Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alexander. Pokaż wszystkie posty

Rozdział LII

1 komentarz:

 - Ja... - zacząłem, tak naprawdę nie wiedząc, co dalej powiedzieć. - Mich...

Chłopak zaplótł dłonie na piersi i patrzył na mnie twardo z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Nic nie mów, dobrze wiem, dlaczego tu jesteś - powiedział. 

Zamknąłem się i pod wpływem jego spojrzenia spuściłem wzrok na własne dłonie splecione na kolanach. Czekałem. Michael wyciągnął paczkę papierosów, wziął jednego i włożył do ust. Podpalił go i mocno się zaciągnął.

- Dla Alexa byłoby lepiej, gdybyś odpuścił - rzekł, wypuszczając dym z ust. - Daj sobie spokój.

Siedziałem tak, patrząc na niego z głupim wyrazem twarzy, bo sens jego słów docierał do mnie powoli, powolutku. Mój mózg nie chciał przyjąć tego do wiadomości, bronił się rękami i nogami przed przetworzeniem tych informacji, za wszelką cenę walcząc o zachowanie stabilności. Jednak w momencie, gdy wszystkie jego słowa pojawiły się w mojej głowie, a wraz z nimi ich sens, poczułem jak świat dookoła mnie zaczął się powoli kręcić. Oparłem się ramieniem o stół, by przejąć od niego choć trochę brakującej mi równowagi.

Michael obserwował mnie, co jakiś czas zaciągając się papierosem. Patrzył na mnie wyczekująco, tak jakby zależało mu na tym, bym coś powiedział. Ale ja nie wiedziałem, co mam powiedzieć, nie wiedziałem czego on ode mnie oczekiwał. Miałem pustkę w głowie. Zebrałem się w końcu w garść i powiedziałem po prostu to, co pierwsze przyszło mi na język.

- Nie, nie potrafię. 

Chłopak uśmiechnął się pod nosem, kiwając głową. Nie mogłem odgadnąć jego reakcji, straciłem nagle jakiekolwiek zdolności oceniania tego, co działo się wokół mnie.

- Rozumiem - mruknął. - To czego byś ode mnie chciał?

- Gdzie jest Alex? 

- W domu.

- W jakim mieście?

- W Logsville.

Wyciągnąłem telefon i wpisałem nazwę miejscowości w GPSa. Aplikacja poinformowała mnie, że znajdowałem się właśnie niecałe 200km od Alexa. Moje serce zabiło nagle szybciej i mocniej.

- Jedziesz tam? Mógłbym się z tobą zabrać? - Zapytałem nerwowo z nadzieją.

Michael westchnął niecierpliwie.

- Nie, wyprowadziłem się i mieszkam tutaj, w Riverside. Zresztą - dodał. - Mówiłem ci, że to nie jest dobry pomysł...

I znowu się zdenerwowałem. Czy w końcu ktokolwiek będzie w stanie mi pomóc, a nie tylko mówić mi, co jest dobre, a co złe? Sam dobrze wiedziałem, co powinienem zrobić i chciałem dążyć do tego mimo przeszkód. 

- Słuchaj, ja go kocham - powiedziałem twardo. - I mam to gdzieś, co ty i ktokolwiek inny o tym myślicie. Nie umiem sobie odpuścić, nie chcę go odpuścić.

Michael zamiast zdziwić się, tak jak tego oczekiwałem, uśmiechnął się szeroko.

- Hej, takiej odpowiedzi właśnie oczekiwałem.

Teraz to ja byłem zdziwiony jego słowami, a chłopak kontynuował:

- Zapomnij o tym, co wcześniej powiedziałem, o wszystkim. Kłamałem. Chciałem sprawdzić, czy wymiękniesz i się poddasz. I nie zrobiłeś tego, brawo. - Michael rzucił palącego się papierosa na ziemię i zgniótł go butem. - Fakt, mam wynajęte mieszkanie w Riverside i nie mieszkam już z rodziną, ale dzieli nas tylko kilka ulic. Kupili sobie obrzydliwie pomarańczowy domek.

Chłonąłem jego słowa, pozwalając nadziei na wtargnięcie do mojej głowy. Alex był tak blisko, był w zasięgu moich możliwości pierwszy raz od tych kilku miesięcy. Czułem ekscytację, ale poczułem też strach. Co, jeśli się zmienił? Co, jeśli mu już na mnie nie zależało tak jak mi na nim? Co, jeśli...

Głos Michaela przerwał moje gorączkowe myśli.

- Możesz pojechać ze mną, jeśli chcesz. Robimy ze znajomymi aftera po koncercie u mnie w mieszkaniu. Mogę cię przenocować.

Od razu zgodziłem się, kiwając gorliwie głową. 

- Jak myślisz, uda mi się zobaczyć z Alexem? - Zapytałem naiwnie.

Otwierając drzwi biura, chłopak nie spojrzał na mnie, tylko powiedział:

- Nie wiem, to się okaże. 

Wstałem, chwyciłem plecak i ruszyłem za nim.

Nie wiedziałem, co mnie czekało, ale moja głowa była otwarta na cokolwiek, co miało się w najbliższym czasie wydarzyć.

***

Do mieszkania dostaliśmy się w 30 minut, jadąc na trzy samochody. Mi przypadło miejsce tuż obok spakowanych instrumentów muzycznych, więc siedziałem z tyłu ściśnięty między bębnami perkusji, a drzwiami auta. Kiedy byliśmy już na miejscu, wysiadłem i podążyłem za wesoło pogwizdującym Michaelem i tamtą dziewczyną, która pomogła mi przed barem. Wspiąłem się za nimi na czwarte piętro do trzypokojowego mieszkania ulokowanego na końcu korytarza. Nie chciało mi się rozglądać po pokojach, więc po prostu usiadłem w salonie i dopiero poczułem, jaki byłem zmęczony. Do tej pory moja głowa była tak zaabsorbowana wszystkim, co działo się dookoła, a teraz, gdy emocje opadły, kończyny zaczęły mi ciążyć, a oczy szczypały wściekle. 

Za nami do mieszkania weszło kolejnych pięć, albo sześć, możliwe, że siedem osób, wszyscy w nastroju do imprezowania. Dochodziła prawie trzecia w nocy i w normalny dzień pewnie dawno temu bym już spał (lub przewracał się w łóżku bezsennie z boku na bok), ale ten dzień był wyjątkowy. Tego dnia zrobiłem największy krok w stronę Alexa, jaki do tej pory udało mi się wykonać. 

Nagle przypomniała mi się rozmowa z mamą i poczułem lekkie wyrzuty sumienia. Czy bardzo się martwiła? Moje wytłumaczenie dlaczego ją okłamałem pewnie nie miało dla niej sensu, ale teraz już było za późno. Byłem tu, w Riverside, jedynie kilka ulic od domu Alexa, to się dla mnie obecnie najbardziej liczyło. Oczywiście planowałem zadzwonić do mamy o jakiejś normalniejszej godzinie i wytłumaczyć jej wszystko, ale na razie nie chciałem myśleć o szczegółach. 

- Drinka? - Zapytał Michael, siadając koło mnie na kanapie i wciskając mi do rąk szklankę z kolorową zawartością.

Chętnie przyjąłem jego prezent i wziąłem potężnego łyka.

- Dlaczego się przeprowadziliście? - Zagaiłem rozmowę, dopóki byliśmy sami w pokoju.

- Roger dostał propozycję pracy tutaj, w Riverside - odmruknął chłopak, upijając pół swojego drinka. - A ja miałem ich już dosyć i postanowiłem skorzystać z okazji, znaleźć pracę i wynająć mieszkanie.

- Jak to miałeś ich już dosyć? Przecież byłeś ich ulubionym synem... - Zapytałem zdziwiony.

Michael oparł się plecami o oparcie kanapy i westchnął.

- Ja naprawdę nie mam nic do gejów - odpowiedział, jakby nie na temat. - Alexa nadal nie lubię, ale szkoda mi go. Nabijałem się z niego i czerpałem satysfakcję, że Irene uważała mnie za super-heteroseksualny wzór idealnego syna, ale wcześniej jakby, no wiesz...

Wzruszyłem ramionami, pokazując mu, że nie wiem w jaki sposób chce dokończyć zdanie.

- Kiedy nasi rodzice się zeszli, to wiedziałem, że Alex jest gejem i wiedziałem, jakie podejście ma do tego Irene. Grałem w jej grę i wkurzałem go, bo... nie wiem dlaczego, serio. - Westchnął, obejmując dłońmi szklankę. -  Ale no wiesz... jak się okazało, że jesteście razem i cię poznałem i zobaczyłem, jacy jesteście, to zrozumiałem, że było to głupie. I zobaczyłem Alexa, to, jaki był z tobą szczęśliwy i pomyślałem sobie, cholera, że jakie to ma znaczenie kogo się kocha? 

Do pokoju weszły jakieś dwie osoby i usiadły pod oknem, odpalając papierosy. Słowa chłopaka zawisły w powietrzu. Nie wiedziałem, co powiedzieć. Czułem natomiast, że Michael będzie kontynuował swój wywód, więc czekałem cierpliwie, upijając co jakiś czas łyk ze szklanki. Metalowiec siedział zamyślony.

- Wcześniej miałem wrażenie, że geje żyją po to, by wiesz... no, rucha... to znaczy, uprawiać seks z kim popadnie, a nie po to, by wiązać się i kochać siebie nawzajem. Kurwa, nie wiem, nie pytaj mnie tylko dlaczego tak myślałem, bo nie umiem odpowiedzieć na te pytanie - zaśmiał się nerwowo i oparł łokcie o kolana, nadal w dłoniach trzymając drinka. - A potem zrozumiałem, że tak naprawdę to ja, heteroseksualny syn numer jeden, żyłem, ruchałem, imprezowałem, nie próbując się ustatkować. A na dodatek rodzina i wszyscy dookoła wiwatowali mi, nazywając moje postępowanie tym najwłaściwszym. Tylko dlatego, że jestem hetero. Wiesz o co mi chodzi?

Rozumiałem jego słowa i byłem mu wdzięczny za to, że się nimi ze mną podzielił. Dopiłem drinka do końca, czując, że teraz moja kolej na wypowiedź. 

- Wiem, co masz na myśli - potwierdziłem. - I szczerze, jest mi źle z tym, że to ciebie rodzice akceptują, a nie Alexa. Wkurza mnie to.

Michael zaśmiał się.

- Taaa, z perspektywy czasu widzę, że jest to niesprawiedliwe - powiedział i zadumał się. - Kurwa, słuchaj, ja wam chyba zazdroszczę, wiesz?

Uniosłem brwi w geście zdziwienia.

- Wiesz, jakby nie tego, że jesteście gejami i że wam ciężko, czy coś... Chciałbym po prostu, żeby ktoś tak o mnie walczył, jak ty walczysz o Alexa.

Spuściłem wzrok, zawstydzony.

- Przecież nic nie zrobiłem przez te wszystkie miesiące... - Mruknąłem, patrząc w podłogę. - Siedziałem bezczynnie, mając nadzieję, że ktokolwiek inny rozwiąże tę sprawę za mnie.

Michael poklepał mnie po plecach.

- Ale jesteś tu. I ile tu jechałeś?

- Dziesięć godzin.

Chłopak gwizdnął przeciągle.

- Widzisz, to się nazywa poświęcenie - powiedział wesoło. - A, no i sory, że cię nie zaakceptowałem do znajomych. Nie chciałem, żeby rodzice widzieli, że mam z tobą kontakt. Ale kurwa, wiesz co? Coś tak czułem, że kiedy tylko skończy się szkoła, to w jakiś sposób się spotkamy, dlatego nie byłem aż tak zaskoczony, kiedy zobaczyłem cię, jak kłóciłeś się z ochroniarzem. Poprosiłem Caro, żeby pomogła ci się dostać do środka, bo ja byłem już na scenie. 

Spojrzałem na niego, zaskoczony. 

- Mówisz o tej metalówie, co udawała, że jestem jej bratem?

- Tak, jest świetna. 

Jakby wiedząc, że o niej rozmawiamy, Caro nagle weszła do pokoju z resztą przybyłych ludzi i pomachała Michaelowi i mi z drugiej kanapy. 

- Teraz przez co najmniej godzinę będziemy odpowiadać na komentarze w social media i omawiać kolejny koncert, więc jeśli nie masz na to ochoty, bo zakładam że nie masz, bo nawet ja jej nie mam, to możesz pójść spać, pooglądać Netlixa w drugim pokoju, albo nie wiem, przejść się po okolicy. Daj mi swój numer, to dam ci znać, jak skończymy.

Wymieniliśmy się numerami i Michael puścił mi strzałkę. Postanowiłem, że pójdę na spacer, więc ubrałem z powrotem bluzę, wziąłem MP3 do kieszeni i wyszedłem, machając chłopakowi. Kiedy byłem już na dole klatki schodowej, dostałem od niego SMSa:

Mich: 27 Saint Jose st., pomarańczowy dom

Uśmiechnąłem się, czując wdzięczność i od razu wpisałem adres w GPSa, wychodząc w tę lipcową, ciepłą noc. 

***

Szedłem powoli, spacerem, czując przyjemne szumienie w głowie spowodowane alkoholem. Nie chciałem myśleć, co czeka mnie, gdy dojdę już do mojego celu, nie chciałem nic planować, chciałem działać spontanicznie. Była czwarta rano, w większości okien ziała ciemność, więc spodziewałem się, że w pomarańczowym domu nie będzie inaczej. Wiał przyjemny, ciepły wietrzyk, podeszwy moich adidasów skrzypiały przy każdym kroku, poza tym jedynymi dźwiękami były świerszcze wygrywające serenady w ogródkach. Wokół nie było widać żywego ducha. 

W końcu go zobaczyłem. Stał tam, na rogu ulicy, w pełnej, pomarańczowej okazałości. Oczywiście tak jak przewidywałem, wszystkie światła były zgaszone, ale nie czułem zawodu. Zaraz miało wstawać słońce, nowy dzień, który jeszcze bardziej przybliży mnie do Alexa. Usiadłem na krawężniku naprzeciw domu i obserwowałem jedno okno na piętrze, wyobrażając sobie, że to właśnie pokój Alexandra. Zastanawiałem się, o czym śni i jaka będzie pierwsza rzecz, którą zrobi po przebudzeniu. Oczami wyobraźni widziałem jego, teraz już bardzo wyraźną, zaspaną twarz, którą widywałem codziennie w internacie, gdy mieszkaliśmy razem. Nie czułem smutku. Czułem nadzieję i nostalgię.

O 4:30 dostałem SMSa od Michaela, więc zebrałem się i wróciłem do mieszkania, gdzie przez kolejne dwie godziny imprezowałem, tańczyłem, śmiałem się. Cały czas w głowie miałem to, że może w końcu zobaczę Alexa i to trzymało mnie w dobrym nastroju.

