Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gallagher. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gallagher. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XLIII

9 komentarzy:

Do ferii zostało niewiele czasu, a ja jedynie marzyłem o tym, by usiąść sobie w spokoju i poleniuchować. Miałem już dość szkoły, nauki, a nawet ludzi; byłem tak przemęczony, ze najbliżsi działali mi na nerwy. Od czasu wizyty Micha i Vi nie miałem ani chwili na to, by uporządkować myśli - zawsze musiałem robić coś ważnego. A to nauczyć się tematu z biologii, a to przepisać notatkę z chemii, przeczytać lekturę, zrobić zadania z matematyki... Wiem, ze to normalne w szkole, szczególnie w tej, ale po prostu cała ta nauka wychodziła mi już każdym otworem ciała. Jechałem na rezerwie energii, myśląc tylko o feriach, które wydawały mi się jednocześnie tak kuszące, jak i odległe o lata świetlne. 

Myślę, że jakoś dotrwałbym do tego wolnego, gdyby nie pewien ranek, który wszystko zmienił. Wstałem, nie czując nawet, że ten dzień stanie się jednym z tych, których nie zapomnę już do końca swojego życia. Wszystko wydawało się zwyczajne – tak jak na co dzień; poszedłem się umyć, dałem całusa Alexowi, który walczył w łóżku z grawitacją, a potem poszedłem na śniadanie. Świat wyglądał normalnie i nie zapowiadał tego, co miało się wydarzyć.

Po wejściu do szkoły minąłem się z Lucasem, który szedł ramię w ramię z Markiem, dyskutując z nim żywo. Uśmiechnąłem się do nich, a Morton wysłał mi spojrzenie pełne wdzięczności i szczęścia. Minęliśmy się, więc skręciłem w boczny korytarz, by pójść do sali od chemii, gdzie czekała już na mnie Monti. Wydawało mi się, że dziewczyna ma lekkie wypieki na twarzy, a w jej oczach tańczą radosne ogniki.

     - Gabe, miałeś rację! Jacob się do mnie odezwał i przeprosił mnie. Spotkamy się w ferie!

Uśmiechnąłem się, jednocześnie dziwiąc się, jak wiele dobrych informacji usłyszałem już tego dnia, mimo, że była dopiero godzina ósma rano.

     - Cieszę się – powiedziałem, przytulając ją lekko na powitanie.

Zabrzmiał dzwonek, więc weszliśmy do klasy i usiedliśmy w ławkach. Ja jak zwykle zająłem swoje miejsce pod oknem, gdzie mogłem obserwować wszystkich ludzi wchodzących do budynku lekcyjnego. Pan Heisenberg pojawił się chwilę później i zasiadł za swoim dużym, dębowym biurkiem, poprawiając okulary, które jak zwykle zsuwały mu się z nosa.

     - Dzień dobry, młodzieży – powiedział tubalnym głosem. – Dziś zajmiemy się promieniotwórczością; będziemy zapisywać równania reakcji pierwiastków od bizmutu wzwyż. Wyróżniamy trzy rodzaje promieniowania: alfa, gdy podczas reakcji wyrzucane jest jądro helu, beta: minus, gdy wyrzucany jest elektron i plus, gdy wyrzucany jest pozyton. Ostatnim rodzajem promieniowania jest promieniowanie gamma, które powstaje na skutek anihilacji…

Nagle ktoś zaczął nerwowo pukać w drzwi klasy, co profesor przyjął z niemałym zdziwieniem. Zmarszczył brwi i chciał kontynuować swój wywód, ale pukanie zmieniło się wręcz w dobijanie. Pan Heisenberg przeszedł przez klasę, wyciągając pęk kluczy z kieszeni i otworzył jednym z nich drzwi. Do środka natychmiast wpadł Wilde z trzeciego rocznika.

     - Dzień dobry, przepraszam bardzo, że przeszkadzam, ale mam ważną wiadomość dla jednego z pana uczniów.

Profesor nie zdążył nawet dojść do słowa, bo chłopak spojrzał wprost na mnie.

     - Phantomhive, odebrałem telefon w internacie; dzwoni twoja matka i mówi, że ma sprawę niecierpiącą zwłoki.

Najpierw nie zrozumiałem w ogóle, że Wilde mówi do mnie i tylko gapiłem się na niego tępo. Potem spojrzałem na Monti, która przyglądała mi się z przejęciem i wtedy odzyskałem sprawność myślenia. Zostawiłem wszystkie rzeczy i wstałem, by bez słowa wyjść z klasy, a potem ze szkoły. Gdy przekroczyłem próg budynku, nieświadomie puściłem się biegiem w stronę internatu. W głowie panowała mi pustka – nie dopuszczałem do siebie żadnego kreowania scenariuszy.

Gdy dopadłem do budki telefonicznej, z ulgą zobaczyłem, że czarna słuchawka wisiała w powietrzu, więc pewnie matka wciąż była na linii i czekała na mnie. Nie wiem, czy byłbym w obecnym stanie przypomnieć sobie numer telefonu domowego.

     - Halo? – Wydyszałem w słuchawkę.

Tuż przy moim uchu rozbrzmiał trzask, a potem oddech mamy.

     - Gabriel? Kochanie…

Po moim kręgosłupie przebiegły dreszcze strachu. Głos matki był zachrypnięty i cichy, tak jakby nie potrafiła wykrztusić z siebie ani słowa.

     - Mamo, co się stało?

Jej oddech na chwilę ucichł, więc przestraszyłem się, że się rozłączyła.

     - Twój tata…

Zakręciło mi się w głowie z nadmiaru emocji, więc przykucnąłem na podłodze budki, przyciskając słuchawkę do drugiego ucha.

     - …jest w szpitalu.

Koniec. Te właśnie słowa spowodowały, że nie byłem w stanie nic więcej powiedzieć. Nic a nic. Nawet zwykłego „aha” lub „dlaczego?”. Język odmówił posłuszeństwa i zastygł w ustach, tak, jakby nie należał do mojego ciała.

     - Peter, to znaczy twój tata, zaczął narzekać ostatnio na ból brzucha i brak apetytu, czasem nawet zdarzało mu się zwymiotować po obiedzie, ale oboje myśleliśmy, że to wina alergii na jakiś składnik jego diety… Dopiero potem, gdy jego skóra zaczęła żółknąć i mocno schudł, kazałam mu iść do lekarza. Oczywiście opierał się na początku, ale w końcu udało mi się go przekonać. Poszedł do rodzinnego, a doktor nic mu nie powiedziała, tylko wręczyła skierowanie na USG i tomografię komputerową. Dzwonię właśnie ze szpitala…

Nie wierzyłem w ani jedno jej słowo, naprawdę. Myślałem, że to jest jakiś głupi, niedojrzały żart, który rodzice chcieli mi wykręcić z niewiadomego powodu. Przecież to niemożliwe, by ojcu dolegało coś poważnego, a właśnie to miało miejsce – wywnioskowałem to po głosie matki, która nigdy nie okazywała tak wielu emocji na raz jak podczas tej okropnej rozmowy telefonicznej.

     - Zdiagnozowano u niego złośliwego raka trzustki z przerzutami do wątroby i węzłów chłonnych. Niestety, ale operacja w jego przypadku nie jest możliwa. Lekarze położyli go na oddziale onkologicznym, ale jedyne, co mogą zrobić, to dobrać mu leczenie… paliatywne.

Nagle moje ciało odmówiło zupełnie posłuszeństwa; słuchawka wypadła mi z rąk, ale zatrzymała się na moich kolanach. Do oczu napłynęły łzy, które zamazały mi zupełnie obraz świata. Matka nadal mówiła, a ja słyszałem każde jej słowo tak wyraźnie, jakbym był obok niej.

     - Przed chwilą dzwoniłam na lotnisko; kupiłam ci bilet, więc jeśli chcesz, to możesz jeszcze dzisiaj przylecieć do domu. Wiem, że ostatnio nie układało się między tobą, a ojcem, ale chyba jest to czas najwyższy, by zakopać topór wojenny.

