Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vicky. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Vicky. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XLII

7 komentarzy:
Przez całą noc nie mogłem zasnąć; Alex leżał obok mnie na boku, oddychając głęboko i miarowo. Próbowałem już chyba wszystkich pozycji, ale nie byłem w stanie się zrelaksować – czułem dziwne napięcie wszystkich mięśni, tak, jakby moje ciało spinało się w obliczu jakiegoś niebezpieczeństwa. Było to niesamowicie dziwne, bo w głowie nadal dominowała mi ulga po pogodzeniu się z chłopakiem i radość po spędzonym miło dniu.

Tej nocy na niebie królował księżyc w pełni, emanujący srebrnym światłem, które wkradało się do naszego pokoju przez szpary w żaluzjach. Leżałem i patrzyłem na tańce jego promieni na dywanie i wyobrażałem sobie moją przyszłość. Już się jej nie bałem – mimo, że wcześniej myśleniu o niej zawsze towarzyszyło mi przerażenie. Widziałem w niej siebie jako lekarza, prowadzącego własny gabinet psychiatryczny, małe mieszkanko, do którego wracałbym każdego wieczora, a Alex witałby mnie w progu. Oczywiście mielibyśmy kota, który lubiłby siedzieć mi na kolanach, gdy w nocy czytałbym książkę. Żylibyśmy spokojnie, razem, z dala od naszych rodzin, które by tego najprawdopodobniej nie zaakceptowały… Mielibyśmy siebie nawzajem i to by było najważniejsze.

Z rozmyślań wytrąciła mnie nagła potrzeba napicia się czegoś; wstałem więc, uprzednio wymykając się delikatnie z objęć śpiącego Alexa. W nocy w internacie było ciepło, bo piec nastawiony był na najwyższe obroty, gdy za oknem panował mróz. Jako zmarzluch nie musiałem nawet założyć bluzy – wyszedłem z pokoju w samych bokserkach i t-shircie. Korytarze oczywiście ziały pustką i ciszą, choć w pokoju dziennym widać było poświatę grającego telewizora. Ruszyłem w stronę łazienki, ale coś tknęło mnie, by sprawdzić, kto zamiast spać, leżał i oglądał telewizję.

Po kilku krokach widziałem już tył kanapy, więc zbliżyłem się i zajrzałem przez jej oparcie. Znalazłem tam nikogo innego jak Louisa Martineza i wtedy zdałem sobie sprawę, że ostatnio zrobiło się go naprawdę dużo w moim życiu. Być może dopiero od dnia balu zacząłem zwracać na niego uwagę i stąd właśnie widziałem go niemal wszędzie. Rudzielec leżał na boku, dłonią podpierając głowę i wpatrywał się w ekran. Telewizor grał cicho, tym bardziej, że dobywały się z niego piski i krzyki z racji oglądanego przez Martineza horroru. Czułem ciężar na sercu – tak duży, że przez chwilę nie byłem w stanie się ruszyć, a intuicyjnie wiedziałem, że chłopak zaraz odwróci się i na mnie spojrzy. Nie chciałem z nim rozmawiać, miałem dość niezręcznych sytuacji i jedyną rzeczą, której pragnąłem, było zaśnięcie.

Dzięki grubym skarpetkom wycofałem się bezgłośnie i poszedłem do łazienki – gdy wyszedłem już poza zasięg poświaty telewizora, spojrzałem przez ramię na chłopaka. Louis odwrócił się i patrzył w miejsce za kanapą, gdzie przed chwilą stałem. Nie czekając aż mnie zobaczy, wszedłem do pomieszczenia wyłożonego kafelkami i nawet nie trudziłem się zapalaniem światła. Podszedłem do umywalki, odkręciłem wodę, nabrałem jej w dłonie i wypiłem wszystko. Powtórzyłem czynność kilka razy, aż poczułem chlupot w żołądku, a wysuszone usta znów nabrały uwodnienia. Na koniec przemyłem sobie twarz i westchnąłem głęboko.

Wracając do pokoju nie miałem już tyle szczęścia. Louis przyłapał mnie gdy tylko pojawiłem się w świetle rzucanym przez telewizor.

                - Gabe? – Zapytał z dziecinnym zdziwieniem.

Przez mój umysł przebiegł pomysł, by puścić się biegiem przez korytarz, a przez kolejne dni udawać, że wcale nie doszło do tej sytuacji. Nie miałem najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, ale co miałem zrobić?

                - Taa – mruknąłem.

Martinez usiadł na kanapie, wciąż odwrócony w moją stronę. Na ekranie właśnie dochodziło do jakiejś krwawej sceny, więc pokój dzienny przemalowany został przez światło na czerwono.

                - Co tu robisz? Nie śpisz?

Wzruszyłem ramionami, wciąż stojąc jak winny pod ścianą korytarza.

                - Poszedłem się napić. No i najwyraźniej nie śpię, chyba, że to jest świadomy sen, a ja o tym nie wiem.

Walczyłem ze sobą – jedna część mnie chciała jak najszybciej wrócić do pokoju i zatopić się w ciepłych ramionach Alexa, a druga chciała usiąść koło Louisa i jednak z nim porozmawiać.

                - M-hm – skomentował moje słowa.

Już chciałem ruszyć korytarzem i zostawić tę niezręczną sytuację za sobą, gdy chłopak powiedział:

                - Chcesz o tym pogadać?

Gdy tylko wypowiedział te zdanie, wiedziałem już, o co mu chodziło. O dzień balu, o jego wyznanie, o wszystko, co się wtedy stało lub prawie miało miejsce. Nim się spostrzegłem, ruszyłem w stronę kanapy i usiadłem obok Martineza.

                - Uch, miałem nadzieję, że jednak nie będziesz chciał… - Westchnął cicho, zaplatając ręce na kolanach.

Nie byłem w stanie ukryć małego uśmiechu, który wywołała jego szczerość i to, jak bardzo się denerwował. Jednocześnie było mi z tego powodu głupio, bo to ja byłem powodem, przez który chłopak się tak zachowywał.

                - Chyba chciałbym cię przeprosić – powiedział, przyprawiając mnie o szybsze bicie serca.

Ton jego głosu był tak smutny, że poczułem na sobie jego brzemię.

                - Nie masz mnie za co przepraszać, Louis… - mruknąłem, nie będąc w stanie spojrzeć mu w twarz. – To ja powinienem cię przeprosić. Za to, jak cię potraktowałem tamtego dnia. Nie powinienem tego tak rozgrywać, tylko że nie spodziewałem się tego…

                - Kochasz Alexa, prawda? – Przerwał mój wywód pytaniem.

Spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem, a ja prawie się pod nim speszyłem.

                - Tak – odpowiedziałem twardo. – I dlatego mogę się z tobą jedynie przyjaźnić.

Martinez westchnął i przetarł oczy dłonią; przez chwilę bałem się, że zacznie płakać, ale gest ten był chyba wywołany jedynie zmęczeniem.

                - No i co ja mam na to odpowiedzieć? – Milczałem, wpatrując się w niego. – Mógłbym się z tobą przyjaźnić, ale zawsze doszukiwałbym się w twoim zachowaniu jakiegoś drugiego dna i przeinaczał to na swoją korzyść. Nie wiem co by mnie bardziej bolało; zerwać z tobą kontakt, czy się zaprzyjaźnić i wiedzieć, że nie możesz być mój…

                - Nie wiem, Louis… Decyzja należy do ciebie – powiedziałem, czując dziwny ucisk w gardle.

Chłopak znów westchnął głęboko i spojrzał mi w oczy.

                - Muszę się zastanowić – mruknął, a potem podrapał się po karku nerwowo. – Ale wiesz… jeśli… nie wyjdzie ci ze Smithem, czy coś, to zawsze możesz przyjść do mnie… Będę czekał.

Starałem się nie okazać mu, jak bardzo zaskoczyły mnie te słowa i fakt, że Louis zaczerwienił się aż po czubek nosa. Poczułem, że bardzo, ale to bardzo chcę wrócić już do pokoju i usnąć w ramionach Alexa. Zacząłem podnosić się z kanapy, mając nadzieję, że nie będzie to wyglądało jak ucieczka.

