Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą yaoi. Pokaż wszystkie posty

Rozdział LV

1 komentarz:

Tuż po północy zdarzył się jednak cud. Nadal czytałem książkę, leżąc na boku i co chwilę wiercąc się, zmieniałem pozycję. Kompletnie straciłem już nadzieję zarówno na to, że Alex się do mnie odezwie, a także, że uda mi się zasnąć o jakiejś ludzkiej godzinie. Wybiła dwunasta w nocy, a ja nadal dogorywałem w łóżku, bijąc się z myślami. Nagle usłyszałem na korytarzu kroki, ale niespecjalnie się nimi przejąłem, bo byłem pewien, że pewnie to mama jak zwykle musiała skorzystać z toalety, jak to mają w zwyczaju ciężarne kobiety. Przewróciłem się na drugi bok i wtedy usłyszałem, jak uchylają się drzwi mojego pokoju. Usiadłem szybko na łóżku i próbowałem zobaczyć coś w ciemności, ale oczy naświetlone ekranem telefonu odmówiły mi posłuszeństwa. 

- Ćśśś - mruknął Alex, wchodząc do pokoju na palcach i zamykając za sobą drzwi. 

Gdyby chłopak mnie nie uciszył, pewnie już zadawałbym mu gorączkowe pytania, które miałem ochotę wypuścić z głowy. Zamiast tego siedziałem na łóżku i wgapiałem się w niego jak ciele w malowane wrota, mając wrażenie, że to sen. 

- W końcu mogę cię dotknąć - rzucił chłopak, wsuwając się pod kołdrę, którą byłem okryty. 

Położyłem się koło niego, tak, że nasze głowy stykały się czołami, a płuca wdychały nawzajem nasze własne powietrze. Leżeliśmy tak przez chwilę, po prostu patrząc się sobie w oczy, kiedy chłopak w końcu się odezwał.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo musiałem się powstrzymywać, żeby nie rzucić się na ciebie przy wszystkich.

To mówiąc, wyciągnął rękę i pogładził mnie po policzku, a ja z przyjemności musiałem przymknąć oczy. Pragnąłem jego ust na swoich własnych, pragnąłem jego dłoni na moim ciele. 

- Miałem tak samo, jak cię tylko zobaczyłem, jak siedzieliśmy przy stole i kiedy leżeliśmy na trampolinie. Cały czasz myślałem tylko, jak mógłbym się do ciebie zbliżyć i co by się stało, gdybym to zrobił - szepnąłem. 