Podniosłem się i odłożyłem słuchawkę na widełki, przerywając tym rozmowę. Nie byłem w stanie znieść więcej słów; moja głowa pękała od ich nadmiaru. Dłuższą chwilę siedziałem na podłodze budki, skulony, wciąż w szoku, z bijącym szybko sercem. Potem podniosłem się i bez zastanowienia wyszedłem na zewnątrz. Ruszyłem w stronę internatu, mając gdzieś wszystkie zakazy i zasady panujące w tej szkole i pobiegłem do swojego pokoju, by wyciągnąć z szafy torbę. Pakowałem do niej na oślep ciuchy, drobiazgi oraz ważne rzeczy. Złapałem podręczną torbę i wrzuciłem do niej portfel, klucze od domu i kilka innych przedmiotów. Gdy miałem już wychodzić, zatrzymałem się na progu i spojrzałem na łóżko, na którym leżała zmiętolona pościel. Nie wiadomo dlaczego, rozczulił mnie ten widok, ale nie myślałem o tym długo. Wyszedłem na korytarz, a potem na zewnątrz, gdzie przywitał mnie lekki wiatr.

Myślałem o tym, by powiedzieć jakoś Alexowi o wszystkim, ale nie wiedziałem gdzie teraz ma lekcje i czy będzie w stanie wyjść. Stanąłem na chwilę na chodniku, a potem wróciłem się do internatu. Znów poszedłem do swojego pokoju, lecz tym razem rzuciłem się do biurka Smitha, by przeszukać górną szufladę, w której trzymał najważniejsze rzeczy. Z ulgą znalazłem w niej jego telefon i ładowarkę, więc wziąłem je i pustą kartkę, by napisać na niej krótką notatkę.

„W pilnej sprawie pojechałem do domu. Wziąłem twój telefon, zadzwoń, kiedy będziesz miał czas.
Kocham Cię, Gabriel”


Pod spodem zapisałem jego numer telefonu na wypadek, gdyby ten go nie pamiętał; po prostu wolałem być ostrożny i starać się przewidywać wszystkie możliwości. Położyłem kartkę na łóżku, będąc pewnym, że chłopak na pewno ją zauważy i wyszedłem z pokoju. Miałem bolesne wrażenie, że czas leci coraz szybciej i jednocześnie czułem, że mam go bardzo mało. Wybiegłem z internatu w stronę przystanku i na moje szczęście najbliższy bus miał przyjechać za kilka minut. Stałem więc, nerwowo tupiąc nogą, wciąż blokując natarczywe myśli, bo przecież nic by mi one nie pomogły…

***

Z podróży na lotnisko nie pamiętam praktycznie nic, oprócz tego, że próbowałem słuchać muzyki. Jednak po kilku piosenkach zrezygnowałem z tego i cisnąłem odtwarzacz do torby i wbiłem wzrok w krajobraz za szybą. Potem wszystko działo się zbyt szybko.

Dotarłem na lotnisko, załatwiłem sprawy z biletem i uzgodniłem z kasjerką, że polecę najbliższym lotem, czyli za pół godziny. Zdałem bagaż zostawiając w torbie podręcznej najważniejsze rzeczy, a potem usiadłem w poczekalni znów tupiąc nerwowo nogą. Nie wiadomo dlaczego, nagle bardzo zachciało mi się palić, więc poszedłem do kiosku i kupiłem dwa papierosy. Kobieta popatrzyła na mnie z powątpiewaniem, ale sprzedała mi je chyba tylko dlatego, że zobaczyła coś w mojej twarzy. Może był to ból, może desperacja, nie wiem. Już chciałem odejść od lady, gdy przypomniało mi się, że nie mam nic, czym mógłbym podpalić papierosy.

     - Poproszę jeszcze zapalniczkę.

Kobieta znów zmierzyła mnie wzrokiem, a potem podała mi to, o co ją poprosiłem. Zapłaciłem i poszedłem w miejsce specjalnie wydzielone dla palaczy, wybierając sobie jedno z siedzeń. Zająłem miejsce, włożyłem papierosa do ust i podpaliłem go. Zaciągnąłem się mocno, kaszlnąłem, a potem znów się zaciągnąłem. Dym był obrzydliwy w smaku, ale idealnie przywracał mi zdolność do racjonalnego myślenia. Od jego nadmiaru zakręciło mi się w głowie, ale było to w pewien sposób przyjemne.

     - Pasażerowie lotu numer 420 proszeni są o udanie się do samolotu. Życzymy państwu miłej podróży!

Spojrzałem na swój bilet, który trzymałem nadal w ręce i zobaczyłem, że widniał na nim numer wspomniany przez spikera. Podniosłem się i zgasiłem niedopałek w pobliskiej popielniczce, a potem ruszyłem w stronę wyjścia. Za przeszklonymi ścianami lotniska widziałem ogromny samolot, do którego powoli wchodzili ludzie. Nagle poczułem się okropnie mały i nic nieznaczący – leciałem do domu, by nie móc nic zrobić, bo przecież nie mogłem uratować swojego ojca. Bez względu na to, czy byliśmy pokłóceni, czy nie.


***

Podczas podróży siedziałem obok mężczyzny z coreczka, która bardzo bała się latania samolotem. Nieznajomy co chwilę uspokajał ją, mówiąc, że nic jej nie grozi, że wszystko jest w porządku. Mimo tego dziewczynka nadal się bała, a przy każdym głośniejszym hałasie podskakiwała na fotelu z przerażonym piskiem.
Na początku przyglądałem się z zainteresowaniem staraniom ojca dziewczynki, który wymyślał coraz to nowsze sposoby, by zająć córkę, ale potem coś mnie tknęło. Ta dwójka bardzo przypominała mnie i Petera Phantomhive’a, który to był moim tatą, a który to właśnie leżał w szpitalu i pewnie bał się bardziej niż ja i matka razem wzięci. Włożyłem słuchawki do uszu, puściłem cicho muzykę i zatopiłem się we wspomnieniach.

We wspomnieniach z dzieciństwa, kiedy to życie było tak proste, a problemy ograniczały się do tego, że matka wołała mnie na obiad w najlepszym momencie zabawy. Gdy rodzice byli moimi autorytetami i uważałem ich za idealnych ludzi. Gdy nie wiedziałem co to rozczarowanie i ból istnienia. Te czasy były tak odległe, że miałem wrażenie, iż miały miejsce w poprzednim wieku, a nie zaledwie dziesięć lat temu.

Były to czasy, gdy moi rodzice nie byli tak zgorzkniali i religijni jak teraz. Wydaje mi się także, że byli wtedy szczęśliwsi i podejrzewam, że miało to bezpośredni związek z moją niewinnością i tym, że dopiero za kilka lat miałem zacząć dojrzewać. Kiedyś czułem się kochany – mimo, że rodzice nie okazywali mi zbyt wielu uczuć, to widziałem, że im na mnie zależy, że się o mnie troszczą. Widziałem to w zabawkach, które kupowali mi bez okazji, choć nam się nie przelewało. Widziałem to w wycieczkach do zoo lub nad jezioro, mimo, że musieli urwać się z pracy, by ze mną pójść. Byliśmy wtedy prawdziwą rodziną, a ja byłem oczkiem w głowie swojego ojca. Wiele razy chwalił się mną swoim znajomym, bo wtedy razem z matką udzielali się jeszcze towarzysko. Sprawiało mi to przyjemność i myślałem, że tak będzie zawsze. Że zawsze będziemy razem i zawsze będzie tak wspaniale. Że wypady do zoo i zabawki nigdy się nie skończą.

A potem nadeszła ciemna godzina dojrzewania.

Nie wiem dlaczego akurat tak się dzieje, ale zwykle podczas dojrzewania nastolatkom totalnie odbija. Nagle zaczynają negować cały świat, mając wrażenie, że każdy jest przeciwko nim. Odrzucają rodziców, z którymi nagle przestają umieć rozmawiać, a jedynie potrafią im pyskować. Z cichych spokojnych dzieci nagle wyrastają krzyczące z byle powodu, zbuntowane nastolatki, z którymi nikt nie potrafi sobie poradzić. Oczywiście nie wszyscy tak przechodzą okres dojrzewania, ale ja właśnie taki byłem.