                - Dziękuję? – Odpowiedziałem mu, nie wiedząc co powinienem w takiej sytuacji zrobić.

Nigdy nie byłem zbyt dobry w niezręcznych rozmowach i na ogół starałem się ich unikać jak ognia. Martinez spojrzał na mnie smutno, więc spróbowałem uśmiechnąć się do niego przyjaźnie, ale nie bardzo mi to wyszło.

                - Dobranoc – rzuciłem jeszcze i ruszyłem korytarzem w stronę swojego pokoju.

                - Dobranoc.

Idąc, czułem na sobie wzrok Louisa odprowadzający mnie zanim zniknąłem za zakrętem.

***

Zasnąłem dopiero koło czwartej, a o szóstej Alex wstawał już na poranny trening. Chłopak pocałował mnie w policzek, przeciągnął się i ziewnął szeroko, a ja z bólem otworzyłem zaspane oczy. Nie czułem się w ogóle na siłach żeby wstać z łóżka, ale wiedziałem też, że już nie zasnę. Ta noc definitywnie należała do najgorszych w moim życiu.

                - Dzień dobry, Słońce – mruknął do mnie Smith, biegając już po pokoju.

Oparłem się głową na łokciu i ziewnąłem, przyglądając się jego porannemu rytuałowi.

                - Dobry – wydusiłem pomiędzy dwoma intensywnymi ziewnięciami.

Alex zatrzymał się, spojrzał na mnie i podniósł brew w geście zdziwienia.

                - Nie wyspałeś się?

Wzruszyłem ramionami i padłem na plecy ignorując jego pytanie. Chłopak zaśmiał się pod nosem, a potem szybko znalazł się na moich biodrach, trzymając mi dłonie za nadgarstki nad poduszką, na której opierałem głowę.

                - To co ty takiego robiłeś w nocy i dlaczego ja w tym nie uczestniczyłem? – Zapytał dwuznacznym tonem i miną perwersa, więc nie mogłem powstrzymać śmiechu.

Chłopak schylił się i zamknął mi usta w namiętnym pocałunku, puszczając jedną z moich rąk. Alex wplótł mi palce we włosy w czułym geście, który tak kochałem. Pytanie, które zadał zawisło w powietrzu nad naszymi głowami, a potem, zniecierpliwione zniknęło, a my nadal całowaliśmy się bez opamiętania.

Jak zwykle poczułem, że w moich bokserkach robi się ciaśniej i mimowolnie pomyślałem o nadchodzących wielkimi krokami feriach. O naszym wyjeździe z Philem i Billem, o wazelinie, o aurze panującej w domku dziadka Sunlighta…

Jęknąłem cicho z zaskoczenia, gdy chłopak otarł się kolanem o mojego członka. Alex oderwał się ode mnie i uśmiechnął się triumfująco, więc w odwecie przyssałem się do jego szyi i zrobiłem mu małą, ale cholernie widoczną malinkę. Koszykarz nie pozostał mi dłużny i po chwili szarpaniny też zostawił mi małą pamiątkę.

                - Leć na trening, bo się spóźnisz – powiedziałem złośliwie, a potem przygryzłem mu dolną wargę.

Smith przewrócił oczyma.

                - A co, masz mnie dosyć?

                - I to jeszcze jak!

Chłopak przymknął oczy i zacisnął usta w sceptycznym grymasie, a potem puścił mnie i wstał. Uniósł głowę wysoko, w teatralnym geście, a ja już wiedziałem, że włączył mu się tryb obrażalskiego. Zaśmiałem się pod nosem, gdy Alex przeszedł w ten sposób przez cały pokój, by wziąć torbę i ciuchy. A kiedy zniknął bez słowa tuż za drzwiami, westchnąłem i zamknąłem na chwilę oczy.

***

A otworzyłem je dopiero o godzinie ósmej trzydzieści i ze strachem zerwałem się z łóżka, klnąc na czym to świat stoi. Szybko chwyciłem ciuchy i plecak, ubrałem się i wybiegłem z pokoju. Na zewnątrz było chłodno, z racji tego, że słońce dopiero co leniwie wynurzało się zza linii horyzontu. Mój pośpiech był bezsensowny – i tak nie miałem prawa wejść do klasy od matematyki, w której to właśnie trwała moja pierwsza lekcja. Nie wiem, po co biegłem, ale moje ciało zareagowało właśnie w ten sposób.
Dotarłem do sekretariatu, dysząc od wysiłku, a sekretarka spojrzała na mnie znad oprawek cienkich okularów. Rozpoznałem w niej Lisę Haysoll, Hayroth, Hayworth, czy jakoś tak; kobietę, z którą rozmawiałem w sprawie Belzebuba-Castiela jakiś czas temu.

                - Dzień dobry – wysapałem, wchodząc do środka i siadając na krześle przy biurku. – Spóźniłem się na lekcję.

Sekretarka przyjrzała mi się uważnie, poprawiając okulary.

                - Nazwisko i nauczyciel?

                - Phantomhive. Profesor Raven.

Kobieta spojrzała na mnie znów i zamrugała kilka razy.

                - Ten Phantomhive? To znaczy, Phantomhive od kota?

Kiwnąłem głową, a ona uśmiechnęła się do mnie serdecznie.

                - Barbara bardzo ci dziękuje – mruknęła konspiracyjnie. – A teraz leć, bo spóźnisz się na biologię.

Sekretarka puściła mi oko, a ja patrzyłem, jak odkłada wszystkie wyciągnięte wcześniej papiery bez naniesienia na nie nawet odrobiny tuszu z pióra.

                - Dziękuję pani bardzo – powiedziałem, czując ogromną wdzięczność.

Z serca spadł mi kamień, bo bałem się reakcji rodziców na moje spóźnienie; nie wiedziałem, jak by je przyjęli. Wyszedłem z pomieszczenia, czując się lekko i poszedłem do budynku lekcyjnego z mocnym wrażeniem nierealności.

***

Przez wszystkie lekcje ziewałem i kilku nauczycieli zwróciło mi nawet uwagę. Kryzys dopadł mnie na historii z panem Turnerem, kiedy mężczyzna przechadzał się po klasie, dyktując daty najważniejszych wydarzeń ostatniej dekady. Oczy zaczęły mi się same zamykać, więc poddałem się i porzuciłem pisanie notatki, mając nadzieję, że ktoś będzie na tyle życzliwy, by pożyczyć mi swoje własne. Gdy zabrzmiał dzwonek, podszedłem do Marka – tego chłopaka, który podobał się Mortonowi.

                - Cześć, pożyczyłbyś mi notatki z dzisiejszej lekcji? Nie spałem zbyt dobrze, więc pogubiłem się pod koniec…

Gallagher uśmiechnął się i bez słowa wręczył mi zeszyt w ciemnej okładce, a mnie wtedy naszedł kuszący pomysł.

                - Słuchaj… Mógłbym ci go już jutro oddać, ale będę zajęty uczeniem się. Czy nie będzie to problemem, jeśli wyślę do ciebie kolegę? – Oczywiście nie myślałem o nikim innym, tylko o Lucasie Mortonie.

                - Nie, spoko. Mieszkam w trzydziestce.

                - Dzięki – rzuciłem jeszcze i wyszedłem z sali.

Historia była moją ostatnią lekcją, więc poszedłem tylko do szatni po kurtkę i ruszyłem do internatu. Byłem ciekawy, czy Michael dotarł już z małą i czy siedział właśnie w moim pokoju. Nie czułem niepokoju, ani strachu – byłem neutralnie nastawiony na te spotkanie.

***

Otworzyłem drzwi opatrzone numerem szesnaście i moim oczom ukazał się niezadowalający widok. Michael siedział na jednym z łóżek i stroił gitarę, a z kącika jego ust wystawał dymiący papieros. Mała siedziała na dywanie i przeglądała podręcznik Alexa od geografii, zachwycając się kolorowymi obrazkami. Przeszedłem energicznie przez pokój, wyciągnąłem Smithowi peta z ust i otworzyłem okno, a potem wyrzuciłem go na zewnątrz. Na koniec rozgoniłem dym ręką i rzuciłem plecak na ziemię.