***

Koło południa obudził mnie mój rozdzwoniony telefon - oczywiście to mama próbowała się ze mną skontaktować. W pierwszym momencie nie wiedziałem gdzie jestem, ale kiedy zobaczyłem koło siebie śpiącego Michaela, wszystko mi się przypomniało. Zanim odebrałem telefon, zdążyłem jeszcze uświadomić sobie jak bardzo boli mnie głowa (kac!) i że w mojej buzi panowała totalna susza, taka, że język kleił mi się do podniebienia i wnętrza policzków.

- Halo? 

Podniosłem się do siadu, krzywiąc się przez szpile bólu wbijane w moją głowę. Na szafce nocnej zobaczyłem szklankę wody i niewiele myśląc, przywłaszczyłem ją sobie.

- Gabriel, gdzie jesteś? - Zapytała zmartwiona mama.

Postanowiłem, że nie będę już kłamał. No, może nie w tych najważniejszych sprawach.

- Jestem w Riverside, nocuję u brata Alexa.

W słuchawce zapadła na chwilę cisza.

- Okej... - mruknęła mama. - I co tam robisz?

Wychyliłem szklankę do dna i powoli wstałem z łóżka, kierując się do kuchni. Żołądek ścisnął mi się boleśnie z głodu.

- Dowiedziałem się, że Smithowie przeprowadzili się tutaj. Chcę się spotkać z Alexem.

Chwyciłem suchą bułkę leżącą w woreczku na stole i zacząłem ją powoli żuć. W mieszkaniu nie było słychać żadnych oznak życia. 

- Jesteś bezpieczny?

- Tak, mamo. Cały i zdrowy, bezpieczny, nie mam kłopotów. Jestem tu, bo Alex tu jest. Nie bój się, nie zrobię nic głupiego.

Mama westchnęła. 

- Słyszę, że chyba czujesz się trochę lepiej niż przed wyjazdem? - Było to bardziej stwierdzenie niż pytanie.

- Tak, w końcu czuję się normalnie - przyznałem.

I, proszę państwa, była to prawda. Miałem wrażenie, że moje emocje wróciły do dawnego porządku i znowu byłem w stanie przeżywać je w odpowiedni sposób. Czy było to chwilowe? Możliwe. Czym było to spowodowane? Najpewniej nadzieją, że zobaczę Alexa, tym, że był tak blisko. 

- Wiesz, ja nie mam nic przeciwko, żebyś zobaczył się z Alexem, tylko... Myślałeś co będzie po tym, jeśli, jeśli... no, gdyby coś nie poszło po twojej myśli? 

Zastanowiłem się chwilę. Fakt, nie miałem żadnych oczekiwań co do przyszłości, ale pozwoliłem nadziei wkraść mi się do głowy. Na co tak naprawdę liczyłem? Że "uwolnię" Alexa i znów będziemy razem? Że spotkam się z nim, żeby w odpowiedni sposób się pożegnać? Wiedziałem, że mama martwiła się po prostu o mnie i o mój stan. W tym momencie pojąłem, że tak naprawdę to i tak nie miałem nic do stracenia. Bez Alexa nic nie miało sensu, nawet emocje. Jeśli mimo moich działań, chłopak nie pojawi się znowu w moim życiu, pewnie nadal będzie ono tak samo chujowe jak do tej pory. 

A istnieje możliwość, że może być jeszcze gorzej? - Zapytałem sam siebie, ale możliwa odpowiedź lekko mnie przeraziła.

- Nie wiem, mamo. Robię to, co uważam za właściwe w tym momencie. I tak jak mówiłem, nie bój się, nie zrobię nic głupiego.

- Dobrze, ufam ci, synu. Zostań tyle, ile potrzebujesz żeby załatwić swoje sprawy i zgadzam się na to, ale pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Masz mieć włączony telefon, tak żebym miała z tobą kontakt i wiedziała, że żyjesz. 

Uśmiechnąłem się pod nosem.

- Nie ma sprawy. Tak będzie, dziękuję.

- Martwię się o ciebie, Gabriel - powiedziała ze smutkiem mama. - Pa, kocham cię.

- Ja ciebie też kocham, cześć.

Poczułem pustkę, o ile w ogóle pustkę da się poczuć. Nie mogłem zaprzeczyć, że mój stan przez ostatnie miesiące śmiało można było nazwać obniżeniem nastroju lub nawet depresją. Czy mogłem stoczyć się jeszcze głębiej w tę ciemną dziurę? Zdawałem sobie sprawę, że tak, jak najbardziej. Wiedziałem również, że mimo wszystko chcę zaryzykować, bo nic nie robienie i usilne próby zapomnienia Alexa również staczały mnie w ramiona depresji i beznadziei, jednak ta droga była wolniejsza. Teraz ryzykowałem, że skoczę w ciemność, jeśli nie osiągnę tego, co chciałem osiągnąć przyjeżdżając tutaj, do Riverside. Czy obchodziło mnie to? Nie, depresja stanowczo pozbawiła mnie trosk i zmartwień o samego siebie, czułem wręcz masochistyczną satysfakcję z tego, że zadawałem sobie ból psychiczny.  

***

Okazało się, że w mieszkaniu nie było nikogo oprócz mnie i śpiącego Michaela, więc poszedłem do salonu i przejrzałem małą kolekcję książek stojących na półce koło telewizora. Nic mnie nie zaciekawiło, więc wybrałem cokolwiek i rozsiadłem się na kanapie, czekając aż właściciel mieszkania powróci do żywych. Nie mogłem się jednak skupić na lekturze, więc ze zrezygnowaniem odłożyłem książkę i włączyłem telewizor, by bezmyślnie oglądać jakiś serial, w którym nawet nie wiedziałem o co chodzi.

Po jakimś czasie usłyszałem dźwięki dochodzące z sypialni, świadczące o tym, że Michael już wstał. Czekałem cierpliwie aż chłopak się ogarnie i znajdzie mnie w salonie, co wydarzyło się dopiero po jakichś 10 minutach.

- Cześć - powiedział, siadając ciężko koło mnie.

Jego głos był zachrypnięty, pewnie po wczorajszym koncercie i potężnej dawce alkoholu. Przywitałem się z nim, po raz pierwszy czując wstyd za to, że przyjechałem do niego i prosiłem o tyle przysług. Nagle poczułem chęć, by go przeprosić.

- Słuchaj, ja… Przepraszam, że tak nagle zwaliłem ci się na głowę - mruknąłem. - W sumie to nie pomyślałem nawet zanim...

- Przestań - uciął mi Michael. - Daj spokój. Nie zamierzam prowadzić tej rozmowy.

- Ale...

- Cicho! - Chłopak znowu mi przerwał. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, to dzisiaj zobaczysz się z Alexem.

Jego słowa stanowczo sprawiły, że zamknąłem dziób. Spojrzałem na niego zaskoczony, podekscytowany i wystraszony zarazem.

- Jak... to?

- Tak to. Napisałem mu wiadomość, żeby przyszedł, bo mam coś dla niego. Na razie odpisał mi "Czemu ty nie możesz przyjść do domu?", więc chyba nadal nie lubi mnie na tyle, żeby po prostu przyjść - zaśmiał się.

Uśmiechnąłem się, bo oczami wyobraźni widziałem i słyszałem jak Alex wypowiada te słowa, robiąc przy tym jedną ze swoich zniecierpliwionych min. Nadal do mnie nie docierało, że Smith był tak blisko, na wyciągnięcie ręki.

- Napisz mu, że znalazłeś jego czerwoną bluzę i chcesz mu ją oddać - rzuciłem. - Zostawił mi tę bluzę kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, mam ją w plecaku.

Michael uśmiechnął się szeroko.

- Czekaj, czekaj, nosisz te bluzę cały czas ze sobą, czy co? - Zaśmiał się, pisząc coś na telefonie. - Przesłodkie.

Poczułem wstyd i nie byłem w stanie nic odpowiedzieć chłopakowi, więc po prostu poszedłem do pokoju, gdzie znajdował się mój plecak i wykopałem bluzę z jego dna. Wróciłem do salonu, gdzie Michael nadal wpatrywał się w ekran swojego telefonu. 

- Na razie nic nie odpisał - mruknął, jakby do siebie. - Napisałem mu, żeby był za 20 minut.

Dobrze, że chwilę wcześniej usiadłem, bo gdybym stał, to pewnie leżałbym już jak długi na dywanie. Zrobiło mi się gorąco, a moje serce zaczęło kołatać mi w piersi.

Alex Alex Alex Alex! - Dudniło mi w głowie. - Możliwe, że będzie tu za 20 minut. Tu! 

Michael wstał, przeciągając się i powiedział:

- Schowasz się w sypialni, żeby cię nie widział. Zrobimy mu niespodziankę.

Pokiwałem mu głową na znak zgody, bo z emocji nadal nie byłem w stanie sklecić nawet prostego zdania.

- Tymczasem, ja idę wziąć prysznic.

Chłopak zostawił mnie samego w salonie, siedzącego na kanapie. Miałem wrażenie, że moja głowa, tak odzwyczajona od tylu silnych emocji, zaraz eksploduje. Uśmiechałem się jak głupi ze szczęścia, jednocześnie bojąc się spotkania z Alexem. Myśli krążyły mi wokół wspomnień, zmartwień i wątpliwości. 

***

Dokładnie o 18:45 dzwonek od drzwi rozbrzmiał gwałtownie i wesoło, co było słychać równie mocno w sypialni, za której drzwiami stałem z bijącym sercem. Po chwili doszły do mnie kroki stawiane na panelach przedpokoju, jednak coś od razu zwróciło moją uwagę. Stukot nie pasował do adidasów, które zwykle nosił Alex, powiedziałbym, że były to raczej odgłosy damskich obcasów. Nie myliłem się.

- Cześć Michael - powiedziała Irene Smith. - Też mam do ciebie sprawę, więc stwierdziłam, że przyjdę z Alexem.

Moje serce zabiło jeszcze szybciej i pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, to schowanie się. Szybko, starając się narobić jak najmniej hałasu, podszedłem do szafy i próbowałem ją cicho otworzyć. Wsunąłem się do środka i przykucnąłem na stercie ciuchów leżących na dnie, po czym zamknąłem za sobą drzwi. W duchu cieszyłem się, naprawdę byłem przeszczęśliwy, że Michael wpadł na głupi pomysł zrobienia Alexowi niespodzianki, bo gdyby nie ten fakt, właśnie patrzyłbym swoimi zaskoczonymi oczami w pewnie równie zaskoczone oczy Irene. 

Z wnętrza szafy nie słyszałem zupełnie nic, co działo się na przedpokoju, ale doszedł do mnie dźwięk otwieranych drzwi sypialni i trzy głosy brzmiące naprzemiennie. Z tej odległości, oddzielony jedynie cienkim drewnem mebla byłem w stanie rozróżnić poszczególne słowa.

- Co się stało, że nagle napisałeś do Alexa? - Zapytała Irene.

Michael westchnął głośno i przeciągle.

- W końcu to mój brat, co nie? - Rzucił niedbale.

Słyszałem, jak stukot obcasów zmierza wzdłuż szafy, w stronę drzwi, za którymi usilnie próbowałem oddychać jak najciszej. 

- Dziwne, że dopiero teraz, kiedy się wyprowadziłeś, nagle zainteresowałeś się bratem.

- Mamo, a czy to ważne? - Powiedział Alex, sprawiając, że na ciele wystąpiła mi gęsia skórka.

Jego głos, jego głęboki, miły głos, rozbrzmiewał mi w głowie, tak, że na chwilę zapomniałem gdzie byłem. Przypomniały mi się wszystkie poranki, gdy to ze mną jako z pierwszą osobą witał się i dzielił swoimi uczuciami i przemyśleniami. I gdy wieczorem żegnał się ze mną, mówiąc dobranoc. Gdy mówił "Kocham cię", całując i tuląc do siebie, jakby to były najważniejsze słowa, które kiedykolwiek wypowiadał.

- Nie, Al, nie chcę tylko, żeby Michael miał na ciebie zły wpływ - jej kroki, a także głos oddaliły się od drzwi szafy, ale nie pozwoliłem sobie na odetchnięcie z ulgą.

- Podobno to ja miałem na niego zły wpływ, więc skąd teraz te słowa? - Rzucił Alex bez emocji. 

- No właśnie, to on mnie zawsze gorszył, nie na odwrót - dodał Michael.

Irene westchnęła głęboko, chyba ze złością. W pokoju na chwilę zapanowała cisza. Nikt się nie odzywał, ani nie ruszał, za to ja walczyłem głęboko w sobie z chęcią kichnięcia, która nagle mnie opanowała. Oczy zaczęły mi łzawić, a z nosa pociekła mi wodnista wydzielina.

- Mam was obu serdecznie dosyć - podsumowała pani Smith, a jej kroki podążyły w stronę korytarza. - Róbcie co chcecie, ale Alex ma być w domu przed dwudziestą.

Kiedy reszta osób przeszła w stronę drzwi wyjściowych, w końcu pozwoliłem sobie na kichnięcie, ale starałem zdusić się je za wszelką cenę rękawem bluzy. I tak miałem wrażenie, że wydałem z siebie przeraźliwie głośny dźwięk i że zaraz Irene wróci się i otworzy z satysfakcją szafę. W milczeniu, wciąż zakrywając nos i usta ręką, czekałem przerażony na rozwój sytuacji. Po kilkunastu sekundach usłyszałem tylko trzask drzwi i miękkie kroki zmierzające przez korytarz do sypialni. Mimo wszystko bałem się na razie wyjść z ukrycia.

- Kurwa, mogłeś dać znać, że ona z tobą przyjdzie - rzucił Michael gniewnie. - Ja pierdole, było blisko...

- Blisko do czego? - Zapytał nieświadomie Alex poirytowanym głosem. - Myślisz, że chciałem, żeby ze mną szła? Spotkałem ją przed domem jak wychodziłem i już nie chciała mnie zostawić w spokoju. Zresztą, też bym na jej miejscu się zdziwił, gdybym usłyszał, że mnie zapraszasz. O co ci chodziło w ogóle z tą bluzą?

- Wiesz co, tak się cieszę, że to powiedziałeś i że w ogóle jesteś na mnie zły, bo kurwa za chwilę się przekonasz po co w ogóle cię tutaj ściągnąłem i będziesz mnie na kolanach całował po stopach.

- Co ty pier...