Zaczęło się od tego, że czułem nieopanowany przymus niezgadzania się ze wszystkim, co mówili moi rodzice. Bez względu na to, czy dotyczyło to poglądów na jakiś temat, czy choćby tego, co matka miała przygotować na obiad. To doprowadziło do codziennych kłótni, trzaskania drzwiami i płaczu mamy, która była mimo wszystko najsłabsza psychicznie z naszej trójki. A ja nie czułem z tego powodu wyrzutów sumienia. I nie czułem ich nawet wtedy, gdy raz zbyt mocno trzasnąłem drzwiami i rozbiłem szybę na tysiące drobnych kawałków. Zakleiłem dziurę kartonem i tak żyłem przez kilka tygodni, ciesząc się, że nie widzę co oni robią, a oni nie widzieli co robię ja. Rodzice ciężko pracowali by wstawić nową szybę, a kilka dni po naprawie, ja znowu ją zbiłem.

Apogeum mojego konfliktu z ojcem nastąpił pod koniec drugiej klasy gimnazjum, gdy do naszego miasta przyjechał lubiany przeze mnie zespół. Bardzo chciałem iść na ich koncert – nawet uzbierałem sobie pieniądze, które zarobiłem z rozdawania ulotek, ale problemem było dostanie pozwolenia od rodziców. Wiedziałem, że to będzie trudne, więc tydzień przed wydarzeniem wyciszyłem się, a nawet zacząłem pomagać w domu. Sprzątałem codziennie swój pokój, zdarzało mi się nawet robić obiady za mamę lub szedłem po zakupy gdy nikt nie miał na to czasu i siły. Rodzice najpierw patrzyli na mnie ze zdziwieniem, ale potem widziałem w ich oczach nadzieję, że dojrzałem i zrozumiałem, że moje zachowanie było głupie. I wtedy stwierdziłem, że w końcu mogę zapytać ich o pozwolenie.

Rezultat był taki, że oczywiście zabronili mi iść na te „satanistyczną orgię”. Już wtedy Teresa i Peter Phantomhive stali się pobożni, więc wszystko, czego pragnąłem, było niczym, jak znakiem, że coś mnie opętało. Nie powiedziałem im, że kupiłem już bilet, nawet gdy nie dostałem pozwolenia; po prostu stwierdziłem, że i tak pójdę. Kolejnego wieczoru, kiedy to miał odbyć się koncert, chciałem wyjść niby to na spacer, a wtedy drogę zastąpił mi mój ojciec. Zaczął rzucać mi w twarz obelgami i zakazami, a ja wpadłem w szał. Zaczęliśmy się szarpać, dając upust swojej złości i wtedy mnie uderzył. Dostałem od niego w twarz i zdumiało mnie to tak bardzo, jak jego samego. Matka, która była świadkiem całego zdarzenia, zaczęła krzyczeć na ojca, a ja wykorzystałem okazję i wybiegłem z domu.

Nie poszedłem na koncert, mimo, że bardzo tego chciałem i miałem już kupiony bilet. Straciłem całą ochotę na zabawę, a to wszystko przez pulsujący ból, który czułem na swoim napuchniętym policzku. Wtedy to, siedząc na błoniach w parku, słysząc z oddali muzykę, wpadłem na pomysł, by uciec stąd jak najdalej i że jedyną możliwością było wyjechanie do szkoły z internatem, jednak to wymagało ode mnie ponad roku udawania przykładnego syna. Podjąłem się tego i jeszcze tego samego wieczoru wróciłem do domu i przeprosiłem rodziców za swoje zachowanie. Matka przytuliła mnie i głaskała po głowie, ale ojciec zachowywał dystans. I zachowywał go przez całą trzecią klasę, do momentu, gdy nasze drogi się rozeszły.

Myślałem, że będąc z dala od domu, uraza żywiona do ojca przejdzie mi, ale to się nie stało. Dopiero tego dnia, gdy matka zadzwoniła z tą wiadomością, poczułem, że moje zachowanie było głupie. Owszem, ojciec zasłużył sobie na te wszystkie negatywne emocje, które do niego czułem, ale ja jako bardziej dojrzała teraz osoba, powinienem mu to wybaczyć. Powinienem w końcu dostrzec to, że Peter Phantomhive chciał dla mnie dobrze, ale niekoniecznie wybrał odpowiedni sposób na pokazanie mi tego.

Nie wiedziałem, co czekało mnie w domu po tych ponad sześciu miesiącach rozłąki. Nie miałem pojęcia, jak zareaguje na mnie ojciec, ale ja wiedziałem już, że mu przebaczyłem. Nieważne, że zrobiłem to dopiero gdy miał odejść na zawsze z mojego życia; ważne, że dostrzegłem jak wiele dla mnie zrobił i ile poświęcił, bym mógł normalnie żyć.

Byłem również gotów na przeproszenie go – tym razem szczerze i z całego serca.

***

Do Glatton dotarłem dopiero wieczorem i mimo, że zmierzchało, poznawałem wszystkie budynki, które mijałem. Przez chwilę nawet czułem się tak, jakbym nigdy nie opuszczał tej dziesięciotysięcznej mieściny. Zamówiłem taksówkę, by ta zawiozła mnie jak najszybciej do szpitala, bo miałem ciężką torbę i wciąż bałem się, że przybędę tam za późno.

Gdy samochód zatrzymał się pod wejściem do szpitala, zapłaciłem taksówkarzowi i wysiadłem. Tego lutowego wieczoru nie czułem chłodu – byłem rozgrzany z nadmiaru emocji i podenerwowania. Ciężka torba, którą niosłem na ramieniu i która boleśnie obijała mi się o nogę, praktycznie przestała dla mnie istnieć. Zatrzymałem się przed wejściem do szpitala, czując, jak na twarz spadają mi pierwsze krople deszczu. Niebo było szare i smutne, zupełnie jak moje serce.

Było późne popołudnie, więc Alex znajdujący się tak daleko ode mnie, wracał właśnie do internatu. Wyciągnąłem jego telefon, wyłączyłem w nim dźwięk i ruszyłem w stronę wejścia – powoli, ostrożnie robiąc każdy krok. Byłem w rozsypce i jedyną rzeczą, która mogła mi teraz pomóc, było przytulenie się do Alexa, zatopienie się w jego ramionach. Niestety nie miałem doświadczyć tego w najbliższym i nieokreślonym czasie. Moja przyszłość była niepewna – nie wiedziałem w jakim stanie jest matka i czy będę mógł zostawić ją samą. Nie wiedziałem też, czy jak już będzie… po wszystkim,  czy będę miał możliwość powrotu do szkoły.

Pedantyczny błękit, na jaki pomalowane było wnętrze szpitala, przyprawiał mnie o mdłości. Od dzieciństwa nie lubiłem takich miejsc, bo zdarzyło mi się spędzić tu prawie miesiąc gdy miałem zaledwie pięć lat. Niepozorne rotawirusy przez które prawie zszedłem z tego świata, bo lekarze byli bezradni… Stanąłem w głównym holu stwierdzając, że przez te kilkanaście lat prawie nic się tu nie zmieniło – może było trochę czyściej, a w kącie stała maszyna z kawą zamiast sztucznego kwiatu w tandetnej donicy. Podszedłem do lady, więc ubrana w biały fartuch kobieta uśmiechnęła się do mnie zachęcająco.

     - Dzień dobry, chłopcze. W czym mogę pomóc? – Zapytała, puszczając mi oko.

     - Szukam Petera Phantomhive’a, mojego ojca.

Kobieta kiwnęła głową, wklepała dane w klawiaturę komputera i chwilę czekała ze zmrużonymi oczami. Nagle zrzedła jej mina, zapewne na widok oddziału, na którym znajdował się ojciec i spojrzała na mnie bez wcześniejszej filuterności.

     - Piętro czwarte, sala numer czterdzieści dziewięć. Przed wejściem proszę założyć obuwie ochronne, które można znaleźć na prawo od wind. By dostać się na oddział musisz zadzwonić interkomem; któraś z pielęgniarek na pewno szybko ci otworzy.

     - Dziękuję – rzuciłem tylko i odszedłem.

Ruszyłem w stronę wind, usilnie próbując przypomnieć sobie numer pokoju; słowa recepcjonistki ledwo do mnie dotarły.

Winda przyjechała, otworzyła się z denerwującym brzdęknięciem, a ze środka wyszli ludzie. Ktoś potrącił mnie ramieniem, ale nawet na to nie zareagowałem. Wszedłem do środka razem z kobietą z małą dziewczynką, staruszkiem i dziewczyną w moim wieku. Jedno z nich wcisnęło guzik czwartego piętra, więc po prostu stałem, ignorując ciekawskie spojrzenia pasażerów.

