, nie wiadomo dlaczego; być może z powodu, że koniec ferii nadciągał nieubłaganie i trzeba było wracać do szkoły i znów zacząć się uczyć. A może z innego powodu, nie wiem. Wiedziałem natomiast jedno – że mimo sytuacji czułem się bezwzględnie bezpieczny, bo był przy mnie Alex.

***

Kiedy wstaliśmy rano, okazało się, ze śnieżyca przeszła w lekkie opady śniegu, a zapas szczap drewna właśnie się skończył. Nie czekając na nic, wspólnymi siłami otworzyliśmy drzwi, które od zewnątrz przygniotła zaspa śniegu i wzięliśmy się za torowanie ścieżki do auta, które zlokalizowaliśmy jedynie po dachu wystającym ponad bielą. Całe południe minęło nam na ciężkiej pracy, a kiedy skończyliśmy, byliśmy padnięci i głodni. Na obiad zjedliśmy resztkę rozmrożonych warzyw do tego jogurt i po kanapce z serkiem topionym. Spakowaliśmy wszystkie swoje rzeczy i w końcu po tylu godzinach bycia uwięzionymi, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę. Ścieżka w lesie była mniej zasypana niż teren wokół domku, bo gęste igliwie zimozielonych sosen zatrzymało część śniegu, ale mimo to droga powrotna na szosę trwała bardzo długo. Czasem musieliśmy nawet wysiadać, żeby usunąć z drogi powalone spróchniałe drzewa lub odgarnąć połamane gałęzie. Na szczęście kiedy w końcu dotarliśmy do głównej drogi, okazało się, że pługi kursowały już w jedną i drugą stronę, więc przynajmniej tutaj nie mieliśmy problemu z przejazdem.

Nikt nie był jakoś specjalnie rozmowny w trakcie podróży, ale kiedy Phil i Bill zaczęli się przekomarzać, wiedziałem już, że wszystko jest w porządku. Alex natomiast siedział, zapatrzony w to, co działo się za oknem i odzywał się zdawkowo przez całą podróż, chyba nie mając na to po prostu siły. W pewnym momencie wyciągnął telefon, który w końcu mu oddałem i włączył go jednym ruchem. Ten natychmiast rozdzwonił się, powiadamiając o wielu nieodebranych połączeniach i otrzymanych wiadomościach. Zaczepiłem go, niby to od niechcenia, a kiedy chłopak spojrzał na mnie z uśmiechem i pytaniem wymalowanym na twarzy, poprosiłem, żeby pożyczył mi bluzę. Zrobiłem to, ponieważ nie ubrałem się zbyt ciepło, a moja torba leżała w bagażniku. Natomiast bluza Alexa leżała zapomniana na jego kolanach - on sam siedział w krótkim rękawku, więc chyba to mnie coś brało i dlatego było mi zimno.

   - Po co pytasz? Przecież wiesz, że nigdy bym ci nie odmówił.

Chłopak posłał mi uśmiech i znów zapatrzył się w ekran telefonu, co jakiś czas wyglądając za okno, jakby szukał w którejś z zasp odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Widziałem, jak za każdym razem, gdy zerkał na telefon, dziwnie zaciskał szczęki, jakby nie mogąc przełknąć czegoś wyjątkowo gorzkiego w smaku. Było mi trochę przykro, że nie powiedział nic więcej, więc założyłem jego bluzę i również zacząłem gapić się w okno. Tak minęła nam cała podróż.

***

Dopiero kiedy Bill zaparkował przy bramie kampusu, Alex zaczął rozglądać się po parkingu, jakby czegoś szukając. Widziałem, ze zachowywał się dziwnie, ale nie komentowałem tego. Pożegnaliśmy się z Philem i Billem, wzięliśmy swoje torby i ruszyliśmy w stronę internatu. Szkoła była nieco bardziej ożywiona niż ostatnim razem, kiedy w niej byliśmy – większość uczniów wróciło już do kampusu, bo od następnego dnia zaczynały się zajęcia. Mimo wszystko miło było słyszeć znów gwar dochodzący z pokoju dziennego.

Weszliśmy do męskiego internatu – Alex szedł przodem, trochę milczący, a kiedy zagadywałem go, ten uśmiechał się promiennie jak gdyby nigdy nic. Gdy byliśmy już pod drzwiami łazienki, chłopak nagle zatrzymał mnie i jakby od niechcenia pocałował.

   - Powinieneś iść umyć twarz, bo jesteś brudny na policzku – powiedział, szczerząc się, ale unikając mojego wzroku. – Idź, ja wezmę twoją torbę.

Wzruszyłem ramionami i wszedłem do łazienki. Najpierw załatwiłem swoją potrzebę wysikania się po długiej podróży, a dopiero potem podszedłem do lustra i spojrzałem w nie. Oba moje policzki były czyste, a na żadnym innym fragmencie twarzy nie było ani krzty brudu. Zdziwiony chwyciłem kurtkę i wyszedłem z łazienki, nagle czując, że stało się coś złego i nieodwracalnego. Pobiegłem korytarzem i wpadłem do pokoju, a moim oczom ukazał się łamiący serce widok - połowa pomieszczenia, którą zajmował Alex, stała pusta, tak jakbym cofnął się do początku roku, gdy mieszkałem sam. Na środku pokoju leżała moja torba.