W tym momencie Michael otworzył jednym ruchem szafę, w której nadal się chowałem, zaskakując tym zarówno mnie, jak i Alexa. Niezgrabnie wypełzłem na zewnątrz, patrząc jak mój (?) chłopak siada ciężko na łóżku, rozdziawiając usta w wyrazie zdziwienia. Mich stał obok, zadowolony jakby zdobył złoty medal, z zaplecionymi na piersiach rękoma i patrzył to na mnie, to na swojego brata. Stanąłem na nogach, zamknąłem za sobą drzwi szafy i zapomniałem języka w gębie. Jedyne, co udało mi się wyjąkać, to głupie:

- Nie...spodzianka? - Brzmiało to jednak bardziej jak pytanie, które zawisło w pokoju między nami, oczekując na odpowiedź.

Rozdział XLIX

4 komentarze:

Na miejsce dotarliśmy trochę szybciej, niż przewidywał to GPS, a Chrysler dawał sobie wspaniale radę, pokonując leśną wyboistą dróżkę, która na domiar złego pokryta była warstwą świeżego śniegu. Bill zaparkował tuż przy drewnianym domku, a potem wszyscy zaczęliśmy ubierać kurtki.

   - Dotarłeś do celu. Dziękuję za współpracę – powiedział wszechwiedzącym tonem GPS, po czym automatycznie się wyłączył.

Wysiadłem z auta, zanurzając stopy w białej zaspie, chłonąc oczami bardzo ładny widok: pośrodku lasu, na skraju niczego, na polanie nie wiadomo gdzie, stał drewniany, dosyć spory domek z kominem. Jedyną oznaką tego, że dotarła tu cywilizacja, były druty wysokiego napięcia przebiegające w poprzek przez las. Nagle potężny podmuch wiatru owionął mnie, wyjąc mi w uszach i sprawiając, że musiałem cofnąć się o dwa kroki i schronić przy tylnym zderzaku auta. Bill otwierał właśnie bagażnik, wyciągając po kolei nasze torby i wręczając je Philowi i Alexowi. Sam mężczyzna wziął zakupy, a mi wręczył jedynie paczkę papieru toaletowego, po czym zamknął klapę i włączył pilotem blokadę drzwi. Ruszyliśmy w stronę domku, Phil z kluczami na przedzie, za nim Smith, a na końcu ja z Billem. Nikt nie był w nastroju do pogawędki, czy nawet do rzucenia żartem – każdy chciał jak najszybciej znaleźć się z dała od tego zimna.

   - Witam w Chatce Hagrida – powiedział Phil, rzucając torby na podłogę. – Nazwa oczywiście jest wspaniałym pomysłem Billa – chłopak odwrócił się i puścił swojemu mężczyźnie oczko, a potem ostentacyjnie włączył światło.

Wystrój wnętrza aż zaparł mi dech w piersi; chatka w środku składała się z jednego, dużego salonu i połączonego z nim aneksu kuchennego. Ściany zrobione były z nieociosanych drewnianych bloków, a na podłodze wyłożonej panelami, leżał duży, puchaty dywan. Centrum pokoju stanowił kominek – teraz ciemny i zimny – na którym stały duże, białe świece noszące już ślady użytkowania. Na ścianie wisiało trofeum składające się z wielkiego jeleniego poroża, obok niego wisiał ogromny łapacz snów, a jeszcze dalej, zawieszono na ścianie myśliwską strzelbę. Mi osobiście najbardziej spodobał się wielki narożnik, który był praktycznie jedynym meblem znajdującym się w tym pomieszczeniu – naprzeciw niego, trochę zakłócając wystrój salonu swoją nowoczesnością, na ścianie wisiał spory telewizor.

   - To jest nasz skromny salon – mruknął Phil, jakby od niechcenia. – Bill wszystko urządzał, świetnie to wygląda, prawda?

Ja i Alex pokiwaliśmy zgodnie głowami.

   - Wy będziecie spali tutaj, na narożniku. Jest jeszcze wygodniejszy niż nasze łóżko, które znajduje się na górze – wskazał na schody w kącie pokoju. – Jeszcze rok temu nie mieliśmy tu prądu i grzaliśmy tylko i wyłącznie za pomocą kominka. Ale za to ja tu było romantycznie kiedy nie mieliśmy elektryczności! Wszędzie stały świece i chodziliśmy z takimi starymi lampami na naftę. Czuliśmy się, jakbyśmy trafili na jakąś dziurę w czasoprzestrzeni i cofnęli się w czasie!

Nagle przypomniało mi się, że miałem dać mamie znać, że nasza podróż odbyła się bez żadnych niespodzianek i że wylądowaliśmy cali i zdrowi. Wyciągnąłem z kieszeni telefon Smitha, który jakoś tak dobrze w niej leżał i zobaczyłem, że zamiast pięciu kropek oznaczających doskonały zasięg, w rogu ekranu wyświetla się informacja „Brak sieci”.

   - Niestety, ale to jest właśnie minus wczasów w Chatce Hagrida – mruknął z uśmiechem Phil. – Prąd mamy, ale zasięg sieci i Internet tu nie dochodzą. To była wymówka Billa do rozpoczęcia kolekcjonowania płyt z filmami. Oczywiście zaczął od Harrego Pottera.

Bill przewrócił oczami i poszedł do aneksu kuchennego, by położyć zakupy na dębowym stole. Zaczął rozpakowywać torby i wkładać produkty do szafek i lodówki. To nas jakoś rozruszało, więc wzięliśmy swoje bagaże i spojrzeliśmy na Phila z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy.

   - Swoje rzeczy możecie włożyć do skrzyni przy kominku – chłopak wskazał na drewniany wielki przedmiot stojący przy przeciwległej do nas ścianie. – W środku są koce, więc jak będzie wam zimno, to wiecie gdzie szukać.

W tym samym czasie Bill wrócił do nas i oznajmił:

   - Alkohol już się chłodzi, a ja zaraz wezmę się za odgrzewanie spaghetti. Trzeba tylko wybrać film i nazbierać chrustu do kominka.

Alex, słysząc to, wypiął dumnie pierś, stwierdzając zapewne, że jako prawdziwy i dzielny mężczyzna, zajmie się najbardziej męskim zajęciem.

   - To ja przejdę się po chrust – powiedział, zapinając kurtkę pod samą szyję.

Przewróciłem oczami i zacząłem się ubierać – w życiu nie puściłbym Alexa żeby pałętał się sam po ciemnym lesie, w którym był pierwszy raz w życiu.

   - Phil, dasz nam jakieś latarki? – Zapytałem, przygotowując się na wyjście na ziąb.

Chłopak sięgnął do szafki przy drzwiach i wyciągnął dwie spore latarki i podał nam po jednej. Swoje ważyły, ale widać było, że dobrze nam posłużą.

   - Przejdźcie przez polanę ścieżką i poszukajcie chrustu na skraju lasu. Powinniście go trochę znaleźć. Najlepsze będą sosnowe gałęzie, bo szybko się palą - poinstruował nas Bill. - Ano, i nie odchodźcie zbyt daleko, bo możecie się zgubić, a przy takiej pogodzie i o tej godzinie szwendanie się po lesie nie jest najlepszym pomysłem.

Alex pokiwał głową, ale ja widziałem, że nie słuchał już Sunglighta, tylko myślał o czymś zupełnie innym.

   - Dobra, to idziemy! – Wykrzyknął rozochocony Smith, a ja zrobiłem tak nieentuzjastyczną minę, że Bill aż parsknął śmiechem.

Otworzyliśmy drzwi, wpuszczając do środka podmuch wyjącego wiatru, a wraz z nim tuman śniegowego puchu i wyszliśmy w ziąb. Okazało się, że latarki nie były nam prawie potrzebne, bo wszechogarniająca biel i szare mimo godziny niebo sprawiały, że widoczność była taka jak w dzień. Ruszyliśmy polaną w stronę lasu, zatapiając się nogami w śniegu i mocząc sobie nogawki. Maszerowaliśmy raźno, więc nie było aż tak zimno, jak spodziewałem się, że będzie, nie licząc momentów, gdy wicher owiewał nas od stóp do głów. Po kilkunastu minutach dotarliśmy już do skraju lasu i obróciłem się, żeby spojrzeć na Chatkę Hagrida, która teraz znajdowała się daleko w tyle, praktycznie niewidoczna. Alex w tym czasie wyprzedził mnie o kilkanaście kroków, więc podbiegłem truchtem żeby go dogonić. Zaczęliśmy rozglądać się za gałęziami, ale wszystko pokryte było śniegiem, za to w środku lasu, gdzie wysokie korony drzew zatrzymały cześć opadającego puchu, na ziemi leżało pełno chrustu.

   - Chodź, nie ma sensu tutaj szukać, bo musielibyśmy kopać pod śniegiem żeby cokolwiek znaleźć. Wejdźmy na chwilę do lasu, weźmy co potrzebujemy i zmywajmy się do domu.

Kiwnąłem głową na znak zgody i ruszyłem przodem ledwie widoczną ścieżką. Po kilkunastu krokach zrobiło się tak ciemno, że musieliśmy włączyć latarki, żeby widzieć gdzie idziemy. Alex co chwilę pochylał się żeby podnieść gałązki z ziemi, otrzepując je ze śniegu; było ich tak dużo, że po chwili mieliśmy już ich sporą kupkę i stwierdziliśmy, że możemy wracać. Odwróciliśmy się na piętach, przeszliśmy kilka kroków po własnych śladach, kiedy doszło do nas głośne chrząkanie. Poświeciłem latarką trochę wyżej, na kraniec ścieżki i Alex wciągnął głośno powietrze w płuca.

   - Zgaś to! – Syknął, ale zrobiłem to dopiero po chwili, nie mogąc nagle znaleźć wyłącznika.

Dzik zdążył nas zauważyć i ruszył w naszą stronę truchtem, a za nim reszta jego małego stadka. Niewiele myśląc, puściliśmy się biegiem na oślep, zbaczając ze ścieżki. Bezlistne gałęzie krzewów smagały nas po twarzach, a za sobą słyszeliśmy coraz głośniejsze pochrząkiwania i od czasu do czasu kwiki. Alex zaklął głośno kiedy latarka wypadła mu z kieszeni i zniknęła w śniegu. Biegliśmy dalej, gubiąc po drodze trochę chrustu.

   - Tutaj! – Ryknął Alex, ciągnąc mnie za kaptur kurtki w stronę kolejnej polany znajdującej się tuż przed nami.

Wybiegliśmy na samym jej skraju i zobaczyliśmy stojącą kilka metrów od nas myśliwską ambonę. Ruszyliśmy w jej stronę ostatkiem sił, a ja obejrzałem się szybko przez ramię żeby zobaczyć, że stadko dzików właśnie wyłoniło się z lasu. Dopadliśmy do drabiny, która prowadziła na sam szczyt ambony i Alex zaczął mnie po niej wpychać na górę.

   - Wchodź, szybko! Dasz radę!

Ale moje zmarznięte ręce odmawiały mi posłuszeństwa, a palce ślizgały się na szczeblach drabiny. W uszach słyszałem oszalałe bicie mojego serca, płuca wdychały zachłannie zimne powietrze, domagając się go coraz więcej. Zakręciło mi się w głowie. Dziki były tuż-tuż kiedy Smith rzucił to, co pozostało nam z chrustu na ziemię koło ambony i sam zaczął wspinać się w górę. Natomiast ja, kiedy dotarłem już do budki, odzyskałem nieco funkcję logicznego myślenia; położyłem się na brzuchu i wyciągnąłem ręce do mojego chłopaka, w których czułem teraz przypływ siły pochodzący od zastrzyku adrenaliny. Smith chwycił moje dłonie, całkowicie zdając się na mnie, a ja podciągnąłem go mocno w momencie gdy dziki oparły się o drabinę i zaczęły wąchać ziemię dookoła, nie wiedząc, gdzie podziały się ich zdobycze. Wciągnąłem Alexa do budki, a ten padł na mnie, ciężko oddychając.

   - Ja pierdole – wysapał tuż przy moim uchu.

Leżeliśmy tak chwilę, uspokajając oddechy (jak po bardzo intensywnym stosunku), po czym Alex objął mnie mocno.

   - Nic ci nie jest? – Zapytał zmartwiony.

Zaśmiałem się w odpowiedzi, dając upust całemu strachowi i stresowi, który przed chwilą doświadczyłem. Przez moment naprawdę myślałem, że nie wyjdziemy z tego cało, ale jakoś się nam udało.

   - Nie licząc kilku zadrapań na twarzy od zdzielenia gałęzią, to nic mi nie jest. A z tobą wszystko okej?

Alex zszedł ze mnie i przewrócił się na plecy, kładąc się tuż obok mnie.

   - Uratowałeś mi życie, Gabe. Dziękuję.

Przez chwilę nie wiedziałem, co odpowiedzieć, bo ton jego głosu był śmiertelnie poważny.

   - Nie ma za co. Wiesz, śmierć poprzez rozszarpanie przez dziki nie wpisywałaby się raczej w motyw ars bene moriendi.

Alex parsknął śmiechem, a ja mu zawtórowałem. Z dołu nadal dochodziły do nas pochrząkiwania, ale już nie tak entuzjastyczne jak wcześniej, więc dziki najwyraźniej powoli traciły nami zainteresowanie. Po chwili z okna ambony zobaczyliśmy, że stadko znika w lesie po drugiej stronie.

   - Odczekamy jeszcze chwilę, by się upewnić, że nie wrócą, a potem zejdziemy i poszukamy ścieżki. Masz latarkę? – Zapytał Smith, klepiąc się po swojej pustej kieszeni kurtki.

Kiwnąłem głową na znak twierdzącej odpowiedzi.

   - Dobrze – mruknął Alex z ulgą. – Ja zejdę pierwszy i jeśli wszystko będzie w porządku, to zawołam cię i wtedy też zejdziesz.

Chłopak ruszył w dół drabiną i po kilku minutach, które dłużyły mi się niemiłosiernie, zawołał mnie, wiec również zszedłem na ziemię. Smith wziął pod pachę resztę chrustu i ruszyliśmy w stronę, z której przybyliśmy, rozglądając się na boki. Weszliśmy do lasu, odnaleźliśmy ścieżkę, a ja oświetlałem ją nieustannie latarką. Szliśmy w ciszy, nasłuchując chrząkania, ale nie usłyszeliśmy nic niepokojącego. Bez trudu dotarliśmy do polany, na której skraju stała Chatka Hagrida i z ulgą prawie puściliśmy się biegiem. Kilka minut i staliśmy już pod drzwiami domku, ciężko oddychając, cali i zdrowi. Wpadliśmy do środka, gdzie pachniało słodko makaronem i pomidorami.

Phil siedzący z Billem przy stole zerwał się i podbiegł do nas.

   - Co tak długo? Już się zaczynałem martwić! Macie szczęście, bo jeszcze chwila, a normalnie powiadomiłbym jakieś służby, że się zgubiliście – powiedział swoim charakterystycznym żartobliwym tonem, ale widać było, że naprawdę był zmartwiony.