Jego twarz powoli zbliżyła się do mojej, ale przed tym, jak chłopak miał mnie pocałować, zawahał się. Nie pozostało mi nic innego, jak złączenie naszych ust i wtedy już wszystko samo ruszyło do przodu. Pierwszy buziak był lekki, spokojny. Oderwaliśmy się od siebie, a Alex miał przymknięte oczy i miałem wrażenie, że przeżywa to, co się właśnie stało. Kiedy w końcu podniósł na mnie wzrok, poczułem satysfakcję, bo najwyraźniej to, co wydawało mi się, że widziałem siedząc przy stole, okazało się prawdą. Buchało od niego pożądaniem. Chłopak chwycił mnie za tył głowy i jednym ruchem zmiażdżył moje usta w ponownym pocałunku, tym razem z rodzaju tych brutalnych i dzikich. Udzielił mi się jego nastrój, ba, miałem ochotę na to od początku tego dnia, kiedy wsiadłem do pociągu. Całowaliśmy się bez opamiętania, a nasze dłonie chaotycznie łapały nawzajem swoje ciała, by ścisnąć każdy ich fragment, który mogły tylko dosięgnąć. Intensywność pieszczoty sprawiła, że nasze oddechy stały się urywane i raz po raz musieliśmy się od siebie odrywać, by złapać powietrze i na nowo przylgnąć do siebie. Tak, tak, oczywiście, że miałem erekcję i czułem także, że chłopak również ją miał, gdy nasze ciała wiły się wspólnie w jednym rytmie. W sobie czułem jedynie radość i miłość i tak wielkie szczęście, że miałem wrażenie, że w głowie wybuchają mi fajerwerki. Chciałem, by ta chwila nigdy się nie skończyła, chciałem trwać tak do końca świata, nieważne jak głupio mogło to brzmieć. Pragnąłem również, by niewinne, choć tak intensywne pocałunki przeistoczyły się w coś, czego nie dane było mi doświadczyć od tych kilku miesięcy. Moje libido ostatnio było w opłakanym stanie, ale obecność Alexa zbudziła je na nowo, w mocno spotęgowanej wersji, tak jakby chciało nadrobić cały ten stracony czas. Nie dawałem sobie jednak pozwolenia na sięgnięcie do jego penisa; moje ręce nie przekraczały progu jego bioder, tak samo jak jego. Nie chciałem go spłoszyć, nie chciałem by opacznie zrozumiał moją tęsknotę, bo nie tęskniłem tylko za jego ciałem. Brakowało mi jego uśmiechu, miłego głosu i naszych rozmów. Seks jedynie wyskakiwał w takich momentach na pierwszy plan. Nie wspominając już o tym, że moje podniecenie osiągało naprawdę ogromne wyniki, gdy myślałem o tym, że wszystko robimy w sekrecie, wręcz nielegalnie, będąc u niego w domu. 

Chłopak przerwał pocałunek, ściągając mnie tym na ziemię. Spojrzałem na niego z pytaniem wymalowanym na twarzy, a ten spochmurniał trochę. 

- Przepraszam, ale kiedy się z tobą całuję, to nie mogę przestać myśleć o tym, że robiłeś to z Louisem - mruknął cicho. 

W głowie, zastępując te wszystkie miłe uczucia, wybuchła mi nagle panika i czerwony alarm. Kiedy ja przeżywałem ten moment, czując się jak w niebie, chłopak myślał o tym, co robiłem z Martinezem od kiedy się do siebie zbliżyliśmy. Zrobiło mi się niedobrze. 

- Alex, to nic dla mnie nie znaczyło - powiedziałem spokojnie.

- A jak ty byś się czuł, gdybym ci powiedział, że to ja się z kimś spotykałem? - Rzucił beznamiętnie.

Skrzywiłem się na samą myśl o tych wyobrażeniach. 

- Bolałoby. Jak cholera - przyznałem. - Przepraszam...

Alex odwrócił się na plecy.

- Nie przepraszaj już. Muszę to po prostu przetrawić na swój sposób. 

Chłopak otoczył mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Wolną ręką zacząłem badać powoli jego brzuch, pozwalając sobie na przeczesanie palcami linii włosów, która ciągnęła mu się od pępka do gumki spodenek. Leżeliśmy chwilę w ciszy, a potem Alex znów się odezwał.

- Dawno nie widziałem mamy i Roger'a w tak dobrym humorze. Twoja mama jest cudowna.

- To prawda - odmruknąłem, ale nie wiedziałem, co dalej powiedzieć. 

Przytłoczyły mnie słowa chłopaka i na razie nie widziałem innej opcji, niż tylko go przepraszać. Bo co innego mogłem zrobić? Myśl o tym, że chłopak mógłby spotykać się z kimś, od kiedy rodzice zabrali go z Hannigram, przerażała mnie i powodowała nieprzyjemne skurcze w żołądku. Jeśli on czuł się z mojego powodu tak samo... Wzbudzało to we mnie poczucie przygnębienia i bezsilności. 

- Ale ty z nikim się nie spotykałeś, prawda? - Zapytałem niepewnie, błagając w myślach, by jego odpowiedź brzmiała "nie".

Alex westchnął głośno i pogładził mnie po głowie.