Zablokowałem wszystkie myśli napływające mi do głowy i z cisnącymi się do oczy łzami wybiegłem na korytarz i ruszyłem w stronę wyjścia. Ludzie oglądali się za mną jak za wariatem, ale ja w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia. Wybiegłem z internatu na ścieżkę prowadzącą na parking, by zobaczyć jak jakieś auto wyjeżdża z niego i znika w ciemności. A ja wciąż biegłem, jakbym był w stanie dogonić ten samochód, biegłem, aż potknąłem się o własne stopy i padłem w śnieg. Wstałem i biegłem dalej, dopóki nie zabrakło mi tchu. Wtedy zatrzymałem się i o niczym nie myśląc, ruszyłem z powrotem do internatu, do pustego pokoju.

W salonie zaczepili mnie Maxxie i Jasper, a widząc mój stan, wiedzieli już, o co chodzi.

   - Ci ludzie, którzy wyprowadzili stąd Alexa, to byli jego rodzice, tak? – Zapytał Roberts.

Kiwnąłem głową i ruszyłem prosto do mojego pokoju. Nikt za mną nie poszedł, więc zamknąłem za sobą drzwi i zrobiłem tylko trzy kroki zanim z moich oczu poleciały strumienie łez. Stałem na samym środku pokoju, nadal w za dużej na mnie bluzie Alexa przesiąkniętej jego zapachem i szlochałem, co chwilę tracąc oddech. W głowie huczała mi tylko jedna myśl, kiedy z niemocy przykucnąłem na dywanie, a potem skuliłem się na nim, nadal płacząc.

Została mi po nim tylko bluza


Rozdział XLVIII

4 komentarze:
Następnego dnia po obiedzie spakowaliśmy się, a mama i Jerome odwieźli nas na lotnisko. Cały czas wiedziałem, że ten moment nastąpi - że trzeba będzie opuścić tę rodzinną sielankę. Na szczęście mieliśmy jeszcze trochę ferii, więc  mogliśmy spokojnie odpocząć u Phila i Billa. Tuż przed odprawą mama wyściskała nas i wycałowała, a Jerome uścisnął nam po kolei dłonie, patrząc głęboko w oczy z uśmiechem.

      - Alex, bardzo miło mi było ciebie poznać. Jeśli tylko będziesz miał ochotę, zawsze możesz nas odwiedzić - powiedziała mama, jeszcze raz całując mojego chłopaka w policzek.

Smith podziękował serdecznie, a ja z uśmiechem obserwowałem jak jego twarz oblała się rumieńcem. To nie był jeszcze koniec pożegnania, choć musieliśmy już udać się w stronę bramek, a mama, dobrze o tym wiedząc, mimo wszystko zamknęła mnie jeszcze raz w ramionach.

    - Gabe, miło jest mi, kiedy widzę, że wyrosłeś na porządnego mężczyznę mimo, że nie miałeś nigdy we mnie wsparcia. Jestem z ciebie dumna.

      - Dziękuję - odmruknąłem.

Pocałowałem ją w czoło z uśmiechem, skinąłem głową do Jerome’a i ruszyłem z Alexem na odprawę. Kiedy odwróciłem się i spojrzałem przez ramię, mama i Jerome wciąż tam stali, tym razem jednak wtuleni w siebie, machali nam na pożegnanie. Westchnąłem głęboko.

      - Gadałeś z Philem o naszym przyjeździe?

      - Tak, przyjadą po nas wieczorem, bo podobno z powodu zamieci nie kursują pociągi.

Zdziwiłem się.

      - Czyli jednak zima wraca?

Alex zrobił kwaśną minę.

      - Najwyraźniej. Ale są też i plusy - mruknął filozoficznie.

      - Że niby jakie?

      - Będę miał szansę żeby cię natrzeć.

Parsknąłem śmiechem.

      - A kto powiedział, że w ogóle dostaniesz taką szansę?

Niestety, ale dostał taką szansę. Nawet dwie. I obie w pełni wykorzystał.


***

Po wylądowaniu zaskoczył nas widok zasp świeżego śniegu i okazało się, że Alex zostawił u mnie w domu szalik, a ja rękawiczkę. Jedna z dłoni odmarzła mi gdy maszerowaliśmy w stronę przystanku autobusowego, a oczywiście odrzuciłem propozycję Smitha, gdy ten chciał mi wręczyć swoją parę rękawiczek. Skończyło się na kompromisie - każdy zatrzymał po jednej rękawicy, a w drugą (znacznie większą niż moja) z kompletu Alexa obaj wsunęliśmy dłonie. Co prawda po chwili były już tak spocone, że czułem się, jakbym włożył rękę do jakiejś gorącej mazi. Na szczęście niedługo potem autobus podjechał na przystanek, więc ewakuowałem swoją dłoń i wytarłem pot w policzek Alexa w niby to czułym geście. Smith odsunął się, śmiejąc, a potem wziął nasze bagaże i zajął miejsce gdzieś na tyłach autobusu. Ja jak zawsze dostałem zadanie kupna biletów.