                - Nie wiem czy wiesz, ale tutaj panuje zakaz palenia – prawie że warknąłem. – I dlaczego palisz przy małej?

Mina Michaela wyrażała czyste zdziwienie moim zachowaniem, a jego dłonie znieruchomiały w połowie wykonywanego zadania.

                - Cześć. Nie wiedziałem, przepraszam – mruknął, nadal zaskoczony.

Ton jego głosu kłócił się z jego osobowością, ale westchnąłem i wyluzowałem.

                - Hej, ślicznotko – zwróciłem się do Vi, głaszcząc ją po główce.

Dziewczynka uśmiechnęła się do mnie, pokazując mi brak jednego z przednich zębów.

                - Zobacz, wypadł mi ząbek! Mama powiedziała mi, żebym dzisiaj położyła go pod poduszką, bo w nocy przyjdzie po niego Wróżka-Zębuszka i da mi za niego pieniążka!

Kucnąłem obok niej i zacząłem oglądać szparę po jednym z mleczaków jak profesjonalny stomatolog. Zacmokałem z podziwem.

                - No, no, no, ładniejszej dziury to ja nie widziałem.

Vicky uśmiechnęła się, a potem wróciła do oglądania obrazków. Podniosłem wzrok na Micha, łapiąc go na tym, że mi się przyglądał.

                - Co?

                - Nic, po prostu Vi po raz pierwszy jest taka otwarta dla kogoś, kogo praktycznie nie zna i to mnie dziwi.

Wzruszyłem ramionami; nie wiedziałem, czy odebrać to jako komplement. Chłopak wrócił do strojenia gitary, więc przyglądałem się ruchom jego palców, gdy kręciły stroikami.

                - Kiedy przyjdzie Al? – Zapytał nagle, nie podnosząc wzroku.

                - Zaraz powinien…

Przerwał m odgłos otwieranych drzwi, w których pojawił się nie kto inny, jak właśnie drugi Smith.

                - O wilku mowa – mruknął Mich.

Alex rzucił mu krótkie spojrzenie, uśmiechnął się do mnie, a na koniec podszedł do Vi i chwycił ją w ramiona. Dziewczynka zaczęła piszczeć z radości, kiedy koszykarz podnosił ją wysoko, wysoko, aż do sufitu. 

                - Hej mała, chcesz iść na łyżwy?

Vicky pokiwała energicznie główką, więc Smith postawił ja na ziemi i chwycił za rączkę.

                - To my idziemy – mruknął, patrząc to na mnie, to na Micha.

Wychodząc, wziął kurtkę dziewczynki i rzucił mi jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie. W tym samym momencie jego brat wstał, zadowolony z nastrojenia gitary i podszedł do mnie.

                - Gotowy?

                - Powiedzmy – westchnąłem.

Wziąłem do ręki gitarę i przymierzyłem palce do gryfu – pasowały idealnie, a struny miękko wbijały mi się w opuszki. Usiedliśmy z powrotem na łóżku naprzeciw siebie.

                - Nauczę cię najpierw podstawowych czterech chwytów – mruknął, łapiąc palce mojej lewej ręki. – Ten palec dajesz tu… ten tu… a ten tu. O, idealnie. Tak zagrasz A-moll. No, a teraz uderz w struny.

Zrobiłem co mi kazał, ale dźwięk okazał się nieczysty.

                - Dociśnij mocniej wszystkie palce i nie piszcz jak będzie bolało. To normalne.

Znów wykonałem jego rozkaz i uderzyłem w struny – tym razem wszystko zabrzmiało pięknie. Mich uśmiechnął się zadowolony i pokazał mi jak wygląda chwyt C, a potem E i G. Milcząc, robiłem to, czego ode mnie oczekiwał i szczerze mówiąc - szło mi nieźle.

                - Dobra, mój uczniu, a teraz zagramy jakąś piosenkę. Może Nirvany? Standardowo "Smells like teen spirit". Znasz rytm, prawda?

Kiwnąłem głową na potwierdzenie jego słów i zacząłem grać, patrząc na kartkę ze wszystkimi chwytami, którą przygotował mi Mich. Niestety jednoczesne bicie i zmienianie akordów nie było tak łatwe, jak pojedyncze granie i po chwili przerwałem.

                - Co jest?

                - Nie wychodzi mi bicie. Nie czuję tego – pożaliłem się.

Chłopak myślał chwilę, a potem wstał i usiadł tuż za mną. Przykleił się klatką piersiową do moich pleców, a głowę oparł mi na lewym ramieniu. Nie mogłem powstrzymać zaskoczenia i próbowałem trochę się od niego odsunąć.

                - Ty trzymaj chwyty, a ja będę bił. Patrz dokładnie jak to robię.

Objął mnie ramieniem i po chwili mojego wahania zaczął grać, kiwając rytmicznie głową i potupując nogą. Jego bliskość była dla mnie bardzo niekomfortowa, ale siedziałem cicho, choć nie mogłem się za bardzo skupić. Czułem wodę kolońską, którą pachniał, a jego włosy łaskotały mnie w kark. W myślach modliłem się do nieistniejących bogów, by Mich nie próbował robić niczego nieodpowiedniego. Nagle chłopak wstał i wrócił na poprzednie miejsce, patrząc na mnie z wyczekiwaniem.

                - No, teraz twoja kolej.

Spróbowałem powtórzyć jego ruchy, ale szło mi opornie; kilka razy sfałszowałem dźwięk lub niechcący zaczepiłem palcem o strunę.

                - Nie jest źle – podsumował Mich. – A teraz próbuj aż do skutku, aż wszystko zagrasz czysto.

Westchnąłem i przycisnąłem palcami struny.

                - A co to za podejście? Proszę mi tutaj tak nie wzdychać.

Mimowolnie uśmiechnąłem się i wziąłem za granie. Czekało mnie naprawdę długie popołudnie.

***

Lekcja skończyła się po dłuższym czasie – nauczyłem się grać kilka piosenek i zaczynałem się z tego powodu naprawdę cieszyć. Mich często mnie chwalił, a jeszcze częściej muskał palcami moje palce, ale nie zwracałem na to uwagi. Kiedy Alex wrócił, trzymając na rękach śpiącą Vi, grałem właśnie piosenkę „Nothing else matters” zespołu, którego nie trzeba przedstawiać, a gdy go zobaczyłem, od razu przestałem. Mała wtulona była w ramiona brata jak mała koala, a jej włosy spływała ciemną kaskadą i bujały się w powietrzu. Alex położył Vi na drugim łóżku, a potem westchnął i usiadł przy biurku.

                - Jak tam lekcja? – Zapytał, patrząc na nas.

W kącikach jego ust czaił się szczęśliwy uśmiech, co mi również sprawiło radość.

                - Gabe jest bardzo zdolny – pochwalił mnie Mich. – Nieźle mu szło jak na pierwszy raz.

                - Cieszę się.

                - A wy, jak spędziliście dzień? – Zapytałem, by wyjść z tematu chwalenia mnie, bo był on dla mnie wyjątkowo niezręczny.

                - Głównie na łyżwach; Vi bardzo się spodobały. Potem poszliśmy na salę i robiliśmy wsady do kosza. Już dawno nie spędziłem z nią tak miło czasu i brakowało mi tego…

Michael uśmiechnął się serdecznie do brata, a ja w tym momencie zmieniłem zdanie na jego temat.

                - To dobrze – mruknął. – Rodzice chcą jechać już jutro wieczorem do domu, a twoja szkoła będzie nie po drodze, więc chyba będziesz musiał się już dzisiaj pożegnać z Vi.

                - Co? – Zapytał nieprzytomnie Alex. – Dlaczego już jutro?

                - Ojciec dostał telefon, że jednemu z jego pacjentów ze stwardnieniem rozsianym, czy czymś tam, pogorszyło się i że jest potrzebny.

                - Rozumiem – westchnął Alex. – No cóż.

