Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teresa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teresa. Pokaż wszystkie posty

Rozdział LIV

Brak komentarzy:

Oprócz życia w nadziei, która na dobre zagościła w mojej głowie, żyłem też w stresie, który schodził ze mnie tylko, gdy dostawałem wiadomość od Alexa. Pisaliśmy ze sobą na Facebooku, opowiadaliśmy sobie o tym, jak spędziliśmy swój dzień i co planujemy robić w najbliższym czasie. Codziennie szedłem do łóżka wieczorem i kładłem telefon koło siebie, wiedząc, że w końcu na ekranie pojawi się powiadomienie. W ten sposób mijały mi kolejne dni wakacji i niepostrzeżenie temperatura na zewnątrz osiągnęła cudownie wysokie noty. A dlaczego żyłem w stresie? Bałem się po prostu, że któregoś wieczoru Alex się do mnie nie odezwie i znowu stracimy kontakt. Ale on pisał, zaczynając od słów "Dobry wieczór", a kończąc na "Dobranoc, kocham cię". Chłopak nie poruszał jednak tematu, który najbardziej mnie przejmował, czyli jego sytuacji z mamą i ewentualnego powrotu do Hannigram, jednak bałem się sam go o to pytać. Nie chciałem, by magia naszych rozmów prysła. 

Czułem, że cały czas mama bacznie mnie obserwowała z zatroskaną miną. Nie było mi z tym źle, było mi całkiem miło, że martwi się o mnie i było to zupełnie uzasadnione. Ja natomiast czułem się lepiej - przytyłem ze dwa kilo, bo wrócił mi apetyt, zacząłem lepiej spać i częściej się śmiałem. Ale gdzieś tam, z tyłu głowy miałem te swoje myśli "A co, jeśli to nie wypali? Co się wtedy ze mną stanie?", ale nie mogłem sobie z nimi na razie konstruktywnie poradzić. Żyłem, gdy wstawałem rano i resetowałem się, gdy szedłem wieczorem spać. To na razie wystarczało mi, by być szczęśliwym. 

***

Już od rana, dwudziestego lipca, czułem, że ten dzień będzie ciut inny od wszystkich poprzednich. Tym razem obudził mnie dźwięk wiadomości i dobrze wiedziałem, od kogo ją dostałem.

Alex: Dzień dobry

Widząc jego słowa, uśmiechnąłem się mimo niewyspania i od razu wstałem. Mój brzuch domagał się jedzenia, więc poszedłem do kuchni, gdzie krzątała się już mama. 

- Hej, a co ty tak wcześnie na nogach? - Zapytała, mieszając jajecznicę na patelni.

Odpisywałem chłopakowi, więc byłem bardzo zajęty patrzeniem się w telefon.

- Alex do mnie napisał - mruknąłem pod nosem. 

Mama uśmiechnęła się zaskoczona.

- Tym razem rano? To do niego niepodobne.

Alex: Mógłbyś wysłać mi numer telefonu twojej mamy?

Moje serce wypełniło się zaciekawieniem, ale także i stresem. Czekałem na kolejne wiadomości, mając nadzieję, że chłopak wyjaśni mi, po co mu ten numer, ale one nie nadchodziły.

- Tak, czekaj, to ważne... - Odpowiedziałem mamie, nie mogąc się skupić. - Przepraszam, zaraz ci wyjaśnię, tylko odpiszę.

Mama przewróciła oczami z wyrazem "Ach ta młodzież i technologia".

- Mamo... Alex prosi, żebym wysłał mu twój numer.

Kobieta spojrzała na mnie znad talerza jajecznicy. Chwilę myślała, po czym uśmiechnęła się.

- Wyślij mu.

Tak też zrobiłem, czekając nadal na odpowiedź ze strony chłopaka. Zamiast tego po chwili  usłyszałem telefon mamy, który rozdzwonił się w drugim pokoju. Wstałem i pobiegłem po niego szybko, bojąc się, że połączenie się przerwie i zaniosłem go mamie, która oderwała się od śniadania. 

- Tak, słucham?

Tak bardzo żałowałem, że nie słyszałem głosu płynącego z drugiej strony telefonu, że nie potrafiłem skupić się na niczym innym, niż na patrzeniu się na twarz mamy. 

- Dzień dobry, tak, tak. Teresa Phantomhive przy telefonie.

Z formalnego przebiegu rozmowy wydedukowałem, że najprawdopodobniej rozmówca też był dorosłą osobą. Reszty mogłem jedynie się domyślać, ale nie chciałem tego robić, by nie nastawiać się na żaden ze scenariuszy.

- Mhm, też uważam, że jest to dobry pomysł. Wydaje mi się, że mamy dużo tematów do poruszenia. Możemy porozmawiać choćby teraz...

Twarz mamy ściągnęła się w wyrazie skupienia, a później zdziwienia, kiedy usłyszała odpowiedź rozmówcy.

- A, rozumiem. Nie, nie, to jest jak najbardziej w porządku. Tylko kiedy?

Kobieta spojrzała na kalendarz wiszący na ścianie, jednak ten nadal pokazywał czerwiec, więc musiała podejść bliżej i unieść kartkę, by odsłonić obecny miesiąc - lipiec.

- To nie kłopot, jestem na zwolnieniu - wyjaśniła.

Potem odwróciła się do mnie plecami, patrząc za okno.

- Świetnie, naprawdę się cieszę. Do zobaczenia w takim razie!

Z wyczekiwaniem patrzyłem na mamę, aż ta wyjaśni mi o czym była rozmowa i z kim w ogóle ją prowadziła. 

- Irene Smith - powiedziała, uśmiechając się. - Państwo Smith zapraszają nas do siebie na weekend.

Odwzajemniłem jej uśmiech, a moje serce biło szybko, zniecierpliwione.

- A podała powód, cokolwiek?

- Chce porozmawiać o was - mruknęła, wystukując coś na ekranie telefonu.

Moją naturalną reakcją był zwyczajnie szok. Mama usiadła z powrotem na krześle i gładząc się po brzuchu zaczęła powoli jeść jajecznicę. Jej spokój po chwili mi się udzielił, więc wziąłem się za kanapki leżące przede mną na stole. Alex na razie nic mi nie odpisywał.

- No, bilety na pociąg już kupione. Jedziemy jutro z rana, więc musimy się dzisiaj spakować. Zrobić pranie?

Pokręciłem głową na znak zaprzeczenia, rozmyślając już o tym, że znów będę mógł zobaczyć Alexa w niedalekiej i bardzo miłej przyszłości. Cieszyłem się, że coś w końcu ruszyło się do przodu i że nie będę jechać tam sam. Mama i dziecko w brzuchu będą dodawać mi otuchy i odwagi, której możliwe, że mogłoby mi samemu zabraknąć.

***

Nazajutrz rano Jerome odwiózł nas na pociąg. Był to piękny, ciepły dzień, więc mama włożyła sukienkę w kwiaty, w której wyglądała młodo i zwiewnie. Ja miałem na sobie czarne spodenki i koszulę z krótkim rękawem w jakieś kolorowe wzorki. Kiedy pociąg podjechał na stację, Jerome uścisnął mnie na pożegnanie, a mamę pocałował najpierw w usta, a później w wystający brzuszek. Wziąłem nasze torby i wsiadłem do środka, od razu rozglądając się za naszym przedziałem. Mieliśmy szczęście, bo oprócz naszych miejsc, wszystkie na razie były wolne, więc mogliśmy na spokojnie rozsiąść się wygodnie i porozmawiać nieskrępowani innymi pasażerami.

- Podekscytowany? - Zapytała mama, upijając łyk wody z butelki.

Wzruszyłem ramionami; owszem, byłem podekscytowany, ale to była jedna z kilku emocji, które czułem. 

- Najbardziej to chyba się stresuję - mruknąłem, opierając głowę o ścianę przy oknie. - Chyba tym, że coś pójdzie nie tak.

Mama spojrzała na mnie uważnie i z powagą powiedziała:

- Wiesz, że nie mamy pewności, że wszystko się uda. Jedyne, czego możesz być pewien to to, że będziemy walczyć jak lwice o twoje i Alexa szczęście - to mówiąc, pogładziła się po brzuchu.

- Wiem, dziękuję wam - uśmiechnąłem się do niej. 

Na chwilę zapadła między nami cisza i oboje patrzyliśmy na krajobraz przesuwający się za oknem. Pragnąłem napisać do Alexa i dać mu znać, że jesteśmy już w pociągu i że nie mogę się doczekać naszego spotkania, ale na ekranie telefonu zobaczyłem brak zasięgu. Westchnąłem ze zrezygnowaniem i spojrzałem na mamę. Miała przymknięte oczy, więc uznałem, że był to najwyraźniej czas na jej popołudniową drzemkę. Z torby wyciągnąłem moje ukochane MP3 i założyłem słuchawki. Byłem w mieszanym humorze, bo zarówno wyczekiwałem tego spotkania, ale także cholernie się go bałem. Żeby już nie myśleć o tym wszystkim i dodatkowo się nie stresować, skupiłem się na widoku za oknem, a w uszach brzmiała mi piosenka alt-j.

Mój spokój jednak został zaburzony gdy telefon w pewnym momencie złapał zasięg i usłyszałem dźwięk powiadomienia o wiadomości. Z uśmiechem spojrzałem w ekran, będąc w stu procentach pewien, że to na pewno Alex, ale mina zrzedła mi, gdy na ekranie zobaczyłem numer Louisa. Po tamtym razie, kiedy okłamałem mamę, że jadę do niego, a on niechcący mnie wydał, napisałem do niego SMSa, mając nadzieję jednak, że jest już za granicą i mi nie odpowie. Niestety, ale w końcu musiał się do mnie odezwać i zrobił to właśnie tego dnia, kiedy myślałem że nic nie jest w stanie zepsuć mojego dobrego humoru.

Louis: Hej Gabriel, wróciłem już od wujka. Kiedy chciałbyś się spotkać? 

Wgapiałem się w napisane przez niego słowa, przygryzając boleśnie dolną wargę. Nie wiedziałem, czy istniały w ogóle jakiekolwiek słowa, które mógłbym w tym momencie użyć, by opisać mu, jak wszystko się u pozmieniało. Czułem wyrzuty sumienia (nie tak duże jak te, które czułem w związku z Alexem) i nie potrafiłem na razie choćby zmusić swojego mózgu, by spróbował wymyślić, co zrobić z całą tą sytuacją. Cel na najbliższy czas mojego życia w tym momencie był jasno określony i nie było w nim miejsca na cokolwiek związanego z Louisem. Wiem, brutalne i smutne. Ale co mogłem poradzić na to, co czułem? 

- Oj, chyba mi się przysnęło - mruknęła mama, podnosząc powoli głowę i rozglądając się po przedziale. - Długo spałam? 

Spojrzałem na nią jak gładzi się po brzuszku, sięgając do torby po kanapkę.

- Nie wiem, straciłem poczucie czasu - odmruknąłem jej, patrząc po raz ostatni na wiadomość od Louisa.

Potem zablokowałem telefon i schowałem go głęboko w torbie. Mama podała mi kanapkę z kurczakiem, więc wziąłem się z chęcią za jedzenie. Chwilę jechaliśmy w ciszy i czułem, że mocno mi ona przeszkadza, ale czekałem cierpliwie aż mama skończy jeść. 

- Wiesz już, że to będzie dziewczynka? Wcześniej powiedziałaś, że „będziemy walczyć jak lwice” - zagaiłem rozmowę.

Mama uśmiechnęła się, wyrzucając papier po kanapce do kosza.

- Nie, ale mam przeczucie, że to będzie dziewczynka. Dopiero za jakiś czas mam wizytę u ginekologa, więc dopiero on to potwierdzi, bo w końcu jestem już w piątym miesiącu ciąży.

- Fajnie byłoby mieć siostrzyczkę - powiedziałem, zgodnie z prawdą. - Vi Alexa jest cudowna, miałem okazję ją poznać.

- Cieszę się, że nie masz nic przeciwko temu, że układam sobie życie z Jeromem - mruknęła mama nagle, a jej oczy się zaszkliły. - Przepraszam, że już prawie płaczę, ale te ciążowe hormony to jest jakiś żart. Ostatnio popłakałam się, bo spadła mi łyżeczka, którą chciałam zjeść lody. Głupota!

Zaskoczony jej słowami, poczułem, że to dobry moment na to, by otworzyć się przed mamą. Miałem trochę przemyśleń na temat naszej starej i obecnej rodziny i uważałem, że powinienem podzielić się nimi z siedzącą na przeciw mnie kobietą.

- Mamo, uważam, że Jerome jest naprawdę wspaniałą osobą i że pasujecie do siebie. Może trochę czasu zajmie mi zwrócenie się do niego per „tato”, ale czuję, że to kiedyś nadejdzie - powiedziałem, patrząc jej w oczy. - Nigdy nie wybaczę ojcu za to, że podniósł na ciebie rękę i dla mnie to, że odszedł również równało się z rozpoczęciem nowego etapu w życiu. I bardzo się cieszę, że ty i Jerome, i ten mały szkrab, którego masz w brzuchu, będziecie w nim aktywnie uczestniczyć. Nawet nie wiesz, jak dużą czuję wdzięczność za to, że mnie zaakceptowaliście i za to, że jedziesz ze mną właśnie do Smithów…

Gdy spojrzałem znów w twarz mamy, z jej oczu spływały już strumyki łez, a ona sama cierpliwie wycierała je raz po raz zmiętą chusteczką. 

- Gabe… Jesteś moim synkiem, czy tego chcesz, czy nie. Nie potrafiłabym cię nie zaakceptować, bez względu na religię, czy cokolwiek innego. 

Westchnęłam głośno, by ostudzić nieco kłębiące się we mnie emocje, bo moje własne oczy również się zaszkliły. 

- Szkoda tylko, że nie wszystkie matki tak mają…

Mama zadumała się, patrząc przez okno na przemykający za nim szybko krajobraz. Do celu podróży zostało jeszcze kilka godzin; na miejscu mieliśmy być późnym popołudniem, dorzucając do tego krótki spacer z dworca do domu Smithów. 

- Wiesz, może Irene ma swoje powody, przez które postępuje w ten, a nie inny sposób. Nie chcę jej oceniać. Chcę ją natomiast zrozumieć.

Kiwnąłem głową, bo rozumiałem podejście mamy. Rodzicielstwo zupełnie nie było stworzone dla mnie i najprawdopodobniej nigdy nie miałem się przekonać jak to jest wychowywać własne dziecko, ale z perspektywy mojego życia teraz jasno i wyraźnie mogłem stwierdzić pewną rzecz. A mianowicie - bycie rodzicem to cholerne wyzwanie. W głębi duszy czułem, że moja mama i ojciec mogli być lepsi, że ich postępowanie nie zawsze było dobre, a stosunek do mnie pozytywny. Ale w tym momencie nie miało już to dla mnie większego znaczenia. Byłem, jaki byłem i czułem, że powoli godziłem się z tym, że miałem takie, a nie inne dzieciństwo. Pozytywną myślą, jaka dudniła mi w głowie, było to, że dziecko, które spokojnie rosło w brzuchu mamy, będzie miało lepiej niż ja. Mama z doświadczeniem pierwszego syna na pewno miała też własne przemyślenia na temat błędów rodzicielskich, jakie popełniła i byłem pewien, że przynajmniej tych będzie starała się unikać. Jerome natomiast nadal był dla mnie nie do końca rozwikłaną zagadką, lecz historia jego siostrzenicy napawała mnie nadzieją, że pierwsze dziecko w swoim życiu otoczy miłością i zrozumieniem. 