Wysiadłem z windy, a razem ze mną tamta dziewczyna, której nie zaszczyciłem już więcej ani jednym spojrzeniem. Gdy kupowaliśmy obuwie ochronne, czułem, że ta na mnie patrzy, ale ignorowałem to. Dziewczyna podeszła do interkomu tak jakby robiła to już wcześniej miliony razy i zadzwoniła, a ja poszedłem za nią, ciesząc się, że nie musiałem tego robić sam. Po chwili drzwi otworzyły się, a w progu pojawiła się pielęgniarka.

     - A, to ty, Ruth, wchodź.

Kobieta uchyliła szerzej drzwi, więc moja towarzyszka weszła do środka. Potem pielęgniarka podniosła wzrok na mnie.

     - Pan do kogo?

     - Do Petera Phantomhive’a.

Usta kobiety zacisnęły się w cienką, bladą linię.

     - Proszę – uchyliła drzwi, więc wszedłem bez wahania. – Pokój numer czterdzieści dziewięć.

Włożyłem obuwie ochronne, a potem otworzyłem drzwi oddziału męskiego. W końcu korytarza od razu zobaczyłem znajomą sylwetkę mamy, opierającą się o ścianę. Gdy mnie zobaczyła, jej twarz wykrzywił grymas bezsilności. Ruszyła szybko w moją stronę, więc przyspieszyłem kroku; chwilę później mama wtuliła się we mnie, szlochając cicho, a ja automatycznie zamknąłem ją w ramionach, mimo, że przez te wszystkie lata nie okazywaliśmy sobie prawie żadnych czułych gestów.

     - Lekarz właśnie robi obchód – mruknęła w moje ramię, a potem spojrzała mi w oczy. – Dobrze, że jesteś.

Pogładziła mnie po policzku z czułością, a ja przykryłem jej dłoń swoją. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, więc dałem się jej poprowadzić pod drzwi opatrzone złotym numerem czterdzieści dziewięć pod spodem którego widniało nazwisko doktora przydzielonego ojcu.
Doktor Kurosawa
Chwilę staliśmy pod salą, milcząc. Matka obgryzała zaciekle paznokcie, wpatrując się w przestrzeń  - chyba robiła to zupełnie nieświadomie. Ja poczułem nagle, że torba ciąży mi boleśnie na ramieniu, więc ściągnąłem ją i postawiłem na ziemi. Wtedy z sali wyszedł niski Japończyk z siwiejącymi po bokach włosami i spojrzał na mnie.

     - Gabriel, syn? – W jego głosie słychać było egzotyczny akcent.

Przytaknąłem.

     - Pan Phantomhive ciągle o tobie mówi. Cieszę się, że przyjechałeś. A on na pewno ucieszy się jeszcze bardziej.

Mężczyzna poklepał mnie po plecach, a potem spojrzał na matkę.

     - Pani mąż zareagował prawidłowo na leki – posłał jej uśmiech. – W sali są wolne łóżka, więc czujcie się jak w domu.

Podziękowaliśmy mu, a gdy tylko poszedł, weszliśmy do pomieszczenia, a mnie ogarnął stres. Z daleka widziałem sylwetkę rysującą się pod białą kołdrą. Potem podniosłem wzrok i zobaczyłem wychudłą twarz ojca i poczułem się, jakbym spojrzał śmierci w twarz. Jego kiedyś zaokrąglone i rumiane policzki teraz były zapadnięte i bladoszare, kontrastujące mocno z żółtym zabarwieniem skóry. Spojrzałem wyżej, w jego niebieskie oczy zatopione w czarnych jeziorach sińców.

Patrzył na mnie. Mój ojciec patrzył na mnie, a ja z całych sił powstrzymywałem się przed padnięciem na kolana i głośnym szlochem. Zamiast tego przełknąłem ślinę, podsunąłem taboret do łóżka, usiadłem na nim i nerwowo splotłem dłonie na kolanach.

     - Peter, chcesz coś do jedzenia albo do picia? – Zapytała mama, stając w nogach łóżka.

Chuda postać prawie niezauważalnie pokręciła głową, nie odrywając ode mnie wzroku przekrwionych oczu. Spojrzenie ojca dotykało wszystkiego wewnątrz mnie – miałem wrażenie, że wierciło mi ono dziurę w świadomości.

     - Cześć, tato – powiedziałem cicho, nie potrafiąc przyglądać mu się dłużej niż kilka sekund.

Między nami zapadła niezręczna cisza, a potem ojciec westchnął głęboko.

     - Cześć, Smyku.

Jego głos był cichy, zachrypnięty, a mówiąc, jego usta ledwo się uchylały. Poczułem jak do oczu napływają mi łzy spowodowane nie tylko jego stanem, ale także i tym, jak się do mnie zwrócił. „Smyku” – tak mówił na mnie w dzieciństwie, gdy między nami wszystko było dobrze.

Wyciągnął w moją stronę drżącą rękę, a ja z wahaniem ją uścisnąłem. Była zimna i szorstka, nieprzyjemna w dotyku. Bardzo, ale to bardzo chciałem uciec z tego pomieszczenia, miasta, świata. Już nawet nie chciało mi się płakać – czułem tylko gorzki smak szoku na języku i zdrętwienie mięśni twarzy.

Potem ojciec się uśmiechnął – lekko podniósł kąciki ust, jakby w katatonicznym, desperackim geście. Miałem wrażenie, że uśmiecha się do mnie trup.

***

Dopiero po wieczornym obchodzie wyszedłem z sali. Ojciec zasnął po potężnej dawce leków przeciwbólowych, a matka przysypiała na łóżku obok. Pewnie była zmęczona stresem i czuwaniem przy tacie cały dzień, więc nie chciałem jej przeszkadzać. Wyszedłem na korytarz i wyciągnąłem zapomniany przez mnie telefon z kieszeni. Na ekranie wyświetliło się piętnaście nieodebranych połączeń od Jaspera. Westchnąłem i wybrałem jego numer; w słuchawce rozbrzmiał monotonny sygnał, a potem usłyszałem męski głos.

     - Gabe? Poczekaj, pójdę do Alexa – powiedział Roberts.

Czekałem chwilę, słysząc zakłócenia w słuchawce, a potem przygłuszone męskie głosy – jeden z nich należał do mojego chłopaka.

     - Halo? Gabriel? Co się stało?

Słysząc jego głos, poczułem coś na kształt ulgi.

     - Mój tata jest w szpitalu. Zdiagnozowano u niego... nieoperacyjnego raka trzustki. Wsiadłem w najbliższy samolot i właśnie jestem w szpitalu. Rodzice śpią, więc wyszedłem na chwilę.

     - Podaj mi adres – powiedział bez zastanowienia, głosem nie znoszącym sprzeciwu.

     - Popieprzyło cię jeśli chcesz tu przyjechać. – Zaśmiałem się nerwowo, chcąc to wszystko obrócić w żart.

Alex westchnął do telefonu, a ja wyobraziłem sobie jak pociera skronie ze zdenerwowania.

     - Jeśli to, że chcę być z tobą w tym momencie i wspierać się, nazywasz popieprzeniem, to tak, popieprzyło mnie i to zdrowo.

Pod wpływem jego słów złamałem się i wyśpiewałem mu wszystko. Alex zapisał to na kartce, chwilę jeszcze ze mną rozmawiał, a potem pożegnał się; chłopak poszedł się pakować, by zdążyć na najbliższy samolot. Jeśli wyleciałby dziś w nocy, już jutro przed południem mógłby zamknąć mnie w swoich ramionach.

Na razie nie myślałem o tym, co powiem rodzicom. Nie miałem siły na wymyślanie bajeczek, ani na tłumaczenie prawdy. Westchnąłem i wsunąłem telefon do kieszeni, a potem wszedłem do sali. Ojciec spał spokojnie, a mama drzemała na łóżku obok; jej torebka była bliska upadku na ziemię, więc poprawiłem ją, a potem opatuliłem matkę szczelniej kołdrą.

Usiadłem na parapecie i spojrzałem przez okno na zatopiony w deszczu świat. Po szybie spływały strużki wody, które wyglądały niemal identycznie jak łzy. Wsunąłem słuchawki do uszu, puściłem cicho muzykę i oparłem się o szybę. Dopiero wtedy poczułem, jak bardzo byłem zmęczony, więc przymknąłem oczy i niedługo później zasnąłem.