Spojrzał z uczuciem w stronę Vi, która leżała jak na razie na łóżku i miarowo oddychała. Na dłuższą chwilę w pokoju zapanowała cisza.

                - Od kiedy jesteście razem? – Zapytał nagle Michael, patrząc w podłogę.

Automatycznie spiąłem się i już zacząłem zaprzeczać, tak samo Alex, ale Mich pokręcił głową.

                - Nie róbcie ze mnie debila, wiem, że jesteście razem – powiedział.

Wymieniliśmy z Alexem spojrzenia.

                - Od początku stycznia.

Michael zacmokał.

                - To króciutko. Myślałem, że dłużej, patrząc na wasze zachowanie.

                - Do czego pijesz? – Zapytał Alex, a w jego głosie słychać było zdenerwowanie.

                - Hej, hej, spokojnie, ogierze – powiedział Mich, unosząc dłonie do góry. – Nie przepadam za tobą, ale Gabriela naprawdę polubiłem.

Uniosłem brwi w geście zdziwienia, a Alexowi zamknęło to buzię.

                - Matka chciała, żebym miał na was oko i powiedział jej o czymś, co będzie świadczyło, że nadal jesteś gejem, Al.

                - Kurwa, tak myślałem…

Mich parsknął śmiechem.

                - Skoro to podejrzewałeś, to dlaczego nie schowaliście tych malinek, które pięknie prezentują się wam na szyjach?

W tym samym momencie moja ręka i ręka Alexa wylądowały na naszych szyjach, gdzie królowały ciemne siniaki. Na naszych twarzach wykwitły takie same rumieńce zawstydzenia.

                - Ale wiecie co? Jak tak na was patrzę, to przykro mi się robi na samą myśl, żebym miał na was donieść.

Jednocześnie spojrzeliśmy na niego zaskoczeni.

                - No co tak patrzycie na mnie oczyma wielkimi jak monety?

Michael zaśmiał się i zaczął chować gitarę do futerału. Nie byłem w stanie nic powiedzieć, a Alex też siedział cicho.

                - A może jakieś „dziękuję” chociaż?

W tym momencie Vi wstała i ziewnęła szeroko, zwracając na siebie uwagę wszystkich obecnych w pokoju osób. Alex wstał i podszedł do niej, a ja spojrzałem na Michaela z wdzięcznością.

                - Dziękuję, naprawdę dziękuję. I za lekcję gry i za to, co przed chwilą powiedziałeś.

Mich uśmiechnął się do mnie, a potem wstał.

                - No, czas się zbierać, mała.

Vi spojrzała na niego zaspanymi oczkami, przecierając je piąstkami.

                - Dobrze, Mi. Już wstaję.

Dziewczynka stanęła na nóżkach i znów ziewnęła. Uściskała Alexa, a potem podeszła do mnie i cmoknęła mnie w policzek.

                - Słyszałam waszą rozmowę i nie rozumiem dlaczego mama miałaby się zdenerwować dlatego, że chodzicie ze sobą – mruknęła. – Lubię cię, żółwiku i cieszę się, że ty i Alex się kochacie.

Zaskoczony nie byłem w stanie wycisnąć z siebie ani jednego słowa, więc jedynie uśmiechnąłem się do niej, gładząc ją po główce. Mich zarzucił gitarę na plecy, a potem wziął dziewczynkę na ręce.

                - No, moja krew, mała.

Potem ruszył w stronę drzwi, ale nim wyszedł na korytarz, odwrócił się jeszcze.

                - Miło było, Gabe. Alex, dzięki, że mogłem poznać twojego chłopaka. Do kiedyś!

                - Do zobaczenia – mruknąłem.

                - Pozdrów rodziców. Pa, Vi!

Gdy drzwi zamknęły się z cichym trzaśnięciem, usłyszałem, jak Alex wzdycha głęboko. Chłopak usiadł na łóżku, a potem padł na plecy i rozłożył ręce na boki. Myślałem, że myśli o czymś intensywnie, ale po chwili do moich uszu doszedł cichy śmiech. Wstałem, podszedłem do niego i położyłem się obok. Skuliłem się i wtuliłem w jego ramię, a on położył mi dłoń na głowie, by miarowo mnie po niej głaskać.

                - Czyli co, teraz jeszcze tylko półtora tygodnia i ferie?

                - M-hm – mruknąłem, bo było mi zbyt dobrze na odzywanie się głośno.


Rozdział XLI

10 komentarzy:
Zanim wyszliśmy z kina, Irene podpytała obsługę o jakąś dobrą restaurację, w której serwują zupę grzybową. Myślałem, że kobieta zostanie wyśmiana, ale blondynka z wcześniej (ta, z którą flirtował Michael), ożywiła się, słysząc jej słowa i od razu poleciła nam lokal „Staropolska chata”. Jak sama nazwa wskazywała, była to polska restauracja, której jednym z dań popisowych była właśnie zupa grzybowa.

                - Jedźmy tam, mamusiu – powiedziała Vi, ściskając Irene za rękę. – Jestem głodna.

Nie wiem dlaczego, ale ten widok mnie rozczulił, tak samo zresztą jak Alexa. Dziewczynka posłała nam uśmiech i ruszyła w stronę schodów, a wszyscy podążyli za nią jak stado owiec prowadzone przez psa pasterskiego. Vicky bez dwóch zdań odziedziczyła silny charakter po matce – jednak miała ona jeszcze jeden atut, a mianowicie potrafiła skupić na sobie uwagę wielu osób w jednym momencie. Dużo razy widziałem rodziców z dziećmi, którzy nie zaszczycali swoich pociech choćby spojrzeniem, dopóki te nie rozpłakały się wniebogłosy. A Vi? Vi wystarczył uśmiech i całe towarzystwo było już w jej posiadaniu.

Zapakowaliśmy się do vana, zajmując te same miejsca. Noga Micha znów przykleiła się do mojej, państwo Smith wdali się w rozmowę, a Alex siedział w milczeniu z tyłu i gapił się w szybę. Byłem ciekaw o czym myśli w tym momencie każda z obecnych w tym aucie osób, ale wiadomo, że nigdy nie miałem zaspokoić tej ciekawości. Jechaliśmy tylko dziesięć minut, a podróż trwałaby jeszcze krócej, gdyby nie fakt, że wjechaliśmy nie w tę ulicę, co trzeba. Roger musiał podjechać do najbliższych przechodniów, uchylić szybę i zapytać o prawidłową drogę, byśmy dotarli do restauracji.

Wysiedliśmy na parkingu; z ulgą odkleiłem nogę od nogi Micha, który zajęty był odpinaniem małej z fotelikowych pasów. Alex wysiadł od razu, więc stanąłem obok niego, patrząc, jak przygryza dolną wargę ze zdenerwowania.

                - Nie przejmuj się – mruknąłem. – Może nie będzie tak źle.

Chłopak spojrzał na mnie i westchnął głęboko, a wtedy podeszła do nas Irene, szukając czegoś w torebce, którą przewiesiła sobie przez ramię.

                - Chłopcy, jedliście kiedyś w polskiej restauracji? – Zapytała, marszcząc brwi. – Bo mi tak szczerze mówiąc jeszcze nigdy się to nie udało i po prostu nie wiem czego się spodziewać.

Alex pokręcił głową.

            - Moja babcia od strony ojca podobno miała polskie korzenie – mruknąłem, wzruszając ramionami. – Dlatego na Wigilię jemy obowiązkowo czerwony barszcz, pierogi i bigos.

Kobieta uśmiechnęła się do mnie, zaplatając ręce na piersi.

                - Ciekawe, czym jeszcze mnie zaskoczysz, Gabrielu.

Jej słowa sprawiły, że spuściłem wzrok, mimowolnie myśląc o tym, że jeśli chodzi o niespodzianki, to nadal miałem asa w rękawie w postaci faktu, że jestem chłopakiem jej syna. Na szczęście Vi podbiegła do nas i złapała mnie za rękę, więc zostałem zwolniony z obowiązku skomentowania wypowiedzi pani Smith.

                - Gabi, lubisz zupę grzybową? – Zapytała mała, ciągnąc mnie w stronę wejścia.