Po przybyciu na kampus okazało się, że cały teren wokół szkoły pokryty jest śniegiem. Może nie było go tak dużo jak w okolicy świąt (i Wielkiego Sprzątania), ale czuliśmy się wręcz jak pionierzy, stąpając po tej niczym nieskalanej bieli. Szliśmy w ciszy, jakby nie chcąc zakłócić tej podniosłej atmosfery, ale jak się chwilę później okazało -  tylko ja miałem takie wrażenie. Alex popchnął mnie w zaspę, lecąc za mną; zaskoczony padłem prawie że twarzą w śnieg, ale dosłownie w ostatnim momencie obróciłem się lekko w bok. Ciało Smitha przygniotło mnie i osunąłem się jeszcze niżej w śniegu. Nie miałem powodów do radości, za to Alex śmiał się w najlepsze z zarumienionymi od chłodu policzkami. Chłopak usiadł na mnie okrakiem i przytrzymał moje ręce, bo próbowałem usilnie zrzucić go z siebie. Pochylił się i pocałował mnie delikatnie w usta, przy czym trochę śniegu zapałętało się między nasze wargi, by chwilę później stopnieć i spłynąć mi z brody jako krople wody. 

      - Alex, zabiję cię... - Mruknąłem i wtedy właśnie ogromna śnieżka wylądowała na mojej twarzy.

No i Smith mnie natarł. Mógłbym powiedzieć, że profesjonalnie. A ja nie mogłem nic zrobić, tylko krzyczałem wewnętrznie z zimna i z chęci mordu. Potem Alex natarł mnie jeszcze raz, ale nie stawiałem już takiego oporu jak wcześniej, więc chyba nie sprawiło mu to aż takiej frajdy i odpuścił. Pomógł mi nawet wstać, cały czas zanosząc się śmiechem kiedy patrzył na moją czerwoną od zimna twarz. Oczywiście byłem zły, nawet bardzo, więc chwyciłem swój bagaż i bez słowa ruszyłem w stronę męskiego internatu. Od oszalenia z zimna dzielił mnie tylko krok, ale myśl o gorącym prysznicu trzymała mnie jeszcze w ryzach.

W internacie panowały jako takie pustki; światła paliły się w kilku oknach, a w pokoju dziennym grał jak zwykle telewizor, ale nikt nie siedział na kanapie. Z któregoś z pokojów dobiegały śmiechy i muzyka, gdzieś trzasnęły drzwi. Wmaszerowałem moim wściekłym chodem do swojego pokoju, rzuciłem bagaże na podłogę i od razu zrzuciłem z siebie kurtkę i ciuchy, które przemokły do ostatniej suchej nitki. Kiedy Smith wszedł do pokoju, stałem już w samych bokserkach i podkoszulku na środku pokoju i szukałem ręcznika w szafie. Minąłem chłopaka bez słowa i szczękając zębami pobiegłem pod prysznic. Nie czułem twarzy i nie mogłem ruszać ustami, ani zmarzniętą prawą ręką. Próbowałem odkręcić kurek prysznica lewą ręką i trochę przesadziłem, więc polał się na mnie ukrop, który nieco mnie roztopił. Cała twarz, a najbardziej nos i uszy zaczęły mnie piec i szczypać, jakby ktoś wbijał mi w nie tysiące igiełek. Potem do nosa i uszu dołączyła reszta twarzy i zmarznięta dłoń.

W sumie pod prysznicem spędziłem jakieś pół godziny. Stałem, a woda lała się po mnie strugami, uspokajając dreszcze i przynosząc ulgę. Kiedy uznałem już, że temperatura mojego ciała jest w porządku, owinąłem się w ręcznik i pobiegłem do pokoju. Smith zdążył już posprzątać bałagan, który zrobiłem - po tym poznałem, że najwyraźniej jest mu głupio przez to co zrobił - a na biurku stały dwa kubki z parującą herbatą.

      - Byłeś na stołówce? - Zapytałem chłopaka, wskazując ruchem głowy na kubki z herbatą.

      - Nie, po prostu mam znajomości - wyszczerzył się.

Nie zadawałem więcej pytań, tylko chwyciłem kubek z logo pola campingowego „Topolowa Polana” i usadowiłem się na swoim łóżku. Złość już mnie opuściła - chyba zmyłem ją pod prysznicem. Chciałem o coś zapytać Alexa, ale kiedy otworzyłem usta, ktoś zapukał do drzwi.

      - Proszę! - Powiedział Smith, nie przerywając wykonywanej czynności.

Do środka wszedł Phil, a za nim Bill, obaj lekko uśmiechnięci. Jednak coś od razu rzuciło mi się w oczy, a było to coś, co spowodowało, że wydałem z siebie dziwny dźwięk będący połączeniem parsknięcia i śmiechu.