***

Obudziłem się w środku nocy w pierwszym momencie nie wiedząc, gdzie się znajduję. Potem do moich uszu doszło miarowe kapanie kroplówki. Byłem cały obolały, więc wstałem i przeciągnąłem się, słuchając strzykania kości. Rodzice nadal spali, więc wyszedłem do łazienki by przemyć twarz. Zamknąłem za sobą drzwi i poczułem przymus wyciągnięcia telefonu z kieszeni. W momencie, gdy spojrzałem na jego ekran, telefon rozdzwonił się, oznajmiając połączenie przychodzące od niezapisanego numeru.

     - Halo?

     - Cześć, tu Alex. Siedzę właśnie na lotnisku, bo mój samolot jest opóźniony z powodu złych warunków pogodowych – powiedział i jakby się zamyślił. – Nie obudziłem cię?

Uśmiechnąłem się, słysząc troskę w jego głosie.

      - Nie, akurat wstałem i poszedłem do łazienki – mówiąc to, usiadłem na desce klozetowej, dając odpocząć zmęczonym i zdrętwiałym nogom.

      - To dobrze. Jak tam… twój ojciec? Trzyma się?

      - Nie jest źle – mruknąłem, choć nie do końca było to zbyt zgodne z prawdą.

      - A ty, jak się trzymasz, skarbie?

      - Jest w porządku. Ale jak ty przylecisz, to będzie o wiele lepiej.

Wciąż czułem się głupio po tym, jak naskoczyłem na niego we wcześniejszej rozmowie. Chłopak martwił się o mnie i chciał być blisko mnie – ba, ja sam chciałem, by w tym momencie był obok. Więc czemu tak zareagowałem?

       - No ja myślę – zachichotał, a ja oczami wyobraźni widziałem jak się uśmiecha.

Widziałem te maleńkie zapowiedzi zmarszczek przy oczach i kącikach ust, które kiedyś, w wieku pięćdziesięciu lat, będą u niego niemożliwe do niezauważenia. Widziałem także dłoń, którą przeczesywał właśnie włosy, a robił tak zawsze, gdy coś go szczerze ucieszyło… W tym momencie zamiast rozmawiać z nim, rozpamiętywałem jego wygląd, znaki szczególne i nawyki, uznając je za wyjątkowo kochane i niepowtarzalne. Czy chciałem z nim spędzić przyszłość? Oczywiście. Czy chciałem razem z nim się zestarzeć i być z nim bez względu na wszystko? Bez dwóch zdań.

     - Tęsknię za tobą – powiedziałem całkiem poważnie. – Chciałbym, żebyś był tutaj ze mną.

Mimo, że nasza rozłąka nie trwała długo, brakowało mi Alexa z całego serce. Jego ciepła i wsparcia, które okazywał mi na co dzień w szkole.

      - Gabe, też mi ciebie brakuje – mruknął cicho, z uczuciem. – Nawet nie wiesz jak źle się czułem, gdy wróciłem do pustego pokoju i znalazłem kartkę od ciebie. Bałem się, że coś ci się stało albo że masz kłopoty… Przeszedłem przez piekło, dzwoniąc ciągle od Jaspera i słysząc tylko głuchy sygnał…

Dopiero jego słowa uświadomiły mi, że postąpiłem głupio z wyciszeniem telefonu. Nie pomyślałem jak czułbym się na miejscu Alexa po znalezieniu takiej wiadomości…

      - Przepraszam…

      - Przestań, nie przepraszaj – zaśmiał się. – Teraz, kiedy wiem, że tobie nic nie jest, mogę odetchnąć z ulgą. No i niedługo się zobaczymy, więc mi to wynagrodzisz.

Uśmiechnąłem się do siebie, mając nadzieję, że te kilka godzin minie mi szybko, bym mógł poczuć uspokajające dłonie Alexa na swojej głowie.

     - Kocham cię – szepnąłem w przypływie emocji. – Najbardziej na świecie.

     - Ja ciebie też kocham, Gabe. Jesteś najlepszym, co mi się w życiu przydarzyło.

Wtedy tknięty jakimś przeczuciem, odwróciłem się i spojrzałem na drzwi, w których stała moja mama. Uśmiechała się lekko, patrząc na mnie, a ja poczułem jak na moje policzki wstępują gorące rumieńce.

     - Muszę kończyć. Do później, paa!

Nie dałem nawet szansy Alexowi na odpowiedzenie mi i rozłączyłem się, prawie upuszczając telefon z nerwów. Matka weszła do łazienki i umyła ręce; z jej ust nie schodził uśmiech.

     - Pewnie nie chciałeś mi o tym na razie mówić, ale cieszę się, że znalazłeś dziewczynę. Trochę się obawiałam przez te wszystkie lata, że nikogo sobie nie znajdziesz, a tu proszę…

Kobieta podeszła do mnie, pocałowała mnie w policzek, a ja nawet nie próbowałem rozwiać jej wyobrażeń. Nie skomentowałem jej słów, tylko wzruszyłem ramionami. Za kilka godzin i tak miała się przekonać, jak bardzo myliła się co do swoich przypuszczeń. 


Rozdział XLII

7 komentarzy:
Przez całą noc nie mogłem zasnąć; Alex leżał obok mnie na boku, oddychając głęboko i miarowo. Próbowałem już chyba wszystkich pozycji, ale nie byłem w stanie się zrelaksować – czułem dziwne napięcie wszystkich mięśni, tak, jakby moje ciało spinało się w obliczu jakiegoś niebezpieczeństwa. Było to niesamowicie dziwne, bo w głowie nadal dominowała mi ulga po pogodzeniu się z chłopakiem i radość po spędzonym miło dniu.

Tej nocy na niebie królował księżyc w pełni, emanujący srebrnym światłem, które wkradało się do naszego pokoju przez szpary w żaluzjach. Leżałem i patrzyłem na tańce jego promieni na dywanie i wyobrażałem sobie moją przyszłość. Już się jej nie bałem – mimo, że wcześniej myśleniu o niej zawsze towarzyszyło mi przerażenie. Widziałem w niej siebie jako lekarza, prowadzącego własny gabinet psychiatryczny, małe mieszkanko, do którego wracałbym każdego wieczora, a Alex witałby mnie w progu. Oczywiście mielibyśmy kota, który lubiłby siedzieć mi na kolanach, gdy w nocy czytałbym książkę. Żylibyśmy spokojnie, razem, z dala od naszych rodzin, które by tego najprawdopodobniej nie zaakceptowały… Mielibyśmy siebie nawzajem i to by było najważniejsze.

Z rozmyślań wytrąciła mnie nagła potrzeba napicia się czegoś; wstałem więc, uprzednio wymykając się delikatnie z objęć śpiącego Alexa. W nocy w internacie było ciepło, bo piec nastawiony był na najwyższe obroty, gdy za oknem panował mróz. Jako zmarzluch nie musiałem nawet założyć bluzy – wyszedłem z pokoju w samych bokserkach i t-shircie. Korytarze oczywiście ziały pustką i ciszą, choć w pokoju dziennym widać było poświatę grającego telewizora. Ruszyłem w stronę łazienki, ale coś tknęło mnie, by sprawdzić, kto zamiast spać, leżał i oglądał telewizję.

Po kilku krokach widziałem już tył kanapy, więc zbliżyłem się i zajrzałem przez jej oparcie. Znalazłem tam nikogo innego jak Louisa Martineza i wtedy zdałem sobie sprawę, że ostatnio zrobiło się go naprawdę dużo w moim życiu. Być może dopiero od dnia balu zacząłem zwracać na niego uwagę i stąd właśnie widziałem go niemal wszędzie. Rudzielec leżał na boku, dłonią podpierając głowę i wpatrywał się w ekran. Telewizor grał cicho, tym bardziej, że dobywały się z niego piski i krzyki z racji oglądanego przez Martineza horroru. Czułem ciężar na sercu – tak duży, że przez chwilę nie byłem w stanie się ruszyć, a intuicyjnie wiedziałem, że chłopak zaraz odwróci się i na mnie spojrzy. Nie chciałem z nim rozmawiać, miałem dość niezręcznych sytuacji i jedyną rzeczą, której pragnąłem, było zaśnięcie.