Restauracja okazała się budynkiem, który wystylizowany został na dużą drewnianą chatę – stąd najprawdopodobniej wzięła się jej nazwa. Na parkingu stało sporo aut, więc najwyraźniej jadłodajnia cieszyła się dużym zainteresowaniem.

                - Lubię. Jadłaś kiedyś pierogi?

Vi przytaknęła energicznie głową.

                - To te takie niby-ciastka, które są słone, a nie słodkie?

Zaśmiałem się pod nosem.

                - Mniej więcej.

Popchnąłem drzwi, przepuszczając małą przodem; weszliśmy do środka jako pierwsi z gromadki Smithów, a od progu przywitał nas trzask płomieni tańczących w kominku. Wnętrze restauracji było niesamowicie przytulne i tu także wszystko wykonane było z drewna. Na ścianach wisiały myśliwskie trofea i moją pierwsza myślą było to, że mała może się ich przestraszyć, ale Vi patrzyła na nie z fascynacją. Prawie wszystkie miejsca były zajęte, ale pod jednym z okien ktoś właśnie zwolnił dość duży stolik, który mógł starać się o zapewnienie naszej szóstce wygody.

                - Znalazłem wolne miejsce – powiedziałem do małej, na co ona uśmiechnęła się. – O tam, pod oknem.

Wskazałem pusty stolik, a wtedy dziewczynka wysunęła rączkę z mojego uścisku i pobiegła w tę stronę, lawirując pomiędzy klientami i kelnerami roznoszącymi jedzenie na dużych srebrnych tacach. Ruszyłem za nią, zahaczając tylko jeden raz biodrem o kant któregoś ze stolików, ale na moje szczęście nie był on ostro zakończony, więc prawie w ogóle nie zabolało.

Mała ściągnęła grzecznie kurtkę, a potem do jej rękawa wsunęła czapkę i szalik.

                - Tak nas uczyła pani Milkovitch w przedszkolu – wyjaśniła z poważną miną.

Wziąłem od niej kurtkę i powiesiłem ją na stojącym tuż za ławą stojaku, a potem sam ściągnąłem swoje okrycie. Vi w tym czasie przeglądała kartę dań, mrucząc pod nosem – najprawdopodobniej czytała nazwy potraw. Gdy usiadłem obok niej, zjawiła się reszta Smithów; wszyscy dzierżyli na twarzy ten sam beznamiętny wyraz, jedynie Mich uśmiechał się do swoich myśli. Alex usiadł koło mnie, więc pozostała trójka zajęła miejsca na ławie naprzeciw nas.

                - I jak skarbie, chcesz zupę grzybową? – Irene zapytała córeczkę,

Mała podniosła zamyślony wzrok znad karty dań i kiwnęła głową.

                - A na drugie chciałabym pierogi, o których mówił Gabi – mruknęła, wskazując palcem na jedną z pozycji pod nagłówkiem „Danie głównie”.

Pani Smith kiwnęła głową i wtedy do naszego stolika podszedł młody kelner. Chłopak wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia lat, więc podejrzewałem, że dorabiał sobie po szkole pracując w restauracji.

                - Witam państwa, w czym mogę pomóc?

Irene zapatrzyła się w kartę dań, marszcząc brwi.

                - Czy wszyscy chcą zupę grzybową na pierwsze danie?

Pokiwaliśmy głowami potwierdzając jej słowa.

                - W takim razie poproszę sześć porcji zupy grzybowej – powiedziała kobieta. – A po zupie zamówimy coś jeszcze na drugie danie. Co takiego pan poleca? Szczerze mówiąc, to po raz pierwszy jem w polskiej restauracji…

Kelner zanotował zamówienie na bloczku kartek, a potem potarł brodę dłonią, myśląc.

                - Osobiście polecam jak najbardziej pierogi z kapustą i grzybami. Wszyscy je zachwalają – mruknął, patrząc na Micha, a potem na mnie. – Warto także spróbować kopytek lub gołąbków. A na przystawkę polecam pasztet z zająca.

Irene pokiwała głową i uśmiechnęła się serdecznie. Kelner odwzajemnił się jej tym samym.

                - Dziękuję bardzo – powiedziała.

                - Do usług – odpowiedział chłopak i oddalił się w stronę lady.

Siedzieliśmy w milczeniu przez prawie dziesięć minut – każdy zajmował się swoimi sprawami, ale mi ta cisza niesamowicie ciążyła na duszy. Może i dla Smithów był to chleb powszedni, ale dla mnie nie było to coś ciekawego. Dopiero gdy kelner przyniósł talerze wypełnione po brzegi parującą zupą o zniewalającym zapachu, towarzystwo ożywiło się. Przez chwilę słychać było jedynie dźwięk zderzania się metalowych łyżek ze ściankami naczyń, a potem pierwsza odezwała się jak zwykle Irene.

                - Alex, powiedz coś o tej swojej drużynie. W końcu to dla niej wyjechałeś tak daleko, a my praktycznie nic o niej nie wiemy.

Chłopak spojrzał na matkę, a potem zaczął mówić:

                - Moja drużyna od ponad pięćdziesięciu lat utrzymuje się na pierwszym miejscu w rankingu ogólnopaństwowym: jesteśmy po prostu najlepsi. W kwietniu czekają nas rozgrywki Młodej Ligi, ale podejrzewam, że od razu po feriach co najmniej dwie drużyny, przeciw którym będziemy grać, wyzwą nas na mecz towarzyski…

                - Nuuuda – przerwał mu Mich, odsuwając z impetem pusty już talerz.

Myślałem, że państwo Smith zganią syna za przerywanie bratu w tak niekulturalny sposób, ale nikt nie raczył nic powiedzieć. Kobieta pytała dalej:

                - Jak mniemam utrzymanie tej pozycji wymaga od was wielu godzin treningów?

Alex zacisnął wargi w prostą linię.

                - Tak. Codziennie rano przed lekcjami ćwiczymy na sali, a w weekendy robimy to także po południu…

                - Totalna nuuuda – Michael znów przerwał chłopakowi.

Sytuacja powtórzyła się – ani Roger, ani Irene nie zwróciła uwagi synowi, a ja siedziałem i z każdą chwilą byłem coraz bardziej wkurzony.

                - Mam nadzieję, że nie zaniedbujesz przez to nauki – powiedziała kobieta. – Rozwój fizyczny jest mniej ważny niż rozwój psychiczny.

Widziałem jak Alex powstrzymuje się przed przewróceniem oczami.

           - Mamo, przecież już ci mówiłem, że zdaję wszystko w pierwszym terminie i nie mam problemów z żadnym z przedmiotów…

Irene skończyła jeść zupę i wtedy odezwała się Vicky, która do tej pory siedziała cicho tuż obok mnie.

                - Ollie, a kiedy przyjedziesz do domu? Chciałabym pójść z tobą na plac zabaw.

                - Nie wiem, skarbie – mruknął Alex. – Na razie mam zbyt dużo obowiązków w szkole, więc pewnie przyjadę dopiero na wakacje.

Usta dziewczynki wygięły się w podkówkę, więc pogładziłem ją po główce, w myślach zachwycając się miękkością jej włosów.

            - Gabi, ty też mógłbyś przyjechać – powiedziała mała. – Poznałbyś siebie w wersji żółwia.

                - Chciałbym – uśmiechnąłem się do niej szeroko.

Wtedy Irene zabrała głos, składając puste talerze w jeden stos.

                - Nasze drzwi stoją dla ciebie otworem, Gabrielu. Mógłbyś odwiedzić Alexa w wakacje, o ile oczywiście pozwoliliby ci rodzice. Daleko stąd mieszkasz?

Sytuacja stawała się nieco dziwna, a przynajmniej ja ją tak odbierałem.

                - Jakieś sześćset pięćdziesiąt kilometrów, ale z tego co wiem, mieszkamy w tej samej części kraju.

                - To wspaniale – powiedziała kobieta. – Kelner!

Młody chłopak, który wcześniej nas obsługiwał, został zastąpiony przez nieco starszego mężczyznę z zarostem.