      - Phil, ale zarosłeś!

Chłopak wypiął dumnie pierś i pogładził swój zarost.

   - Stwierdziłem, że z brodą będę wyglądał na starszego i dojrzalszego - powiedział. - No i oczywiście jestem teraz jeszcze większym ciachem.

Alex wstał, przyjrzał się przyjacielowi dokładnie z każdej strony, po czym powstrzymując śmiech odprawił rytualny uścisk dłoni znany tylko im obu.. Z Billem poklepał się po ramieniu, po czym wskazał krzesła przy biurkach, jako miejsce zdatne do posadzenia swojej godności.

      - Coś czuję, że łóżko byłoby lepszym rozwiązaniem, bo widzę, że Gabe to dopiero się zbiera.

Po ściągnięciu płaszcza Phil rzucił się bez ostrzeżenia koło mnie na lóżko, a mi przez głowę przeszła głupia myśl: "Dziękuje, o nieistniejący bogowie, że przypilnowaliście mnie żebym założył bokserki po prysznicu".

      - Co ty taki naburmuszony, hę?

Zamiast odpowiedzieć, spojrzałem wprost na Alexa, który zaciekawiony patrzył na moją reakcję.

    - Może pan S sam by ci powiedział, hmm? - Powiedziałem, z premedytacją akcentując słowo "sam".

Phil rzucił Alexowi przez ramię mordercze spojrzenie.

      - Co znów zrobiłeś, Smith?

     - Nat... g... śnie.... - Wymamrotał pod nosem chłopak, tak, że połowy zdania nie dało się w ogóle usłyszeć.

      - Skoro jesteś winny, to chociaż miej odwagę przyznać się do winy.

Smith wstał i oparł się o biurko, krzyżując ramiona na piersi. Wyglądał jak nadąsane dziecko.

       - Natarłem go śniegiem - powiedział trochę głośniej.

Bill przewrócił oczami, przez co nie mogłem już wytrzymać tej udawanej napiętej atmosfery i wybuchnąłem śmiechem. W moje ślady prawie poszedł Phil, bo z jego ust wydobyło się tylko lekkie parsknięcie, ale zacięty wyraz wciąż utrzymywał się (ledwo) na jego twarzy.

      - Ile razy? - To pytanie było przeznaczone dla mnie.

      - Dwa.

Phil wciągnął gwałtownie powietrze w płuca.

   - Smith, to już jest ciężkie przewinienie. Niestety, ale szeryf Lewison musi wymierzyć ci sprawiedliwą karę.

Bill poklepał ze współczuciem Alexa po plecach.

      - Co takiego, och, szanowny szeryfie, tym razem każesz mi zrobić?

Dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem jak przed pojedynkiem w samo południe.

       - Dowiesz się w swoim czasie, kowboju.

Po czym Lewison wydał z siebie najbardziej autentyczny, zapewne wyćwiczony w zaciszu domu, kowbojski okrzyk, który na pewno słyszeli wszyscy w naszym korytarzu. Wtedy już nawet Alex i Bill nie mogli wytrzymać i wybuchli śmiechem. Z oczu leciały mi łzy, a brzuch bolał mnie, ale nie mogłem przestać się śmiać. Dopiero, gdy zabrakło mi tchu jakoś udało mi się uspokoić, ale wtedy Phil wstał i zaczął udawać, że żongluje wyimaginowanymi rewolwerami, jednocześnie zadzierając traperami, jak gdyby miał przy nich ostrogi. Gdzieś ponad tym wszystkim zerknąłem na Alexa i okazało się, że chłopak na mnie patrzy. Puściłem mu perskie oko, które on odwzajemnił i już wiedział, że ja nie jestem na niego zły, a ja wiedziałem, że teraz i tak będzie robił wszystko, żebym nie był zły. Już taki był Smith.

***

Mniej więcej po godzinie siedzieliśmy już w aucie Billa – pięknym i zadbanym czarnym Chryslerze Cruiserze PT, którego skórzane fotele aż zapraszały do środka. Wrzuciliśmy nasze torby do bagażnika, a potem wskoczyliśmy na tylną kanapę, od razu ściągając niewygodne kurtki.

      - Ogólnie to wyrobiliśmy się wcześniej niż myśleliśmy, że się z wami wyrobimy - mruknął Phil. - A że po drodze czeka nas przejazd przez duże miasto, to przy okazji zrobimy zakupy w jakimś całodobowym markecie. Wiecie, alkohol, jedzenie, no i alkohol. Powinniśmy jakoś za trzy-cztery godziny być już w domu. Z tego co wiem, to śnieżyce nie doszły jeszcze do nas, choć przez dzień napadało trochę śniegu. Bill, gdzie jest kabel AUX?

      - Pod twoim tyłkiem - mruknął mężczyzna.