- Wiem, że jego mama jest inna - mruknąłem. - Ale może nasze odwiedziny coś zmienią, bo zobaczy inną, twoją perspektywę. Tak, tak, wiem, że to może nie wypalić, wiem. Ale muszę spróbować, bo nie wybaczyłbym sobie do końca życia, gdybym nie zrobił nic. 

Mama uśmiechnęła się i pochyliła się w moją stronę na tyle, na ile pozwolił jej wystający brzuszek. Gestem dłoni skłoniła mnie, bym też się do niej nachylił, a gdy to zrobiłem, pogładziła mnie po policzku, a koniec końców pocałowała mnie w czoło. Zawstydziłem się lekko, ale proszę państwa, proszę nie oceniać. W moim niedługo siedemnastoletnim życiu mało było takich czułych rodzicielskich sytuacji. To była dla mnie nowość, do której musiałem się przyzwyczaić, a robiłem to z wielką chęcią. 

- Widzę, że naprawdę kochasz tego chłopca - powiedziała mama, wracając do poprzedniej pozycji. - Cieszy mnie to, ale też trochę smuci. Jesteś już taki duży i nawet nie wiem kiedy minęły mi wszystkie te lata. Niedawno jeszcze biegałeś w pieluszce i dopiero co uczyłeś się mówić. A dzisiaj już kogoś kochasz i jesteś w tym tak dojrzały, że gdybym miała cię oceniać tylko po słowach, to powiedziałabym, że mógłbyś mieć już ze trzydzieści lat.

Zaśmiałem się radośnie, kontemplując w sobie uczucie nostalgii wywołanej jej słowami. Cieszyło mnie to, że mama widzi mnie już jako dojrzałego i że najwyraźniej mój związek z Alexem był dla niej czymś, za co warto było walczyć. Wiecie, wiązanie się z kimś w tym wieku dla niektórych bywało tylko zabawą albo eksperymentem. Mówię tutaj bardziej o parach heteroseksualnych, które mają większe społeczne przyzwolenie. My, geje, nie mamy tak prostej drogi do odnalezienia partnera, czy bycia zaakceptowanym przez środowisko. Może dlatego takie związki bywają bardziej poważne, a przynajmniej mój i Alexa, skoro narażają nas na nieprzychylność ze strony innych ludzi? 

- Mam wrażenie, że urodziłem się już z mentalnością trzydziestolatka - powiedziałem wesoło. - I dopiero przy Alexie pozwoliłem sobie na zachowywanie się jak dzieciak.

Mama przewróciła oczami. 

- Fakt, twoją ulubioną książką z dzieciństwa była encyklopedia powszechna i jezus maria, pamiętam jak non stop prosiłeś żebym ci ją czytała przed snem, a ja zasypiałam pierwsza z nudów! 

Zaśmialiśmy się oboje, gdy promień słońca wpadający przez okno oślepił mnie swoją jasnością. Jak ja kochałem lato! Tę wszechobecną zieleń, ciepło i zapach spieczonej ziemi! Oczywiście lato bez Alexa nie było tak wspaniałe, ale może będzie mi dane jednak go doświadczyć? 

- A co z Louisem? 

Usłyszałem pytanie mamy, ale tak bardzo nie chciałem porzucać swoich fantazji, które właśnie kreowały mi się w głowie. Oczami wyobraźni widziałem scenę, w której ja i Alex leżeliśmy na kocu na łące, jeszcze dalej niż nasz domek na drzewie i wygrzewaliśmy się w słońcu jak dwa leniwe koty. W każdym momencie mogłem sięgnąć do jego twarzy i ust, by złożyć na nich pocałunek, albo wtulić się w niego i rozmawiać o wszystkim, aż do zmierzchu. Niestety, ale temat Martineza ściągnął mnie z powrotem na ziemię z niechęcią i poczuciem bezsilności.

- Nie wiem - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - Ja wiem, że to co zrobiłem, było złe i znowu dałem mu nadzieję, ale jak mam mu wytłumaczyć, że Alex znowu jest dla mnie najważniejszy? 

- Znowu dałeś mu nadzieję? - Zapytała z ciekawością mama.

No tak, podczas naszych wspólnych wieczorów, które spędzaliśmy ostatnio na balkonie, często opowiadałem mamie, co działo się u mnie w szkole. Głównie o tym, jak burzliwie wyglądało moje pierwsze spotkanie z Alexem, co działo się później, a także naprostowałem jej wszystkie kłamstwa, których dopuściłem się kiedyś przez telefon. Szczerze powiedziałem jej, że wcale nie miałem znajomych, że przygarnąłem kota, że o mało co nie wyrzucili mnie ze szkoły przez intrygi. Zostawiłem dla siebie jedynie pikantne szczegóły mojego związku z Alexem i to, że na bal poszedłem z Louisem. 

- Pamiętasz jak opowiadałem ci o balu, prawda? - Mama kiwnęła głową. - Byłem na nim z Louisem, bo dostaliśmy ten sam numerek. Spotkaliśmy się wcześniej żeby pogadać i trochę się poznać i generalnie to chłopak wyznał mi, że mu się podobam.

- O, tego bym się nie spodziewała - mruknęła zaskoczona. - Przepraszam, że to powiem, ale jejku, rozchwytywany byłeś w tej szkole!

Zaczerwieniłem się po same uszy, czując jak z gorąca pieką mnie policzki.

- Gdzie tam rozchwytywany…

- Noo, byłeś z Alexem, bo spodobałeś mu się od początku roku, a później jeszcze Louis i być może Brandon. Miałeś niezłe powodzenie! 

Wypuściłem powietrze z płuc, głośno i ostentacyjnie. 

- Daj spokój z Brandonem, nie wierzę, że ten człowiek mógł się mną interesować w TEN sposób. 

- Gabe, mnie by to wcale nie zdziwiło. Jesteś bardzo przystojny, szczególnie w dłuższych włosach. 

Znów zaczerwieniłem się mocno, więc rozpiąłem najwyższy guzik koszuli, mając nadzieję, że przyniesie mi to ulgę. Czy faktycznie byłem przystojny? Nie wiem. Czy mogłem uznać, że jednak byłem, skoro wzbudziłem zainteresowanie tylu osób w szkole? Być może. Przecież w końcu mój chłopak, kapitan drużyny koszykarskiej i osoba, do której wzdychało tyle dziewczyn ze szkoły, wybrała akurat mnie. Nie oszukujmy się, że przez charakter. Chłopak przyznał się, że spodobałem mu się od samego początku, kiedy zaczął zwracać na mnie uwagę, czyli od apelu szkolnego. Gdybym nie był dla niego atrakcyjny, pewnie w ogóle by do mnie nie zagadał. To samo z Louisem, który też zainteresował się akurat mną spośród wszystkich innych chłopców. 

- Nieważne, wróćmy do Louisa - mruknąłem, odgarniając włosy z czoła. - Już tyle razy dawałem mu nadzieję i tyle razy mu ją zabierałem, że sam nie wiem co teraz zrobić. Boję się skrzywdzić go po raz kolejny, ale chyba będę musiał to zrobić. 

- Przecież można chyba powiedzieć, że byliście parą, prawda? - Zapytała mama.

Skrzywiłem się, zerkając przez okno, by uniknąć kontaktu wzrokowego. 

- Nie wiem, nie było żadnego „Czy chcesz ze mną być?”, czy coś. Spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i tak, całowaliśmy się i w ogóle, ale nie potrafiłem się w nim zakochać. Teraz wiem, że bałem się bycia samotnym i chyba dlatego próbowałem zastąpić Alexa Louisem. 

Mama pokiwała głową ze zrozumieniem i bałem się, że zaraz mnie zbeszta, ale ona nadal się uśmiechała.

- Nie dziwię ci się. Nie mówię, że pochwalam twoje zachowanie, ale rozumiem je. Przykro mi tylko, że było to kosztem Louisa i to niestety jest konsekwencja, z którą będziesz musiał sobie poradzić. 

Spojrzałem smutno na swoje buty, trawiąc jej słowa. Mama miała rację i wiedziałem to, ale uparcie nie chciałem dopuścić do siebie prawdy, że zachowałem się jak skończony dupek. Ale co miałem wtedy zrobić? Od marca aż do końca roku szkolnego żyłem w przekonaniu, że Alex to już przeszłość i starałem się zrobić wszystko, by o nim zapomnieć i żyć dalej. Nie miałem pewności, że to się uda (przecież się nie udało), a mimo wszystko Louis angażował się we mnie od samego początku. Nie prosiłem go o to, ale też nie robiłem nic, by temu zapobiec. W pewnym momencie nawet myślałem, że jednak się udało i Alexander Smith przestał dla mnie istnieć. 

- Wiem, pomyślę jak to rozwiązać, kiedy wrócimy do domu. Teraz nie mam do tego głowy - powiedziałem szczerze. 

- A co, jeśli Alex nie wróci? - Rzuciła mama, a później, na domiar złego poruszyła temat, o którym naprawdę w ogóle nie chciałem na razie rozmawiać. - Wrócisz wtedy do Louisa? 

Bezwiednie zacisnąłem szczęki i zamknąłem oczy. Bolało mnie myślenie o tym. Miałem chaos w głowie i nie istniało nic, co mogłoby mi w tym momencie pomóc. W ogóle nie byłem zły na mamę, że poruszyła ten temat, było to naturalne i zrozumiałe, że była ciekawa. Sęk w tym, że to ja nie byłem gotowy nawet na konfrontację w swojej głowie, a co dopiero na rozmowę na głos. 

- Nie wiem, mamo, naprawdę nie wiem. Nie mam pojęcia, czy byłbym w stanie go w ogóle pokochać, nawet jeśli Alex nigdy nie miałby już pojawić się w moim życiu. 

- Rozumiem - uśmiechnęła się z troską. - Widzę, że nie chcesz już o tym rozmawiać, więc nie będę pytać. Mam nadzieję, że jeśli będziesz potrzebował pomocy w tym temacie, to nie będziesz czuł się skrępowany, żeby ze mną o tym znowu porozmawiać. 

Na mojej twarzy wykwitł uśmiech wdzięczności, bo jej słowa złapały mnie mocno za serce. Z ulgą oddaliłem od siebie temat Louisa, patrząc na zegarek. Nie minęło jeszcze nawet pół drogi, a mnie zaczęły już boleć plecy od siedzenia. 

- Jasne, dziękuję - odpowiedziałem. - Chcesz zagrać w karty? 

Mama ożywiła się znacznie, prostując się na siedzeniu. Wyciągnąłem z plecaka talię kart i tasowałem je powoli, dokładnie, patrząc przez okno. W duchu byłem wdzięczny, że porozmawialiśmy, mimo niektórych emocji, które się we mnie wzburzyły. Miałem jeszcze dużo do przemyślenia, ale obiecałem sobie, że zajmę się tym dopiero, kiedy wrócimy do domu. Na razie na pierwszym planie był Alex i tylko on. Perspektywa spotkania go i przebywania z nim w jednym domu napawała mnie radością, nawet jeśli nie będziemy mogli okazywać sobie żadnych miłych gestów. Liczyło się to, że będzie obok, na wyciągnięcie ręki i będę mógł z nim porozmawiać. 

Reszta podróży minęła nam na kilku partyjkach tysiąca, potem zagraliśmy w wojnę, a kiedy nam się znudziła, na rozluźnienie zagraliśmy w dupę biskupa. Pociąg zatrzymywał się co jakiś czas na stacjach, więc w końcu do naszego przedziału dosiadło się stadko nastolatków jadących gdzieś razem. Raz po raz wymienialiśmy z mamą ukradkowe pogardliwe spojrzenia, kiedy podsłuchiwaliśmy rozmowy współpasażerów, które kręciły się wokół obgadywania znajomych i szczycenia się swoimi osiągnięciami zarówno w social media, w ilości wypitego alkoholu, jak i w doświadczeniach seksualnych. Później oboje chyba przysnęliśmy, bo gdy otworzyłem oczy, nabrzmiałe słońce chyliło się leniwie ku horyzontowi, a nastolatków nie było już w naszym przedziale. 

Zaraz mieliśmy dojechać do celu.

***

Na dworze było jeszcze bardziej gorąco niż w pociągu, przez co mama musiała wachlować się słomianym kapeluszem, ale mi wcale to nie przeszkadzało. Miałem wrażenie, że słońce i ciepło napędzały mnie do życia, ładując mnie dobrą energią. Podeszliśmy do ławki na dworcu, żeby mama mogła poprawić sobie buty, a ja stałem z bagażami i nastawiałem GPSa. Czekał nas jeszcze około 15-minutowy spacer, gdy w końcu ujrzymy wściekle pomarańczowy dom Smithów. Zacząłem rozglądać się po dworcu, planując już najlepszą dla naszych bagaży trasę, gdy moją uwagę przykuł kiosk stojący nieopodal. Powiedziałem mamie, że za chwilę wrócę i udałem się w jego kierunku, patrząc w dokładnie jeden punkt, a była nim maskotka wisząca na witrynie. Kupiłem kolejną butelkę wody, bo widziałem, że mamie się już kończyła, a na bank potrzebowała kolejnej, a także poprosiłem o wspomnianą wcześniej maskotkę. Wróciłem do ławki radosnym krokiem, trzymając w ręce zielonego, pluszowego żółwia.

- Dziękuję - powiedziała, przyjmując ode mnie butelkę. - To dla Vi?

- Tak. Ona bardzo lubi żółwie, wiec pomyślałem sobie, że coś jej dam.

Mama uśmiechnęła się i powoli podniosła się z ławki. Chwyciłem nasze bagaże i ruszyłem przodem, lecz mój entuzjazm sprawiał, że szedłem za szybko, więc raz po raz zwalniałem, by nie zmuszać mamy do większego wysiłku w tym upale. 

***

Kiedy zza drzew i innych budynków wyłonił się dom o kolorze, którego nie dało się pomylić z żadnym innym, nagle poczułem, że moje serce bije niezdrowo szybko. Mama szła powoli z tyłu popijając wodę. Mimo tego, że całą drogę maszerowałem całkiem szybko, teraz nagle moje nogi odmówiły posłuszeństwa i zrobienia choćby jednego kroku naprzód. Położyłem torbę na ziemi i przykucnąłem koło walizki, starając się uspokoić bijące jak szalone serce. 

- Coś nie tak? - Zapytała zmartwiona mama, kiedy zrównała się ze mną. 