                - Czym mogę służyć? – Zapytał, ładując na tacę stos pustych naczyń.

               - Chcielibyśmy zamówić drugie danie – mruknęła kobieta. – Ja wezmę porcję kopytek. A wy, co chcecie?

Vi zrezygnowała z jedzenia, gdyż czuła się zbyt pełna. Roger i ja wzięliśmy po porcji pierogów z kapustą i grzybami, Alex tradycyjnie wybrał mięsną potrawę – bigos, a Mich zdecydował się na gołąbki, a na dodatek wręcz wymusił na matce szklankę jasnego piwa.

                - Al, a jak tam dziewczyny? Są jakieś fajne w tej szkole? – Zapytała nagle Irene, nawet nie patrząc na syna.

Alex zmieszał się wyraźnie i spuścił wzrok na swoje dłonie. Pod stołem dotknąłem go nogą, aby dodać mu otuchy.

                - Są, są, ale trudno mi jest znaleźć czas na randki, bo ciągle albo trenuję, albo się uczę – wyjaśnił. – Wiedziałaś, że Monti też poszła do tej szkoły?

Twarz kobiety przybrała sztuczny wyraz zaskoczenia; pamiętałem dobrze jak Alex powiedział mi, że jego rodzice robili wszystko, by on i Monti wrócili do siebie. I że najprawdopodobniej z tego powodu dziewczyna trafiła również do tej szkoły.

                - Ta Monti? Monti Caspbell? – Zapytała, trochę zbyt sztucznie udając zdziwiony ton. – Niemożliwe, co za zbieg okoliczności.

Alex pokiwał tylko głową, zerkając na matkę raz po raz. Nie powiedział nic więcej, więc Irene poczuła obowiązek odezwania się.

                - Byliście taką ładną parą w gimnazjum – mruknęła z nostalgią.

Kelner przyniósł drugie danie, więc spokojnie zajęliśmy się jedzeniem. Vi, która zapewniała wszystkich, że jest już pełna po brzegi, chwyciła w palce jednego z moich pierogów i zjadła połowę jednym kęsem.

                - Vicky, a gdzie twoje maniery? – Zganiła ją matka, uśmiechając się pobłażliwie.

Dziewczynka wzruszyła ramionami i podkradła drugiego pieroga, tym razem Rogerowi.

                - Pyśoota – powiedziała z pełnymi ustami.

Irene poddała się i już więcej nie zwróciła jej uwagi. Ja natomiast przeprosiłem wszystkich i wstałem, by przecisnąć się między stołem, a nogami Alexa i wyjść do toalety. Jego kolana otarły się o moje ciało, wywołując u mnie dreszcze, ale starałem się nie zwracać na to uwagi. Poszedłem w stronę białych drzwi w kącie sali, a kiedy później stałem już przy umywalkach, do pomieszczenia wszedł nagle Mich. Spojrzałem w lustro i napotkałem w nim wzrok chłopaka.

                - To jak, jutro pierwsza lekcja gry na gitarze? – Zapytał nonszalancko.

Szatyn oparł się plecami o ścianę i zapalił papierosa, czekając na moją odpowiedź.

                - Nie wiem, może – mruknąłem wymijająco.

Wysuszyłem ręce i już chciałem wyjść, gdy chłopak znów się odezwał.

              - Jeśli się zgodzisz, to kto wie, może powiem coś rodzicom na ucho, a dzięki temu oni zgodzą się, by Al mógł spędzić z Vicky kilka godzin…

Cofnąłem się o kilka kroków i spojrzałem Michowi w twarz, na której widniała powaga i pewność siebie. Chłopak wypuścił dym z ust i uniósł jedną z brwi.

                - To jak?

Nadal się wahałem, ale koniec końców potaknąłem głową. Jeśli Mich mówił prawdę, Alex spędzi z siostrą te wymarzone kilka godzin, co było dla mnie wręcz bezcenne.

                - Niech będzie – mruknąłem. – Ale jeśli tego nie załatwisz…

                - Już o to się nie martw – powiedział chłopak, przerywając mi. – Dotrzymam słowa.

To mówiąc, minął mnie, wrzucając niedopałek do kosza. Wyszedłem tuż za nim i razem doszliśmy do stolika. Alex przyjrzał mi się uważnie z niemym pytaniem wymalowanym na twarzy. Uśmiechnąłem się do niego i zająłem miejsce koło Vicky, która zjadła pół porcji moich pierogów.

            - Mamo, tato, paląc papierosa w toalecie wpadłem na świetny pomysł – oznajmił nagle Michael, zwracając na siebie uwagę rodziców. – Dawno nie byliście nigdzie razem, więc może wezmę jutro Vi pod swoją opiekę, a wy pójdziecie sobie na randkę? Mógłbym wziąć ją do szkoły Alexa, żeby zobaczyła jak to jest być w liceum.

Irene Smith spojrzała na niego ponad swoim talerzem, a na jej twarzy malowała się mieszanka wielu uczuć. Dopiero gdy Roger odwrócił się w jej stronę, kobieta pokiwała głową.

                - W sumie… Czemu nie?

Uśmiechnąłem się, widząc, jak twarz Alexa rozpromienia się ostrożną radością. Nie dziwiłem się mu – w końcu tak nagła zmiana zdania przez jego rodziców i pomysł, z którym wyskoczył Mich, nie należały do rzeczy, które dzieją się naturalnie.

Po tej rozmowie nie roztrząsaliśmy dalej tego tematu – kiedy wszyscy skończyli jeść, ułożyliśmy puste naczynia w stos, a Roger poszedł zapłacić za posiłek. Ubraliśmy kurtki, a Alex wziął na ręce małą, która w pewnym momencie zasnęła, opierając się o moje ramię. Dziewczynka miała nie więcej niż sześć lat i była lekka jak piórko, więc nawet ja potrafiłem ją podnieść i pomóc Irene w ubraniu jej. Gdy pan Smith wrócił do nas, chowając portfel do kieszeni, odeszliśmy od stolika i wyszliśmy z restauracji gęsiego. Na zewnątrz słońce dochodziło do półmetka na linii horyzontu, ale jego promienie nadal były ciepłe i optymistyczne.

                - Roger, podwieziesz mnie, Micha i Vi do hotelu, a potem odwieziesz chłopców do szkoły, dobrze?

Pan Smith pokiwał głową, otwierając jej tylne drzwi, by mogła wsadzić dziewczynkę do fotelika. Nagle Mich odezwał się, jakby pretensjonalnie.

               - Jadę z tobą, tato. Chcę chociaż zobaczyć tę szkołę, w której podobno jest najlepsza drużyna koszykarka w kraju – mruknął sarkastycznie.

Irene wysłała mężowi spojrzenie pod tytułem „Sam decyduj”, więc mężczyzna podrapał się po karku z zakłopotaniem.

                - Skoro chcesz…

Michael uśmiechnął się triumfalnie i wsiadł przede mną do auta. Wszyscy znów zajęli te same miejsca, ale tym razem jechaliśmy w ciszy, by nie obudzić dziewczynki, która spała w najlepsze w foteliku. Jej mała główka opadła tak, że oparta była na jej własnym ramieniu, a z każdym wybojem na drodze, podskakiwała w tym samym rytmie, co auto. Podjechaliśmy pod hotel, gdzie Irene wysiadła i zabrała małą; nie ruszyliśmy się dopóki obie nie zniknęły za drzwiami wejściowymi hotelu. Dopiero wtedy nastały zmiany w środku auta.

                - Gab, możesz na chwilę wysiąść? Wolę siedzieć z przodu.

Zrobiłem to, o co poprosił mnie chłopak i na chwilę wysiadłem z auta, czując przejmujący chłód. W tym momencie po raz pierwszy doceniłem coś tak prostego, a jakże perfekcyjnego jak klimatyzacja. Spojrzałem do tyłu na swojego chłopaka, spotykając jego oczy. Niewiele myśląc, skinąłem głową, by przywołać go do siebie, a on z uśmiechem wysiadł z auta i zajął miejsce obok mnie. Gdy tylko Mich zamknął przednie drzwi, wziął się za majstrowanie przy odtwarzaczu, więc po chwili w głośnikach wybuchła jedna z piosenek Slayera.