Bill podszedł do nas, przejął chrust od Alexa i położył go na kaloryferze.

   - Tak wyszło – mruknął zawstydzony Smith, zerkając na mnie.

Nie miałem ochoty dzielić się nasza historią z chłopakami, wiec tylko wzruszyłem ramionami, kiedy Phil spojrzał na mnie, oczekując jakiejś bardziej konstruktywnej odpowiedzi.

   - Więc pewnie wzięło was na świntuszenie, skoro nie chcecie się przyznać – podsumował Lewison, przewracając oczami.

Ani ja, ani Alex nie zaprzeczyliśmy ani nie potwierdziliśmy jego teorii, ale Phil wiedział swoje. Ściągnęliśmy kurtki i buty, po czym zrzuciliśmy z siebie mokre spodnie i przebraliśmy się w suche ciuchy. Bill nakrył już do stołu – stały na nim cztery czarne talerze i misa z parującym spaghetti oraz po kubku herbaty dla każdej osoby.

Pochłonęliśmy kolację w rekordowym tempie i zalaliśmy się ciepłą herbatą. Od tej przyjemności zrobiłem się senny, ale mimo, że było już po północy, nikt nie kwapił się, by iść spać.

   - Jaki film wybrałeś, Phil? – Zapytał Alex, klepiąc się z zadowoleniem po pełnym brzuchu.

   - Oczywiście horror: To – wyszczerzył się.

Bill pozbierał brudne naczynia i włożył je do zlewu, a my ruszyliśmy za Philem do salonu. Klapnęliśmy na wielkim narożniku i przykryliśmy się pod same brody kocami. Wtedy nadszedł Sunlight, niosąc szklanki z whisky i colę, a Phil majstrował przy odtwarzaczu.

   - Zagrajmy w grę – powiedział nagle tajemniczo Lewison, odwracając się do nas twarzą. – Za każdym razem kiedy zobaczymy klauna Pennywise’a, wypijamy trzy łyki drinka. Co wy na to?

Nikt nie odpowiedział, ale wszyscy uśmiechnęli się na ten pomysł i Phil już wiedział, że się zgodziliśmy.

***

Była już chyba z trzecia nad ranem kiedy film się skończył, a my wypiliśmy już prawie cały alkohol. To okazało się świetnym horrorem, wręcz klasykiem, i uważałem tak zarówno kiedy byłem wstawiony, i potem, gdy już wytrzeźwiałem. Zgodnie z zasadami piliśmy trzy łyki kiedy na ekranie pojawiał się klaun i choć efekty specjalne nie powalały na kolana, było w nim coś niepokojącego. Alex zaczął się do mnie kleić mniej więcej w połowie filmu, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało – Phil leżał obok nas z głową na kolanach Billa, skupiając się na telewizorze i co jakiś czas ziewając ze zmęczenia. Nie było nawet po nich widać, że pili alkohol. Mi natomiast było gorąco, a ciepło buchające od Alexa jeszcze to potęgowało. W pewnym momencie poczułem jego dłoń na swoim udzie, przez co przeszły mnie przyjemne dreszcze. Kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, nikt nie kwapił się, by sięgnąć po pilota leżącego na stoliku przed nami i wyłączyć telewizor.

   - Chyba pora się kłaść – powiedział Bill, podnosząc się z kanapy.

Mężczyzna chwilę stał nad drzemiącym Philem, po czym po krótkim namyśle wziął go na ręce jak dziecko.

   - Łazienka jest przy schodach, a czyste ręczniki leżą przy umywalce. Życzę wam dobrej nocy.

Bill zaczął wspinać się po schodach, uważając, by nie zahaczyć głową Phila o poręcz. Na górze trzasnęły drzwi i słychać było kroki nad naszymi głowami, a potem skrzypienie sprężyn łóżka gdy Sunlight położył na nim swojego chłopaka.

   - Jak się będą bzykać, to będziemy słyszeli tutaj cały koncert – skomentował Alex.

Zachichotałem, słysząc jak Bill schodzi po schodach i zamyka się w łazience. Zza ściany doszedł do nas odgłos wody lecącej z kranu, a na górze, nad naszymi głowami Phil mamrotał coś przez sen.

   - I oni nas by usłyszeli też – mruknąłem, trochę gubiąc składnię.

Alex parsknął śmiechem, patrząc mi w oczy, a po chwili przylgnęliśmy do siebie ustami z zachłannością. Padłem na plecy, a Smith położył się na mnie, wyciągając spomiędzy nas koc, by nic nie stało na przeszkodzie naszym ciałom. Wplotłem dłonie we włosy chłopaka i wypchnąłem biodra lekko w górę, by go sprowokować. W tej samej chwili na podłogę spadła pusta butelka od whisky, a Bill wyszedł z łazienki i ruszył do swojej sypialni. Oderwaliśmy się od siebie, oddychając ciężko i roześmialiśmy się znów nie wiadomo z czego.

   - Potrzebuję prysznica – wyznałem Alexowi tonem, jakbym co najmniej mówił mu, że go kocham.

Po tak długiej podróży czułem się niesamowicie brudny, wręcz oślizgły. Smith westchnął głęboko i podniósł się do siadu, a ja zrobiłem to samo. Zakręciło mi się w głowie, a kiedy próbowałem wstać, zatoczyłem się w bok, ale Alex złapał mnie za biodra i zmusił, bym usiadł mu na kolanach. Włożył mi ręce pod koszulkę i zaczął gładzić mnie po torsie, a jego usta złożyły pocałunek na moim karku. Śmiejąc się, odepchnąłem go i wstałem, potykając się o pustą butelkę. Odzyskałem jednak równowagę i wyzywająco spojrzałem na chłopaka, który nadal nie zebrał się z kanapy. Ostentacyjnie, powoli i zmysłowo ściągnąłem koszulkę i rzuciłem nią w Alexa, który wyglądał, jakby zaraz miał spłonąć. Śmiejąc się, ruszyłem do łazienki, zostawiając chłopaka samego w salonie.

Wziąłem szybki prysznic, cały czas mając nadzieję, że Alex do mnie dołączy, ale to się nie stało – za to słyszałem ciche pochrapywanie dochodzące z górnego piętra i odgłosy krzątania w salonie. Po umyciu zębów wyszedłem ubrany już w pidżamę i nakryłem Smitha na usilnych próbach pościelenia łóżka. Chłopakowi udało się otworzyć narożnik i wyciągnąć pościel, a nawet posprzątać wszystko ze stolika, ale nadal lekko się zataczał i rozścielenie prześcieradła najwyraźniej było zbyt trudną do wykonania czynnością. Ja już nieco wytrzeźwiałem, więc podszedłem do niego i pomogłem mu pościelić łóżko. Oczywiście nie obeszło się bez rannych – raz Alex uderzył się o kant stolika w mały palec u stopy, ja natomiast walnąłem się w kolano, łapiąc Smitha za ramię i ratując go przed upadkiem gdy potknął się o dywan. Nadal było nam wesoło i koszykarz uparcie się do mnie dobierał, więc wygoniłem go do łazienki, a potem przez następne piętnaście minut nasłuchiwałem, czy wszystko jest z nim w porządku, bo oczami wyobraźni widziałem, jak przewraca się pod prysznicem i rozbija sobie głowę. Czekając na niego ogarnęła mnie tak wielka senność, że nie miałem siły z nią walczyć i usnąłem, leżąc na kanapie w salonie Chatki Hagrida. Obudziłem się tylko na moment, gdy Alex położył się tuż obok mnie i wtulił się we mnie, pachnąć whisky i pastą do zębów.

***

Ranek był trudny dla każdego z naszej czwórki; obudziłem się z bólem głowy z Alexem wtulonym w moją pierś. Okropnie chciało mi się pić, więc delikatnie wysunąłem się z objęć chłopaka i poszedłem boso do kuchni. Nalałem sobie wody do szklanki i wypiłem ją jednym haustem. W tym samym momencie Bill zszedł na dół schodami, z rozczochraną czupryną, trzymając z kąciku ust papierosa. Obaj skrzywiliśmy się, kiedy odsłoniłem rolety w kuchni, by wpuścić do środka trochę światła.

   - Kawy?

   - Chętnie – mruknąłem, nie mogąc powstrzymać ziewnięcia.

Bill nastawił wodę w czajniku i usiadł naprzeciw mnie przy stole. Mężczyzna wyglądał po prostu źle – miał cienie pod oczami i raz po raz mrugał wściekłe powiekami. Papieros zwisał mu z kącika ust, a srebrny dym rozchodził się po kuchni.

   - Chyba już jestem za stary na takie zabawy – mruknął żartobliwie, rozcierając sobie nasadę nosa.

Kiedy woda się zagotowała, wstałem i zalałem nią kawę, a Bill wziął się za zmywanie naczyń. Potem, siedząc już przy stole i z niecierpliwości parząc sobie język gorącym napojem, obserwowałem jak mężczyzna wyciąga spod zlewu wielkie wiadro i wrzuca do niego resztki jedzenia i nadpsute jabłko leżące na blacie.

   - Która godzina? – Doszedł do nas jęk dochodzący z kanapy w salonie.

   - Za piętnaście dziewiąta – odpowiedziałem Alexowi między łykami kawy.

Chłopak mruknął coś niezrozumiale, co brzmiało trochę jak „To ja do dziesiątej”, po czym przewrócił się na drugi bok i chrapnął przeciągle. Bill natomiast podszedł z wiadrem do drzwi, ubrał swój płaszcz i wyszedł na chwilę na zewnątrz. Kiedy wrócił nie miał już ze sobą wiadra z odpadkami.

   - A gdzie wiadro? – Zapytałem głupio znad kubka kawy.

   - Zostawiłem je na zewnątrz, dla dzików – wyjaśnił mężczyzna jak gdyby nigdy nic.

   - Dla dzików?

   - Tak – odpowiedział, ściągając płaszcz. – Nasz sąsiad, pan Cruzoe ma chatę jakieś dwa kilometry stąd. Ma zagrody, w której trzyma dziki i paśnik, który odwiedzają chyba wszystkie jeleniowate z okolicy. Na noc wypuszcza dziki do lasu na żer, a one często nas odwiedzają. Rozwalały nam śmietniki w poszukiwaniu jedzenia, więc teraz po prostu wystawiamy wszystko w wiadrze.

Słuchałem jego wywodu, nie wiedząc, czy śmiać się, czy płakać.

   - Swoją drogą, jak zdarzy się, że zobaczysz tu dziki, to nie bój się, ale pod żadnym pozorem ich nie karm. Raz im coś dasz i już nie odstąpią cię ani na krok.

***

Było już przed jedenastą, kiedy schodzący z góry Phil zbudził Alexa - ja nie miałem serca tego zrobić. Lewison nie wyglądał lepiej niż ja, czy Bill, co lekko podbudowało mnie na duchu. Zrobiłem kolejną porcję kawy, podczas gdy Sunlight robił kanapki. Alex miał pewne trudności z wypełznięciem z łóżka, więc dopiero po dziesięciu minutach usiadł przy stole w kuchni.

   - Co dzisiaj robimy? – Zapytał Smith znad kubka kawy.

   - Dogorywamy – mruknął Phil, łykając aspirynę. – A potem możemy znowu obejrzeć jakiś film, ale tym razem bez alkoholu. Albo zagrać w coś na PS4. Albo pójść na spacer.

Wszyscy zgodnie podjęliśmy decyzje, że na razie wolimy zostać w domu i poleniuchować. Przez ostatnie dni w moim życiu działo się tak wiele, że dopiero teraz doceniłem wartość nudnych, spokojnych dni. 

Po śniadaniu Bill zaproponował maraton Harrego Pottera, a Phil udał, że wymiotuje, wykrzykując raz po raz „Znowu?!”,  „Czasami mam wrażenie, że wolisz Pottera bardziej ode mnie!” lub „Stworzyłem potwora, dając ci te książki!”. Jednak było to bardziej na pokaz niż na poważnie. Zrobiliśmy sobie wielką misę popcornu i chrupaliśmy go do momentu, aż usta wyschły nam z nadmiaru soli.

Obejrzeliśmy dwie pierwsze części, a potem zrobiliśmy sobie krótką przerwę na obiad i zasiedliśmy z jedzeniem przed telewizorem. Wszyscy się wciągnęli, nawet ja, mimo, że już kiedyś oglądałem wszystkie te filmy.

Wieczorem zrobiliśmy sobie kolejną porcję popcornu  i odrzuciliśmy pomysł Phila, by każdy  wypił po drinku za każdym razem, gdy jakaś postać umiera lub Draco Malfoy zachowywał się jak zazdrosna o Harrego dziewczyna. Nie chcieliśmy się znowu upić, więc zrobiliśmy sobie colę z whisky (a nie whisky z colą) i siorbaliśmy po szklance przez cały wieczór. Zgodnie rozpaczaliśmy przy śmierci Syriusza i Cedrica, a Bill za każdym razem z lekkim oburzeniem oznajmiał nam niezgodność filmu z książką.

Na ekranie leciała już dwudziesta minuta „Zakonu Feniksa”, kiedy spostrzegłem, że Phil i Bill zasnęli, a Alexowi kleją się już oczy, wiec wtuliłem się w niego i również zasnąłem.

***

Obudziło mnie chrapanie Phila, więc wstałem i rozmasowałem sobie obolały kark. Reszta jeszcze spała, wyglądając jak dzieci, które nie dotrwały do północy w Sylwestra. Stanąłem przy oknie w kuchni, popijając wodę i patrząc na ciemny las; była noc, wiatr wiał jak szalony i gałęzie drzew stukały o ściany domku. Nagle, ni stąd ni zowąd z nieba zaczął sypać śnieg, a zaspy w okolicy zaczęły widocznie się powiększać. Odstawiłem szklankę, zaniepokojony, wsłuchując się w skrzypienie okien i nagle podskoczyłem jak poparzony, bo gdzieś obok domu coś ciężkiego opadło na ziemię i w tym samym momencie dom pogrążył się w egipskich ciemnościach.

Mężczyźni śpiący w salonie zerwali się jak jeden mąż i zdziwieni, podnieśli gwar zaniepokojonych głosów.

   - Co się stało?

   - Nie ma prądu?

   - Co tak jebło?

   - Gdzie jest Gabe?

Ostatnie pytanie zadał Alex głosem, który wyrażał lekkie zaniepokojenie.

   - Tu jestem. Wstałem przed chwilą żeby się napić i patrzyłem przed okno kiedy coś spadło obok domu.

Bill westchnął głęboko, z rozczarowaniem.

   - To pewnie znowu gałąź jakiegoś starego drzewa złamała się i zerwała linie wysokiego napięcia. I to już drugi raz od lata!

Mężczyzna zaczął się ubierać i już podchodził do drzwi, kiedy Phil go zatrzymał.