Nie mogłem jej odpowiedzieć, bo moje płuca nagle zaczęły domagać się ogromnej ilości powietrza, tak jakbym dopiero co skończył biec sprintem. Zacząłem oddychać szybko, nie mogąc tak naprawdę złapać żadnego porządnego oddechu, a w mojej głowie panował chaos i panika.

Czy ja umieram? 

Jak to głupio byłoby umrzeć właśnie w tym momencie i tutaj

Mama widząc moją twarz, usiadła szybko obok mnie na chodniku i starała się zwrócić na siebie uwagę.

- Gabe, popatrz na mnie - powiedziała szybko. - Patrz jak oddycham i staraj się robić tak samo, ja będę liczyć do dziesięciu, okej? 

Pokiwałem głową, bo tylko na tyle było mnie stać. Poczułem ostre kłucie w klatce piersiowej, a moje serce nadal biło jak szalone. Skupiłem swój wzrok na mamie, starając się oddychać w jej tempie i wsłuchując się w to, jak liczy.

- Nie umierasz, to tylko atak paniki, nic złego się nie dzieje ani nie stanie - powiedziała tak, jakby czytała mi w myślach. 

Kiedy doszła do dziesięciu, mój oddech uspokoił się, a serce powoli wracało do normalności. Padłem na tyłek na chodnik i otarłem spocone ze strachu czoło. Czułem się strasznie, nie wiedziałem co się ze mną działo. 

- No, już, już wszystko w porządku - mruknęła mama i przytuliła mnie ramieniem. - Już jest okej.

Odwzajemniłem jej uścisk i otarłem łzy zmieszane z potem, które połączyły się w jedność na moich policzkach. Powoli wracało do mnie poczucie kontroli i stabilności, więc podniosłem się, a później wziąłem mamę pod ręce i podniosłem ją z chodnika na nogi. Koszula przykleiła mi się do spoconych pleców, a kosmyki włosów chłonęły pot z czoła, robiąc się oklapłe i smutne. 

- Dziękuję, nie wiem co to było i dlaczego to było, pierwszy raz tak miałem - mruknąłem cicho. 

- Nie ma za co, w twoim wieku też miewałam ataki paniki kiedy miałam dużo rzeczy na głowie, więc na szczęście wiedziałam jak ci pomóc. Chodź, bo chyba już na nas czekają - to mówiąc, wskazała w stronę pomarańczowego domu.

Rzeczywiście, przy przedniej furtce stał Roger z Vi, trzymając ją na barana, a obok stała Irene. Mała uśmiechała się i machała do nas, skacząc po karku ojca, co ten przyjmował z zakłopotanym uśmiechem. Kiedy przeszliśmy przez ulicę, Vi podbiegła do mnie i rzuciła mi się w ramiona. 

- Gabiii! - Pisnęła radośnie. 

- Hej, o matko, ale urosłaś, nie wierzę! 

Dziewczynka wyszczerzyła się dumnie, kiedy trzymałem ją na rękach. 

- Patrz, mam już stałego zęba! I wypadło mi kilka innych mleczaków! 

To mówiąc, otworzyła buzię na oścież i pochwaliła się swoim uzębieniem. 

- Wow, pewnie jesteś teraz bogata po wizytach Wróżki Zębuszki!  - Vi pokiwała energicznie główką. 

- A kto to? - Zapytała niewinnie, wskazując na postać stojącą obok mnie. 

- To moja mama, a w brzuchu ma moją siostrę albo braciszka - powiedziałem, przybliżając się do niej, by Vi mogła pogładzić ją po włosach. 

Irene Smith odchrząknęła głośno, nie wiem czy specjalnie, czy nie, ale zwróciła tym naszą uwagę. 

- Dzień dobry, Tereso - wystawiła dłoń w stronę mamy. 

- Dzień dobry, Irene - powiedziała mama, odwzajemniając uścisk. 

Te same grzeczności wymieniła z Rogerem, a później ja miło przywitałem, kiwając głową. Irene nie podała mi ręki, miałem wrażenie, że patrzy przeze mnie, ale przynajmniej głowa rodziny Smithów zachowywała się wobec mnie tak samo, jak przy naszym pierwszym spotkaniu.

- Pewnie jesteście głodni? - Zapytała matka Alexa, kiwając na Rogera, by ten zajął się naszymi bagażami. 

Oboje mruknęliśmy „tak”, zgodnie z prawdą. 

- Rozpaliliśmy grilla w ogródku, więc zapraszam do środka - to mówiąc, kobieta podeszła do mnie i wzięła ode mnie Vi, mimo, że ta protestowała lekko. 

Wziąłem swoją torbę, nie chcąc nadużywać gościnności Rogera i puściłem mamę przodem, przez drzwi furtki, a później domu. Wszedłem do środka, wypatrując oczywiście wszędzie Alexa, ale na razie zobaczyłem tylko jego adidasy i kurtkę wiszącą w przedpokoju. Przez chwilę wystraszyłem się, że z jakichś powodów nie będzie go i wcale się nie zobaczymy. Położyłem torbę w przedpokoju koło walizki mamy i wymieniłem się z nią uważnymi i zestresowanymi spojrzeniami. Wchodząc już do dużego salonu, zobaczyłem przeszklone drzwi prowadzące do wielkiego ogrodu i wtedy go zobaczyłem. Alex stał przy grillu i grzebał zaciekle szczypcami w palącym się węglu, zapewne też zestresowany. Poczułem ogromną chęć, by puścić się biegiem, wyskoczyć z salonu na zieloną trawę i zamknąć chłopaka w objęciach, jednocześnie całując go mocno. Naprawdę wiele mnie kosztowało, by się od tego powstrzymać, więc spokojnie czekałem, aż Smithowie i Phantomhive’owie przejdą przez próg tarasu. 

- Dzień dobry, Tereso - przywitał się Alex, stojąc nadal przy grillu. - Cześć, Gabriel - spojrzał na mnie z tęsknotą wymalowaną na twarzy. 

Mama i ja przywitaliśmy się, odpowiadając. Na razie nie wiedziałem, co było mi wolno, a co nie. Widziałem też dystans Irene wobec mnie, więc nie chciałem niczym jej podpaść.

- Zaraz zaczniemy grillować, więc dopiero za jakieś 15 minut będzie coś do jedzenia. Jak chcecie, to możecie iść się odświeżyć, na górze przygotowaliśmy dla was pokoje. Roger, pokażesz im je? 

Pan Smith kiwnął głową, ale najpierw zwrócił się do swojego przyszywanego syna.

- Alex, w lodówce jest zamarynowane mięso, wyciągnij je i wrzuć na grilla. Ja zaraz przyjdę i ci pomogę.

Chłopak uśmiechnął się blado i wrócił znowu do mieszania szczypcami w węglu. Ruszyliśmy z powrotem przez salon, biorąc po drodze bagaże. Vi w końcu puszczona wolno przez mamę podbiegła do nas i chwyciła mnie za rękę. 

- Chodź Gabi, pokażę ci ciebie!

Uśmiechnąłem się serdecznie i ruszyliśmy schodami na górę. Mi trafił się pokój, który najwyraźniej kiedyś należał do Michaela, a mama rozgościła się obok, za łazienką, w pokoju gościnnym. Zostawiłem swoje bagaże i ruszyłem z Vi do jej królestwa, by położyć się plackiem na dywanie i zajrzeć do terrarium stojącego na podłodze. W środku, między trocinami i kamieniami spacerował sobie żwawo żółw stepowy nazwany moim imieniem.

- Cudowny, prawda? - Zapytała cicho dziewczynka, przejęta jak nigdy dotąd.

- Fajowy - szepnąłem zgodnie z prawdą. 

Leżeliśmy tak jakiś czas, w ciszy, patrząc na poczynania żółwia, kiedy usłyszeliśmy wołający nas głos z dołu. Niechętnie podnieśliśmy się i wyszliśmy z pokoju, spotykając się w korytarzu z mamą, która najwyraźniej chwilę wcześniej brała prysznic.

- Proszę pani, a czemu pani nie wie, czy ma pani w brzuszku chłopca albo dziewczynkę? 

Mama uśmiechnęła się, rozczulona.

- Jeszcze jest trochę za wcześniej żeby mieć pewność, ale to chyba będzie dziewczynka.

- Ojej! - Zawołała Vi i przystanęła na schodku. - Już nie mogę się doczekać, jak się urodzi i będę mogła się z nią bawić! 

Wymieniliśmy się spojrzeniami z mamą.

- Chciałabym żeby Frannie miała taką miłą koleżankę! 

W pierwszej chwili zdziwiło mnie konkretne imię, jakie wypowiedziała mama, ale szczerze? Wcale nie byłem zaskoczony. 

Zeszliśmy na dół do salonu, a później na taras. Na dworze nadal było ciepło, ale przynajmniej nie można było tego nazwać już upałem, choć wciąż można było nosić krótki rękawek. Stojący na tarasie stół został przyozdobiony obrusem w kratę, a na jego blacie stały półmiski z sałatkami i gorące mięso parujące na talerzu. 

- Zapraszam, usiądźcie gdzie wam wygodnie - powiedziała Irene, już w wyraźnie lepszym nastroju.

Alex siedział w najdalszym miejscu przy stole, więc bez wahania przecisnąłem się tak, by usiąść na przeciw niego. Obok mnie miejsce zajęła Vi, a po jej prawej stronie mama. Spojrzałem na Alexa i napotkałem jego czuły wzrok. Znów nabrałem ochoty, by wstać i nachylić się nad stołem, by go pocałować, ale z całych sił powstrzymałem się od tego. Irene usiadła koło swojego syna, więc czułem na sobie jej baczne spojrzenie, nawet w momentach, gdy na mnie nie patrzyła. 

- Smacznego - powiedział Roger, nalewając nam lemoniady do szklanek. 

Mężczyzna usiadł koło Irene i wziął się od razu do jedzenia, więc wszyscy inni zrobili to samo. Krojąc karkówkę, poczułem, jak Alex dotyka mnie w łydkę stopą, więc wysunąłem się w jego stronę, by móc przytulić się do niego choć w taki sposób. Rzuciłem mu ukradkowe spojrzenie znad swojego talerza i spotkałem jego wzrok. Chłopak patrzył na mnie nadal z tęsknotą, ale wydawało mi się, że zobaczyłem w nim również odrobinę pożądania. 

- Alex nie wspominał, że jesteś w ciąży - zagaiła Irene, upijając lemoniadę ze szklanki. - Który to miesiąc? Znasz już płeć? 

Mama przełknęła kęs kurczaka i odpowiedziała:

- Piąty miesiąc. Jeszcze nie wiem, ale czuję, że to będzie dziewczynka.

Irene uśmiechnęła się i miałem wrażenie, że zrobiła to z prawdziwą sympatią. Może wcale nie była aż taka zła?

- My też staramy się z Rogerem o dziecko, ale na razie bez skutku. Mam już swoje lata i może nie jest mi pisane, by zajść w ciążę…

- Gdzie tam, przy obecnym rozwoju medycyny prawie nie ma znaczenia ile masz lat. Ja sama do młodych nie należę, a jednak się udało. Też nam to trochę zajęło, ale koniec końców, teraz mam tego łobuziaka w brzuchu. 

Irene zaśmiała się, a moja mama jej zawtórowała. Wydawało mi się, że znalazły nić porozumienia, którą mogły tylko i wyłącznie nawiązać między sobą matki. 

Nagle mój telefon znajdujący się w kieszeni spodenek rozdzwonił się, wiec szybko rzuciłem się, by go wyciszyć. Pokornie przeprosiłem za to ludzi obecnych przy stole, a później zerknąłem na ekran wygaszacza. To Louis dzwonił do mnie, pewnie zaniepokojony moim brakiem odpowiedzi. Zmarszczyłem brwi i odłożyłem telefon z powrotem do kieszeni. Martinez nadal się do mnie dobijał, ale czułem to tylko ja, gdy na udzie wibrował mi telefon. Odechciało mi się jeść, ale na szczęście towarzystwo skończyło już posiłki i powoli wstawało od stołu. Irene zaprowadziła mamę w stronę leżaków stojących na trawie i usadowiły się tam, natomiast Roger poszedł nalać wina. Vi pociągnęła mnie w stronę trampoliny, ale gdy się na nią wgramoliliśmy, oboje uznaliśmy, że skakanie sobie na razie odpuścimy. Położyliśmy się więc na środku i patrzyliśmy w lekko już granatowe niebo. Alex był jeszcze przy stole, ale powoli, jakby z zagubieniem wstał i przeszedł szybkim krokiem obok naszych rodziców rozłożonych na leżakach i pogrążonych w rozmowie. Widziałem, jak zbliża się do nas, więc oczywiście moje serce zabiło szybciej i mocniej. Po chwili chłopak położył się koło Vi, tak, że mała leżała teraz w środku, między nami. Mimo tego, czułem bliskość chłopaka i było mi z nią bardzo dobrze.

- Pokazałaś Gabe’owi już swojego żółwia? - Odezwał się Alex, przerywając ciszę. 

- Taaak, oglądaliśmy go przed obiadem! Jutro po śniadaniu wezmę go na spacer do ogródka!

Alex przewrócił się na brzuch i podparł brodę ręką, tak, by nasze spojrzenia mogły spotkać się ponad główką dziewczynki. W tym momencie doszedł do nas tubalny śmiech dochodzący od leżaków, a we mnie zakiełkował nowy pąk nadziei. 

Leżeliśmy tak i rozmawialiśmy z Vi, raz po raz obdarzając się miłymi spojrzeniami, aż w końcu dziewczynka stwierdziła, że czas na skakanie. Według mojego zegarka dochodziła godzina dwudziesta, co można było wywnioskować po orzeźwiającym, lekkim wietrze, który czasami przyprawiał mnie o gęsią skórkę. Poskakaliśmy chwilę z Vi, ale najwyraźniej nasza kondycja nie należała do najlepszych, więc po chwili ulotniliśmy się z trampoliny by dołączyć do towarzystwa na leżakach. Ja osobiście bałem się iść gdzieś w zaciszne miejsce, na przykład do domu, by usiąść tam z Alexem i porozmawiać, on chyba był podobnego zdania. Nie chcieliśmy podpaść, to tyle. 

- Gabriel? Haha, Gabriel był tak uroczym dzieckiem, ale nie chciał nosić pieluch i zawsze robił awanturki, kiedy próbowałam go w nie ubrać.

Weszliśmy w połowie tematu, ale jak się domyśliliśmy, gadali oczywiście o nas. Irene i Roger siedzieli przytuleni, oboje mieli na polikach wypieki świadczące o tym, że wypili już trochę lampek wina. Mama sączyła na przemian wodę i lemoniadę, uśmiechnięta jak nigdy. Rodzice widząc, że zbliżamy się do nich, zamilkli, a później zaśmiali się jakby przyłapani na gorącym uczynku. 

- Cześć, chłopcy - przywitała nas Irene. - Vi na trampolinie? Zaraz trzeba będzie ją położyć spać. 

To mówiąc, kobieta zaczęła się podnosić, ale w tym momencie dziewczynka podbiegła do nas. 

- Mama, spać mi się chce - mruknęła, przecierając oczy piąstkami. - Czy Gabi może mi poczytać bajkę? 