***

Gdy podjechaliśmy już do bram kampusu, na dworze panowała szarówka, przez którą niewiele było widać; jedynie zarysy budynków w oddali z racji tego, że pomalowane były na jasne kolory. Przez całą drogę walczyłem ze sobą, by nie usnąć – już tak miałem w zwyczaju, że gdy podróż autem przekraczała pół godziny, automatycznie robiłem się senny. Raz po raz moja głowa spadała ciężko na ramię Alexa, a potem podrywałem się szybko, nie wierząc w to, że znów usnąłem mimo głośnej muzyki Micha. Otworzyłem zaspane oczy i rozejrzałem się, w pierwszym momencie nie wiedząc, gdzie jesteśmy. Przez chwilę nawet miałem wrażenie, że jechałem z rodzicami, jak zwykle na tylnym siedzeniu, naszym starym czerwonym datsunem, który kiedyś należał do dziadka.

                - Jesteśmy na miejscu – mruknął Roger, patrząc w środkowe lusterko na nasze twarze.

Uliczne latarnie świeciły mi boleśnie prosto w oczy, więc mrużyłem je, wracając do świata żywych. Alex odpiął pasy i otworzył drzwi, więc zrobiłem to samo.

                - Dziękuję za podwiezienie, tato – powiedział chłopak i wysiadł, by stanąć kilka kroków od auta.

                - Ja również dziękuję – wydukałem. – Miło było państwa poznać.

Roger spojrzał na mnie przez ramię i uśmiechnął się.

                - Nam również. Irene bardzo cię polubiła, zresztą ja także.

Jego słowa zaskoczyły mnie, ale także sprawiły mi… przyjemność. Cholera, usłyszeć coś takiego od swojego teścia, nawet jeżeli ten nie wiedział, że nim był, uskrzydlały mnie. Odwzajemniłem jego uśmiech, a wtedy odezwał się Mich.

                - Jutro po południu wpadnę z Vi. O której kończysz lekcje?

No tak, zdążyłem już o tym zapomnieć.

                - Szesnasta, ale od wpół do trzeciej można już wchodzić do internatu – powiedziałem. – Budynek B, pokój numer szesnaście. Wejdźcie z małą do środka i ogrzejcie się, czy coś.

Michael uśmiechnął się do mnie, a potem poklepał mnie po ramieniu. W tym momencie wyglądał na swoje dwadzieścia lat.

                - To do jutra – potwierdził.

                - Do jutra.

Wysiadłem z auta i dołączyłem do Alexa, który stał z rozpiętą kurtką, z wypiekami na twarzy. Na sam jego widok zrobiło mi się zimniej.

                - Ciekawe, czy sam trafi – rzucił w przestrzeń, a ja zrozumiałem, że mówił o swoim bracie. I że najwidoczniej słyszał całą rozmowę. – No i co to w ogóle za inicjatywa z jego strony?

Ruszyłem przed siebie w stronę bram kampusu; nie musieliśmy się spieszyć, bo tego dnia nie obowiązywała nas zasada godziny dwudziestej pierwszej. Byliśmy zwolnieni przez rodziców Alexa, więc równie dobrze mogliśmy wrócić do internatu chwilę przed północą. Chłopak ruszył za mną, rozchlapując dookoła szaroburą breję, która jeszcze kilka godzin wcześniej była śniegiem.

                - Wcześniej, kiedy zostałem z Michem sam na sam przed hotelem, gadaliśmy sobie trochę – mruknąłem, a Alex podniósł jedną z brwi w geście zaskoczonego zainteresowania.

Nie chciałem nic ukrywać przed swoim chłopakiem – doświadczenie nauczyło mnie, że nie warto było tego robić. Wolałem mieć czyste sumienie i powiedzieć mu o wszystkim, by w razie jakiegoś wypadku (którego i tak nie przewidywałem) nie dowiedział się przypadkiem, że robiłem coś za jego plecami. Szczerość to podstawa udanego związku, a my chyba zaliczaliśmy się do jednego z nich.

                - O czym? – Zapytał automatycznie.

Wcisnąłem ręce w kieszenie, a potem usiadłem na najbliższej ławce. Dookoła było ciemno, bo o tej porze światła w kampusie były gaszone, by uczniów nie korciło szwendanie się poza internatami. Z tego powodu nie widziałem twarzy chłopaka i jedynie po tonie jego głosu mogłem domyślać się, co czuł.

                - O szkole, o tobie, o zainteresowaniach.

                - O mnie?

                - Pytał mnie skąd się znamy – mruknąłem. – I jak długo jesteśmy ze sobą.

Usłyszałem, jak chłopak gwałtownie wciąga powietrze do płuc, ale zanim cokolwiek powiedział, wyprzedziłem go.

                - Kiedy próbowałem jakoś wymijająco odpowiedzieć, zaśmiał się i stwierdził, że to był tylko żart.

Alex wypuścił powoli i spokojnie wcześniej pobrane powietrze. W myślach widziałem, jak pociera palcami o skronie, co znaczyło, że nie do końca wierzył w to, co właśnie usłyszał. Nic jednak nie powiedział.

             - A potem zeszło na muzykę; trochę gadaliśmy o instrumentach i tak wyszło, że zaproponował mi lekcje gry na gitarze – powiedziałem, teraz czując zakłopotanie. – No i się zgodziłem.

Gdy wypowiadałem te słowa, dopiero doszło do mnie jak wielkie głupstwo popełniłem; nie zdawałem sobie z tego sprawy dopóki nie powiedziałem tego głośno.

                - Ja pierdzielę, Gabe – szepnął chłopak, a mnie ogarnęło niemiłe uczucie wstydu. – Siedzimy po uszy w gównie.

Tak szczerze, to nie tego spodziewałem się usłyszeć. Myślałem, że Alex zaśmieje się, a potem powie coś w stylu „Tylko uważaj na klejące się rączki Micha” lub „Jeśli będziecie grać na czymś innym niż gitarze, to osobiście wykopię brata za drzwi”. Mój scenariusz i życie znów się nie pokryły, no cóż. Obleciał mnie nawet strach, bo głos chłopaka był naprawdę poważny.

                - Słuchaj, moi rodzice są prawdziwymi agentami i nie zdziwiłbym się, gdyby Michael robił to wszystko z ich rozkazu. To znaczy z rozkazu… Znając życie, to dostanie za to sowitą zapłatę, ale to nie jest teraz ważne… - Westchnął głęboko, wstając. – Smithów cechuje to, że zawsze za plecami bawią się w jakieś intrygi i to może być jedna z nich. Matka pewnie kazała Michowi trochę nas pośledzić w szkole, zobaczyć jak zachowujemy się ze sobą na osobności i jak traktują nas ludzie w szkole… Kurwa, to jest chore.

Ruszyłem za nim i próbowałem uspokoić go, gdyż jego podniesiony głos odbijał się echem od ścian budynków. Szliśmy w ciemności i to był cud, że żadne z nas nie potknęło się o nic i nie upadło – nie widać było nawet końca własnego nosa.

                - Może jesteś za bardzo przewrażliwiony – mruknąłem.

Nie wiedziałem jednak, że moje słowa rozjuszą go jeszcze bardziej. Chłopak stanął, odwrócił się w moją stronę i prawie że zaczął krzyczeć.

                - Czy ty tego nie rozumiesz?! Jesteśmy w takim gównie, z którego nie da się wydostać. Możemy jedynie w nim utonąć, bo Mich nie przepuści okazji na zarobienie pieniędzy. A wiesz co tylko zadowoli moich rodziców? Informacja, że ich syn nadal jest pierdolonym pedałem i że złamał wszystkie obietnice, które im dał. Tylko wtedy mój pieprzony braciszek dostanie kasę.

Alex ruszył znów w stronę internatu, a ja nadal stałem, czując się okropnie. Wewnątrz mnie wybuchł strach, wyrzuty sumienia i przerażenie; wszystko to dawało dziwną mieszankę, od której zrobiło mi się niedobrze w głowie.