Phil posłał mu figlarne spojrzenie, a potem wyciągnął spod siebie czarny kabel i podłączył go do telefonu. Sunlight ruszył z kampusowego parkingu i wyjechał na główną drogę. Było ciemno i nieprzyjemnie, ale chociaż nie padał śnieg.

    - Klimatyzacja zaraz zacznie działać, ale jeśli będzie wam za zimno, to możecie przykryć się kocem, jest pod moim siedzeniem - mówił Phil, szukając czegoś na ekranie telefonu. - Noo, tu jesteś - mruknął do siebie, kiedy w końcu to znalazł.

Smith wyciągnął wspomniany wcześniej koc i owinął mnie nim szczelnie.

      - Niee, ty też się przykryj - zaprotestowałem słabo, bo nagle poczułem się bardzo zmęczony.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez cały dzień w podróży nie przespałem ani minuty, za to Alex spał w najlepsze, gdy tylko nadarzyła się co do tego okazja. Powoli odpływałem, bo było mi ciepło, Smith był blisko, a wszystko było w porządku. Zasypiałem, gdy w głośnikach zabrzmiała piosenka, którą słyszałem pierwszy raz w życiu, a która jednak brzmiała tak znajomo...

All I want is nothing more
To hear you knocking at my door
Cos if I could see your face once more
I could die a happy man I'm sure

***

Obudziłem się kiedy ktoś mnie szturchnął - za pierwszym i drugim razem mruknąłem tylko niezadowolony, że przerwano mi sen i przewróciłem się na drugi bok, lecz za trzecim szturchnięciem w końcu otworzyłem oczy. Podniosłem się powoli do siadu, drapiąc się po policzku i nie pamiętając, gdzie jestem. W następnym momencie ostre światło neonów zakłuło mnie w oczy i przypomniałem sobie, ze znajduję się w aucie Billa. Wyglądało na to, że właśnie wjeżdżaliśmy na jakiś parking lub coś w tym stylu.

     - Przepraszam, że cię obudziłem, ale zaraz będziemy w maku – powiedział Alex. – No wiesz, drive thru i te sprawy. Wiem, że nie lubisz fast foodów, ale pomyślałem sobie, że w sumie to mało jadłeś dzisiaj, więc może będziesz głodny.

Ziewnąłem szeroko, wyglądając przez okno – rzeczywiście, zbliżaliśmy się do budynku opatrzonego wielkim, żółtym M.

     - Nic się nie stało – mruknąłem i cmoknąłem przelotnie chłopaka w usta. – I w sumie to dobrze zrobiłeś, bo jestem strasznie głodny.

Phil, siedzący na przednim siedzeniu westchnął nagle głęboko, wręcz ostentacyjnie.

      - Jezu, ale sobie strzelę shake’a.

Podjechaliśmy pod okienko; szybko przejrzałem menu i wybrałem sobie największa kanapkę, jaką tylko mieli. Reszta paczki szybko zrobiła naradę i po chwili Bill złożył już pełne zamówienie. Czekaliśmy parę minut, po czym kelnerka podała nam brązowe torby i ogromnego shake’a czekoladowego dla Phila. Odjechaliśmy kawałek, Bill zaparkował przy bezlistnym krzaku i zgasił auto. Rozdzieliliśmy jedzenie i rzuciliśmy się na nie, jakbyśmy nigdy nie jedli czegoś pyszniejszego. Zaległa kilkuminutowa cisza podczas której każdy przeżuwał swoją kanapkę, a Phil siorbał shake’a. W pewnym momencie chłopak przesadził i jęknął cicho, łapiąc się za czoło.

   - Aaah, zmroziło mi mózg – zawył, opadając na fotel, a po krótkiej chwili pociągnął znów ogromnego łyka. – Ale ten shake jest warty mojego cierpienia.

Parsknąłem śmiechem tak, że kawałek sałaty (której w kanapce i tak były szczątkowe ilości) uciekł mi z ust i spadł na koc. Alex, widząc to, roześmiał się jeszcze głośniej, krusząc na swoje własne kolana. Tylko Bill jadł spokojnie i nie zaśmiecił auta – ale na jego twarzy widniał wyraźny uśmiech zadowolenia.

Po skończonym posiłku zebrałem wszystkie śmieci w jedną torbę i wysiadłem na chwile z auta, by przejść dokładnie sześć kroków po zmarzniętej ziemi i wyrzucić puste opakowania do kosza. Nie zdążyłem zmarznąć, ale różnica temperatur była okropna; wskoczyłem z powrotem do środka, od razu rzucając się pod koc.

      - Żebyś to tak rzucał się na mnie jak na ten koc… - Mruknął z wyrzutem Alex.

Bill zapalił auto i ruszyliśmy w dalszą drogę, a ja nie zdążyłem skontrować, bo Phil, zupełnie ignorując słowa Smitha, rzucił w przestrzeń:

    - Jak tam w ogóle wizyta u rodziców Gabriela? Bo w sumie to niewiele się dowiedziałem od Alexa.