- Nie licząc kilku ustawionych przez moją matkę randek, to nie, nie spotykałem się z nikim. 

Skrzywiłem się przez ton, jakim wypowiedział te słowa. Czułem, że nie był to dla niego przyjemny temat, więc znów zbeształem się, że wypytywałem go o coś takiego, sprawiając mu przykrość. Między nami było inaczej, niż kiedyś, ku temu nie było wątpliwości, ale zamiast starać się naprawić to, czego nie dało się naprawić, lepszym rozwiązaniem było przyzwyczajenie się do nowości. 

- Przepraszam... - Wymsknęło mi się znów, zanim zdołałem powstrzymać swoje usta. 

Chłopak westchnął ponownie i potarł ręką o twarz, jakby ze zniecierpliwieniem. 

- Nieważne... Teraz, kiedy nic cię już nie łączy z Louisem, to nie mam powodów do obaw - mruknął.

Spuściłem wzrok i zamilkłem. Czy jeśli nie zaprzeczyłbym jego słowom, równałoby się to z okłamaniem go? Nie, nie było w mojej głowie opcji, w której wracam do Louisa, nie potrafiłbym znowu tego zrobić, nie po tym, jak spotkałem Alexa i dane było mi przypomnieć sobie, jak dobrze mi z nim było. Kochałem jego dłonie, jego twarz, uśmiech, umysł, ciało, wszystko. To, co kiedykolwiek czułem do Louisa, nie mogło z żadnym wypadku z tym konkurować. Nie, nie, nie i koniec. Nie. Ale nie chciałem okłamywać Alexa, nie mogłem tego zrobić, nie potrafiłem. W końcu więc postawiłem na szczerość.

- Louis i ja byliśmy zgadali, że w lipcu pojadę do niego na kilka dni - powiedziałem na jednym wydechu. - Obiecałem mu też, że zamieszkamy ze sobą w nowym roku szkolnym. 

Ciało chłopaka wyczuwalnie spięło się, ale ja nie pożałowałem swojej decyzji. Musiałem powiedzieć mu prawdę. Alex natomiast wyślizgnął się z moich objęć i usiadł gwałtownie, chowając twarz w dłoniach.

- I co, pojedziesz do niego? - Zapytał, a jego głos był zimny i drżący.

Patrzyłem na niego, nie zmieniając pozycji. Jedyne, na co było mnie stać, to położenie dłoni na jego plecach w geście pocieszenia.

- Nie. I nie zamieszkam z nim, bo zamieszkam z tobą - powiedziałem cicho.

Alex spojrzał na mnie, a mi wydawało się, że zobaczyłem w jego oczach łzy. Nie byłem pewien, bo w pokoju było ciemno, a mi głupio było go o to zapytać. 

- Przestań, proszę, nie mów tak - szepnął szybko. - Nie mogę ci uwierzyć, bo jeśli to zrobię, a później i tak będę musiał wrócić do Mater Dei, to oszaleję ze smutku.

Tym razem to moje oczy wypełniły się łzami.

- Przepraszam... 

- Ćśśś - szepnął. - Przestań w końcu przepraszać. To ja powinienem cię przeprosić za to, że jestem w takiej rozsypce. 

Łzy spłynęły mi po policzkach, a w ustach czułem gorycz. 

- Ja też nie jestem już taki sam, Alex, też się pogubiłem od kiedy cię zabrakło.

Ostatnie słowo rozmyło się ze względu na smutek, który nagle mnie ogarnął. Chłopak słysząc mnie, w końcu położył się obok i ułożył swoją głowę na moim ramieniu. Na ciele poczułem wilgoć jego policzka i wtedy byłem już pewien, że on też płakał. Zacząłem gładzić go po głowie, czując, że to jedyna rzecz, jaką mogę teraz zrobić. Być z nim i płakać, kiedy on płakał. 

- Jesteś mój i to się nie zmieniło - szepnął mi w ramię. - Kocham cię i nie wiem, czy kiedykolwiek przestanę. 