                - A jaki jest z tego wniosek? – Zapytał chłopak, sam chwilę później udzielając odpowiedzi: - Taki, ze Mich będzie zdolny nawet do kłamstwa, byleby dostać pieniądze. Więc cokolwiek nie zrobimy, utoniemy w gównie. A zanim utoniemy, będziemy czuć je w każdym fragmencie swego ciała, kiedy już wystarczająco dużo się go nałykamy. A dlaczego? Bo, kurwa, zgodziłeś się na to, żeby mój wspaniały brat nauczył cię grać na gitarze!

Skuliłem się pod jego słowami i poczułem niemal jak wbija we mnie rozwścieczone spojrzenie mimo odległości, która nas dzieliła. Ruszyłem w jego stronę, bo do miejsca w którym stał dochodziły już pierwsze światła padające z okien internatów. Widziałem już całą jego twarz i sylwetkę, a on widział również moją.

                - A wiesz czemu, kurwa, ostatecznie się na to zgodziłem? – Rzuciłem pytanie w przestrzeń. – Bo to była jedyna możliwość, byś mógł spędzić z siostrą trochę czasu sam na sam. Dlatego!

Wściekła mina Alexa została rozproszona przez zdziwienie, które wymalowało się na jego twarzy. Wiedziałem dobrze, że chłopak nie chciał się ze mną kłócić, a ta ostra wymiana zdań była jedynie efektem nagromadzonych negatywnych emocji, które ten trzymał w sobie od czasu, gdy dowiedział się o odwiedzinach rodziców. Rozumiałem, że to była pewna forma obrony przed popadnięciem w szaleństwo, ale mimo to jego słowa mnie zraniły. A pomyśleć, że gdy rozpoczynałem ten temat, jedyną ideą przyświecającą mi, była szczerość, bez której żaden związek nie mógłby zostać uznany za udany...

Minąłem chłopaka i ruszyłem w stronę wejścia do męskiego internatu. Nie obchodziło mnie czy szedł za mną, czy nie, w tym momencie liczyło się dla mnie to, by nie pozwolić łzom wypłynąć z moich oczu.

                - Gabe, czekaj! Ja nie wiedziałem, że ty…-!

Usłyszałem jak jedno z okien otworzyło się z cichym skrzypnięciem, a potem męski głos krzyknął do nas:

                - Zamknijcie się w końcu. Ludzie chcą, do kurwy nędzy, spać!

Szybko weszliśmy do środka budynku, mając nadzieję, że nikt nie zobaczył kim jesteśmy. Alex rzucił mi przepraszające spojrzenie, ale odwróciłem się i poszedłem do naszego pokoju.

                - Gabe, proszę cię!

W pokoju zrzuciłem z siebie kurtkę, wziąłem saszetkę z kosmetykami i ręcznik, a potem minąłem się w drzwiach ze Smithem.

                - Idę pod prysznic.

Podążyłem korytarzem w stronę łazienki, która o tej godzinie ziała przyjemną pustką. Z jakichś głupich sentymentalnych powodów poszedłem jak zwykle do ostatniej kabiny, w której od początku roku szkolnego brałem kąpiele. Rozebrałem się, czując jak zmarznięte części ciała powoli się rozgrzewają, a potem wszedłem pod prysznic i puściłem letnią wodę. Zacząłem myśleć oczywiście o sytuacji, która miała przed chwilą miejsce i czułem coraz większe wyrzuty sumienia.

Bo to ja jak zwykle nawaliłem – podsumowałem w myślach.

To ja zgodziłem się na te głupie lekcje gry na gitarze. Co mi do cholery odbiło? To ja także w końcu nie odwołałem ich, a jedynie obiecałem, że w zamian za to, że Alex będzie mógł spędzić z siostrą trochę czasu, ja dam się nauczyć Michowi kilku akordów. Nie wiem gdzie miałem wtedy mózg, ale chciałem dobrze - tak to już ze mną było, że bez względu na intencje, efekt nie zawsze był przyjemny. Równie dobrze mogłem odmówić, bo przecież Alex i tak pogodził się już z faktem, że rodzice nie pozwolą mu zaopiekować się siostrą. Cholera, czemu wtedy nawet nie wziąłem tego pod uwagę?

Stałem tak pod prysznicem, opierając się czołem o ścianę wyłożoną kafelkami. Biłem się z myślami, nie, wręcz łajałem się wewnątrz za moją głupotę i bezmyślność, przez którą po raz kolejny pokłóciłem się z Alexem. Bałem się, że nie pogodzimy się znowu tak szybko, jak ostatnim razem. Trudno było mi nawet określić, czy była to poważniejsza kłótnia od tej, do której doszło w dniu balu, nie wiedziałem, naprawdę. Ale tym razem było trochę inaczej – miałem świadomość, że nawaliłem. Wiedziałem, że mogłem postąpić inaczej i zapobiec tej kłótni. Byłem winny, ale Alex nie ułatwiał mi pogodzenia się z nim. A mimo wszystko, byłem gotowy pogodzić się z nim od razu, choć bałem się, że to chłopak będzie chował do mnie długo urazę.

Wtedy usłyszałem dźwięk odsuwanych zasłon i chwilę później do kabiny wszedł Smith. Chłopak chwycił mnie i zamknął mnie w swoich mocnych ramionach, tak, że między naszymi ciałami nie było miejsca, przez które mogłaby przelecieć woda.

                - Przepraszam – powiedział mi do ucha.

Słysząc to, znów miałem ochotę się rozpłakać, tym razem jednak z ulgi i wdzięczności.

                - To ja powinienem tutaj przepraszać – mruknąłem.

Alex przytulił mnie jeszcze mocniej, unosząc mnie lekko w górę.

                - Nie powinienem tak na ciebie krzyczeć. Obiecuję, że to się więcej nie powtórzy.

Nadal będąc w górze, oplotłem go nogami w pasie. Jego słowa były dla mnie jak miód na duszę.

                - A ja obiecuję, że zanim podejmę jakąś decyzję, to przemyślę wszystkie aspekty co najmniej trzy razy.

Chłopak uśmiechnął się, całując mnie delikatnie w żuchwę. Jedna z jego rąk podtrzymywała mój pośladek, a druga musnęła mój policzek. Alex patrzył mi w oczy mimo wody, która spływała nam po włosach i twarzach.

                - Nie wiem czy to ma jakiś związek, ale od kiedy przyjechała moja rodzina to ciągle jestem napalony – wyznał chłopak, powodując tym, że poważna rozmowa oddaliła się daleko, na drugi plan.

Uśmiechnąłem się i pocałowałem go mocno, jednocześnie wplatając jedną z dłoni w jego mokre włosy, a drugą umieszczając na jego karku. Chłopak zrobił krok w przód, tak, bym mógł oprzeć się plecami o ścianę i wtedy poczułem, jak w plecy wbija mi się kurek prysznica. Nim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, spadła na nas kaskada zimnej jak lód wody. Oboje krzyknęliśmy zaskoczeni i wyskoczyliśmy z kabiny, trzęsąc się z zimna.

                - Dobra, to chyba był znak, że powinienem przystopować swój popęd seksualny.

Alex mówił to całkiem poważnie, a mimo to, ja zacząłem śmiać się jak szalony. Przez to dostałem w tyłek ze zwiniętego ręcznika, a że nie chciałem być dłużny, odwzajemniłem mu tym samym, trafiając go prosto między pośladki. Chłopak zawył z bólu, ale odgłos ten wymieszał się ze śmiechem. Żaden z nas nie pokwapił się wyłączyć prysznica – nikomu, nawet wrogowi nie życzyliśmy, by miał styczność z tak zimną wodą, ale jedną z zalet dyrektora-sknery, było to, że prysznice automatycznie wyłączały się po dziesięciu minutach, gdy kurek pozostawał w tej samej pozycji.

Po stoczonej bitwie ubraliśmy się i gdy wychodziliśmy z łazienki, woda sama przestała lecieć. Współczułem jedynie osobie, która następnego dnia miała zaspana pójść pod prysznic i zaserwować sobie zimną pobudkę.