      - Udana. Alex przyjechał do mnie, w nocy zmarł mój ojciec, potem dowiedziałem się, ze bił moją matkę i że pewnie w najbliższym czasie jego miejsce zajmie nowy facet mojej mamy – powiedziałem na jednych wydechu. - Ponadto pocałowałem Alexa na stypie mojego ojca na oczach całej mojej rodziny. A, no i spaliśmy w lesie w domku na drzewie. I jak się rano obudziłem, to widziałem mojego ojca na dole, między krzakami. A potem zniknął. I to chyba tyle.

Phil patrzył na mnie z szeroko otwartymi ustami, a ja widząc to, tylko wzruszyłem ramionami. Alex patrzył na mnie z miną mówiąca „Ominąłeś to, że w końcu skradłem ci dziewictwo”, ale siedział cicho, z rękoma splecionymi na karku.

      - Czekaj, czekaj… Powoli… Pojechałeś do domu, bo twój ojciec znalazł się w szpitalu, tak?

      - Tak – przytaknąłem. – Rak trzustki, ostatnie stadium.

Phil uśmiechnął się współczująco.

    - Przykro mi, Gabe. Z tego co przed chwilą usłyszałem, wnioskuję, że nie był zbyt dobrym człowiekiem, ale jednak ojciec to ojciec – mruknął. – Poprawimy ci dzisiaj humor, zobaczysz. Jak nie naszym towarzystwem, to na pewno odrobiną alkoholu i dobrą zabawą.

Już chciałem coś odpowiedzieć, kiedy tym razem przerwał mi Bill.

      - Pewnie miałeś paraliż senny – powiedział, a ja nie od razu zrozumiałem, o co mu chodziło. – Nie mogłeś się ruszać, prawda?

       - Tak! – Odpowiedziałem zaciekawiony.

       - Czyli jednak mam rację – powiedział z trumfem Bill, a nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym. – Paraliż senny to stan, w którym twój umysł jest świadomy, ale ciało jest sparaliżowane. Ten paraliż jest naturalny i praktycznie każdy człowiek doświadcza go, kiedy śpi, po to, by przy intensywnych snach ciało nie zrobiło sobie krzywdy. Czasami, choć nie do końca wiadomo dlaczego, zdarza się, że umysł budzi się szybciej niż ciało i wtedy właśnie leżysz, nie mogąc się ruszyć. Dzwoni ci w uszach, zaczynasz panikować, czujesz niemoc. No i czasem sen przechodzi do jawy w postaci halucynacji. Podejrzewam, że wtedy dużo myślałeś o swoim ojcu i dlatego właśnie go zobaczyłeś, ale to są tylko moje przypuszczenia.

Trawiłem słowa Billa, od których zrobiło mi się jakoś nieswojo. Owszem, brzmiały wiarygodnie – w sumie to najwyraźniej były prawdziwe, ale sprawiły, że pojawiło się we mnie jakieś dziwne, nienazwane uczucie.

      - Miałem dokładnie to samo, kiedyś, jak jeszcze mieszkaliśmy w domu dziecka. Obudziłem się w nocy, nie mogąc się ruszyć. Kiedy spojrzałem w kąt pokoju, widziałem tam wysoką, czarną postać, której twarzy nie było widać i miałem wrażenie, że ona powoli się do mnie zbliża, a ja nie mogłem się ruszyć, nie mogłem krzyknąć, nie mogłem zrobić nic… - Powiedział cicho Phil, jakby bojąc się powiedzieć to głośniej.

W aucie na chwilę zapanowała cisza, a każdy chyba właśnie wyobrażał sobie jakby to było przeżyć taką sytuację.

    - Z kolei kiedy byłem jeszcze w gimnazjum, no wiecie, dojrzewanie i te sprawy, mokre sny, poranne namioty i w ogóle, miałem pokój z balkonem (dopóki nie wykopał mnie z niego Mich, który wolał palić na balkonie niż przez okno) i pewnej letniej nocy śniło mi się, że ktoś wszedł przez drzwi balkonowe do mojego pokoju, wpakował mi się do łóżka i potem jakoś tak wyszło, że uprawialiśmy seks. Ten sen był tak rzeczywisty i przyjemny, że obudziłem się rano, wiadomo w jakim stanie i przez cały dzień chodziłem i zastanawiałem się czy to się zdarzyło naprawdę, czy tylko mi się przyśniło. Fakt faktem, zawsze latem uchylałem drzwi balkonu, bo było mi za gorąco w nocy i do tej pory nie znam prawdy.

Po wyznaniu Smitha rozmowa wróciła na poprzednie, lekko żartobliwe tory – cieszyłem się z tego obrotu sprawy, bo nie chciałem dalej drążyć tematu mojego ojca.

      - Gabe, jak się czujesz z myślą, że twój chłopak być może jest używanym towarem? – Zażartował Phil, wzbudzając tym ogólną wesołość i – jak zwykle – prychnięcie Alexa. – Chociaż w sumie z tego, co widzę, to chyba jednak ci to nie przeszkadzało.