Jego słowa sprawiły, że nowe porcje łez wytoczyły się z moich oczu, mocząc mu włosy. Zanim odpowiedziałem tymi samymi słowami, zniżyłem się i ująłem jego twarz, by pocałować go z całych sił.

- Kocham cię, Alex. 

Chłopak zamknął mnie w swoich ramionach, ściskając mnie tak, że zabrakło mi na chwilę tchu. Zanurzyłem nos w jego włosach, czując się jak dawniej. Miałem wrażenie, że teraz już naprawdę wszystko sobie wyjaśniliśmy i mogliśmy zacząć od nowa. 

Leżeliśmy ze sobą do trzeciej nad ranem, trzymając się za ręce i całując się, gdy naszła nas na to ochota. Rozmawialiśmy trochę o tym, co działo się u nas po rozłące (unikając już nieprzyjemnych tematów), a także o jutrzejszym wypadzie nad jezioro. Oboje chcieliśmy wykorzystać ten czas na nadrobienie zaległości, które mieliśmy w swoich życiach, ale zegar tykał bezlitośnie. Nie uśmiechało się nam spędzić nocy osobno w łóżkach, ale gdybyśmy tak nie zrobili, na pewno czekałaby nas surowa kara. Tylko dlatego potrafiłem wypuścić Alexa z ramion, gdy ten zaczął zbierać się, by wrócić po cichu do swojego pokoju. Ostatni raz, jakby na zapas, pocałowaliśmy się namiętnie. Perspektywa jutrzejszego dnia wskazywała na to, że znów nie będzie nam dane okazywać sobie normalnie uczuć, więc czerpaliśmy jak najwięcej z naszego ukradkowego spotkania. 

- Dobranoc - mruknął Alex, kiedy wychodził z pokoju.

- Dobranoc - odpowiedziałem mu.

Kiedy zostałem sam w łóżku, poczułem się nieznośnie samotny, ale nic nie mogłem z tym zrobić. Jedyne, co trzymało mnie w nadziei, to to, że następnego wieczora chłopak znów mnie odwiedzi, a w dłuższej perspektywie - że znów będziemy mogli razem budzić się i zasypiać w internacie Hannigram. 

***

Poranna pobudka dała mi potężnie w kość. Przespanie niecałych czterech godzin sprawiło, że w pierwszym momencie nie wiedziałem gdzie jestem ani kim jestem. Jedynie wspomnienia zeszłej nocy i bliskości Alexa sprawiały, że nie żałowałem tego, że tak późno położyłem się spać. 

Obudziła mnie oczywiście Vi, która wskoczyła mi do łóżka, krzycząc radośnie wniebogłosy, że zaraz weźmie Gabriela (żółwia) na spacer po ogródku i że nie mogę tego przegapić. Uśmiechnąłem się do niej zaspany, patrząc jak radośnie wywija w powietrzu swoją nową maskotką. 

- Chodź na śniadanie! - Krzyknęła jeszcze, a później wyskoczyła z pokoju jak pchła i pobiegła dalej, by zapewne budzić innych domowników. 

Wstałem, ubrałem się i przeciągnąłem, ziewając szeroko. W tym momencie zawibrował mój telefon i znów poczułem ukłucie wyrzutów sumienia. 

Louis: Gabe, odpowiesz mi proszę? Bardzo się martwię. 

Otworzyłem wiadomość z zamiarem napisania czegokolwiek typu "To nie wyjdzie", "Przepraszam, ale nieaktualne" lub "Zostańmy przyjaciółmi", ale koniec końców zablokowałem telefon nie robiąc nic. Wyrzuciłem z głowy te zmartwienie i poszedłem umyć zęby, spotykając w łazience mamę. Przywitałem się z nią, a ona ucałowała mnie w czoło. Zeszliśmy razem na dół, znów na taras, by w promieniach słońca zasiąść do śniadania. Każdy zajął takie samo miejsce jak wczoraj, więc chwilę później czułem już motyle w brzuchu, gdy Alex patrzył na mnie czule znad talerza. Jego stopa znów zawędrowała w moją stronę, by gładzić mnie miarowo po łydce. Wszystko było w jak najlepszym porządku.