   - Nie radzę ci na razie wychodzić. Spójrz za okno.

Wszyscy machinalnie spojrzeliśmy we wskazanym przez Lewisona kierunku żeby zobaczyć istne śnieżne piekło, które rozgrywało się na zewnątrz. Drzewa zginały się niebezpiecznie pod wpływem silnego wiatru, a grad na przemian ze śniegiem sypał się z nieba gęstym wodospadem.

   - No to chyba jesteśmy załatwieni – mruknął Bill, odwieszając płaszcz ze zrezygnowaniem.

***

Najpierw zapaliliśmy wszystkie świece, które udało nam się znaleźć, a potem Bill powyciągał wszystkie wtyczki z kontaktów i wziął się za rozpalanie ognia w kominku. Zaczął od chrustu, który zebraliśmy z Alexem i podpalił go, ustawiając dookoła szczapki drewna. Bez działających kaloryferów w chatce było dość zimno i tylko w pobliżu kominka można było zrezygnować z okrywania się kocem. Phil natomiast zajął się lodówką, której zamrażarka zaczęła wylewać z siebie wodę. Lewison podłożył ścierkę pod drzwiczki lodówki i zaczął wyjmować mrożone warzywa i wkładać je do zlewu. Na sam koniec wyciągnął duże pudło lodów o smaku Oreo i rozdzielił je na mniej więcej równe porcje w czterech zgrabnych pucharkach. Pałaszowaliśmy lody w ciszy, wpatrując się w lekko niebieskawy ogień trzaskający wesoło w kominku (Bill pochwalił się, że to szczapki drewna brzozy i stąd właśnie te zabarwienie płomienia). Nikt nie miał ochoty na żarty, raczej myśli zajęte mieliśmy naszą sytuacją – tym, że byliśmy uwięzieni w domku w środku lasu, daleko od cywilizacji, bez możliwości wykonania telefonu ratunkowego. Na zewnątrz królowała zamieć, która wyraźnie pokazywała, że jak na razie to nie zamierza oddać nikomu swojej władzy. Szczapy drewna paliły się długo, ale ich zapas nie był tak duży jak wtedy, gdy Phil i Bill używali wyłącznie kominka do ogrzewania domku, a nie kaloryferów napędzanych na prąd.

Kilka razy Bill zaproponował, że może spróbować dostać się do auta i pojechać gdzieś, gdzie był już zasięg sieci i zadzwonić po pomoc, ale Phil za każdym razem uciszał go podając coraz to bardziej racjonalne argumenty przemawiające za tym, że najrozsądniej dla Billa byłoby stulić dziób i siedzieć na tyłku. Natomiast obowiązujący nas plan był prosty; czekać, aż śnieżyca przejdzie, co było nieco przerażające, biorąc pod uwagę to, że kompletnie nie mieliśmy pojęcia ile czasu może to potrwać. Kilka godzin, dzień, tydzień? Nawet Phila opuściła chęć do zgadywania.

W nocy nie mogłem zasnąć, wsłuchując się w wycie wiatru. W brzuchu bulgotało mi od rozmrożonych warzyw zjedzonych na obiad, ale na szczęście było mi ciepło. Rozścieliliśmy sobie kanapę w salonie i wszyscy położyliśmy się na niej – mi udało się dostać miejsce najbliżej kominka. Leżałem, wpatrując się w tańczące płomienie, a Alex, wtulony we mnie, oddychał cicho tuż koło mojego ucha. Wszyscy oprócz mnie spali, zawinięci w swetry i koce, grzejąc się ciepłem drugiego ciała. Było mi trochę smutno, nie wiadomo dlaczego; być może z powodu, że koniec ferii nadciągał nieubłaganie i trzeba było wracać do szkoły i znów zacząć się uczyć. A może z innego powodu, nie wiem. Wiedziałem natomiast jedno – że mimo sytuacji czułem się bezwzględnie bezpieczny, bo był przy mnie Alex.

***

Kiedy wstaliśmy rano, okazało się, ze śnieżyca przeszła w lekkie opady śniegu, a zapas szczap drewna właśnie się skończył. Nie czekając na nic, wspólnymi siłami otworzyliśmy drzwi, które od zewnątrz przygniotła zaspa śniegu i wzięliśmy się za torowanie ścieżki do auta, które zlokalizowaliśmy jedynie po dachu wystającym ponad bielą. Całe południe minęło nam na ciężkiej pracy, a kiedy skończyliśmy, byliśmy padnięci i głodni. Na obiad zjedliśmy resztkę rozmrożonych warzyw do tego jogurt i po kanapce z serkiem topionym. Spakowaliśmy wszystkie swoje rzeczy i w końcu po tylu godzinach bycia uwięzionymi, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w drogę. Ścieżka w lesie była mniej zasypana niż teren wokół domku, bo gęste igliwie zimozielonych sosen zatrzymało część śniegu, ale mimo to droga powrotna na szosę trwała bardzo długo. Czasem musieliśmy nawet wysiadać, żeby usunąć z drogi powalone spróchniałe drzewa lub odgarnąć połamane gałęzie. Na szczęście kiedy w końcu dotarliśmy do głównej drogi, okazało się, że pługi kursowały już w jedną i drugą stronę, więc przynajmniej tutaj nie mieliśmy problemu z przejazdem.

Nikt nie był jakoś specjalnie rozmowny w trakcie podróży, ale kiedy Phil i Bill zaczęli się przekomarzać, wiedziałem już, że wszystko jest w porządku. Alex natomiast siedział, zapatrzony w to, co działo się za oknem i odzywał się zdawkowo przez całą podróż, chyba nie mając na to po prostu siły. W pewnym momencie wyciągnął telefon, który w końcu mu oddałem i włączył go jednym ruchem. Ten natychmiast rozdzwonił się, powiadamiając o wielu nieodebranych połączeniach i otrzymanych wiadomościach. Zaczepiłem go, niby to od niechcenia, a kiedy chłopak spojrzał na mnie z uśmiechem i pytaniem wymalowanym na twarzy, poprosiłem, żeby pożyczył mi bluzę. Zrobiłem to, ponieważ nie ubrałem się zbyt ciepło, a moja torba leżała w bagażniku. Natomiast bluza Alexa leżała zapomniana na jego kolanach - on sam siedział w krótkim rękawku, więc chyba to mnie coś brało i dlatego było mi zimno.

   - Po co pytasz? Przecież wiesz, że nigdy bym ci nie odmówił.

Chłopak posłał mi uśmiech i znów zapatrzył się w ekran telefonu, co jakiś czas wyglądając za okno, jakby szukał w którejś z zasp odpowiedzi na nurtujące go pytanie. Widziałem, jak za każdym razem, gdy zerkał na telefon, dziwnie zaciskał szczęki, jakby nie mogąc przełknąć czegoś wyjątkowo gorzkiego w smaku. Było mi trochę przykro, że nie powiedział nic więcej, więc założyłem jego bluzę i również zacząłem gapić się w okno. Tak minęła nam cała podróż.

***

Dopiero kiedy Bill zaparkował przy bramie kampusu, Alex zaczął rozglądać się po parkingu, jakby czegoś szukając. Widziałem, ze zachowywał się dziwnie, ale nie komentowałem tego. Pożegnaliśmy się z Philem i Billem, wzięliśmy swoje torby i ruszyliśmy w stronę internatu. Szkoła była nieco bardziej ożywiona niż ostatnim razem, kiedy w niej byliśmy – większość uczniów wróciło już do kampusu, bo od następnego dnia zaczynały się zajęcia. Mimo wszystko miło było słyszeć znów gwar dochodzący z pokoju dziennego.

Weszliśmy do męskiego internatu – Alex szedł przodem, trochę milczący, a kiedy zagadywałem go, ten uśmiechał się promiennie jak gdyby nigdy nic. Gdy byliśmy już pod drzwiami łazienki, chłopak nagle zatrzymał mnie i jakby od niechcenia pocałował.

   - Powinieneś iść umyć twarz, bo jesteś brudny na policzku – powiedział, szczerząc się, ale unikając mojego wzroku. – Idź, ja wezmę twoją torbę.

Wzruszyłem ramionami i wszedłem do łazienki. Najpierw załatwiłem swoją potrzebę wysikania się po długiej podróży, a dopiero potem podszedłem do lustra i spojrzałem w nie. Oba moje policzki były czyste, a na żadnym innym fragmencie twarzy nie było ani krzty brudu. Zdziwiony chwyciłem kurtkę i wyszedłem z łazienki, nagle czując, że stało się coś złego i nieodwracalnego. Pobiegłem korytarzem i wpadłem do pokoju, a moim oczom ukazał się łamiący serce widok - połowa pomieszczenia, którą zajmował Alex, stała pusta, tak jakbym cofnął się do początku roku, gdy mieszkałem sam. Na środku pokoju leżała moja torba.

Zablokowałem wszystkie myśli napływające mi do głowy i z cisnącymi się do oczy łzami wybiegłem na korytarz i ruszyłem w stronę wyjścia. Ludzie oglądali się za mną jak za wariatem, ale ja w ogóle nie zdawałem sobie sprawy z ich istnienia. Wybiegłem z internatu na ścieżkę prowadzącą na parking, by zobaczyć jak jakieś auto wyjeżdża z niego i znika w ciemności. A ja wciąż biegłem, jakbym był w stanie dogonić ten samochód, biegłem, aż potknąłem się o własne stopy i padłem w śnieg. Wstałem i biegłem dalej, dopóki nie zabrakło mi tchu. Wtedy zatrzymałem się i o niczym nie myśląc, ruszyłem z powrotem do internatu, do pustego pokoju.

W salonie zaczepili mnie Maxxie i Jasper, a widząc mój stan, wiedzieli już, o co chodzi.

   - Ci ludzie, którzy wyprowadzili stąd Alexa, to byli jego rodzice, tak? – Zapytał Roberts.

Kiwnąłem głową i ruszyłem prosto do mojego pokoju. Nikt za mną nie poszedł, więc zamknąłem za sobą drzwi i zrobiłem tylko trzy kroki zanim z moich oczu poleciały strumienie łez. Stałem na samym środku pokoju, nadal w za dużej na mnie bluzie Alexa przesiąkniętej jego zapachem i szlochałem, co chwilę tracąc oddech. W głowie huczała mi tylko jedna myśl, kiedy z niemocy przykucnąłem na dywanie, a potem skuliłem się na nim, nadal płacząc.

Została mi po nim tylko bluza


Rozdział XLVII

11 komentarzy:
Przez dobry kawał czasu błądziłem gdzieś między granicą jawy a snu, jednocześnie mając i nie mając świadomości, co się ze mną dzieje. W końcu jednak otworzyłem oczy, by spojrzeć na wnętrze domku skąpane w półmroku wstającego dopiero co poranka. Wtedy zobaczyłem niewyraźny kształt znajdujący się na ziemi, a który doskonale widziałem mimo dość sporej odległości. To była ludzka sylwetka, co do tego nie miałem wątpliwości – nieznajomy stał i przypatrywał się domkowi na drzewie tak, jakby miał zamiar złożyć mi i Alexowi wizytę. Czekałem, wstrzymując oddech, aż ten ktoś się poruszy, zrobi cokolwiek lub po prostu sobie pójdzie. Nic się jednak nie zdarzyło. Postanowiłem więc obudzić Smith’a, lecz kiedy próbowałem się poruszyć, ze strachem zdałem sobie sprawę, że jestem sparaliżowany i nie mogę wykonać ani jednego ruchu. Nieznajomy stał nadal w miejscu, a ja wpatrywałem się w niego jak zaklęty, nie mogąc oderwać wzroku od jego hipnotyzującej sylwetki. Zjawa poruszyła się, robiąc dwa kroki w przód, a mnie ogarnęła dodatkowa fala strachu, gdyż bardzo dobrze znałem ten chód; w ten sposób chodził nie kto inny, jak mój ojciec. Zacisnąłem oczy jak najmocniej mogłem i skupiłem wszystkie siły, by odgonić od siebie obraz zbliżającej się postaci.

Nie, nie, nie, Gabriel, uspokój się, to jest niemożliwe, twój ojciec nie żyje, dlatego też wszystkie racjonalne argumenty powinny ci wystarczyć, by uwierzyć, że ten ktoś, kto właśnie idzie w stronę drabiny i zamierza się po niej wspiąć, nie może nazywać się Peter Phantomhive, gdyż jest martwy, a martwi nie żyją, nie chodzą, nie wspinają się po drabinach… - myślałem intensywnie. – To jest sen, tylko sen, zaraz się obudzisz, obudzisz się zaraz, naprawdę, naprawdę…

Do moich uszu doszedł trzask łamanych gałęzi, które leżały wokół drzewa, a później skrzypienie desek przybitych do pnia zardzewiałymi już gwoździami. Mimo woli otworzyłem oczy i wpatrywałem się w dziurę w podłodze, by ujrzeć za chwilę kogoś, kogo wcale nie chciałem widzieć. Serce tłukło mi się w piersi jak oszalałe, a odgłosy rozbrzmiewały coraz bliżej i głośniej, miałem wrażenie, że czas stanął w miejscu lub co najmniej wlókł się niczym żółw. Nagle poczułem mrowienie w kończynach; w końcu mogłem się ruszyć, więc moim pierwszym odruchem było odwrócenie się do Alexa i złapanie go za ramiona. Chłopak obudził się gwałtownie, otwierając szeroko oczy, przez chwilę mrugając nimi w zdezorientowaniu.

                - Auć, Gabriel, co się stało? – Jęknął zaspanym głosem, jednak kiedy zobaczył wyraz mojej twarzy, senność od razu go opuściła. – Jezu, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.

Alex złapał dłonie, których palce wbijałem mu boleśnie w ramiona i wyswobodził się z ich uścisku. Na jego twarz wstąpił zatroskany wyraz.

                - Miałeś zły sen? – Zapytał, próbując mnie przytulić.

Uciekłem spoza zasięgu jego ramion, jednocześnie uświadamiając sobie, że odgłos skrzypiących desek urwał się, więc zjawa powinna nadal znajdować się na drabinie. Podszedłem powoli do dziury w podłodze, serce biło mi tak samo szybko, może nawet szybciej niż wcześniej. Przełknąłem ślinę i spojrzałem w dół. Drabina była pusta. Teren wokół drzewa też. Odetchnąłem głośno i klapnąłem z ulgą na podłogę domku; teraz, kiedy było już po wszystkim, zachciało mi się płakać, ale szybko przełknąłem łzy, by Alex, który przyglądał mi się uważnie, jeszcze bardziej się nie zaniepokoił.

                - Tak, i to bardzo realistyczny sen – mruknąłem, dopiero teraz zauważając, że było mi zimno.

Smith przytulił mnie do siebie bez słowa, więc oparłem czoło o jego ramię.