Usta Irene zacisnęły się w prostą, bladą linię. 

- Na pewno? A pytałaś Gabriela, czy on nie ma nic przeciwko?

- Nie pytałam…

- Nie mam nic przeciwko - od razu powiedziałem.

Mama zerknęła na mnie niepewnie, a później spojrzała na Irene i Rogera. Kobieta już miała coś powiedzieć, ale wyprzedził ją jej mąż.

- Vi nie mogła się doczekać bardzo twojego przyjazdu, ja nie widzę żadnych przeciwwskazań. 

Dziewczynka złapała mnie za rękę i pociągnęła za sobą do domu. Obejrzałem się za siebie i zobaczyłem jak Alex kieruje się w stronę stołu i zaczyna zbierać brudne naczynia, patrząc za nami. Zrobiło mi się przykro, ale ledwo zgodzili się na to, bym zajął się Vi, a co dopiero żeby towarzyszył nam chłopak. Poszedłem na górę, najpierw zachodząc do swojego pokoju po maskotkę żółwia, o której z powodu wielu emocji po prostu zapomniałem, a potem poszedłem do pokoju dziewczynki. Vi czekała już na mnie, siedząc na łóżku z przygotowaną książką o żółwiach. Kiedy zobaczyła maskotkę, którą trzymałem, zapytała:

- To twój żółw? Ale śliczny! 

- Nie, skarbie, kupiłem go dla ciebie. 

Dziewczynka spojrzała na mnie z wdzięcznością, biorąc maskotkę do rąk i od razu ją przytulając.

- Nazwę ją Frannie! 

Uśmiechnąłem się i pogładziłem ją po włosach. W pokoju paliła się tylko lampka nocna, więc panował w nim półmrok idealny do czytania. Dziewczynka położyła się w łóżku i przykryła szczelnie kołdrą siebie i Frannie, przytulając ją mocno. Ja usiadłem obok niej, wziąłem w ręce książkę i otworzyłem ją na pierwszej stronie. Zacząłem czytać, starając się używać różnych intonacji i głosów do każdego z bohaterów, a czasami nawet robiłem specjalnie dramatyczne przerwy. Vi śmiała się i dokazywała, zupełnie nie wyglądając już na tak zmęczoną jak wcześniej, ale nie przeszkadzało mi to. Bawiłem się wybornie. 

Nawet nie wiem kiedy zasnąłem, wiem tylko, że obudziłem się, gdy ktoś wszedł do pokoju i na chwilę zapalił górne światło. Usłyszałem chichoty i ledwo powstrzymywane śmiechy, więc otworzyłem oczy i spojrzałem najpierw na śpiącą w najlepsze dziewczynkę, a później w stronę drzwi. Państwo Smith i moja mama stali tam, ciesząc się jak głupi do sera, ktoś nawet zrobił zdjęcie. Wstałem powoli, ocierając ślinę z kącika ust i bezgłośnie odkładając książkę na półkę. 

- Która godzina? - Zapytałem cicho.

- Dwudziesta trzecia - mruknęła mama. - Ale ci się przysnęło, bobasie.

Państwo Smith parsknęli śmiechem, a gdy Vi niespokojnie ruszyła się w łóżku, gwałtownie się uciszyli. Stwierdziłem, ze pewnie byli mocno pijani, skoro zachowywali się jak nastolatki, choć moja mama ze względu na ciążę nie piła, ale również chichotała.

- Jutro rano jedziemy nad jezioro, więc dobrze byłoby iść już spać - powiedział Roger, obejmując żonę i zamykając drzwi od pokoju córki. - Alex już śpi, też padł jak mucha. 

Ucieszyłem się na wspólny wyjazd, więc myśl, że mój chłopak nie był dla mnie już dostępny tego wieczoru, nie była bardzo tragiczna i krzywdząca, bo jutro też miał być dzień. Powiedziałem wszystkim dobranoc; państwo Smith zeszli na dół do swojej sypialni, a mama przytuliła mnie i poszła do siebie, mówiąc że jest już bardzo zmęczona. Ja skoczyłem pod prysznic, który jeszcze bardziej mnie rozbudził, co przyjąłem z niemałym zawodem. Nie dość, ze zrobiłem sobie nieplanowaną drzemkę, to jeszcze letnia woda sprawiła, że byłem tak świadomy wszystkiego dookoła, jak nigdy dotąd. Rozczesałem mokre włosy i poszedłem do dawnego pokoju Michaela i położyłem się do łóżka w samych bokserkach. Było mi gorąco mimo prysznica i nie zapowiadało się, by miało zrobić się chłodniej. 

Wyciągnąłem telefon ignorując zupełnie kilkanaście nieodebranych połączeń i nieodczytanych wiadomości od Louisa. Wszedłem w aplikację z pobranymi z Internetu książkami i zacząłem czytać „American Psycho” Bret’a Ellis’a, ale myśl, że Alex jest w tym samym domu, w pokoju obok, skutecznie powstrzymywała mnie przed skupieniem się. Wszedłem w wiadomości, niechcący czytając kawałek jednej, którą dostałem od Louisa (Czy wszystko w porządku, Gabe?), ale znów ją zignorowałem. Wybrałem numer Alexa i napisałem do niego jedno słowo.

Śpisz? 

A później ze stresu wyciszyłem znów telefon i położyłem go ekranem w dół koło siebie na łóżku. Oczekiwałem w napięciu na odpowiedź, ale kiedy po dziesięciu minutach nie nadeszła, wziąłem ze zrezygnowaniem telefon do ręki i powróciłem do lektury. 


Rozdział LIII

2 komentarze:

Znacie te uczucie, kiedy odklejacie się od rzeczywistości i macie wrażenie, że wszystko, co dzieje się dookoła, tak naprawdę się nie dzieje? Wszystkie emocje wydają się śmieszne, nierealne, a ciało staje się maszyną, działającą według zaprogramowanego schematu, na który nie macie wpływu. Ja poczułem to, stojąc przed Alexem, poczułem, że cała ta sytuacja była tak groteskowa, że aż ściskało mnie w środku z żenady. Wyraz twarzy chłopaka, to, że miałem na sobie jego czerwoną bluzę po tym jak wypełzłem z szafy i Michael stojący z głupim uśmiechem na twarzy, obserwujący nas. Wszystko to wydawało mi się zarazem przezabawne, jak i zaskakująco wstydliwe. W pierwszym odruchu ściągnąłem z siebie kangurkę Alexa, żałując w ogóle, że dałem się namówić jego bratu, bym ją na siebie włożył. I stałem tak, miętoląc ją w rękach, czując się niesamowicie żałośnie. Michael chyba to wyczuł, bo ulotnił się bez słowa z pokoju, zamykając za sobą drzwi, zostawiając mnie samego z chłopakiem.

Co miałem zrobić? Co miałem powiedzieć? Nie wiem, czekałem, aż Alex cokolwiek zrobi, cokolwiek powie. Nie wiedziałem, na co mogłem sobie pozwolić po tych kilku miesiącach rozłąki i braku kontaktu. Czy mogłem go przytulić? Czy mogłem go pocałować? Czy miałem prawo powiedzieć mu, że tęskniłem? Czekałem na jakikolwiek znak z jego strony, pozwolenie na cokolwiek. Bałem się, że gdybym zaczął działać instynktownie, to zostałbym przez niego odrzucony. Nie wiedziałem, jakim człowiekiem obecnie był chłopak, który siedział przede mną na łóżku i patrzył na mnie z zaskoczonym wyrazem twarzy. 

Co, jeśli nie chciał ze mną być? 

Co, jeśli nie chciał mnie więcej widzieć? 

Co, jeśli już... już mnie nie kochał? 

- Gabe... - Wydusił z siebie Alex, a mnie przeszły znów dreszcze, bo jego głos, w dodatku wymawiający moje imię, wzbudzał zbyt dużo wspomnień.

Postanowiłem usiąść koło niego, jak zwyczajny człowiek, kolega, kumpel. Niestety jego bliskość działała na mnie jeszcze mocniej niż jego głos i walczyłem mocno ze sobą, by nie spróbować go dotknąć. Twarz Alexa z zaskoczonej, przybrała zmieszaną minę.

- Co ty tutaj robisz? - Zapytał pretensjonalnym tonem, od którego ścisnęło mnie w żołądku.

Już chciałem mu odpowiedzieć, że przyjechałem żeby się z nim zobaczyć i spróbować zrobić cokolwiek, byśmy wrócili do siebie, ale on mi przerwał. Tym razem jego ton świadczył o złości, którą w sobie chował. Chłopak wstał gwałtownie, gestykulując mocno, ze zdenerwowaniem.

- Nie, inaczej! Dlaczego przyjechałeś dopiero teraz?!

Jego słowa zabolały mnie w serce, ale wiecie co? Nie było mi z tym źle. Wiedziałem, że postąpiłem źle, nie, nie źle, wręcz chujowo, kiedy przez te kilka miesięcy próbowałem o nim zapomnieć, wykorzystując do tego Louisa. Miał prawo do bycia wściekłym na mnie. Ja sam byłem na siebie wściekły, szkoda tylko, że zrozumiałem to tak późno. 

- Ja... - zacząłem, ale Alex znów mi przerwał.

- Boże, nie, nie chcę słuchać twoich tłumaczeń. Nie chcę! - Powiedział, z powrotem siadając na łóżku, tym razem dalej ode mnie.

Chłopak oparł łokcie na kolanach i zwiesił głowę między ramionami. Patrzenie na jego stan bolało mnie bardziej niż wyrzuty sumienia i jego gniewne słowa.

- Po prostu nie rozumiem, dlaczego zjawiasz się dopiero teraz, kiedy prawie pogodziłem się z tym, że już cię więcej nie zobaczę. Nie rozumiem... - Dodał, już spokojniejszym głosem, nadal na mnie nie patrząc.

W głowie miałem pustkę, czułem jedynie ból i smutek. Usłyszałem, że oddech chłopaka stał się głośniejszy, urywany, jakby starał się bezgłośnie płakać. Moja dłoń, kierowana własnym życiem, sięgnęła do jego ramienia, a gdy osiadła na nim, Alex przestał kryć się ze swoimi emocjami i zaczął głośno szlochać. To zabolało mnie tak mocno, że porzuciłem wszystkie wątpliwości i ograniczenia i po prostu przysunąłem się do niego. Objąłem go, a jego ciało wydało mi się tak kruche i małe w moich ramionach, kiedy chłopak oparł się o mnie bezwładnie. Wplotłem dłoń w jego włosy i przyciągnąłem go do siebie jeszcze bliżej, zanurzając nos w jego krótkich kosmykach. Pachniały inaczej, niż je zapamiętałem, nie znalazłem w nich już pomarańczy i cynamonu, lecz zapach nostalgii i smutku.

- Alex, ja... ja miałem w głowie chaos przez te wszystkie miesiące od dnia, kiedy zniknąłeś, nic mi nie mówiąc - powiedziałem powoli, ważąc każde słowo. - Próbowałem o tobie zapomnieć, bo nie potrafiłem sobie poradzić z bólem i smutkiem, który czułem. Byłem bezsilny i nikt nie był w stanie mi pomóc w tym, żeby ściągnąć cię z powrotem do szkoły. To nie tak, że nic nie robiłem, nie. Próbowałem, ale każda porażka sprawiała mi jeszcze więcej bólu...

- Ja... ja... to wiem - wyszlochał chłopak. - Ja to wiem, ale to wcale nie pomagało mi w tym, żeby niczego od ciebie nie oczekiwać i nie być złym, za to, że ci się nie udało...

No i proszę, kilka jego słów wypowiedzianych bezbronnym, skrzywdzonym głosem sprawiło, że teraz to z moich oczu zaczęły lecieć łzy. Smakowały gorzko i okropnie.

- Co ja więcej mogłem zrobić? Nie wiem... - Wyszeptałem przez łzy. - Przerosło mnie to wszystko i jedyne, co potrafiłem, to spróbować o tobie zapomnieć, ale to też mi nie wyszło...

- Wiem... wiem i przepraszam, że jestem na ciebie taki zły. Ja też próbowałem zrobić cokolwiek, kłócić się z rodzicami, uciekać z domu, próbowałem... - Przerwał, by złapać oddech. - Ale... ale kiedy dowiedziałem się, że układasz sobie życie z Louisem, to zwątpiłem we wszystko, co między nami było. Kompletnie we wszystko i czułem się głupio z tym, że za tobą tęskniłem, kiedy ty już o mnie nie pamiętałeś...

Nie obchodziło mnie nawet, skąd wiedział, co działo się pomiędzy mną a Martinezem. To zwyczajnie nie miało znaczenia. 

- Louis był dla mnie wsparciem i... zbliżyliśmy się przez to trochę do siebie - przerwałem, bo chłopak podniósł głowę i spojrzał na mnie.

Jego oczy, nadal załzawione, wyrażały głęboki ból i szok, jakbym właśnie uderzył go w twarz. Wystraszyłem się, że Alex zaraz wstanie, wyjdzie trzaskając drzwiami i nigdy w życiu go już nie zobaczę, nawet nie mając możliwości wytłumaczenia mu czegokolwiek.

- Czy ty... i on... - Urwał, jakby nie mogąc dokończyć zdania, ale ja wiedziałem, o co mu chodziło.

- Nie - powiedziałem twardo, bo łzy nie płynęły mi już z oczu. - Nie potrafiłbym.

Zamiast zobaczyć na twarzy Alexa ulgę, z przerażeniem obserwowałem, jak chłopak znów załamuje się, a nowa fala łez pociekła mu po policzkach. Nie wytrzymałem, nie mogłem patrzeć na niego, bo czułem znowu tę cholerną bezsilność. Szybkim ruchem złapałem go dłonią za tył głowy i przyciągnąłem go do siebie, łącząc nasze usta w pocałunku. Chłopak jednak nie oddał całusa, tylko patrzył na mnie ze smutkiem.

- Czy ty... czy kochasz Louisa? - Zapytał niepewnie, jakby bojąc się odpowiedzi. 

- Nie, nig... - Odpowiedziałem, ale tym razem to on przyciągnął mnie do siebie, przerywając mi w połowie zdania.

Jego usta były ciepłe i mokre, a pocałunek brutalny i zachłanny, jakby chęć do niego zbierała się w chłopaku od kilku miesięcy. Przez zapchane od płaczu nosy co chwilę musieliśmy się od siebie odrywać, by złapać powietrze, po chwili znów gwałtownie ścierając się ustami. Może nie było to dobre miejsce i czas, ale czułem tak dobrze znane pulsowanie w podbrzuszu, gdy penis rósł mi w bokserkach. Miałem tylko nadzieję, że Alex też był w takim stanie, lecz nadal nie czułem prawa do sprawdzenia tego dłonią. 