Dzięki grubym skarpetkom wycofałem się bezgłośnie i poszedłem do łazienki – gdy wyszedłem już poza zasięg poświaty telewizora, spojrzałem przez ramię na chłopaka. Louis odwrócił się i patrzył w miejsce za kanapą, gdzie przed chwilą stałem. Nie czekając aż mnie zobaczy, wszedłem do pomieszczenia wyłożonego kafelkami i nawet nie trudziłem się zapalaniem światła. Podszedłem do umywalki, odkręciłem wodę, nabrałem jej w dłonie i wypiłem wszystko. Powtórzyłem czynność kilka razy, aż poczułem chlupot w żołądku, a wysuszone usta znów nabrały uwodnienia. Na koniec przemyłem sobie twarz i westchnąłem głęboko.

Wracając do pokoju nie miałem już tyle szczęścia. Louis przyłapał mnie gdy tylko pojawiłem się w świetle rzucanym przez telewizor.

                - Gabe? – Zapytał z dziecinnym zdziwieniem.

Przez mój umysł przebiegł pomysł, by puścić się biegiem przez korytarz, a przez kolejne dni udawać, że wcale nie doszło do tej sytuacji. Nie miałem najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, ale co miałem zrobić?

                - Taa – mruknąłem.

Martinez usiadł na kanapie, wciąż odwrócony w moją stronę. Na ekranie właśnie dochodziło do jakiejś krwawej sceny, więc pokój dzienny przemalowany został przez światło na czerwono.

                - Co tu robisz? Nie śpisz?

Wzruszyłem ramionami, wciąż stojąc jak winny pod ścianą korytarza.

                - Poszedłem się napić. No i najwyraźniej nie śpię, chyba, że to jest świadomy sen, a ja o tym nie wiem.

Walczyłem ze sobą – jedna część mnie chciała jak najszybciej wrócić do pokoju i zatopić się w ciepłych ramionach Alexa, a druga chciała usiąść koło Louisa i jednak z nim porozmawiać.

                - M-hm – skomentował moje słowa.

Już chciałem ruszyć korytarzem i zostawić tę niezręczną sytuację za sobą, gdy chłopak powiedział:

                - Chcesz o tym pogadać?

Gdy tylko wypowiedział te zdanie, wiedziałem już, o co mu chodziło. O dzień balu, o jego wyznanie, o wszystko, co się wtedy stało lub prawie miało miejsce. Nim się spostrzegłem, ruszyłem w stronę kanapy i usiadłem obok Martineza.

                - Uch, miałem nadzieję, że jednak nie będziesz chciał… - Westchnął cicho, zaplatając ręce na kolanach.

Nie byłem w stanie ukryć małego uśmiechu, który wywołała jego szczerość i to, jak bardzo się denerwował. Jednocześnie było mi z tego powodu głupio, bo to ja byłem powodem, przez który chłopak się tak zachowywał.

                - Chyba chciałbym cię przeprosić – powiedział, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca.

Ton jego głosu był tak smutny, że poczułem na sobie jego brzemię.

                - Nie masz mnie za co przepraszać, Louis… - mruknąłem, nie będąc w stanie spojrzeć mu w twarz. – To ja powinienem cię przeprosić. Za to, jak cię potraktowałem tamtego dnia. Nie powinienem tego tak rozgrywać, tylko że nie spodziewałem się tego…

                - Kochasz Alexa, prawda? – Przerwał mój wywód pytaniem.

Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem, a ja prawie się pod nim speszyłem.

                - Tak – odpowiedziałem twardo. – I dlatego mogę się z tobą jedynie przyjaźnić.

Martinez westchnął i przetarł oczy dłonią; przez chwilę bałem się, że zacznie płakać, ale gest ten był chyba wywołany jedynie zmęczeniem.

                - No i co ja mam na to odpowiedzieć? – Milczałem, wpatrując się w niego. – Mógłbym się z tobą przyjaźnić, ale zawsze doszukiwałbym się w twoim zachowaniu jakiegoś drugiego dna i przeinaczał to na swoją korzyść. Nie wiem co by mnie bardziej bolało; zerwać z tobą kontakt, czy się zaprzyjaźnić i wiedzieć, że nie możesz być mój…

                - Nie wiem, Louis… Decyzja należy do ciebie – powiedziałem, czując dziwny ucisk w gardle.

Chłopak znów westchnął głęboko i spojrzał mi w oczy.

                - Muszę się zastanowić – mruknął, a potem podrapał się po karku nerwowo. – Ale wiesz… jeśli… nie wyjdzie ci ze Smithem, czy coś, to zawsze możesz przyjść do mnie… Będę czekał.

Starałem się nie okazać mu, jak bardzo zaskoczyły mnie te słowa i fakt, że Louis zaczerwienił się aż po czubek nosa. Poczułem, że bardzo, ale to bardzo chcę wrócić już do pokoju i usnąć w ramionach Alexa. Zacząłem podnosić się z kanapy, mając nadzieję, że nie będzie to wyglądało jak ucieczka.

                - Dziękuję? – Odpowiedziałem mu, nie wiedząc co powinienem w takiej sytuacji zrobić.

Nigdy nie byłem zbyt dobry w niezręcznych rozmowach i na ogół starałem się ich unikać jak ognia. Martinez spojrzał na mnie smutno, więc spróbowałem uśmiechnąć się do niego przyjaźnie, ale nie bardzo mi to wyszło.

                - Dobranoc – rzuciłem jeszcze i ruszyłem korytarzem w stronę swojego pokoju.

                - Dobranoc.

Idąc, czułem na sobie wzrok Louisa odprowadzający mnie zanim zniknąłem za zakrętem.

***

Zasnąłem dopiero koło czwartej, a o szóstej Alex wstawał już na poranny trening. Chłopak pocałował mnie w policzek, przeciągnął się i ziewnął szeroko, a ja z bólem otworzyłem zaspane oczy. Nie czułem się w ogóle na siłach żeby wstać z łóżka, ale wiedziałem też, że już nie zasnę. Ta noc definitywnie należała do najgorszych w moim życiu.

                - Dzień dobry, Słońce – mruknął do mnie Smith, biegając już po pokoju.

Oparłem się głową na łokciu i ziewnąłem, przyglądając się jego porannemu rytuałowi.

                - Dobry – wydusiłem pomiędzy dwoma intensywnymi ziewnięciami.

Alex zatrzymał się, spojrzał na mnie i podniósł brew w geście zdziwienia.

                - Nie wyspałeś się?

Wzruszyłem ramionami i padłem na plecy ignorując jego pytanie. Chłopak zaśmiał się pod nosem, a potem szybko znalazł się na moich biodrach, trzymając mi dłonie za nadgarstki nad poduszką, na której opierałem głowę.

                - To co ty takiego robiłeś w nocy i dlaczego ja w tym nie uczestniczyłem? – Zapytał dwuznacznym tonem i miną perwersa, więc nie mogłem powstrzymać śmiechu.

Chłopak schylił się i zamknął mi usta w namiętnym pocałunku, puszczając jedną z moich rąk. Alex wplótł mi palce we włosy w czułym geście, który tak kochałem. Pytanie, które zadał zawisło w powietrzu nad naszymi głowami, a potem, zniecierpliwione zniknęło, a my nadal całowaliśmy się bez opamiętania.

Jak zwykle poczułem, że w moich bokserkach robi się ciaśniej i mimowolnie pomyślałem o nadchodzących wielkimi krokami feriach. O naszym wyjeździe z Philem i Billem, o wazelinie, o aurze panującej w domku dziadka Sunlighta…

Jęknąłem cicho z zaskoczenia, gdy chłopak otarł się kolanem o mojego członka. Alex oderwał się ode mnie i uśmiechnął się triumfująco, więc w odwecie przyssałem się do jego szyi i zrobiłem mu małą, ale cholernie widoczną malinkę. Koszykarz nie pozostał mi dłużny i po chwili szarpaniny też zostawił mi małą pamiątkę.

                - Leć na trening, bo się spóźnisz – powiedziałem złośliwie, a potem przygryzłem mu dolną wargę.

Smith przewrócił oczyma.

                - A co, masz mnie dosyć?

                - I to jeszcze jak!

Chłopak przymknął oczy i zacisnął usta w sceptycznym grymasie, a potem puścił mnie i wstał. Uniósł głowę wysoko, w teatralnym geście, a ja już wiedziałem, że włączył mu się tryb obrażalskiego. Zaśmiałem się pod nosem, gdy Alex przeszedł w ten sposób przez cały pokój, by wziąć torbę i ciuchy. A kiedy zniknął bez słowa tuż za drzwiami, westchnąłem i zamknąłem na chwilę oczy.