To jest normalne, prawda? Takie sny, czy cokolwiek to było. Jestem w żałobie, w ostatnim czasie żyłem w stresie, w moim życiu zdarzyło się tak wiele. Na pewno musiało mieć to jakiś wpływ na moją psychikę i dlatego teraz świruję. Coś takiego mogło się przytrafić każdemu, ale akurat padło na mnie, prawda? I to, że raz tak miałem, nie oznacza wcale, że już na zawsze każdej nocy będę przeżywał to samo, no nie?

Niestety nie dostałem żadnej odpowiedzi na pytania zadane w wewnętrznym monologu, ale dzięki Alexowi przynajmniej uspokoiłem serce i gonitwę myśli.

                - Już w porządku? – Zapytał, patrząc mi w oczy uważnie.

                - Tak – mruknąłem.

                - Chcesz o tym pogadać?

                - Na razie nie – odpowiedziałem z wahaniem.

                - Okej, nie ma sprawy. – Chłopak ziewnął szeroko, a potem pocałował mnie w czoło.

Gdzieś w koronie drzewa odezwały się zbudzone skowronki, które od razu zaczęły się między sobą przekomarzać. Słońce wstawało coraz wyżej i wyżej, rozpraszając szarość poranka swoimi promieniami i jednocześnie odganiając ode mnie nieprzyjemne myśli. Przyroda budziła się do życia, mimo, że powinna trwać sroga, lutowa zima; gdzie się nie spojrzało, widać było oznaki nadchodzącej wiosny, a zwierzęta chodziły niespokojne, jakby dopiero zbudzone z długiego snu. Siedzieliśmy chwilę przytuleni do siebie, patrząc przez „okno” na jezioro, które stanowiło centrum żywotności lasu. Dopiero gdy oderwałem wzrok od tego obrazu i rozejrzałem się po wnętrzu domku, napotykając wzrokiem pustą butelkę po whisky, zrozumiałem, że nie mam kaca, co było dość dziwne, gdyż sporo wypiłem wczorajszego wieczoru.

                - Zbieramy się do domu? Mój tasiemiec woła o śniadanie – mruknął Alex między kolejnymi ziewnięciami, a jego brzuch jak na komendę wydał serię bulgoczących odgłosów.

Zaśmiałem się po raz pierwszy tego ranka i to spowodowało, że zjawa mojego ojca wyparowała mi już kompletnie z głowy. Wstałem i przeciągnąłem się; zapowiadał się piękny dzień, więc nie chciałem się już martwić. Szybko spakowaliśmy swoje rzeczy do plecaka, a potem po kolei zeszliśmy na dół po drabinie. Alex, który schodził jako ostatni, zaczepił spodniami o jakiś wystający gwóźdź i rozerwał sobie kawałek nogawki, mrucząc pod nosem przekleństwa, które mieszały się z moim śmiechem. Ruszyliśmy w drogę powrotną, przechodząc znów koło jeziorka i przyglądając się małemu stadku saren buszujących w oddali po lesie, zapewne w poszukiwaniu pokarmu.

***

Mama oczywiście byłą zdziwiona, widząc nasze brudne, ale uśmiechnięte twarze, gdy weszliśmy do domu. Było dopiero kilka minut po dziewiątej rano, ale słońce wdzierało się do mieszkania przez południowe okna, nagrzewając szyby i dodając otuchy stojącym na parapecie roślinom. Łóżko w dużym pokoju było już pościelone, a Jerome siedział w luźnych ciuchach na kanapie, oglądając wydarzenia na którymś z kanałów i popijając kawę. Na nasz widok uśmiechnął się.

                - Cześć, chłopcy, gdzie to się podziewaliście całą noc?

Nie zdążyłem odpowiedzieć na pytanie, bo z kuchni przybiegła mama, ubrana w szlafrok, z nieupiętymi włosami. Najpierw była widocznie zdenerwowana, ale potem, gdy trochę pokrzyczała, uśmiechnęła się z ulgą.

                - Gabe, ty głuptasie, dlaczego mi nie powiedziałeś, ze nie będzie cię całą noc? Już chciałam jechać i was szukać, ale Jerome powiedział, że jesteście prawie dorośli i że na pewno nie planujecie zrobić nic głupiego. Macie szczęście, że go posłuchałam. Pewnie umieracie z głodu?

                - I to jeszcze jak! – Wręcz krzyknął Alex, ściągając plecak i kładąc go na podłodze przedpokoju.

Chłopak pobiegł do kuchni by pomóc mamie w nakryciu stołu, a ja spokojnie zrzuciłem z siebie buty i oparłem się ramieniem o ścianę, przyglądając się uśmiechniętej buzi Alexa. Po chwili dołączył do nich Jerome, więc w kuchni zrobił się już tłok, ale nie należał on do tych nieprzyjemnych, wręcz przeciwnie, miło było patrzeć na krzątających się o poranku ludzi.

Czy tak właśnie jest mieć normalną rodzinę? – Przeszło mi przez myśl, ale oczywiście nie uzyskałem odpowiedzi.

Poszedłem do łazienki by wziąć szybki prysznic i przebrać się w inne ciuchy, gdyż czułem się źle wiedząc, że w bluzę, którą miałem na sobie wsiąkł pot spowodowany porannym strachem. Później, gdy całkowicie odświeżony wszedłem do pokoju dziennego, śniadanie było już gotowe, a wszyscy siedzieli przy stole. Kiedy ojciec jeszcze żył (musiałem w końcu przyzwyczaić się do mówienia w ten sposób), a ja mieszkałem razem z rodziną, rzadkością było, że jadaliśmy wspólnie. Zdarzało się to chyba tylko podczas świąt, choć nie zawsze; zwykle byłem pokłócony z tatą, więc siedziałem w swoim pokoju. Wchodząc do salonu, do moich uszu doszły ciche słowa mamy:

                - A kiedy miał sześć lat nałogowo kupował gumy do żucia z tatuażami i pewnego razu wróciłam do domu żeby przyłapać go na naklejaniu sobie jednego z nich na policzek. To cholerstwo nie chciało zejść, więc przez tydzień paradował z królikiem Bugsem na twarzy!

Siadając naprzeciw Alexa, czułem, jak rumieniec spływa mi na poliki i nie mogłem tego powstrzymać.

                - Mamo… - mruknąłem i pociągnąłem ją za rękaw szlafroka. – Już starczy tych żenujących opowieści z czasów, kiedy byłem głupim dzieckiem, okej? Uznam, że nie usłyszałem, jak opowiadałaś o tej historii z tatuażem, ale proszę, więcej już nie mów.

                - Ale Gabe, ja chcę się dowiedzieć więcej zawstydzających rzeczy o moim chłopcu. – Alex wyszczerzył się, przeżuwając naleśnika.

                - Alexandrze Smith, w moim domu mówienie z pełną buzią to wyraz braku kultury! – Oburzyła się mama, pod koniec wybuchając śmiechem.

                - Oh, Tereso, ale z ciebie hipokrytka. Sama mówiłaś mi kiedyś, że twoja mama uważała trzymanie łokci na stole za czyste lekceważenie innych, a popatrz na własne łokcie! – Tym razem to Jerome wtrącił swoje trzy grosze, wskazując mamę nożem ubrudzonym dżemem.

We trójkę wybuchli lekkim, beztroskim śmiechem, a mnie na chwilę oślepiły intensywnie promienie słońca wpadające przez okno. Czułem się jak w bardzo przyjemnym śnie; trochę nierealnym, ale jednak prawdziwym. Nałożyłem sobie naleśnika na talerz i posmarowałem go masłem orzechowym i dżemem, przysłuchując się rozmowie pozostałej trójki. Mama, Jerome i Alex dogadywali się tak, jakby znali się już od dawien dawna. Sama atmosfera przy stole była bardzo ciepła i rodzinna, co było dla mnie nowością, interesująca nowością, ujmując ściślej. I mimo, że wiedziałem, iż za kilka dni czekał mnie powrót do szkoły, starałem się wyrzucać te myśli do nieświadomości i cieszyć się pięknem tej chwili.

***

Dni mijały spokojnie – pomagałem mamie w przygotowywaniu uroczystości pogrzebowej, a kiedy była w pracy, zajmowałem się tym samodzielnie. Natomiast Alex snuł się po domu, oglądając rodzinne fotografie i wypytując raz po raz o moje dzieciństwo. Jerome również pracował, ale wpadał do nas w czasie przerw i przywoził ciepłe pączki z piekarni albo kawałek ciasta. Nie ma co, polubiłem tego faceta i nie czułem się źle, zostawiając go z mamą; Wojciechowsky był naprawdę porządnym i odpowiedzialnym gościem. Jednak wciąż zastanawiałem się, dlaczego jego nazwisko brzmiało dla mnie niezupełnie obco i pewnego popołudnia w końcu sobie coś przypomniałem. W zamierzchłych czasach dzieciństwa miałem styczność z dziewczyną, która właśnie się tak nazywała. Była trochę ode mnie młodsza, ale pyskowała gorzej niż starsze chłopaki; od czasu do czasu kręciła się po osiedlu, przebywając raz z jedną, a raz z drugą grupą dzieciaków, zawsze zanosząc się donośnym kaszlem. Nigdy osobiście jej nie poznałem, ale słyszałem pewne plotki na jej temat (które teraz byłyby dla mnie wręcz zabawnie nierealne) o tym, że była chora na coś, co sprawiało, że w domu zamieniała się w ropuchę, a jej rodzice karmili ją muchami gdy była mniejsza. Nie wiadomo skąd wzięły się takie głupoty, ale dzieciaki bywają okrutne, nawet jeśli do końca nie rozumieją słowa „okrucieństwo”. Być może była to krewna szeryfa, ale nie pamiętałem nawet jej imienia (nie byłem pewien, czy w ogóle je znałem), więc wolałem na razie nie pytać Jerome’a o ten fakt.

Wróciłem na ziemię z krainy zamyślenia, kiedy Alex wszedł do mojego pokoju, drapiąc się po karku z zakłopotaną miną. Spojrzałem na niego z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy. Z wieży stojącej na komodzie leciała puszczona przeze mnie płyta.

                - Właśnie skończyłem półgodzinną sesję oglądania twoich nagich zdjęć kiedy byłeś mały. Nigdy nie wspominałeś, że w dzieciństwie miałeś uczulenie na noszenie ubrań.

Chłopak położył się między moimi nogami, tak, że brodę wbijał mi w pępek, jednocześnie patrząc na mnie z uśmiechem. Odłożyłem listę gości zaproszonych na stypę, w którą wpatrywałem się przez ostatnią chwilę i wplotłem mu palce we włosy.

                - No widzisz, wręcz od zawsze byłem małym dewiantem – mruknąłem.

Alex zachichotał, podwijając mi koszulkę, tak, że po chwili złożył pocałunek na nagiej skórze mojego brzucha.

                - Ale odkładając żarty na bok… tak naprawdę to myślałem sporo o jutrzejszym pogrzebie. W sensie, czy powinienem w ogóle na niego pójść. Wiesz, będzie tam całe stado twojej rodziny, nikogo praktycznie nie będę tam znał, no i jak miałbym wytłumaczyć im kim jestem? To ma być stypa, pożegnanie z twoim ojcem, a nie nasza wielka coming-out’owa impreza…

Westchnąłem cicho, głaszcząc chłopaka po ciepłym policzku.

                - Jerome też jutro przyjdzie i ani on, ani moja mama nie zamierzają się nikomu spowiadać, więc my też nie musimy. Co prawda kusi mnie zrobienie przedstawienia przed kilkoma ciotkami-dewotkami, ale masz rację. To jest stypa, pożegnanie z moim ojcem, a nie okazja do skłócenia naszej rodziny jeszcze bardziej.

Smith pokiwał głową; na jego usta wrócił normalny, zawadiacki uśmiech. Patrzył na mnie długo w milczeniu, dopóki się nie przełamałem i nie zapytałem o co mu znowu chodzi.

                - O nic, jejku, po prostu strasznie mnie podniecasz kiedy jesteś taki poważny.

Zaśmiałem się, odpychając go, ale po chwili przyciągnąłem go do siebie, wplatając mu palce we włosy i zamykając go w ramionach. Na udzie poczułem ucisk jego erekcji i roześmiałem mu się w usta.

                - No co?

                - Nic, nie myślałem, że mówiłeś serio o tym podnieceniu.

                - Czy ja kiedykolwiek byłem wobec ciebie nie-serio? – Zapytał z udawanym oburzeniem.

                - Nie wiem, musiałbym się zastanowić, przeanalizować wszystkie nasze rozmowy i najlepiej pójść jeszcze na jakąś terapię do psychologa.

Alex westchnął teatralnie.

                - Pieprzyć terapeutów, mam teraz ważniejszą sprawę na głowie. – To mówiąc, ścisnął mojego penisa przez materiał spodni.

Zagryzłem wargę, pozwalając, by przyjemne dreszcze przeszły mi po kręgosłupie. Tak właśnie działał na mnie Smith – w kilka chwil potrafił podniecić mnie do tego stopnia, że mógłbym zrobić wszystko za odrobinę pieszczot.

                - Okej – mruknąłem głupawo, spoglądając na zegarek. – Mama wraca za dwie godziny. Jerome może w tym czasie wpaść na chwilę, ale drzwi są zamknięte od wewnątrz, więc, no, możemy troszkę pogrzeszyć.

Nie zdążyłem wymówić ostatniego słowa, gdy Alex zamknął mi usta w pocałunku, już nie bawiąc się w podchody. Z wieży leciała właśnie jedna z piosenek Motorhead  i ciężkie brzmienie gitary współpracującej z perkusją zlało się z naszymi urywanymi oddechami. Lemmy Kilmister, legenda heavy metalu, zaczął śpiewać:

Love me forever or not at all

Całowaliśmy się jak w transie, ocierając się o siebie ciałami, wplatając dłonie we włosy i czasem pozwalając uciec jękowi z ust.

End of our tether, backs to the wall

Nie zauważyłem nawet kiedy byliśmy już praktycznie nadzy, leżąc na kanapie w samym środku bałaganu stworzonego z naszych ubrań. Nie zwalnialiśmy tempa, wręcz przeciwnie – dopasowaliśmy się do rytmu piosenki. Miałem wrażenie, że ręce Alexa są wszędzie: na mojej twarzy, we włosach, na pośladkach i klatce piersiowej. Czułem go i pożądałem każdą częścią mojego ciała.

Give me your hand

Don’t you ever ask why

Promise me nothing, live ‘till we die

Poczułem przyjemność zmieszaną z odrobiną bólu gdy Alex wsunął we mnie palce. Kątem oka zobaczyłem leżącą na podłodze znajomą buteleczkę, a do moich nozdrzy doszedł zapach pomarańczy i cynamonu.