Powoli, napierając na mnie, chłopak przewrócił mnie na plecy, a nasze usta nadal złączone były we wspólnym tańcu języków. Boże, jak dobrze się czułem! Mimo jego złości, smutku i bólu, mimo własnego cierpienia i depresji, teraz byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Poczułem się tak, jak gdyby ostatnie miesiące mojego życia zostały z niego po prostu wymazane. Tak, jakbyśmy wrócili do internatu z Chatki Hagrida i zamknęli się we własnym pokoju bez żadnych rozłąk i niedoszłych pożegnań. Jedyne, czego się wstydziłem, to stan wnętrza moich bokserek, na który nie miałem po prostu wpływu. Bałem się, że gdyby chłopak zauważył, ze mam erekcję, zgorszyłby się mną, że byłem w stanie podniecić się w tak poważnej i smutnej sytuacji.  

Poczułem, jak jego ręka wsuwa mi się pod koszulkę i podsuwa ją do brody. Gdziekolwiek jego palce mnie dotknęły, tam czułem ciepło i przyjemne mrowienie. Nie chciałem pozostać mu dłużny, tak naprawdę to pragnąłem poczuć jego skórę na swojej skórze, wrócić choć na chwilę do normalności i do tego, co kiedyś działo się pomiędzy nami. Tak, byłem podniecony i tak, gdyby tylko dał mi znak, to chciałbym uprawiać z nim seks, dopóki oboje nie padlibyśmy ze zmęczenia, ale nie chciałem naciskać. Nie był to dobry moment.

Moja dłoń powędrowała pod jego koszulkę, by przypomnieć sobie szlaki, które kiedyś wyznaczała na jego skórze. Kółko wokół kości biodrowej, potem w górę, wzdłuż talii, aż do żeber. Mały, twardy sutek, który aż prosił się, żeby go ścisnąć, a potem obojczyk, nad którym był jego czuły punkt. Wszystko było po staremu, oprócz jednego momentu, tuż pod żebrami, gdzie wyczułem małe wgłębienie. Wróciłem do niego palcami i wodziłem nimi dookoła, badając szorstką fakturę jego skóry. Chłopak znieruchomiał nagle, przerywając pocałunek.

- Zostaw, proszę... - Powiedział błagalnym tonem i podniósł się do siadu, obciągając koszulkę. 

Zrobiłem to samo, patrząc na niego podejrzliwie, czując się trochę tak, jakbym coś właśnie zepsuł. 

- Co to jest? - Zapytałem, próbując podnieść mu koszulkę, lecz ten stanowczo mi na to nie pozwalał.

- Nieważne, zostaw - odpowiedział. 

Jednym ruchem znalazłem się na jego kolanach i z lubością poczułem, że w jego bokserkach działy się te same rzeczy, co w moich. Odetchnąłem wręcz z ulgą. Pchnąłem go tak, by położył się na plecach i całowałem go z całych sił, próbując po raz kolejny dostać się pod jego koszulkę. Alex zajęty wplataniem dłoni w moje włosy, pozwolił mi na to, więc po chwili wpatrywałem się w okrągłą, jasnoróżową plamę, która wyglądała na świeżo wygojoną ranę.

- Od czego to? 

Chłopak w geście poddania się, rozłożył ręce po bokach i patrzył się w sufit, milcząc.

- Wygląda jak oparzenie - mruknąłem, zbliżając twarz do rany. 

- To zgacha od papierosa - powiedział beznamiętnie chłopak, patrząc już na mnie.

- Kto ci to zrobił?

- Sam sobie zrobiłem.

W głowie zapaliła mi się czerwona, nieprzyjemna lampka.

- Jak to: sam?

Alex znów w obronnym geście obciągnął koszulkę, zakrywając przede mną swoje ciało. 

- Nie zrozum mnie źle, ale po prostu... w jednym momencie miałem dosyć już tego, co działo się w mojej głowie i próbowałem sobie z tym poradzić - mruknął. - Proszę, nie oceniaj... Sam już wiem, że było to głupie.

W środku, gdzieś tam między żołądkiem a sercem poczułem ukłucie smutku i bólu, ale nie byłem w stanie sobie na razie z nim poradzić. Nie teraz.

- Nie zamierzam cię oceniać. Mam tylko nadzieję, że faktycznie uważasz to za głupie - powiedziałem, starając się, by mój głos nie zadrżał od emocji.

Alex uraczył mnie jednym z jego wspaniałych uśmiechów, który był zbyt nonszalancki i zbyt wesoły jak na temat wcześniejszej rozmowy. Widziałem, że chłopak nie chciał jej kontynuować, więc przestałem naciskać i uwierzyłem w jego uśmiech. W końcu nasz czas na dzisiaj dobiegał końca.

- I co... co będzie dalej? - Zapytałem z pewnością, że Alex zrozumie o co mi chodzi.

Chłopak usiadł koło mnie na łóżku i zamyślił się.

- Nie wiem. Staram się przekonać mamę, żebym wrócił do Hannigram po wakacjach i ostatnio nawet zrobiłem postępy - mruknął. - Pamiętasz tego psychologa, o którym ci opowiadałem?

Pokiwałem głową na znak, że kojarzę.

- Zdiagnozował u mnie depresję chwilę przed tym, jak został oskarżony o molestowanie seksualne nieletnich i trafił przed sąd. Mama oczywiście przejęła się tą drugą sprawą bardziej niż stanem psychicznym własnego syna, ale w końcu coś obudziło się w Rogerze i bardzo lubię to coś, bo ma swój mózg i potrafi postawić się swojej żonie.

Kolejna porcja informacji przyprawiła mnie o ból w tym samym miejscu co poprzednio i po raz kolejny zdusiłem go w sobie, wiedząc, że to nie czas i miejsce na poruszanie tych tematów, bo czas nieubłaganie uciekał. 

- Roger chce, bym wrócił do Hannigram, bo uważa, że chodząc tam i no... będąc z tobą, byłem o wiele szczęśliwszy i chciałby, żebym znów taki był. Z kolei mama zaczęła się trochę wyłamywać ze swoich przekonań na temat gejów po rozmowie, którą przeprowadziliśmy we trójkę, kiedy dowiedzieliśmy się, o co oskarżono tamtego psychologa. Głównie z jego powodu się przeprowadziliśmy i w sumie to cieszę się z tego.

Promyk nadziei pojawił się w mojej głowie i sercu, rozbłyskując mocno. Była tylko jedna sprawa, na którą tak naprawdę było i miejsce i czas, bym teraz mógł ją poruszyć.

- Czy ten psycholog zrobił ci krzywdę? - Zapytałem.

Alex skrzywił się, a mnie przeszył strach.

- Niee, mi nic nie zrobił. Szczęście w nieszczęściu, nie byłem w kręgu jego zainteresowania - powiedział.

Pozwoliłem, by ulga ogarnęła moje ciało i znów przeszedłem w tryb słuchania.

- Mama cały czas powtarzała mi, że nie powinienem do ciebie wracać, skoro nawet nie próbowałeś się ze mną skontaktować, czy spotkać. Jakby wiesz, ona przeglądała mi telefon, Facebooka, wszystko, kontrolowała mnie na każdym kroku i jednocześnie zabraniała mi się do ciebie odzywać. Mówiła, że już dawno o mnie zapomniałeś i, kurwa, uwierzyłem w to, bo gadałem z Markiem, który powiedział mi, że zacząłeś spędzać dużo czasu z Louisem. 

- Ale... - Zacząłem, ale chłopak mi przerwał.

- Ale to nie ma teraz już żadnego znaczenia. Jesteś tu i wiem, że o mnie nie zapomniałeś. Mama nie miała racji i powinna się o tym dowiedzieć.

- Dowiedzieć? - Powtórzyłem po nim bezmyślnie.

Alex pokiwał głową na potwierdzenie swoich słów.

- Słuchaj, ja z nią rozmawiałem. Powiedziałem jej, że jestem gejem i że cię kocham i że tym razem zależy mi na tym związku tak bardzo, że dopóki ona nie zrozumie, że cokolwiek zrobi, to nic nie zmieni, to będę uciekał z domu, będę coraz głębiej wpadał w depresję aż zupełnie odechce mi się żyć. Mam wrażenie, że wtedy pękła, bo pierwszy raz od dawna widziałem w jej oczach łzy. Nie łudzę się, że mnie zaakceptowała, ale mam nadzieję, że jest chociaż w stanie przełknąć to, że jej syn nie jest idealny, ale chociaż jest szczęśliwy.

- Przecież... przecież to są same dobre wiadomości, Alex! - Prawie krzyknąłem z radości. - To znaczy, że jest szansa, że wszystko wróci do normy, że znowu będziemy razem w szkole i będziemy mogli być ze sobą bez strachu, że znów cię zabiorą...

Chłopak uśmiechnął się, mimo, że z jego oczu poleciały nieśmiałe dwie łzy.

- To prawda, ale proszę, nie nastawiaj się, że to wszystko jest takie łatwe. Ja też nie mogę w zupełności w to uwierzyć. Nie możemy, bo jak się nie uda, to... to nie wiem... będzie jeszcze gorzej.

Objąłem chłopaka ramieniem i przytuliłem go mocno. Moje usta odnalazły automatycznie jego własne, więc złączyliśmy się w słonym od łez pocałunku, który jednak był słodki i przyjemny.

- Co mam teraz zrobić? - Zapytałem gorączkowo, niesiony na skrzydłach nadziei. - Zrobię wszystko. Naprawdę wszystko!

Alex zaśmiał się i rozczochrał mi czule włosy. 

- Najpierw wymieńmy się Facebookami. Potem ty wracasz do domu, a ja rozmawiam z rodzicami. Kiedy coś będzie wiadomo, to dam ci znać. 

Pocałowałem go raz jeszcze, długo i namiętnie, by nacieszyć się nim choć trochę na zapas. Kiedy wyszedł z domu Michaela, znów poczułem się samotny, ale nadzieja, która urosła mi w sercu była tak duża, że poradziłem sobie szybko z tym uczuciem. 

- Jak poszło? - Rzucił Mich, wychodząc z salonu.

- Nie wiem, ale chyba dobrze - mruknąłem, klikając "akceptuj zaproszenie".

Tak, intuicja mnie nie zawiodła. Alexander Smith, ten z piłką koszykową na zdjęciu w tle faktycznie był moim Alexem.

***

Mama i Jerome stali na dworcu pod parasolem, a ja widziałem ich już z daleka z okna pociągu pomimo grubych strug deszczu płynących po szybie. Wracałem do nich już jako inny człowiek. Na pewno szczęśliwszy, na pewno weselszy i na pewno chcący żyć. Cóż za miła odmiana zarówno dla mnie, jak i dla nich. 

Zamiast zejść po schodkach jak normalny człowiek, jednym susem wyskoczyłem z pociągu, rozchlapując dookoła wodę z kałuży. Mama szybko podeszła do mnie, przytuliła mnie mocno, a później zaczęła na mnie krzyczeć, że ją zestresowałem, że się martwiła, a nie powinna, bo jest w ciąży, że co ja sobie w ogóle myślałem, robiąc taką nieodpowiedzialną rzecz. Widząc, że na to nie reaguję, zapytała w końcu, czy udało mi się spotkać z Alexem.

- Tak - powiedziałem ze szczęściem. - Mamo, jest nadzieja!

Teresa Phantomhive uśmiechnęła się tylko i wciągnęła mnie pod parasol. Podróż autem minęła nam w ciszy, ale czasami mój wzrok i wzrok mamy spotykały się w bocznym lusterku i wtedy szczerzyłem się do niej z radości. 

Gdy byliśmy już w domu, usiedliśmy we trójkę w dużym pokoju, a Jerome przyniósł resztki bezalkoholowego szampana i rozlał je do kieliszków. Opowiedziałem im, jak wpadłem na pomysł pojechania do Riverside i co mi się tam przytrafiło, oczywiście omijając fakt, że się tam upiłem, a później ze szczegółami (oprócz tych pikantnych i kontrowersyjnych) przytoczyłem moją rozmowę z Alexem. Mama uśmiechała się cały czas, gładząc się po brzuchu, a Jerome trzymał ją za drugą rękę. 

Za oknem szumiała ulewa, ale w salonie było ciepło i przytulnie. Tak samo było obecnie w moim sercu. 


Rozdział XLVII

11 komentarzy:
Przez dobry kawał czasu błądziłem gdzieś między granicą jawy a snu, jednocześnie mając i nie mając świadomości, co się ze mną dzieje. W końcu jednak otworzyłem oczy, by spojrzeć na wnętrze domku skąpane w półmroku wstającego dopiero co poranka. Wtedy zobaczyłem niewyraźny kształt znajdujący się na ziemi, a który doskonale widziałem mimo dość sporej odległości. To była ludzka sylwetka, co do tego nie miałem wątpliwości – nieznajomy stał i przypatrywał się domkowi na drzewie tak, jakby miał zamiar złożyć mi i Alexowi wizytę. Czekałem, wstrzymując oddech, aż ten ktoś się poruszy, zrobi cokolwiek lub po prostu sobie pójdzie. Nic się jednak nie zdarzyło. Postanowiłem więc obudzić Smith’a, lecz kiedy próbowałem się poruszyć, ze strachem zdałem sobie sprawę, że jestem sparaliżowany i nie mogę wykonać ani jednego ruchu. Nieznajomy stał nadal w miejscu, a ja wpatrywałem się w niego jak zaklęty, nie mogąc oderwać wzroku od jego hipnotyzującej sylwetki. Zjawa poruszyła się, robiąc dwa kroki w przód, a mnie ogarnęła dodatkowa fala strachu, gdyż bardzo dobrze znałem ten chód; w ten sposób chodził nie kto inny, jak mój ojciec. Zacisnąłem oczy jak najmocniej mogłem i skupiłem wszystkie siły, by odgonić od siebie obraz zbliżającej się postaci.

Nie, nie, nie, Gabriel, uspokój się, to jest niemożliwe, twój ojciec nie żyje, dlatego też wszystkie racjonalne argumenty powinny ci wystarczyć, by uwierzyć, że ten ktoś, kto właśnie idzie w stronę drabiny i zamierza się po niej wspiąć, nie może nazywać się Peter Phantomhive, gdyż jest martwy, a martwi nie żyją, nie chodzą, nie wspinają się po drabinach… - myślałem intensywnie. – To jest sen, tylko sen, zaraz się obudzisz, obudzisz się zaraz, naprawdę, naprawdę…

Do moich uszu doszedł trzask łamanych gałęzi, które leżały wokół drzewa, a później skrzypienie desek przybitych do pnia zardzewiałymi już gwoździami. Mimo woli otworzyłem oczy i wpatrywałem się w dziurę w podłodze, by ujrzeć za chwilę kogoś, kogo wcale nie chciałem widzieć. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe, a odgłosy rozbrzmiewały coraz bliżej i głośniej, miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu lub co najmniej wlókł się niczym żółw. Nagle poczułem mrowienie w kończynach; w końcu mogłem się ruszyć, więc moim pierwszym odruchem było odwrócenie się do Alexa i złapanie go za ramiona. Chłopak obudził się gwałtownie, otwierając szeroko oczy, przez chwilę mrugając nimi w zdezorientowaniu.