***

A otworzyłem je dopiero o godzinie ósmej trzydzieści i ze strachem zerwałem się z łóżka, klnąc na czym to świat stoi. Szybko chwyciłem ciuchy i plecak, ubrałem się i wybiegłem z pokoju. Na zewnątrz było chłodno, z racji tego, że słońce dopiero co leniwie wynurzało się zza linii horyzontu. Mój pośpiech był bezsensowny – i tak nie miałem prawa wejść do klasy od matematyki, w której to właśnie trwała moja pierwsza lekcja. Nie wiem, po co biegłem, ale moje ciało zareagowało właśnie w ten sposób.
Dotarłem do sekretariatu, dysząc od wysiłku, a sekretarka spojrzała na mnie znad oprawek cienkich okularów. Rozpoznałem w niej Lisę Haysoll, Hayroth, Hayworth, czy jakoś tak; kobietę, z którą rozmawiałem w sprawie Belzebuba-Castiela jakiś czas temu.

                - Dzień dobry – wysapałem, wchodząc do środka i siadając na krześle przy biurku. – Spóźniłem się na lekcję.

Sekretarka przyjrzała mi się uważnie, poprawiając okulary.

                - Nazwisko i nauczyciel?

                - Phantomhive. Profesor Raven.

Kobieta spojrzała na mnie znów i zamrugała kilka razy.

                - Ten Phantomhive? To znaczy, Phantomhive od kota?

Kiwnąłem głową, a ona uśmiechnęła się do mnie serdecznie.

                - Barbara bardzo ci dziękuje – mruknęła konspiracyjnie. – A teraz leć, bo spóźnisz się na biologię.

Sekretarka puściła mi oko, a ja patrzyłem, jak odkłada wszystkie wyciągnięte wcześniej papiery bez naniesienia na nie nawet odrobiny tuszu z pióra.

                - Dziękuję pani bardzo – powiedziałem, czując ogromną wdzięczność.

Z serca spadł mi kamień, bo bałem się reakcji rodziców na moje spóźnienie; nie wiedziałem, jak by je przyjęli. Wyszedłem z pomieszczenia, czując się lekko i poszedłem do budynku lekcyjnego z mocnym wrażeniem nierealności.

***

Przez wszystkie lekcje ziewałem i kilku nauczycieli zwróciło mi nawet uwagę. Kryzys dopadł mnie na historii z panem Turnerem, kiedy mężczyzna przechadzał się po klasie, dyktując daty najważniejszych wydarzeń ostatniej dekady. Oczy zaczęły mi się same zamykać, więc poddałem się i porzuciłem pisanie notatki, mając nadzieję, że ktoś będzie na tyle życzliwy, by pożyczyć mi swoje własne. Gdy zabrzmiał dzwonek, podszedłem do Marka – tego chłopaka, który podobał się Mortonowi.

                - Cześć, pożyczyłbyś mi notatki z dzisiejszej lekcji? Nie spałem zbyt dobrze, więc pogubiłem się pod koniec…

Gallagher uśmiechnął się i bez słowa wręczył mi zeszyt w ciemnej okładce, a mnie wtedy naszedł kuszący pomysł.

                - Słuchaj… Mógłbym ci go już jutro oddać, ale będę zajęty uczeniem się. Czy nie będzie to problemem, jeśli wyślę do ciebie kolegę? – Oczywiście nie myślałem o nikim innym, tylko o Lucasie Mortonie.

                - Nie, spoko. Mieszkam w trzydziestce.

                - Dzięki – rzuciłem jeszcze i wyszedłem z sali.

Historia była moją ostatnią lekcją, więc poszedłem tylko do szatni po kurtkę i ruszyłem do internatu. Byłem ciekawy, czy Michael dotarł już z małą i czy siedział właśnie w moim pokoju. Nie czułem niepokoju, ani strachu – byłem neutralnie nastawiony na te spotkanie.

***

Otworzyłem drzwi opatrzone numerem szesnaście i moim oczom ukazał się niezadowalający widok. Michael siedział na jednym z łóżek i stroił gitarę, a z kącika jego ust wystawał dymiący papieros. Mała siedziała na dywanie i przeglądała podręcznik Alexa od geografii, zachwycając się kolorowymi obrazkami. Przeszedłem energicznie przez pokój, wyciągnąłem Smithowi peta z ust i otworzyłem okno, a potem wyrzuciłem go na zewnątrz. Na koniec rozgoniłem dym ręką i rzuciłem plecak na ziemię.

                - Nie wiem czy wiesz, ale tutaj panuje zakaz palenia – prawie że warknąłem. – I dlaczego palisz przy małej?

Mina Michaela wyrażała czyste zdziwienie moim zachowaniem, a jego dłonie znieruchomiały w połowie wykonywanego zadania.

                - Cześć. Nie wiedziałem, przepraszam – mruknął, nadal zaskoczony.

Ton jego głosu kłócił się z jego osobowością, ale westchnąłem i wyluzowałem.

                - Hej, ślicznotko – zwróciłem się do Vi, głaszcząc ją po główce.

Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, pokazując mi brak jednego z przednich zębów.

                - Zobacz, wypadł mi ząbek! Mama powiedziała mi, żebym dzisiaj położyła go pod poduszką, bo w nocy przyjdzie po niego Wróżka-Zębuszka i da mi za niego pieniążka!

Kucnąłem obok niej i zacząłem oglądać szparę po jednym z mleczaków jak profesjonalny stomatolog. Zacmokałem z podziwem.

                - No, no, no, ładniejszej dziury to ja nie widziałem.

Vicky uśmiechnęła się, a potem wróciła do oglądania obrazków. Podniosłem wzrok na Micha, łapiąc go na tym, że mi się przyglądał.

                - Co?

                - Nic, po prostu Vi po raz pierwszy jest taka otwarta dla kogoś, kogo praktycznie nie zna i to mnie dziwi.

Wzruszyłem ramionami; nie wiedziałem, czy odebrać to jako komplement. Chłopak wrócił do strojenia gitary, więc przyglądałem się ruchom jego palców, gdy kręciły stroikami.

                - Kiedy przyjdzie Al? – Zapytał nagle, nie podnosząc wzroku.

                - Zaraz powinien…

Przerwał m odgłos otwieranych drzwi, w których pojawił się nie kto inny, jak właśnie drugi Smith.

                - O wilku mowa – mruknął Mich.

Alex rzucił mu krótkie spojrzenie, uśmiechnął się do mnie, a na koniec podszedł do Vi i chwycił ją w ramiona. Dziewczynka zaczęła piszczeć z radości, kiedy koszykarz podnosił ją wysoko, wysoko, aż do sufitu. 

                - Hej mała, chcesz iść na łyżwy?

Vicky pokiwała energicznie główką, więc Smith postawił ja na ziemi i chwycił za rączkę.

                - To my idziemy – mruknął, patrząc to na mnie, to na Micha.

Wychodząc, wziął kurtkę dziewczynki i rzucił mi jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie. W tym samym momencie jego brat wstał, zadowolony z nastrojenia gitary i podszedł do mnie.

                - Gotowy?

                - Powiedzmy – westchnąłem.

Wziąłem do ręki gitarę i przymierzyłem palce do gryfu – pasowały idealnie, a struny miękko wbijały mi się w opuszki. Usiedliśmy z powrotem na łóżku naprzeciw siebie.

                - Nauczę cię najpierw podstawowych czterech chwytów – mruknął, łapiąc palce mojej lewej ręki. – Ten palec dajesz tu… ten tu… a ten tu. O, idealnie. Tak zagrasz A-moll. No, a teraz uderz w struny.

Zrobiłem co mi kazał, ale dźwięk okazał się nieczysty.

                - Dociśnij mocniej wszystkie palce i nie piszcz jak będzie bolało. To normalne.

Znów wykonałem jego rozkaz i uderzyłem w struny – tym razem wszystko zabrzmiało pięknie. Mich uśmiechnął się zadowolony i pokazał mi jak wygląda chwyt C, a potem E i G. Milcząc, robiłem to, czego ode mnie oczekiwał i szczerze mówiąc - szło mi nieźle.