Everything changes

Live all stays the same

Czułem, że tym razem było inaczej niż za pierwszym razem. Nie było czasu na czułe pieszczenie, na niekończącą się grę wstępną. Teraz już bardziej znaliśmy swoje ciała, wiedzieliśmy, gdzie mamy swoje czułe punkty, więc od razu przeszliśmy do sedna.

Everyone guilty, no one to blame

Odwróciłem się na brzuch, unosząc biodra do góry, a Alex, nie czekając, wszedł we mnie. Zabolało, ale tylko trochę – a fakt, że wbiłem paznokcie w poduszkę był spowodowany niemożliwym do opisania uczuciem przyjemności, kiedy chłopak zaczął się we mnie poruszać.

Every way out

Brings you back to the start

Poruszaliśmy się rytmicznie, kanapa skrzypiała przy każdym gwałtowniejszym pchnięciu. Muzyka zagłuszała jęki, ciężkie oddechy i odgłosy wydawane przez nasze złączone ciała. Raz po raz miałem wrażenie, że zaraz oszaleję, bo jest mi tak dobrze, że mogę dokonać wszystkiego, że świat jest piękny. Czułem na biodrach ręce Alexa, które ściskały mnie i wydawało mi się, ze tylko dzięki temu nie odleciałem.

Everyone dies

To break somebody’s heart

Orgazm zaskoczył mnie swoją intensywnością, przez co zamarłem na chwilę, a wszystkie moje mięśnie spięły się. Wydałem z siebie cichy jęk, nawet nie przejmując się tym, że zabrudziłem kanapę, a po chwili, już rozluźniony, opadłem na brzuch, a Alex, który szczytował chwilę później, opadł na mnie. Leżeliśmy w zupełnej ciszy, całkowicie nadzy i w milczeniu, dopóki nie skończyła się piosenka. Dopiero po tym wstaliśmy i lekko (ale tylko trochę!) zażenowani tak gwałtownym stosunkiem, poszliśmy wziąć prysznic. Potem ubraliśmy się, wyszorowaliśmy na mokro kanapę i nie rozmawiając zbyt wiele, wróciliśmy do wcześniejszych zajęć. Ja wziąłem się za wgapianie w listę gości, a Alex siedzący obok oglądał zdjęcia w rodzinnym albumie Phantomhive’ów. Od czasu do czasu zerkaliśmy na siebie porozumiewawczo w sposób, w który mogą patrzeć na siebie jedynie kochankowie.

***

Ranek przed pogrzebem nie należał do najprzyjemniejszych – wszyscy chodzili podenerwowani, szczególnie mama, choć starała się to usilnie ukrywać. Jerome pożyczył Alexowi marynarkę, a ja włożyłem swoją najlepszą koszulę, którą znalazłem w szafie. Kiedy byliśmy już gotowi, wsiedliśmy do radiowozu i pojechaliśmy na cmentarz. Wysiedliśmy dopiero pod małą kamienną kapliczką, pod którą zebrała się już spora część rodziny. Oczywiście wszyscy podzielili się na grupki, co przypominało trochę równie bezsensowne zasady siadania przy stolikach w naszej stołówce.

                - Pamiętajcie, żeby nie wygadać się o tym, że ja i Jerome jesteśmy w związku – mruknęła mama szybko.

Była naprawdę zdenerwowana i nie potrafił tego ukryć nawet ciemny makijaż, który naniosła na swoje oczy.

                - O mnie i o Alexie też lepiej nie wspominajmy – powiedziałem, a Smith pokiwał głową na potwierdzenie moich słów.

Mama posłała nam porozumiewawczy uśmiech i wtedy grupa największych ciotek-dewotek podeszła do nas z kondolencjami, robiąc przy tym tak dużo hałasu, że wszyscy inni obecni obejrzeli się w naszą stronę.

                - Tereso, oh Tereso droga, niech Bóg ma cię w swojej opiece w tym trudnym czasie! Tak mi przykro z powodu Petera, odszedł w tak młodym wieku, zostawiając was samych…

Ciotka Aurelia spojrzała na mnie, przeszywając mnie na wskroś swoimi małymi, załzawionymi oczyma. Wiedziałem już, co za chwilę nastąpi.

                - O mój Boże Wszechmogący! Czy to nie jest przypadkiem mój ulubiony siostrzeniec? Gabriel, ale wyprzystojniałeś i jak urosłeś!

Moje policzki zostały zgwałcone przez mocny uścisk kciuków i palców wskazujących ciotki, więc przed dobrą minutę walczyłem z odruchem odepchnięcia tych dotkniętych pierwszymi oznakami artretyzmu dłoni.

                - Cześć, ciociu – mruknąłem, starając się, by mój głos był miły (a wyszło mi to średnio).

                - Jak tam w szkole, Gabrielku? Poznałeś tam jakąś miłą panienkę?

Kątem oka widziałem jak Alex odwraca się nieznacznie by pod przykrywką odchrząknięcia ukryć swoje rozbawienie. Los chciał, że zwrócił tym na siebie uwagę ciotki-dewotki.

                - A co to za przystojny, młody mężczyzna, którego nie znam? – Zapytała, wskazując bezceremonialnie Smitha.

                - To mój przyjaciel ze szkoły. Przyjechał do mnie na ferie, bo musimy zrobić…projekt - Usłyszałem swoje własne słowa zanim skonsultowałem je z mózgiem. – Nazywa się Alexander.

Ciotka wytarmosiła Smitha za policzki, a potem poklepała go po ramieniu.

                - Wiesz, Oleczku, moja siostrzenica jest młodą panienką i myślę, że miło byłoby gdybyś kiedyś zaprosił ją na herbatę. Pasowalibyście do siebie.

Słysząc to, wybuchła we mnie irytacja, ale zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, mama chwyciła ciotkę pod ramię i odciągnęła na bok, zmieniając temat rozmowy. Alex podszedł do mnie, rozluźniając lekko krawat pod szyją, dzierżąc na twarzy wyraz zdumienia.

                - Nie wspominałeś, że ktokolwiek będzie chciał mnie swatać z twoją kuzynką.

Zachichotałem, zasłaniając usta dłonią; złość już mnie opuściła, ale nie chciałem, by żałobnicy widzieli jak śmieję się na pogrzebie własnego ojca.

                - Wiem, że moja rodzina jest pojebana, ale nie wiedziałem, że aż tak. W sumie to nie znam większości tych osób, może widziałem ich na zdjęciach albo jak byłem małym dzieciakiem, więc nie mam pojęcia kogo lepiej jest unikać, a z kim się trzymać.

Wrócił Jerome, który pojechał odstawić auto na parking przed bramą cmentarza. Posłał stojącej z ciotką mamie ciepły uśmiech, ale nie podszedł do niej. Stał razem z nami, ubrany w mundur szeryfa, rozglądając się dookoła.

                - Twoja mama chyba nie przesadzała, mówiąc, że wasza rodzina jest dość ekscentryczna.

                - Oj tak… - mruknąłem.

Staliśmy tak, rozmawiając na jakieś błahe tematy, dopóki dzwony kapliczki nie oznajmiły godziny jedenastej. Wtedy wszyscy jak jeden mąż ruszyli w stronę wejścia, by zająć miejsca na drewnianych ławkach. By nie budzić żadnych podejrzeń, mama zarządziła, że tylko ja i ona usiądziemy w pierwszym rzędzie zarezerwowanym dla najbliższej rodziny. Zgodziłem się bez dwóch zdań, jednak nie przewidziałem, że trumna (i to w dodatku otwarta) znajdowała się dokładnie na podniesieniu na wysokości moich oczu. Martwa twarz ojca, teraz spokojna i zimna, spoczywała, jakby wpatrując się zamkniętymi oczyma w kościelny sufit. Widziałem tylko to – nie żadne kwiaty dookoła, nie księdza stojącego przy ambonie i nie żałobników ubranych w ciemne kolory – tylko jego twarz, a w szczególności oczy i miałem wrażenie, że zaraz się one otworzą. Oczywiście, żeby było weselej, przypomniał mi się mój jakże realny sen w domku na drzewie i znów poczułem kołatanie serca. Do oczu napłynęły mi łzy, więc spojrzałem w bok. Ciotka Aurelia spostrzegła to i wzięła pewnie moje załzawione oczy za głęboki smutek spowodowany śmiercią ojca, więc przycisnęła mnie do swojej potężnej piersi, próbując dodać mi otuchy.

***

Msza nie trwała długo – po półgodzinie żałobnicy, w tym ja z mamą na czele, ruszyli korowodem za karawaną. Z boku auta szedł ksiądz, śpiewając monotonnie „Dobry Jezu, a nasz Panie, daj mu wieczne spoczywanie”, a ciotki wtórowały mu drżącymi głosami. Szliśmy chwilę, otoczeni z każdej strony drzewami i pomnikami pochowanych na tym cmentarzu ludzi. Był to kolejny dzień, w którym dopisywała pogoda i gdyby nie karawana, postronny obserwator mógł spokojnie przyjąć, że grupka ludzi wybrała się na spacer. Gdy dotarliśmy do sektora XII, ubrani w garnitury mężczyźni wyciągnęli zamkniętą już trumnę i unieśli ją na barkach, by zanieść ją do grobu, w którym miała spocząć. Żałobnicy przeszli między pomnikami i żywopłotem, by przyglądać się całemu zajściu, pochlipując cicho w haftowane chusteczki. Ksiądz odbębnił swoje, pobłogosławił grób i wręczył mnie i mamie misę z poświęconą ziemią, byśmy wzięli jej po garści i rzucili w dół, na wieko trumny. Zrobiliśmy to, trzymając się za ręce, a potem stanęliśmy z boku i spojrzeliśmy na siebie. Zarówno ja i mama mieliśmy w oczach łzy, bo wiedzieliśmy, że to już koniec, że możemy zacząć żyć od początku, że wszystko będzie już w porządku. Ludzie podchodzili do nas, klepali nas po ramionach i pocieszali. Nieważne, że myśleli, że powód naszego płaczu to czysta żałoba i smutek. Lepiej dla ich serc i umysłów, że nie znali Petera Phantomhive’a od strony, którą pokazał swojej najbliższej rodzinie. 

Przez cały ten czas, aż do końca obrzędu, Jerome i Alex trzymali się na uboczu; podeszli tylko na chwilę, by rzucić do grobu swoją garść ziemi, a i tak zrobili to jako jedni z ostatnich. Raz udało mi się złapać wzrok chłopaka, który wydawał się zamyślony i nieobecny, ale nie dziwiłem się. W końcu nie codziennie chodzi się na pogrzeby, nie codziennie ma się tak bliskie spotkanie ze śmiercią i nie codziennie zdrowy człowiek zastanawia się jak będzie wyglądał jego własny pogrzeb.

Kiedy zegarek na nadgarstku mamy pokazał godzinę dwunastą, wymknęliśmy się, by pojechać wcześniej do restauracji, w której miała odbyć się stypa. Na początku mama chciała zorganizować uroczystość u nas w domu, ale odradziłem jej ze względu na małe rozmiary mieszkania i fakt, że połowa rodziny była dla nas jak nieznajomi. Jerry i Alex poparli mnie, więc po krótkim namyśle mama zgodziła się jednak na restaurację. 

Siedziałem razem ze Smithem na tylnym siedzeniu radiowozu – Jerome wiózł nas na miejsce. W aucie panowała cisza i zarówno ja jak i mama patrzyliśmy przez okno w zadumie. Alex złapał mnie za rękę i splótł nasze palce, więc spojrzałem na niego przelotnie wilgotnymi oczyma, posyłając mu przygaszony uśmiech. Chłopak złapał mnie za brodę, nie pozwalając mi znów patrzeć przez okno i po kolei pocałował mnie w powieki. Najpierw w prawą, potem w lewą, a na końcu opierając się czołem o moje czoło. To nie tak, że miałem coś przeciwko jego bliskości, ale w tym momencie potrzebowałem chwili dla siebie, chwili oddechu i samotnego rozmyślania. Odsunąłem się od niego i przycisnąłem czoło do szyby auta.

                - Proszę, daj mi teraz spokój – mruknąłem cicho.

Alex spojrzał na mnie i zobaczyłem przez moment, że jest bardzo zawiedziony, ale potem szybko uśmiechnął się wyrozumiale, kiwając głową. Nie powiedział już nic, więc powróciłem do bezsensownego gapienia się przez okno, czując wielką pustkę miedzy drugą, a piątą parą żeber.

***

Siedząc przy stole, zadawałem kotletowi rany widelcem, raz po raz gniotłem ziemniaki na jeszcze większą papkę i dziubałem sałatkę, zastanawiając się, jak ci wszyscy ludzie mogą jeść, jeść i jeść, kiedy dopiero co umyli ręce po ziemi, którą wrzucili do grobu swojego brata, wujka, stryja, czy kogokolwiek innego. Trochę mnie to irytowało, ba, wkurzało mnie kłapanie dziobów ciotek, które obgadywały się nawzajem jak na popołudniowej herbatce. Nie chodziło mi o to, żeby wszyscy siedzieli w ciszy, wpatrywali się w swoje talerze i karmili obiad własnymi łzami, ale by moja głupia rodzina choć w takiej sytuacji powstrzymała się od plotkowania, kłótni i zatargów. Niestety zewsząd dochodziły do mnie histeryczne wymiany słów, nerwowe nuty i piskliwe chichoty. W pewnym momencie miałem już tego wszystkiego dość, więc rzuciłem sztućce na stół i wyszedłem z restauracji, nie zasuwając za sobą krzesła. Nikt nie zwrócił na to specjalnej uwagi.

Poszedłem za róg budynku, by stanąć na skraju parkingu i odetchnąć świeżym powietrzem. Wyszedłem w samej koszuli, lecz było mi ciepło, bo specjalnie wybrałem słoneczne miejsce. Odpiąłem guzik kołnierzyka i przeczesałem włosy dłonią, a wtedy nagle obok zjawił się Jerome.

                - Chcesz zapalić? – Zapytał, wyciągając w moją stronę paczkę Winstonów.

Odmówiłem gestem dłoni, więc mężczyzna wyciągnął papierosa i wetknął go sobie do ust.

                - A wiesz co, jednak daj mi jednego – mruknąłem.

Jerry podał mi paczkę, więc poczęstowałem się, czekając, aż szeryf znajdzie zapalniczkę w czeluściach kieszeni swojego munduru. Po chwili obydwaj oparliśmy się o ścianę budynku, zaciągając się dymem i wpatrując w prawie bezchmurne niebo. Czułem, że powinienem coś powiedzieć, ale nie miałem pojęcia co, więc między nami trwała niezręczna (może tylko dla mnie?) cisza.