                - Auć, Gabriel, co się stało? – Jęknął zaspanym głosem, jednak kiedy zobaczył wyraz mojej twarzy, senność od razu go opuściła. – Jezu, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

Alex złapał dłonie, których palce wbijałem mu boleśnie w ramiona i wyswobodził się z ich uścisku. Na jego twarz wstąpił zatroskany wyraz.

                - Miałeś zły sen? – Zapytał, próbując mnie przytulić.

Uciekłem spoza zasięgu jego ramion, jednocześnie uświadamiając sobie, że odgłos skrzypiących desek urwał się, więc zjawa powinna nadal znajdować się na drabinie. Podszedłem powoli do dziury w podłodze, serce biło mi tak samo szybko, może nawet szybciej niż wcześniej. Przełknąłem ślinę i spojrzałem w dół. Drabina była pusta. Teren wokół drzewa też. Odetchnąłem głośno i klapnąłem z ulgą na podłogę domku; teraz, kiedy było już po wszystkim, zachciało mi się płakać, ale szybko przełknąłem łzy, by Alex, który przyglądał mi się uważnie, jeszcze bardziej się nie zaniepokoił.

                - Tak, i to bardzo realistyczny sen – mruknąłem, dopiero teraz zauważając, że było mi zimno.

Smith przytulił mnie do siebie bez słowa, więc oparłem czoło o jego ramię.

To jest normalne, prawda? Takie sny, czy cokolwiek to było. Jestem w żałobie, w ostatnim czasie żyłem w stresie, w moim życiu zdarzyło się tak wiele. Na pewno musiało mieć to jakiś wpływ na moją psychikę i dlatego teraz świruję. Coś takiego mogło się przytrafić każdemu, ale akurat padło na mnie, prawda? I to, że raz tak miałem, nie oznacza wcale, że już na zawsze każdej nocy będę przeżywał to samo, no nie?

Niestety nie dostałem żadnej odpowiedzi na pytania zadane w wewnętrznym monologu, ale dzięki Alexowi przynajmniej uspokoiłem serce i gonitwę myśli.

                - Już w porządku? – Zapytał, patrząc mi w oczy uważnie.

                - Tak – mruknąłem.

                - Chcesz o tym pogadać?

                - Na razie nie – odpowiedziałem z wahaniem.

                - Okej, nie ma sprawy. – Chłopak ziewnął szeroko, a potem pocałował mnie w czoło.

Gdzieś w koronie drzewa odezwały się zbudzone skowronki, które od razu zaczęły się między sobą przekomarzać. Słońce wstawało coraz wyżej i wyżej, rozpraszając szarość poranka swoimi promieniami i jednocześnie odganiając ode mnie nieprzyjemne myśli. Przyroda budziła się do życia, mimo, że powinna trwać sroga, lutowa zima; gdzie się nie spojrzało, widać było oznaki nadchodzącej wiosny, a zwierzęta chodziły niespokojne, jakby dopiero zbudzone z długiego snu. Siedzieliśmy chwilę przytuleni do siebie, patrząc przez „okno” na jezioro, które stanowiło centrum żywotności lasu. Dopiero gdy oderwałem wzrok od tego obrazu i rozejrzałem się po wnętrzu domku, napotykając wzrokiem pustą butelkę po whisky, zrozumiałem, że nie mam kaca, co było dość dziwne, gdyż sporo wypiłem wczorajszego wieczoru.

                - Zbieramy się do domu? Mój tasiemiec woła o śniadanie – mruknął Alex między kolejnymi ziewnięciami, a jego brzuch jak na komendę wydał serię bulgoczących odgłosów.

Zaśmiałem się po raz pierwszy tego ranka i to spowodowało, że zjawa mojego ojca wyparowała mi już kompletnie z głowy. Wstałem i przeciągnąłem się; zapowiadał się piękny dzień, więc nie chciałem się już martwić. Szybko spakowaliśmy swoje rzeczy do plecaka, a potem po kolei zeszliśmy na dół po drabinie. Alex, który schodził jako ostatni, zaczepił spodniami o jakiś wystający gwóźdź i rozerwał sobie kawałek nogawki, mrucząc pod nosem przekleństwa, które mieszały się z moim śmiechem. Ruszyliśmy w drogę powrotną, przechodząc znów koło jeziorka i przyglądając się małemu stadku saren buszujących w oddali po lesie, zapewne w poszukiwaniu pokarmu.

***

Mama oczywiście byłą zdziwiona, widząc nasze brudne, ale uśmiechnięte twarze, gdy weszliśmy do domu. Było dopiero kilka minut po dziewiątej rano, ale słońce wdzierało się do mieszkania przez południowe okna, nagrzewając szyby i dodając otuchy stojącym na parapecie roślinom. Łóżko w dużym pokoju było już pościelone, a Jerome siedział w luźnych ciuchach na kanapie, oglądając wydarzenia na którymś z kanałów i popijając kawę. Na nasz widok uśmiechnął się.

                - Cześć, chłopcy, gdzie to się podziewaliście całą noc?

Nie zdążyłem odpowiedzieć na pytanie, bo z kuchni przybiegła mama, ubrana w szlafrok, z nieupiętymi włosami. Najpierw była widocznie zdenerwowana, ale potem, gdy trochę pokrzyczała, uśmiechnęła się z ulgą.

                - Gabe, ty głuptasie, dlaczego mi nie powiedziałeś, ze nie będzie cię całą noc? Już chciałam jechać i was szukać, ale Jerome powiedział, że jesteście prawie dorośli i że na pewno nie planujecie zrobić nic głupiego. Macie szczęście, że go posłuchałam. Pewnie umieracie z głodu?

                - I to jeszcze jak! – Wręcz krzyknął Alex, ściągając plecak i kładąc go na podłodze przedpokoju.

Chłopak pobiegł do kuchni by pomóc mamie w nakryciu stołu, a ja spokojnie zrzuciłem z siebie buty i oparłem się ramieniem o ścianę, przyglądając się uśmiechniętej buzi Alexa. Po chwili dołączył do nich Jerome, więc w kuchni zrobił się już tłok, ale nie należał on do tych nieprzyjemnych, wręcz przeciwnie, miło było patrzeć na krzątających się o poranku ludzi.

Czy tak właśnie jest mieć normalną rodzinę? – Przeszło mi przez myśl, ale oczywiście nie uzyskałem odpowiedzi.

Poszedłem do łazienki by wziąć szybki prysznic i przebrać się w inne ciuchy, gdyż czułem się źle wiedząc, że w bluzę, którą miałem na sobie wsiąkł pot spowodowany porannym strachem. Później, gdy całkowicie odświeżony wszedłem do pokoju dziennego, śniadanie było już gotowe, a wszyscy siedzieli przy stole. Kiedy ojciec jeszcze żył (musiałem w końcu przyzwyczaić się do mówienia w ten sposób), a ja mieszkałem razem z rodziną, rzadkością było, że jadaliśmy wspólnie. Zdarzało się to chyba tylko podczas świąt, choć nie zawsze; zwykle byłem pokłócony z tatą, więc siedziałem w swoim pokoju. Wchodząc do salonu, do moich uszu doszły ciche słowa mamy:

                - A kiedy miał sześć lat nałogowo kupował gumy do żucia z tatuażami i pewnego razu wróciłam do domu żeby przyłapać go na naklejaniu sobie jednego z nich na policzek. To cholerstwo nie chciało zejść, więc przez tydzień paradował z królikiem Bugsem na twarzy!

Siadając naprzeciw Alexa, czułem, jak rumieniec spływa mi na poliki i nie mogłem tego powstrzymać.

                - Mamo… - mruknąłem i pociągnąłem ją za rękaw szlafroka. – Już starczy tych żenujących opowieści z czasów, kiedy byłem głupim dzieckiem, okej? Uznam, że nie usłyszałem, jak opowiadałaś o tej historii z tatuażem, ale proszę, więcej już nie mów.

                - Ale Gabe, ja chcę się dowiedzieć więcej zawstydzających rzeczy o moim chłopcu. – Alex wyszczerzył się, przeżuwając naleśnika.

                - Alexandrze Smith, w moim domu mówienie z pełną buzią to wyraz braku kultury! – Oburzyła się mama, pod koniec wybuchając śmiechem.

                - Oh, Tereso, ale z ciebie hipokrytka. Sama mówiłaś mi kiedyś, że twoja mama uważała trzymanie łokci na stole za czyste lekceważenie innych, a popatrz na własne łokcie! – Tym razem to Jerome wtrącił swoje trzy grosze, wskazując mamę nożem ubrudzonym dżemem.

We trójkę wybuchli lekkim, beztroskim śmiechem, a mnie na chwilę oślepiły intensywnie promienie słońca wpadające przez okno. Czułem się jak w bardzo przyjemnym śnie; trochę nierealnym, ale jednak prawdziwym. Nałożyłem sobie naleśnika na talerz i posmarowałem go masłem orzechowym i dżemem, przysłuchując się rozmowie pozostałej trójki. Mama, Jerome i Alex dogadywali się tak, jakby znali się już od dawien dawna. Sama atmosfera przy stole była bardzo ciepła i rodzinna, co było dla mnie nowością, interesująca nowością, ujmując ściślej. I mimo, że wiedziałem, iż za kilka dni czekał mnie powrót do szkoły, starałem się wyrzucać te myśli do nieświadomości i cieszyć się pięknem tej chwili.

***

Dni mijały spokojnie – pomagałem mamie w przygotowywaniu uroczystości pogrzebowej, a kiedy była w pracy, zajmowałem się tym samodzielnie. Natomiast Alex snuł się po domu, oglądając rodzinne fotografie i wypytując raz po raz o moje dzieciństwo. Jerome również pracował, ale wpadał do nas w czasie przerw i przywoził ciepłe pączki z piekarni albo kawałek ciasta. Nie ma co, polubiłem tego faceta i nie czułem się źle, zostawiając go z mamą; Wojciechowsky był naprawdę porządnym i odpowiedzialnym gościem. Jednak wciąż zastanawiałem się, dlaczego jego nazwisko brzmiało dla mnie niezupełnie obco i pewnego popołudnia w końcu sobie coś przypomniałem. W zamierzchłych czasach dzieciństwa miałem styczność z dziewczyną, która właśnie się tak nazywała. Była trochę ode mnie młodsza, ale pyskowała gorzej niż starsze chłopaki; od czasu do czasu kręciła się po osiedlu, przebywając raz z jedną, a raz z drugą grupą dzieciaków, zawsze zanosząc się donośnym kaszlem. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale słyszałem pewne plotki na jej temat (które teraz byłyby dla mnie wręcz zabawnie nierealne) o tym, że była chora na coś, co sprawiało, że w domu zamieniała się w ropuchę, a jej rodzice karmili ją muchami gdy była mniejsza. Nie wiadomo skąd wzięły się takie głupoty, ale dzieciaki bywają okrutne, nawet jeśli do końca nie rozumieją słowa „okrucieństwo”. Być może była to krewna szeryfa, ale nie pamiętałem nawet jej imienia (nie byłem pewien, czy w ogóle je znałem), więc wolałem na razie nie pytać Jerome’a o ten fakt.

Wróciłem na ziemię z krainy zamyślenia, kiedy Alex wszedł do mojego pokoju, drapiąc się po karku z zakłopotaną miną. Spojrzałem na niego z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy. Z wieży stojącej na komodzie leciała puszczona przeze mnie płyta.

                - Właśnie skończyłem półgodzinną sesję oglądania twoich nagich zdjęć kiedy byłeś mały. Nigdy nie wspominałeś, że w dzieciństwie miałeś uczulenie na noszenie ubrań.

Chłopak położył się między moimi nogami, tak, że brodę wbijał mi w pępek, jednocześnie patrząc na mnie z uśmiechem. Odłożyłem listę gości zaproszonych na stypę, w którą wpatrywałem się przez ostatnią chwilę i wplotłem mu palce we włosy.

                - No widzisz, wręcz od zawsze byłem małym dewiantem – mruknąłem.

Alex zachichotał, podwijając mi koszulkę, tak, że po chwili złożył pocałunek na nagiej skórze mojego brzucha.

                - Ale odkładając żarty na bok… tak naprawdę to myślałem sporo o jutrzejszym pogrzebie. W sensie, czy powinienem w ogóle na niego pójść. Wiesz, będzie tam całe stado twojej rodziny, nikogo praktycznie nie będę tam znał, no i jak miałbym wytłumaczyć im kim jestem? To ma być stypa, pożegnanie z twoim ojcem, a nie nasza wielka coming-out’owa impreza…

Westchnąłem cicho, głaszcząc chłopaka po ciepłym policzku.

                - Jerome też jutro przyjdzie i ani on, ani moja mama nie zamierzają się nikomu spowiadać, więc my też nie musimy. Co prawda kusi mnie zrobienie przedstawienia przed kilkoma ciotkami-dewotkami, ale masz rację. To jest stypa, pożegnanie z moim ojcem, a nie okazja do skłócenia naszej rodziny jeszcze bardziej.

Smith pokiwał głową; na jego usta wrócił normalny, zawadiacki uśmiech. Patrzył na mnie długo w milczeniu, dopóki się nie przełamałem i nie zapytałem o co mu znowu chodzi.

                - O nic, jejku, po prostu strasznie mnie podniecasz kiedy jesteś taki poważny.

Zaśmiałem się, odpychając go, ale po chwili przyciągnąłem go do siebie, wplatając mu palce we włosy i zamykając go w ramionach. Na udzie poczułem ucisk jego erekcji i roześmiałem mu się w usta.

                - No co?

                - Nic, nie myślałem, że mówiłeś serio o tym podnieceniu.

                - Czy ja kiedykolwiek byłem wobec ciebie nie-serio? – Zapytał z udawanym oburzeniem.

                - Nie wiem, musiałbym się zastanowić, przeanalizować wszystkie nasze rozmowy i najlepiej pójść jeszcze na jakąś terapię do psychologa.

Alex westchnął teatralnie.

                - Pieprzyć terapeutów, mam teraz ważniejszą sprawę na głowie. – To mówiąc, ścisnął mojego penisa przez materiał spodni.

Zagryzłem wargę, pozwalając, by przyjemne dreszcze przeszły mi po kręgosłupie. Tak właśnie działał na mnie Smith – w kilka chwil potrafił podniecić mnie do tego stopnia, że mógłbym zrobić wszystko za odrobinę pieszczot.

                - Okej – mruknąłem głupawo, spoglądając na zegarek. – Mama wraca za dwie godziny. Jerome może w tym czasie wpaść na chwilę, ale drzwi są zamknięte od wewnątrz, więc, no, możemy troszkę pogrzeszyć.

Nie zdążyłem wymówić ostatniego słowa, gdy Alex zamknął mi usta w pocałunku, już nie bawiąc się w podchody. Z wieży leciała właśnie jedna z piosenek Motorhead  i ciężkie brzmienie gitary współpracującej z perkusją zlało się z naszymi urywanymi oddechami. Lemmy Kilmister, legenda heavy metalu, zaczął śpiewać:

Love me forever or not at all

Całowaliśmy się jak w transie, ocierając się o siebie ciałami, wplatając dłonie we włosy i czasem pozwalając uciec jękowi z ust.