Lewison spojrzał na mnie z takim uśmiechem, że widziałem już, że on wie. Przeniosłem wzrok na Alexa i ze złością zapytałem:

       - Powiedziałeś mu?

       - Nie! Nic a nic!

Phil zaczął chichotać, przysłuchując się naszemu przekomarzaniu.

       - Gabe, Alex nie pisnął nam ani słówka – powiedział rozbawiony Bill.

       - To w takim razie skąd wie Phil… I wiesz ty?

Czułem jak pieką mnie policzki, a twarz ogarnia ciepło. Musiałem być już czerwony jak burak.

     - Wiesz, Gabriel, takie rzeczy po prostu widać… Jakby to powiedzieć… Kiedy człowiek traci „niewinność”, trochę zmienia mu się mowa ciała i, no, chyba to też kwestia hormonów… Zresztą, od kiedy tylko was zobaczyliśmy, szczerzycie się jaki głupi do sera. Wystarczyło połączyć te kilka faktów i już się domyśliliśmy, że nasze ptaszyny się zabawiły. Wiedziałem, że w końcu to zrobicie, ale nie podejrzewałem, że u ciebie w domu i to w takich okolicznościach, Gabe.

Wydałem z siebie dziwny dźwięk, trochę przypominający odgłos powietrza uchodzącego z balona.

     -  No i Alex przestał patrzeć na ciebie jak cukrzyk z sugar blues na pyszne ciastko - dorzucił Lewison.

Zerknąłem na mojego chłopaka, który teraz był równie czerwony jak ja. Phil tymczasem zdziwił się naszym milczeniem i spojrzał na nas, siedzących na tylnej kanapie, z zaskoczonym wyrazem twarzy.

       - Tak się spiekliście, że można z was ugotować botwinkę – mruknął, szczerząc się. – Oj, chłopcy, chłopcy, nie ma się czego wstydzić. Zachowujecie się zupełnie tak, jakbyście nie wiedzieli, że w naszym towarzystwie seks nie jest tematem tabu.

Mimowolnie przypomniałem sobie naszą wspólną noc i chcąc, nie chcąc, poczułem lekkie pulsowanie w podbrzuszu.

       - A wy, kiedy zrobiliście to po raz pierwszy? – Zapytałem Phila.

Lewison i Sunlight zaśmiali się, wymieniając się spojrzeniami.

      - Mogę nawet opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami jak chcesz – wyszczerzył się chłopak. – Zrobiliśmy to w zieloną noc w namiocie na biwaku, który zorganizował nam dom dziecka. Ja miałem wtedy bodajże oszałamiające piętnaście lat, a Bill był już pełnoletni. W niektórych krajach, ale na szczęście nie w naszym, to by już podchodziło pod pedofilię. Tylko, że tak praktycznie, to w trzech czwartych to ja go uwiodłem. W trzech czwartych, dlatego, że gdyby nie jego jedna czwarta, to byśmy się nie kochali tej nocy, co nie, Flap?

Bill parsknął śmiechem, słysząc te dziwne przezwisko, które najwyraźniej wzbudziło w nim jakieś wspomnienia.

       - Tak jest, Flip.

No i jakoś zeszliśmy z tematu seksu, kiedy dotarliśmy pod sklep całodobowy. Wysiedliśmy z auta i szybko, praktycznie truchtem ruszyliśmy do wejścia, bo mróz piekł nas w uszy i nosy.

***

Zakupy trwały prawie półtorej godziny – ja i Bill maszerowaliśmy z wózkiem za Philem i Alexem, którzy chodzili bez celu po sklepie, przyglądając się każdej rzeczy i w ostateczności odkładając ją na miejsce. Dla przykładu: całe pół godziny spędzili, debatując, który rodzaj sera jest najsmaczniejszy – gouda, edam, czy mazdamer, po czym, nie dochodząc do żadnych wniosków, odłożyli wszystkie paczki i wzięli serek topiony. To samo powtórzyło się przy pieczywie, jogurtach, mrożonych warzywach, a nawet przy słonych przekąskach. Widząc znajome precle w kształcie serc, wskazałem je Alexowi, a on spojrzał na mnie z wyrazem zrozumienia i lekkim uśmiechem, po czym bez wahania wrzucił je do koszyka. Zerknąłem znów na nieszczęsne precle, wspominając nasz wypad do sklepu przed pierwszą wizytą u Phila, to, jaki byłem wtedy pełny wątpliwości i nie uważałem jeszcze Smitha za kogoś wyjątkowego – stare, smutne czasy.

Dyskutowałem z Billem na przeróżne tematy – rozmawialiśmy o mózgu, znów o snach (tym razem nie wchodząc w tematy o moim ojcu) i o psychologii. Sunlight opowiedział mi kilka śmiesznych historii z kliniki, w której odbywał już od kilku miesięcy staż i o jednookim kocurze, który przychodzi do nich codziennie punktualnie o ósmej rano i wskakuje na murek, by naciskając łapami na klamkę, otworzyć sobie drzwi.