                - Wiesz, Gabriel, może nie do końca mam prawo mówić takie rzeczy, bo nie jestem twoim ojcem, ale jestem z ciebie dumny, dzieciaku. Przez cały ten czas, kiedy Teresa opowiadała o tobie, o tym, jak dużo się uczysz, że jesteś samodzielny i jak bardzo dajesz sobie sam radę tak daleko od domu, czułem właśnie dumę, mimo, że nawet cię nie znałem. I proszę, nie zrozum mnie źle, bo wcale nie mówię tego, by wkraść się w twoje łaski, mówię to całkiem szczerze – powiedział, patrząc przed siebie na parking. – Podobno chcesz zostać lekarzem, prawda?

Gardło miałem zbyt ściśnięte by wydobyć z siebie głos - chyba byłem zbyt oszołomiony jego słowami. Pierwszy raz w życiu ktoś powiedział mi w twarz, że jest ze mnie dumny, bo daję sobie radę, bo dążę do celu mimo wzlotów i upadków i to najprawdopodobniej wzruszyło mnie bardziej niż wszystko inne tego dnia. Pokiwałem głową, zaciągając się papierosem.

                - Fran, moja siostrzenica też chciała zostać lekarzem. Może to zabrzmieć zabawnie, ale kiedy z tobą rozmawiam, mam wrażenie, że ta mała łobuziara przygląda się nam z którejś chmurki.

Spojrzałem na Jerry’ego pytająco, prosząc go tym o kontynuację, mimo, że powoli domyślałem się o co mniej więcej chodziło.

                - Miałem kiedyś młodszą siostrę. Miała na imię Julie i była piękna, tak piękna, że zawsze robiłem jej za ochroniarza i odganiałem od niej adoratorów. Pewnego razu do domu wrócił syn sąsiadów, który był żołnierzem i spędził wiele miesięcy za granicą. Wrócił na przepustkę, zmajstrował mojej siostrze dziecko, a potem znów wyjechał, by zabijać ludzi za pieniądze. Nie winię ich za to, że się w sobie zauroczyli, ale… mogli bardziej uważać, prawda?

Jerome zgasił niedopałek o krawężnik i wrzucił go do kratki kanalizacyjnej. Zrobiłem to samo, czekając na dalszą część opowieści.

                - Tak urodziła się moja siostrzenica, Frannie, a Julie przyczepiono w mieście łatkę samotnej matki, co zdecydowanie nie było wtedy pochlebstwem. Okazało się jednak, że dziewczynka chora jest na mukowiscydozę i że wychowywanie jej będzie jeszcze trudniejsze, zważając na opiekę, którą trzeba było jej zapewnić. Rodzice tamtego żołnierza nie chcieli pomóc Juls, wypierali się, mówiąc, że to nie jest ich wnuczka, a kiedy ich syn wrócił z misji bez trzech palców, zaaranżowali mu małżeństwo z córką znajomych. I tak skończyła się ich wielka miłość. Mimo wszystko Julie była świetną matką i przez pięć lat dawała sobie radę, ale potem, kiedy nastąpił Wielki Kryzys i dużo ludzi straciło pracę, moja siostra się załamała. Coraz częściej to ja zajmowałem się Fran, aż w końcu nawet z nimi zamieszkałem. W tamtym okresie życia bywałem w szpitalu częściej niż w supermarkecie, bo mała zaczęła mieć poważne problemy z sercem. To wtedy Frannie spodobało się bycie lekarzem, więc chodziła po oddziale i udawała, że bada inne dzieci. To było urocze, ta dziewczynka była urocza. Ale miała tego pecha, że urodziła się z mukowiscydozą i nie było jej dane przeżyć swojego życia tak jak chciała. Zmarła w wieku sześciu lat z powodu powikłań pooperacyjnych.

                - Przykro mi…

Jerome wsunął do ust kolejnego papierosa, wystawiając paczkę w moją stronę. Tym razem naprawdę odmówiłem.

                - Nie po to opowiedziałem ci tę historię, byś mi współczuł, ale po to, by uświadomić ci coś bardzo istotnego. Bycie lekarzem to nie przelewki, to nie jest praca, w której możesz robić coś byle jak, na odwal się. Albo robisz wszystko, co możesz i jak najlepiej umiesz, albo nie robisz nic. – Jerry zaciągnął się papierosem, a potem wypuścił dym z płuc. – Chirurg, który próbował naprawić serce mojej siostrzenicy, rzeczywiście je naprawił. Jednak jedna cholera wie, dlaczego zostawił w jej ciele kawałek gazy; może dlatego, że śpieszył się na obiad do domu, a może miał zagrać z kolegą w golfa, a był już spóźniony o dziesięć minut? Kto wie… Ale wiem, że Fran żyłaby nieco dłużej, gdyby nie to paskudztwo, które wywołało u niej zakażenie. Juls przyjęła ze spokojem wiadomość o śmierci córki, a następnego dnia znalazłem ją w łóżku martwą. Przedawkowała tabletki nasenne. Dwie śmierci niewinnych osób w ciągu jednej doby, a to wszystko przez kawałek pieprzonej gazy zostawiony przez konowała…

Powoli rozumiałem do czego zmierzał Jerome, opowiadając mi swoją historię. Chciał uświadomić mi jak odpowiedzialnym człowiekiem musi być lekarz – miałem zrobić w głowie rachunek sumienia, czy rzeczywiście powinienem nim zostać. Zadumałem się na chwilę nad jego słowami, wpatrując się w przejeżdżający obok nas samochód.

                - Myślę, że każdy człowiek ma prawo do popełnienia błędu. Jednak lekarz to osoba, która szczególnie powinna mieć świadomość, jakie konsekwencje mogą nieść popełnione przez nią błędy, więc powinna robić wszystko zawsze, ale to zawsze na sto procent – powiedziałem, bardziej w przestrzeń, niż do Jerry’ego. – A co do chirurga, który operował Fran… Owszem, popełnił niewybaczalny błąd, ale nie powinien być od razu skreślony, przynajmniej według mnie. Na pewno uratował też wiele osób i niektórzy z nich żyją do dziś tylko dzięki niemu…

Usłyszałem, jak szeryf śmieje się cicho pod nosem, więc spojrzałem na niego. Mężczyzna kręcił głową, jakby czemuś niedowierzając.

                - I to właśnie mi się w tobie podoba; że masz własne zdanie i nie boisz się go wypowiedzieć – spojrzał na mnie z uśmiechem. – Gdyby wszyscy chłopcy w twoim wieku byli tak inteligentni i dojrzali, to nie musiałbym patrolować w nocy parku, wypatrując palących się śmietników. Bo przecież nic nie jest zabawniejsze od niszczenia po pijaku dóbr publicznych, no nie?

Zaśmialiśmy się jak para starych kumpli siedzących przy piwie, gdy nagle do naszych uszu doszły niewyraźne krzyki, które na pewno dochodziły z wnętrza restauracji. Spojrzeliśmy po sobie zaskoczeni.

                - Witam w mojej rodzinie – mruknąłem.

Potem potruchtaliśmy do środka, gdzie naszym oczom ukazała się dość komiczna sytuacja. Było trochę po trzynastej, więc towarzystwo siedziało już od godziny i pierdziało w stołki z nudów. Nic dziwnego, że dwie najbardziej kłótliwe ciotki-dewotki postanowiły zapewnić sobie trochę rozrywki i rozdrapać niektóre rany.

                - Posłuchaj mnie, Heleno, jesteśmy siostrami, owszem, ale to ja przez całe życie byłam w twoim cieniu, bo rodzice uważali cię za lepszą tylko dlatego, że jesteś starsza. Teraz role się odwróciły i to moja córka jest starsza od twojej, więc to jej należy się pierwszeństwo – mówiła jedna.

                - Nie rozumiem o co ci chodzi, to ciebie rodzice zawsze traktowali jak oczko w głowie, bo byłaś młodsza i chorobliwa, Ruth. Więc uważam, że to moja córka powinna mieć pierwszeństwo – skrzeczała druga.

Dwie kuzynki, które były mniej więcej w moim wieku, odciągały matki od Alexa, który stał dokładnie pośrodku pola walki z miną zagubionego turysty. Od razu pojąłem, o co kłóciły się kobiety i nie mogłem powstrzymać napadu szaleńczego śmiechu, wydobywającego się z czeluści mojego gardła. Ciotki ubzdurały sobie, że ich córki mogłyby pójść na randkę ze Smithem, a co było jeszcze zabawniejsze, chyba tylko ciotki tego chciały, bo dziewczyny wyglądały na bardziej zażenowane niż chętne. Zanim podjąłem jakąkolwiek decyzję, odszukałem wzrokiem mamę i znalazłem ją siedzącą przy stole, całkowicie załamaną zachowaniem rodziny. Spojrzała na mnie błagalnie, bym coś zrobił, byleby przerwać ten cyrk. Skinąłem jej delikatnie głową, a potem odwróciłem się do Jerry’ego, by puścić mu oko.
Ruszyłem żwawym krokiem przez salę, zapinając guzik kołnierzyka i poprawiając krawat. Ludzie ustępowali mi z drogi, przyglądając mi się z ciekawością.

                - Drogie ciocie, tak się składa, że muszę was zaniepokoić. Otóż mój przyjaciel, Alex, znalazł już swoją drugą połówkę – powiedziałem głośno, teatralnie akcentując słowa.

                - Jak to? – Zapytała z oburzeniem ciocia Helena, nie dając dojść do słowa swojej siostrze. – Nic o tym nie wspomniał, mimo, że go pytałam!

                - Ale to w sumie nie jest ważne. Moja córka na pewno jest lepsza od jego dziewczyny! – Krzyknęła ciotka Ruth.

No cóż, miałem niezły ubaw, słuchając tych starych przekup, jednocześnie odbierając od Alexa sygnały S.O.S. Mrugnąłem do chłopaka figlarnie, na co ten, najpierw zaskoczony, odpowiedział dopiero po chwili. Zrozumieliśmy się bez słów; Smith wiedział co planowałem i jaki miał udział w tym planie.

                - Wiem, że może to być dla was duże zaskoczenie, ale miłość nie ogranicza się tylko do kobiety i mężczyzny – powiedziałem, stając naprzeciw Alexa.

Chłopak pocałował mnie delikatnie, po francusku, a kiedy skończyliśmy, w sali kilka reprezentantów młodszego pokolenia zagwizdało i biło brawa, jednak większość ciotek milczała.

                - A więc teraz, kiedy spór został rozstrzygnięty, zapraszam na deser. Każdy znajdzie dla siebie kawałek ulubionego ciasta – powiedziałem, nie tracąc na teatralności.

Oczywiście moim uszom nie uszły ciche słowa wypowiadane przez oburzonych członków rodziny, ale ani „pedały”, „grzesznicy”, czy „dewianci” nie potrafiły mnie złamać. Patrzyłem na tych ludzi z litością, dopóki sami nie przerywali kontaktu wzrokowego i nie oddalali się, by usiąść przy stole. Czułem, że pałali do mnie nienawiścią, mimo, że tak naprawdę nic im nie zrobiłem. Gdybym ja zaczął ich za to nienawidzić, poparłbym błędne koło, w które ludzie lubią wpadać. Zamiast tego poczułem trochę smutnego współczucia dla ich ograniczonych religijnością umysłów. Usiedliśmy z Alexem przy stole, a mama od razu zwróciła się do mnie:

                - Gabe, nie musiałeś aż tak drastycznie…

                - Spokojnie – przerwałem jej. – Zrobiłem to w pełni świadom konsekwencji.

Mama uśmiechnęła się pod nosem.

                - A pomyślałeś o tym, że teraz na każde święta będą przysyłać pocztówki z biletami na seans egzorcyzmów przeznaczony dla ciebie, bo jesteś grzeszny i dla mnie, bo akceptuję tę grzeszność? – Zażartowała, biorąc łyk soku pomarańczowego.

                - No wiesz, jak dają za darmo, to czemu nie? – odpowiedziałem jej.

Mama parsknęła śmiechem, prawie pozwalając sokowi na ponowne ujrzenie świata. Jerome poklepał ją po plecach kiedy zaczęła kasłać, ale sam nie mógł powstrzymać się od chichotu.

                - Proponuję, żebyśmy jeszcze my powiedzieli im nieco o sobie, wtedy połowa ciotek zeszłaby na zawał – szepnął między nami Jerry.

Cała nasza czwórka wybuchła radosnym śmiechem, próbując jednocześnie go powstrzymać, zasłaniając sobie usta rękoma lub serwetką. Kilka osób spojrzało na nas ze zgorszeniem.

O borze zielony, niech to się już skończy – pomyślałem między atakami śmiechu.

***

Pół godziny później wszystko rzeczywiście się skończyło; ciotki popakowały sobie kilka kawałków ciasta „na wynos”, zdawkowo pożegnały się z mamą (ignorując mnie i Alexa stojących obok i z premedytacją obejmujących się), a potem wyszły z restauracji. Na sam koniec stanęliśmy przed budynkiem, a ciotka Ruth i ciotka Helena przeszły obok nas obojętnie, jakby w ogóle nas nie znały. Wyglądały jak dwie perskie kotki, które są zbyt ważne, by zaprzątać sobie głowy tak błahymi sprawami jak pożegnanie z rodziną. Natomiast ich córki, które szły tuż za nimi pod rękę, podeszły do mnie i do Alexa.

                - Słodko razem wyglądacie – powiedziała jedna z nich. – A naszymi mamami się nie przejmujcie, one zawsze psują przyjęcia w ten sposób.

                - Dokładnie – potwierdziła druga, która wyglądała na starszą. – Chyba zostanę lesbijką, żeby matka w końcu przestała umawiać mnie na głupie randki.

Obie zachichotały, a potem młodsza wspięła się na palce i pocałowała Alexa w policzek.

                - Trochę żałuję, że nie gramy w tej samej drużynie, ale skoro mój kuzyn jest z tobą szczęśliwy, to będę was dopingować.

Nagle rozbrzmiał oburzony krzyk którejś z ciotek, więc dziewczyny pomachały nam i oddaliły się w stronę parkingów. Odprowadziliśmy ich wzrokiem do auta, a potem ruszyliśmy za mamą i Jerry’m do radiowozu. Do domu dotarliśmy przed piętnastą i rozluźniając krawaty zasiedliśmy w salonie. Mama nalała wszystkim whisky, dopełniając szklanki colą.

                - Toast za całkiem przyzwoicie spędzony z rodziną dzień – mruknęła, unosząc drinka do góry.

Stuknęliśmy się szklankami, mrucząc „Toast!”, a potem każdy pił swój trunek w swoim tempie. 

Nic więcej produktywnego nie zrobiliśmy tego dnia – obejrzeliśmy pod rząd trzy filmy Quentina Tarantino, a wieczorem zagraliśmy w Monopoly. Potem jak zwykle położyliśmy się spać i zasnęliśmy, każdy lżejszy o przynajmniej jeden problem.