End of our tether, backs to the wall

Nie zauważyłem nawet kiedy byliśmy już praktycznie nadzy, leżąc na kanapie w samym środku bałaganu stworzonego z naszych ubrań. Nie zwalnialiśmy tempa, wręcz przeciwnie – dopasowaliśmy się do rytmu piosenki. Miałem wrażenie, że ręce Alexa są wszędzie: na mojej twarzy, we włosach, na pośladkach i klatce piersiowej. Czułem go i pożądałem każdą częścią mojego ciała.

Give me your hand

Don’t you ever ask why

Promise me nothing, live ‘till we die

Poczułem przyjemność zmieszaną z odrobiną bólu gdy Alex wsunął we mnie palce. Kątem oka zobaczyłem leżącą na podłodze znajomą buteleczkę, a do moich nozdrzy doszedł zapach pomarańczy i cynamonu.

Everything changes

Live all stays the same

Czułem, że tym razem było inaczej niż za pierwszym razem. Nie było czasu na czułe pieszczenie, na niekończącą się grę wstępną. Teraz już bardziej znaliśmy swoje ciała, wiedzieliśmy, gdzie mamy swoje czułe punkty, więc od razu przeszliśmy do sedna.

Everyone guilty, no one to blame

Odwróciłem się na brzuch, unosząc biodra do góry, a Alex, nie czekając, wszedł we mnie. Zabolało, ale tylko trochę – a fakt, że wbiłem paznokcie w poduszkę był spowodowany niemożliwym do opisania uczuciem przyjemności, kiedy chłopak zaczął się we mnie poruszać.

Every way out

Brings you back to the start

Poruszaliśmy się rytmicznie, kanapa skrzypiała przy każdym gwałtowniejszym pchnięciu. Muzyka zagłuszała jęki, ciężkie oddechy i odgłosy wydawane przez nasze złączone ciała. Raz po raz miałem wrażenie, że zaraz oszaleję, bo jest mi tak dobrze, że mogę dokonać wszystkiego, że świat jest piękny. Czułem na biodrach ręce Alexa, które ściskały mnie i wydawało mi się, ze tylko dzięki temu nie odleciałem.

Everyone dies

To break somebody’s heart

Orgazm zaskoczył mnie swoją intensywnością, przez co zamarłem na chwilę, a wszystkie moje mięśnie spięły się. Wydałem z siebie cichy jęk, nawet nie przejmując się tym, że zabrudziłem kanapę, a po chwili, już rozluźniony, opadłem na brzuch, a Alex, który szczytował chwilę później, opadł na mnie. Leżeliśmy w zupełnej ciszy, całkowicie nadzy i w milczeniu, dopóki nie skończyła się piosenka. Dopiero po tym wstaliśmy i lekko (ale tylko trochę!) zażenowani tak gwałtownym stosunkiem, poszliśmy wziąć prysznic. Potem ubraliśmy się, wyszorowaliśmy na mokro kanapę i nie rozmawiając zbyt wiele, wróciliśmy do wcześniejszych zajęć. Ja wziąłem się za wgapianie w listę gości, a Alex siedzący obok oglądał zdjęcia w rodzinnym albumie Phantomhive’ów. Od czasu do czasu zerkaliśmy na siebie porozumiewawczo w sposób, w który mogą patrzeć na siebie jedynie kochankowie.

***

Ranek przed pogrzebem nie należał do najprzyjemniejszych – wszyscy chodzili podenerwowani, szczególnie mama, choć starała się to usilnie ukrywać. Jerome pożyczył Alexowi marynarkę, a ja włożyłem swoją najlepszą koszulę, którą znalazłem w szafie. Kiedy byliśmy już gotowi, wsiedliśmy do radiowozu i pojechaliśmy na cmentarz. Wysiedliśmy dopiero pod małą kamienną kapliczką, pod którą zebrała się już spora część rodziny. Oczywiście wszyscy podzielili się na grupki, co przypominało trochę równie bezsensowne zasady siadania przy stolikach w naszej stołówce.

                - Pamiętajcie, żeby nie wygadać się o tym, że ja i Jerome jesteśmy w związku – mruknęła mama szybko.

Była naprawdę zdenerwowana i nie potrafił tego ukryć nawet ciemny makijaż, który naniosła na swoje oczy.

                - O mnie i o Alexie też lepiej nie wspominajmy – powiedziałem, a Smith pokiwał głową na potwierdzenie moich słów.

Mama posłała nam porozumiewawczy uśmiech i wtedy grupa największych ciotek-dewotek podeszła do nas z kondolencjami, robiąc przy tym tak dużo hałasu, że wszyscy inni obecni obejrzeli się w naszą stronę.

                - Tereso, oh Tereso droga, niech Bóg ma cię w swojej opiece w tym trudnym czasie! Tak mi przykro z powodu Petera, odszedł w tak młodym wieku, zostawiając was samych…

Ciotka Aurelia spojrzała na mnie, przeszywając mnie na wskroś swoimi małymi, załzawionymi oczyma. Wiedziałem już, co za chwilę nastąpi.

                - O mój Boże Wszechmogący! Czy to nie jest przypadkiem mój ulubiony siostrzeniec? Gabriel, ale wyprzystojniałeś i jak urosłeś!

Moje policzki zostały zgwałcone przez mocny uścisk kciuków i palców wskazujących ciotki, więc przed dobrą minutę walczyłem z odruchem odepchnięcia tych dotkniętych pierwszymi oznakami artretyzmu dłoni.

                - Cześć, ciociu – mruknąłem, starając się, by mój głos był miły (a wyszło mi to średnio).

                - Jak tam w szkole, Gabrielku? Poznałeś tam jakąś miłą panienkę?

Kątem oka widziałem jak Alex odwraca się nieznacznie by pod przykrywką odchrząknięcia ukryć swoje rozbawienie. Los chciał, że zwrócił tym na siebie uwagę ciotki-dewotki.

                - A co to za przystojny, młody mężczyzna, którego nie znam? – Zapytała, wskazując bezceremonialnie Smitha.

                - To mój przyjaciel ze szkoły. Przyjechał do mnie na ferie, bo musimy zrobić…projekt - Usłyszałem swoje własne słowa zanim skonsultowałem je z mózgiem. – Nazywa się Alexander.

Ciotka wytarmosiła Smitha za policzki, a potem poklepała go po ramieniu.

                - Wiesz, Oleczku, moja siostrzenica jest młodą panienką i myślę, że miło byłoby gdybyś kiedyś zaprosił ją na herbatę. Pasowalibyście do siebie.

Słysząc to, wybuchła we mnie irytacja, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, mama chwyciła ciotkę pod ramię i odciągnęła na bok, zmieniając temat rozmowy. Alex podszedł do mnie, rozluźniając lekko krawat pod szyją, dzierżąc na twarzy wyraz zdumienia.

                - Nie wspominałeś, że ktokolwiek będzie chciał mnie swatać z twoją kuzynką.

Zachichotałem, zasłaniając usta dłonią; złość już mnie opuściła, ale nie chciałem, by żałobnicy widzieli jak śmieję się na pogrzebie własnego ojca.

                - Wiem, że moja rodzina jest pojebana, ale nie wiedziałem, że aż tak. W sumie to nie znam większości tych osób, może widziałem ich na zdjęciach albo jak byłem małym dzieciakiem, więc nie mam pojęcia kogo lepiej jest unikać, a z kim się trzymać.

Wrócił Jerome, który pojechał odstawić auto na parking przed bramą cmentarza. Posłał stojącej z ciotką mamie ciepły uśmiech, ale nie podszedł do niej. Stał razem z nami, ubrany w mundur szeryfa, rozglądając się dookoła.

                - Twoja mama chyba nie przesadzała, mówiąc, że wasza rodzina jest dość ekscentryczna.

                - Oj tak… - mruknąłem.

Staliśmy tak, rozmawiając na jakieś błahe tematy, dopóki dzwony kapliczki nie oznajmiły godziny jedenastej. Wtedy wszyscy jak jeden mąż ruszyli w stronę wejścia, by zająć miejsca na drewnianych ławkach. By nie budzić żadnych podejrzeń, mama zarządziła, że tylko ja i ona usiądziemy w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla najbliższej rodziny. Zgodziłem się bez dwóch zdań, jednak nie przewidziałem, że trumna (i to w dodatku otwarta) znajdowała się dokładnie na podniesieniu na wysokości moich oczu. Martwa twarz ojca, teraz spokojna i zimna, spoczywała, jakby wpatrując się zamkniętymi oczyma w kościelny sufit. Widziałem tylko to – nie żadne kwiaty dookoła, nie księdza stojącego przy ambonie i nie żałobników ubranych w ciemne kolory – tylko jego twarz, a w szczególności oczy i miałem wrażenie, że zaraz się one otworzą. Oczywiście, żeby było weselej, przypomniał mi się mój jakże realny sen w domku na drzewie i znów poczułem kołatanie serca. Do oczu napłynęły mi łzy, więc spojrzałem w bok. Ciotka Aurelia spostrzegła to i wzięła pewnie moje załzawione oczy za głęboki smutek spowodowany śmiercią ojca, więc przycisnęła mnie do swojej potężnej piersi, próbując dodać mi otuchy.

***

Msza nie trwała długo – po półgodzinie żałobnicy, w tym ja z mamą na czele, ruszyli korowodem za karawaną. Z boku auta szedł ksiądz, śpiewając monotonnie „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”, a ciotki wtórowały mu drżącymi głosami. Szliśmy chwilę, otoczeni z każdej strony drzewami i pomnikami pochowanych na tym cmentarzu ludzi. Był to kolejny dzień, w którym dopisywała pogoda i gdyby nie karawana, postronny obserwator mógł spokojnie przyjąć, że grupka ludzi wybrała się na spacer. Gdy dotarliśmy do sektora XII, ubrani w garnitury mężczyźni wyciągnęli zamkniętą już trumnę i unieśli ją na barkach, by zanieść ją do grobu, w którym miała spocząć. Żałobnicy przeszli między pomnikami i żywopłotem, by przyglądać się całemu zajściu, pochlipując cicho w haftowane chusteczki. Ksiądz odbębnił swoje, pobłogosławił grób i wręczył mnie i mamie misę z poświęconą ziemią, byśmy wzięli jej po garści i rzucili w dół, na wieko trumny. Zrobiliśmy to, trzymając się za ręce, a potem stanęliśmy z boku i spojrzeliśmy na siebie. Zarówno ja i mama mieliśmy w oczach łzy, bo wiedzieliśmy, że to już koniec, że możemy zacząć żyć od początku, że wszystko będzie już w porządku. Ludzie podchodzili do nas, klepali nas po ramionach i pocieszali. Nieważne, że myśleli, że powód naszego płaczu to czysta żałoba i smutek. Lepiej dla ich serc i umysłów, że nie znali Petera Phantomhive’a od strony, którą pokazał swojej najbliższej rodzinie. 

Przez cały ten czas, aż do końca obrzędu, Jerome i Alex trzymali się na uboczu; podeszli tylko na chwilę, by rzucić do grobu swoją garść ziemi, a i tak zrobili to jako jedni z ostatnich. Raz udało mi się złapać wzrok chłopaka, który wydawał się zamyślony i nieobecny, ale nie dziwiłem się. W końcu nie codziennie chodzi się na pogrzeby, nie codziennie ma się tak bliskie spotkanie ze śmiercią i nie codziennie zdrowy człowiek zastanawia się jak będzie wyglądał jego własny pogrzeb.

Kiedy zegarek na nadgarstku mamy pokazał godzinę dwunastą, wymknęliśmy się, by pojechać wcześniej do restauracji, w której miała odbyć się stypa. Na początku mama chciała zorganizować uroczystość u nas w domu, ale odradziłem jej ze względu na małe rozmiary mieszkania i fakt, że połowa rodziny była dla nas jak nieznajomi. Jerry i Alex poparli mnie, więc po krótkim namyśle mama zgodziła się jednak na restaurację. 

Siedziałem razem ze Smithem na tylnym siedzeniu radiowozu – Jerome wiózł nas na miejsce. W aucie panowała cisza i zarówno ja jak i mama patrzyliśmy przez okno w zadumie. Alex złapał mnie za rękę i splótł nasze palce, więc spojrzałem na niego przelotnie wilgotnymi oczyma, posyłając mu przygaszony uśmiech. Chłopak złapał mnie za brodę, nie pozwalając mi znów patrzeć przez okno i po kolei pocałował mnie w powieki. Najpierw w prawą, potem w lewą, a na końcu opierając się czołem o moje czoło. To nie tak, że miałem coś przeciwko jego bliskości, ale w tym momencie potrzebowałem chwili dla siebie, chwili oddechu i samotnego rozmyślania. Odsunąłem się od niego i przycisnąłem czoło do szyby auta.

                - Proszę, daj mi teraz spokój – mruknąłem cicho.

Alex spojrzał na mnie i zobaczyłem przez moment, że jest bardzo zawiedziony, ale potem szybko uśmiechnął się wyrozumiale, kiwając głową. Nie powiedział już nic, więc powróciłem do bezsensownego gapienia się przez okno, czując wielką pustkę miedzy drugą, a piątą parą żeber.

***

Siedząc przy stole, zadawałem kotletowi rany widelcem, raz po raz gniotłem ziemniaki na jeszcze większą papkę i dziubałem sałatkę, zastanawiając się, jak ci wszyscy ludzie mogą jeść, jeść i jeść, kiedy dopiero co umyli ręce po ziemi, którą wrzucili do grobu swojego brata, wujka, stryja, czy kogokolwiek innego. Trochę mnie to irytowało, ba, wkurzało mnie kłapanie dziobów ciotek, które obgadywały się nawzajem jak na popołudniowej herbatce. Nie chodziło mi o to, żeby wszyscy siedzieli w ciszy, wpatrywali się w swoje talerze i karmili obiad własnymi łzami, ale by moja głupia rodzina choć w takiej sytuacji powstrzymała się od plotkowania, kłótni i zatargów. Niestety zewsząd dochodziły do mnie histeryczne wymiany słów, nerwowe nuty i piskliwe chichoty. W pewnym momencie miałem już tego wszystkiego dość, więc rzuciłem sztućce na stół i wyszedłem z restauracji, nie zasuwając za sobą krzesła. Nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi.

Poszedłem za róg budynku, by stanąć na skraju parkingu i odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszedłem w samej koszuli, lecz było mi ciepło, bo specjalnie wybrałem słoneczne miejsce. Odpiąłem guzik kołnierzyka i przeczesałem włosy dłonią, a wtedy nagle obok zjawił się Jerome.

                - Chcesz zapalić? – Zapytał, wyciągając w moją stronę paczkę Winstonów.

Odmówiłem gestem dłoni, więc mężczyzna wyciągnął papierosa i wetknął go sobie do ust.

                - A wiesz co, jednak daj mi jednego – mruknąłem.

Jerry podał mi paczkę, więc poczęstowałem się, czekając, aż szeryf znajdzie zapalniczkę w czeluściach kieszeni swojego munduru. Po chwili obydwaj oparliśmy się o ścianę budynku, zaciągając się dymem i wpatrując w prawie bezchmurne niebo. Czułem, że powinienem coś powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co, więc między nami trwała niezręczna (może tylko dla mnie?) cisza.