      - Nauczyliśmy go nawet aportować – mruknął Bill, jakby myślami był daleko stąd, w klinice. – Ostatnio, kiedy ktoś podrzucił nam czwórkę kociąt pod drzwi, ogrzał je, a potem każdego po kolei przeniósł w pysku przez próg i ułożył przy kaloryferze, żeby nie zmarzły. Zwierzęta, a w szczególności koty nigdy nie przestaną mnie zadziwiać

        - Jak go nazwaliście? – Zapytałem, ciekawy.

      - Roland – zaśmiał się i zaczął wyjaśniać: - Kolega z pracy był w trakcie czytania Mrocznej Wieży Stephena Kinga i tak nazywała się jego ulubiona postać. Zagraliśmy w papier, kamień i nożyce żeby ustalić, kto nada mu imię i ja niestety przegrałem. Więc został Roland.

Przy nazwisku mojego ulubionego autora uśmiechnąłem się bezwiednie.

        - A jak ty chciałeś go nazwać?

Wydało mi się, że oczy mnie mylą, ale Bill lekko się zarumienił! Myślałem, że się przewidziałem, ale taka była prawda!

       - Phil pewnie ci nie wspominał, ale kiedy byliśmy jeszcze w domu dziecka, na któreś urodziny Phil kupił mi książkę  „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”, a potem na każde urodziny kupował mi kolejną część. Bardzo się wciągnąłem w tę opowieść, wiadomo, fajnie napisana, ciekawy, inny świat… Tak wyszło, że do tej pory jestem wielkim fanem Harrego Pottera… - Westchnął, jakby przez usta nie chciało mu przejść to, co miał właśnie powiedzieć. – No i chciałem nazwać go Szalonooki Moody.

Bardzo, naprawdę bardzo starałem się nie parsknąć śmiechem, ale nie udało mi się to. Bill widząc to, też zaczął się śmiać – po chwili więc staliśmy, zgięci w pół, łapiąc się za brzuchy. Inni klienci patrzyli na nas jak na dziwaków i omijali nas szerokim łukiem, a Phil i Alex przerwali swoją debatę na temat odpowiedniego smaku chipsów i spojrzeli na nas zdziwieni.

     - Szalonooki Moody, ja nie mogę – parsknąłem znów. – Aż sobie wyobraziłem tego kota ze sztucznym okiem i…. – Przerwałem, zanosząc się śmiechem.

Bill przykucnął i oparł się plecami o regał z chipsami, prawie że dusząc się ze śmiechu. Tymczasem Phil i Alex podeszli do nas i zapytali, o co chodzi. W odpowiedzi spojrzałem na Billa, a Bill na mnie i znów wybuchliśmy zdrowo śmiechem. Może fakt, że kot Roland o mało co nie został Szalonookim Moody’m nie był arcyzabawny, ale byliśmy zmęczeni, znudzeni i była już taka godzina, że wszystko śmieszyło człowieka ponad miarę.

Alex i Phil dokończyli debatę nie zwracając uwagi na nasze głupkowate śmiechy, a kiedy znaleźliśmy się koło regału z alkoholem, szybko wybraliśmy najlepszą whisky i kilka piw, by skończyć nareszcie przy kasie. Kasjerka obrzuciła nas pobieżnym spojrzeniem, uśmiechnęła się zachęcająco do Billa, ale ten nie zwrócił na to uwagi, skupiony na Philu, który pakował zakupy, ignorując wskazówki Sunlighta, by delikatniejsze rzeczy dawał na sam wierzch.

Po chwili zapakowaliśmy zakupy do bagażnika, ślizgając się na zmarzniętej ziemi. O mało co nie wywaliłem się, próbując przeskoczyć zamarzniętą kałużę, ale w ostatniej chwili Alex (zawsze czujny) złapał mnie pod ramię.

        - Dzięki – mruknąłem do niego i cmoknąłem go w policzek.

Wsiedliśmy do auta, a Bill włączył GPS'a i umieścił go w uchwycie tuż nad odtwarzaczem CD. Kobiecy głos poinformował nas, ze czeka nas jeszcze prawie dwugodzinna jazda i że musimy pojechać inną drogą ze względu na wypadek, który zablokował szosę numer piętnaście. Phil znów podłączył telefon do odtwarzacza i włączył swoją, jak to sam określił, „Listę na długie podróże”.  Z głośników popłynęła muzyka, na wyświetlaczu pojawiła się nazwa: NEEDTOBREATHE – Great night, a wokalista zaczął śpiewać:

My heart is leading and I’m under attack
Don’t need a cure cause I don’t wanna go back
I’m givin’ in, ain’t no fighting this fire

Opatuliłem się kocem, opierając się bokiem o Alexa i wsłuchiwałem się w muzykę, jednocześnie patrząc na migające za oknem lampy i reflektory aut, które przy tej prędkości stawały się jasnymi smugami, mijały nas, by po chwili zniknąć daleko w tyle. Czułem się jak w filmie i byłem zupełnie pewien, że był to film z rodzaju tych, które zawsze kończą się dobrze. Prawda?