                - Dobra, mój uczniu, a teraz zagramy jakąś piosenkę. Może Nirvany? Standardowo "Smells like teen spirit". Znasz rytm, prawda?

Kiwnąłem głową na potwierdzenie jego słów i zacząłem grać, patrząc na kartkę ze wszystkimi chwytami, którą przygotował mi Mich. Niestety jednoczesne bicie i zmienianie akordów nie było tak łatwe, jak pojedyncze granie i po chwili przerwałem.

                - Co jest?

                - Nie wychodzi mi bicie. Nie czuję tego – pożaliłem się.

Chłopak myślał chwilę, a potem wstał i usiadł tuż za mną. Przykleił się klatką piersiową do moich pleców, a głowę oparł mi na lewym ramieniu. Nie mogłem powstrzymać zaskoczenia i próbowałem trochę się od niego odsunąć.

                - Ty trzymaj chwyty, a ja będę bił. Patrz dokładnie jak to robię.

Objął mnie ramieniem i po chwili mojego wahania zaczął grać, kiwając rytmicznie głową i potupując nogą. Jego bliskość była dla mnie bardzo niekomfortowa, ale siedziałem cicho, choć nie mogłem się za bardzo skupić. Czułem wodę kolońską, którą pachniał, a jego włosy łaskotały mnie w kark. W myślach modliłem się do nieistniejących bogów, by Mich nie próbował robić niczego nieodpowiedniego. Nagle chłopak wstał i wrócił na poprzednie miejsce, patrząc na mnie z wyczekiwaniem.

                - No, teraz twoja kolej.

Spróbowałem powtórzyć jego ruchy, ale szło mi opornie; kilka razy sfałszowałem dźwięk lub niechcący zaczepiłem palcem o strunę.

                - Nie jest źle – podsumował Mich. – A teraz próbuj aż do skutku, aż wszystko zagrasz czysto.

Westchnąłem i przycisnąłem palcami struny.

                - A co to za podejście? Proszę mi tutaj tak nie wzdychać.

Mimowolnie uśmiechnąłem się i wziąłem za granie. Czekało mnie naprawdę długie popołudnie.

***

Lekcja skończyła się po dłuższym czasie – nauczyłem się grać kilka piosenek i zaczynałem się z tego powodu naprawdę cieszyć. Mich często mnie chwalił, a jeszcze częściej muskał palcami moje palce, ale nie zwracałem na to uwagi. Kiedy Alex wrócił, trzymając na rękach śpiącą Vi, grałem właśnie piosenkę „Nothing else matters” zespołu, którego nie trzeba przedstawiać, a gdy go zobaczyłem, od razu przestałem. Mała wtulona była w ramiona brata jak mała koala, a jej włosy spływała ciemną kaskadą i bujały się w powietrzu. Alex położył Vi na drugim łóżku, a potem westchnął i usiadł przy biurku.

                - Jak tam lekcja? – Zapytał, patrząc na nas.

W kącikach jego ust czaił się szczęśliwy uśmiech, co mi również sprawiło radość.

                - Gabe jest bardzo zdolny – pochwalił mnie Mich. – Nieźle mu szło jak na pierwszy raz.

                - Cieszę się.

                - A wy, jak spędziliście dzień? – Zapytałem, by wyjść z tematu chwalenia mnie, bo był on dla mnie wyjątkowo niezręczny.

                - Głównie na łyżwach; Vi bardzo się spodobały. Potem poszliśmy na salę i robiliśmy wsady do kosza. Już dawno nie spędziłem z nią tak miło czasu i brakowało mi tego…

Michael uśmiechnął się serdecznie do brata, a ja w tym momencie zmieniłem zdanie na jego temat.

                - To dobrze – mruknął. – Rodzice chcą jechać już jutro wieczorem do domu, a twoja szkoła będzie nie po drodze, więc chyba będziesz musiał się już dzisiaj pożegnać z Vi.

                - Co? – Zapytał nieprzytomnie Alex. – Dlaczego już jutro?

                - Ojciec dostał telefon, że jednemu z jego pacjentów ze stwardnieniem rozsianym, czy czymś tam, pogorszyło się i że jest potrzebny.

                - Rozumiem – westchnął Alex. – No cóż.

Spojrzał z uczuciem w stronę Vi, która leżała jak na razie na łóżku i miarowo oddychała. Na dłuższą chwilę w pokoju zapanowała cisza.

                - Od kiedy jesteście razem? – Zapytał nagle Michael, patrząc w podłogę.

Automatycznie spiąłem się i już zacząłem zaprzeczać, tak samo Alex, ale Mich pokręcił głową.

                - Nie róbcie ze mnie debila, wiem, że jesteście razem – powiedział.

Wymieniliśmy z Alexem spojrzenia.

                - Od początku stycznia.

Michael zacmokał.

                - To króciutko. Myślałem, że dłużej, patrząc na wasze zachowanie.

                - Do czego pijesz? – Zapytał Alex, a w jego głosie słychać było zdenerwowanie.

                - Hej, hej, spokojnie, ogierze – powiedział Mich, unosząc dłonie do góry. – Nie przepadam za tobą, ale Gabriela naprawdę polubiłem.

Uniosłem brwi w geście zdziwienia, a Alexowi zamknęło to buzię.

                - Matka chciała, żebym miał na was oko i powiedział jej o czymś, co będzie świadczyło, że nadal jesteś gejem, Al.

                - Kurwa, tak myślałem…

Mich parsknął śmiechem.

                - Skoro to podejrzewałeś, to dlaczego nie schowaliście tych malinek, które pięknie prezentują się wam na szyjach?

W tym samym momencie moja ręka i ręka Alexa wylądowały na naszych szyjach, gdzie królowały ciemne siniaki. Na naszych twarzach wykwitły takie same rumieńce zawstydzenia.

                - Ale wiecie co? Jak tak na was patrzę, to przykro mi się robi na samą myśl, żebym miał na was donieść.

Jednocześnie spojrzeliśmy na niego zaskoczeni.

                - No co tak patrzycie na mnie oczyma wielkimi jak monety?

Michael zaśmiał się i zaczął chować gitarę do futerału. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, a Alex też siedział cicho.

                - A może jakieś „dziękuję” chociaż?

W tym momencie Vi wstała i ziewnęła szeroko, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w pokoju osób. Alex wstał i podszedł do niej, a ja spojrzałem na Michaela z wdzięcznością.

                - Dziękuję, naprawdę dziękuję. I za lekcję gry i za to, co przed chwilą powiedziałeś.

Mich uśmiechnął się do mnie, a potem wstał.

                - No, czas się zbierać, mała.

Vi spojrzała na niego zaspanymi oczkami, przecierając je piąstkami.

                - Dobrze, Mi. Już wstaję.

Dziewczynka stanęła na nóżkach i znów ziewnęła. Uściskała Alexa, a potem podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek.

                - Słyszałam waszą rozmowę i nie rozumiem dlaczego mama miałaby się zdenerwować dlatego, że chodzicie ze sobą – mruknęła. – Lubię cię, żółwiku i cieszę się, że ty i Alex się kochacie.

Zaskoczony nie byłem w stanie wycisnąć z siebie ani jednego słowa, więc jedynie uśmiechnąłem się do niej, gładząc ją po główce. Mich zarzucił gitarę na plecy, a potem wziął dziewczynkę na ręce.

                - No, moja krew, mała.

Potem ruszył w stronę drzwi, ale nim wyszedł na korytarz, odwrócił się jeszcze.

                - Miło było, Gabe. Alex, dzięki, że mogłem poznać twojego chłopaka. Do kiedyś!

                - Do zobaczenia – mruknąłem.

                - Pozdrów rodziców. Pa, Vi!

Gdy drzwi zamknęły się z cichym trzaśnięciem, usłyszałem, jak Alex wzdycha głęboko. Chłopak usiadł na łóżku, a potem padł na plecy i rozłożył ręce na boki. Myślałem, że myśli o czymś intensywnie, ale po chwili do moich uszu doszedł cichy śmiech. Wstałem, podszedłem do niego i położyłem się obok. Skuliłem się i wtuliłem w jego ramię, a on położył mi dłoń na głowie, by miarowo mnie po niej głaskać.

                - Czyli co, teraz jeszcze tylko półtora tygodnia i ferie?

                - M-hm – mruknąłem, bo było mi zbyt dobrze na odzywanie się głośno.