                - Wiesz, Gabriel, może nie do końca mam prawo mówić takie rzeczy, bo nie jestem twoim ojcem, ale jestem z ciebie dumny, dzieciaku. Przez cały ten czas, kiedy Teresa opowiadała o tobie, o tym, jak dużo się uczysz, że jesteś samodzielny i jak bardzo dajesz sobie sam radę tak daleko od domu, czułem właśnie dumę, mimo, że nawet cię nie znałem. I proszę, nie zrozum mnie źle, bo wcale nie mówię tego, by wkraść się w twoje łaski, mówię to całkiem szczerze – powiedział, patrząc przed siebie na parking. – Podobno chcesz zostać lekarzem, prawda?

Gardło miałem zbyt ściśnięte by wydobyć z siebie głos - chyba byłem zbyt oszołomiony jego słowami. Pierwszy raz w życiu ktoś powiedział mi w twarz, że jest ze mnie dumny, bo daję sobie radę, bo dążę do celu mimo wzlotów i upadków i to najprawdopodobniej wzruszyło mnie bardziej niż wszystko inne tego dnia. Pokiwałem głową, zaciągając się papierosem.

                - Fran, moja siostrzenica też chciała zostać lekarzem. Może to zabrzmieć zabawnie, ale kiedy z tobą rozmawiam, mam wrażenie, że ta mała łobuziara przygląda się nam z którejś chmurki.

Spojrzałem na Jerry’ego pytająco, prosząc go tym o kontynuację, mimo, że powoli domyślałem się o co mniej więcej chodziło.

                - Miałem kiedyś młodszą siostrę. Miała na imię Julie i była piękna, tak piękna, że zawsze robiłem jej za ochroniarza i odganiałem od niej adoratorów. Pewnego razu do domu wrócił syn sąsiadów, który był żołnierzem i spędził wiele miesięcy za granicą. Wrócił na przepustkę, zmajstrował mojej siostrze dziecko, a potem znów wyjechał, by zabijać ludzi za pieniądze. Nie winię ich za to, że się w sobie zauroczyli, ale… mogli bardziej uważać, prawda?

Jerome zgasił niedopałek o krawężnik i wrzucił go do kratki kanalizacyjnej. Zrobiłem to samo, czekając na dalszą część opowieści.

                - Tak urodziła się moja siostrzenica, Frannie, a Julie przyczepiono w mieście łatkę samotnej matki, co zdecydowanie nie było wtedy pochlebstwem. Okazało się jednak, że dziewczynka chora jest na mukowiscydozę i że wychowywanie jej będzie jeszcze trudniejsze, zważając na opiekę, którą trzeba było jej zapewnić. Rodzice tamtego żołnierza nie chcieli pomóc Juls, wypierali się, mówiąc, że to nie jest ich wnuczka, a kiedy ich syn wrócił z misji bez trzech palców, zaaranżowali mu małżeństwo z córką znajomych. I tak skończyła się ich wielka miłość. Mimo wszystko Julie była świetną matką i przez pięć lat dawała sobie radę, ale potem, kiedy nastąpił Wielki Kryzys i dużo ludzi straciło pracę, moja siostra się załamała. Coraz częściej to ja zajmowałem się Fran, aż w końcu nawet z nimi zamieszkałem. W tamtym okresie życia bywałem w szpitalu częściej niż w supermarkecie, bo mała zaczęła mieć poważne problemy z sercem. To wtedy Frannie spodobało się bycie lekarzem, więc chodziła po oddziale i udawała, że bada inne dzieci. To było urocze, ta dziewczynka była urocza. Ale miała tego pecha, że urodziła się z mukowiscydozą i nie było jej dane przeżyć swojego życia tak jak chciała. Zmarła w wieku sześciu lat z powodu powikłań pooperacyjnych.

                - Przykro mi…

Jerome wsunął do ust kolejnego papierosa, wystawiając paczkę w moją stronę. Tym razem naprawdę odmówiłem.

                - Nie po to opowiedziałem ci tę historię, byś mi współczuł, ale po to, by uświadomić ci coś bardzo istotnego. Bycie lekarzem to nie przelewki, to nie jest praca, w której możesz robić coś byle jak, na odwal się. Albo robisz wszystko, co możesz i jak najlepiej umiesz, albo nie robisz nic. – Jerry zaciągnął się papierosem, a potem wypuścił dym z płuc. – Chirurg, który próbował naprawić serce mojej siostrzenicy, rzeczywiście je naprawił. Jednak jedna cholera wie, dlaczego zostawił w jej ciele kawałek gazy; może dlatego, że śpieszył się na obiad do domu, a może miał zagrać z kolegą w golfa, a był już spóźniony o dziesięć minut? Kto wie… Ale wiem, że Fran żyłaby nieco dłużej, gdyby nie to paskudztwo, które wywołało u niej zakażenie. Juls przyjęła ze spokojem wiadomość o śmierci córki, a następnego dnia znalazłem ją w łóżku martwą. Przedawkowała tabletki nasenne. Dwie śmierci niewinnych osób w ciągu jednej doby, a to wszystko przez kawałek pieprzonej gazy zostawiony przez konowała…

Powoli rozumiałem do czego zmierzał Jerome, opowiadając mi swoją historię. Chciał uświadomić mi jak odpowiedzialnym człowiekiem musi być lekarz – miałem zrobić w głowie rachunek sumienia, czy rzeczywiście powinienem nim zostać. Zadumałem się na chwilę nad jego słowami, wpatrując się w przejeżdżający obok nas samochód.

                - Myślę, że każdy człowiek ma prawo do popełnienia błędu. Jednak lekarz to osoba, która szczególnie powinna mieć świadomość, jakie konsekwencje mogą nieść popełnione przez nią błędy, więc powinna robić wszystko zawsze, ale to zawsze na sto procent – powiedziałem, bardziej w przestrzeń, niż do Jerry’ego. – A co do chirurga, który operował Fran… Owszem, popełnił niewybaczalny błąd, ale nie powinien być od razu skreślony, przynajmniej według mnie. Na pewno uratował też wiele osób i niektórzy z nich żyją do dziś tylko dzięki niemu…

Usłyszałem, jak szeryf śmieje się cicho pod nosem, więc spojrzałem na niego. Mężczyzna kręcił głową, jakby czemuś niedowierzając.

                - I to właśnie mi się w tobie podoba; że masz własne zdanie i nie boisz się go wypowiedzieć – spojrzał na mnie z uśmiechem. – Gdyby wszyscy chłopcy w twoim wieku byli tak inteligentni i dojrzali, to nie musiałbym patrolować w nocy parku, wypatrując palących się śmietników. Bo przecież nic nie jest zabawniejsze od niszczenia po pijaku dóbr publicznych, no nie?

Zaśmialiśmy się jak para starych kumpli siedzących przy piwie, gdy nagle do naszych uszu doszły niewyraźne krzyki, które na pewno dochodziły z wnętrza restauracji. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni.

                - Witam w mojej rodzinie – mruknąłem.

Potem potruchtaliśmy do środka, gdzie naszym oczom ukazała się dość komiczna sytuacja. Było trochę po trzynastej, więc towarzystwo siedziało już od godziny i pierdziało w stołki z nudów. Nic dziwnego, że dwie najbardziej kłótliwe ciotki-dewotki postanowiły zapewnić sobie trochę rozrywki i rozdrapać niektóre rany.

                - Posłuchaj mnie, Heleno, jesteśmy siostrami, owszem, ale to ja przez całe życie byłam w twoim cieniu, bo rodzice uważali cię za lepszą tylko dlatego, że jesteś starsza. Teraz role się odwróciły i to moja córka jest starsza od twojej, więc to jej należy się pierwszeństwo – mówiła jedna.

                - Nie rozumiem o co ci chodzi, to ciebie rodzice zawsze traktowali jak oczko w głowie, bo byłaś młodsza i chorobliwa, Ruth. Więc uważam, że to moja córka powinna mieć pierwszeństwo – skrzeczała druga.

Dwie kuzynki, które były mniej więcej w moim wieku, odciągały matki od Alexa, który stał dokładnie pośrodku pola walki z miną zagubionego turysty. Od razu pojąłem, o co kłóciły się kobiety i nie mogłem powstrzymać napadu szaleńczego śmiechu, wydobywającego się z czeluści mojego gardła. Ciotki ubzdurały sobie, że ich córki mogłyby pójść na randkę ze Smithem, a co było jeszcze zabawniejsze, chyba tylko ciotki tego chciały, bo dziewczyny wyglądały na bardziej zażenowane niż chętne. Zanim podjąłem jakąkolwiek decyzję, odszukałem wzrokiem mamę i znalazłem ją siedzącą przy stole, całkowicie załamaną zachowaniem rodziny. Spojrzała na mnie błagalnie, bym coś zrobił, byleby przerwać ten cyrk. Skinąłem jej delikatnie głową, a potem odwróciłem się do Jerry’ego, by puścić mu oko.
Ruszyłem żwawym krokiem przez salę, zapinając guzik kołnierzyka i poprawiając krawat. Ludzie ustępowali mi z drogi, przyglądając mi się z ciekawością.

                - Drogie ciocie, tak się składa, że muszę was zaniepokoić. Otóż mój przyjaciel, Alex, znalazł już swoją drugą połówkę – powiedziałem głośno, teatralnie akcentując słowa.

                - Jak to? – Zapytała z oburzeniem ciocia Helena, nie dając dojść do słowa swojej siostrze. – Nic o tym nie wspomniał, mimo, że go pytałam!

                - Ale to w sumie nie jest ważne. Moja córka na pewno jest lepsza od jego dziewczyny! – Krzyknęła ciotka Ruth.

No cóż, miałem niezły ubaw, słuchając tych starych przekup, jednocześnie odbierając od Alexa sygnały S.O.S. Mrugnąłem do chłopaka figlarnie, na co ten, najpierw zaskoczony, odpowiedział dopiero po chwili. Zrozumieliśmy się bez słów; Smith wiedział co planowałem i jaki miał udział w tym planie.

                - Wiem, że może to być dla was duże zaskoczenie, ale miłość nie ogranicza się tylko do kobiety i mężczyzny – powiedziałem, stając naprzeciw Alexa.

Chłopak pocałował mnie delikatnie, po francusku, a kiedy skończyliśmy, w sali kilka reprezentantów młodszego pokolenia zagwizdało i biło brawa, jednak większość ciotek milczała.

                - A więc teraz, kiedy spór został rozstrzygnięty, zapraszam na deser. Każdy znajdzie dla siebie kawałek ulubionego ciasta – powiedziałem, nie tracąc na teatralności.

Oczywiście moim uszom nie uszły ciche słowa wypowiadane przez oburzonych członków rodziny, ale ani „pedały”, „grzesznicy”, czy „dewianci” nie potrafiły mnie złamać. Patrzyłem na tych ludzi z litością, dopóki sami nie przerywali kontaktu wzrokowego i nie oddalali się, by usiąść przy stole. Czułem, że pałali do mnie nienawiścią, mimo, że tak naprawdę nic im nie zrobiłem. Gdybym ja zaczął ich za to nienawidzić, poparłbym błędne koło, w które ludzie lubią wpadać. Zamiast tego poczułem trochę smutnego współczucia dla ich ograniczonych religijnością umysłów. Usiedliśmy z Alexem przy stole, a mama od razu zwróciła się do mnie:

                - Gabe, nie musiałeś aż tak drastycznie…

                - Spokojnie – przerwałem jej. – Zrobiłem to w pełni świadom konsekwencji.

Mama uśmiechnęła się pod nosem.

                - A pomyślałeś o tym, że teraz na każde święta będą przysyłać pocztówki z biletami na seans egzorcyzmów przeznaczony dla ciebie, bo jesteś grzeszny i dla mnie, bo akceptuję tę grzeszność? – Zażartowała, biorąc łyk soku pomarańczowego.

                - No wiesz, jak dają za darmo, to czemu nie? – odpowiedziałem jej.

Mama parsknęła śmiechem, prawie pozwalając sokowi na ponowne ujrzenie świata. Jerome poklepał ją po plecach kiedy zaczęła kasłać, ale sam nie mógł powstrzymać się od chichotu.

                - Proponuję, żebyśmy jeszcze my powiedzieli im nieco o sobie, wtedy połowa ciotek zeszłaby na zawał – szepnął między nami Jerry.

Cała nasza czwórka wybuchła radosnym śmiechem, próbując jednocześnie go powstrzymać, zasłaniając sobie usta rękoma lub serwetką. Kilka osób spojrzało na nas ze zgorszeniem.

O borze zielony, niech to się już skończy – pomyślałem między atakami śmiechu.

***

Pół godziny później wszystko rzeczywiście się skończyło; ciotki popakowały sobie kilka kawałków ciasta „na wynos”, zdawkowo pożegnały się z mamą (ignorując mnie i Alexa stojących obok i z premedytacją obejmujących się), a potem wyszły z restauracji. Na sam koniec stanęliśmy przed budynkiem, a ciotka Ruth i ciotka Helena przeszły obok nas obojętnie, jakby w ogóle nas nie znały. Wyglądały jak dwie perskie kotki, które są zbyt ważne, by zaprzątać sobie głowy tak błahymi sprawami jak pożegnanie z rodziną. Natomiast ich córki, które szły tuż za nimi pod rękę, podeszły do mnie i do Alexa.

                - Słodko razem wyglądacie – powiedziała jedna z nich. – A naszymi mamami się nie przejmujcie, one zawsze psują przyjęcia w ten sposób.

                - Dokładnie – potwierdziła druga, która wyglądała na starszą. – Chyba zostanę lesbijką, żeby matka w końcu przestała umawiać mnie na głupie randki.

Obie zachichotały, a potem młodsza wspięła się na palce i pocałowała Alexa w policzek.

                - Trochę żałuję, że nie gramy w tej samej drużynie, ale skoro mój kuzyn jest z tobą szczęśliwy, to będę was dopingować.

Nagle rozbrzmiał oburzony krzyk którejś z ciotek, więc dziewczyny pomachały nam i oddaliły się w stronę parkingów. Odprowadziliśmy ich wzrokiem do auta, a potem ruszyliśmy za mamą i Jerry’m do radiowozu. Do domu dotarliśmy przed piętnastą i rozluźniając krawaty zasiedliśmy w salonie. Mama nalała wszystkim whisky, dopełniając szklanki colą.

                - Toast za całkiem przyzwoicie spędzony z rodziną dzień – mruknęła, unosząc drinka do góry.

Stuknęliśmy się szklankami, mrucząc „Toast!”, a potem każdy pił swój trunek w swoim tempie. 

Nic więcej produktywnego nie zrobiliśmy tego dnia – obejrzeliśmy pod rząd trzy filmy Quentina Tarantino, a wieczorem zagraliśmy w Monopoly. Potem jak zwykle położyliśmy się spać i zasnęliśmy, każdy lżejszy o przynajmniej jeden problem.