Po śniadaniu była krótka przerwa na kawę, której tym razem nie odmówiłem. Alex również się nią uraczył, więc wszyscy siedzieli na leżakach, przyglądając się Vi, która leżała na kocu na trawie i co chwilę wskazywała na Gabriela (żółwia), w drugiej ręce ściskając maskotkę ode mnie. W pewnym momencie pani Smith zmarszczyła brwi i przerwała ciszę.

- Czy mnie wzrok nie myli, bo mam wrażenie, że pierwszy raz widzę u niej tego pluszaka?

- Gabriel zobaczył go w kiosku na dworcu i pomyślał, że Vi może się bardzo spodobać - odpowiedziała jej mama, popijając wodę z cytryną. 

Mój wzrok i wzrok Irene spotkały się. Kobieta chwilę milczała, jakby ważąc słowa, a później powiedziała:

- Vi bardzo cię lubi, i to najwyraźniej ze wzajemnością. 

Pokiwałem głową na potwierdzenie jej słów. 

- Uwielbiam ją, jest cudowna - mruknąłem.

Zostałem nagrodzony miłym uśmiechem od państwa Smith, a także od mojej mamy. Alex rzucił mi czułe spojrzenie zza pleców swoich rodziców. Wtedy rozległo się donośne wołanie dziewczynki.

- Gaaabi, chodź do mnie! Gabriel je mlecza, musisz to zobaczyć!

Uśmiechnąłem się przepraszająco do towarzystwa i odłożyłem pustą już filiżankę na stolik. Ruszyłem w stronę dziewczynki, by za chwilę położyć się obok niej na kocu i z poziomu ziemi obserwować poczynania żółwia. 

- Mój brat był bardzo smutny, od kiedy wrócił ze szkoły - mruknęła cicho pod nosem. - Ale od kiedy przyjechałeś, znów się uśmiecha. Chciałabym żeby tak zostało. 

Zaskoczyły mnie jej słowa, które świadczyły o tym, że mimo, że dziewczynka miała jakieś sześć lat, to dużo rozumiała i zauważała, co dzieje się wokół niej. 

- Też bym chciał, Vi - odpowiedziałem jej. - Bardzo bym chciał.

Reszta żółwiowych obserwacji minęła nam już w skupionej na zwierzątku ciszy. Zebraliśmy się dopiero, gdy reszta towarzystwa ruszyła tyłki z leżaków i zaczęła przygotowywać się do wyjazdu nad jezioro. Zanieśliśmy żółwia z powrotem do terrarium, uprzednio zrywając mu trochę mleczy, by pod naszą nieobecność miał co jeść. Później poszedłem do swojego tymczasowego pokoju, by spakować do podręcznej torby rzeczy, które mi się przydadzą. Nie miałem ze sobą kąpielówek, ale nie przewidywałem w ogóle wchodzenia do wody. Nie potrafiłem pływać i wcale mnie do tego nie ciągnęło.

Po piętnastu minutach pakowaliśmy się już do vana. Mama usiadła z tyłu z Vi, która siedziała w foteliku i może pod pretekstem, a może z premedytacją, oznajmiłem, że nie będę zabierał jej i tak małej ilości miejsca i że usiądę z Alexem z tyłu. Państwo Smith wymienili się spojrzeniami, ale nikt nie zaprzeczył, więc zająłem fotel koło swojego chłopaka, cały roześmiany i wesoły. Po zapięciu pasów od razu złapaliśmy się za ręce, ale twarze zwrócone mieliśmy w przeciwnych kierunkach, patrząc przez okna auta. Dopiero gdy ruszyliśmy, pozwoliliśmy sobie na krótką rozmowę o niczym.

***

Celem naszej podróży okazało się spore jezioro otoczone lasem. Wzięliśmy bagaże i udaliśmy się spacerem wzdłuż jego brzegu, szukając miejsca na rozłożenie koców. Jedna z dzikich plaż nadawała się do tego idealnie, więc rozbiliśmy mały obóz. Ja dzieliłem swój koc z mamą, Irene z Rogerem, a Vi z Alexem, choć tak naprawdę dziewczynka siedziała cały czas ze swoją mamą. Przykro mi było, że chłopak siedział sam, więc w pewnym momencie wstałem i podszedłem do niego, starając się zachować między nami legalny i bezpieczny dystans fizyczny.

- Idziesz do wody? - Zapytał nagle.

Pokręciłem przecząco głową. 

- Nie umiem pływać i w ogóle, także odpuszczę. 

Chłopak wyszczerzył się i zaczął mnie namawiać.

- No chooodź, napompuję ci materac i wcale nie będziesz musiał wchodzić do wody. 

Nie mogłem mu odmówić, gdy mnie tak ładnie prosił, więc skapitulowałem. Poszliśmy wyciągnąć z torby materac i zaczęliśmy pompować go przed kocami rodziców. Nikt nie skomentował naszych poczynań, więc po chwili Alex wchodził już do wody w samych kąpielówkach, a ja gramoliłem się za nim. Wskoczyłem na materac, a chłopak zaczął ciągnąć za przyczepiony do niego sznurek, wyciągając mnie na głębinę. Położyłem się na brzuchu, czując piekące promienie słońca na wysmarowanym kremem ciele. Alex natomiast zanurkował na chwilę, by wynurzyć się tuż koło mojej twarzy, zgarniając na tył głowy swoje mokre włosy. Jego ciało lśniło w słońcu za sprawą kropel wody, które się na nim zebrały. 

- Seksownie wyglądasz - powiedziałem śmiało, wiedząc, że mogę sobie na to pozwolić. 

Chłopak uśmiechnął się do mnie zawadiacko, a później położył się na plecach i zaczął unosić się na wodzie. 

- Śniłeś mi się dzisiaj - mruknął.

Podłapałem jego zaczepny ton i zapytałem:

- A co robiliśmy w tym śnie?

- Całowaliśmy się jak wczoraj, ale nie tylko - uśmiechnął się zawadiacko. 

- Nie tylko? Więc co takiego mogliśmy jeszcze robić? - Zapytałem, udając niewinność i zdziwienie. 

Zobaczyłem na własne oczy, jak w kąpielówkach Smitha powoli rosła erekcja. Chłopak zanurzył się z powrotem w wodzie, by ukryć efekty myślenia o fabule swojego snu. Ten widok sprawił, że poczułem podniecenie.

- Za tym też tęskniłem - mruknąłem, patrząc mu w oczy. - Kilka miesięcy celibatu zrobiły jednak swoje. 

Alex spojrzał na mnie badawczo.

- Czyli serio jednak nie robiłeś tego z Louisem?

Obruszyłem się, że chłopak mi nie wierzył.

- Nie. Już ci mówiłem, że nie potrafiłem i nawet nie chciałem. 

- Wiem, że to egoistyczne, ale cieszy mnie to.

Uśmiechnąłem się do niego - rozumiałem o co mu chodziło i nie przeszkadzało mi to. Gdybym ja musiał stanąć przed wyznaniem z jego strony, że umawiał się z kimś, że całował się i uprawiał z tą osobą seks, na pewno byłoby mi... dziwnie. Pewnie nawiedzałyby mnie myśli i wyobrażenia jak mogło to u nich wyglądać i zastanawiałbym się, czy Alex zachowywał się tak, jak robił to, kiedy uprawiał ze mną seks. Zakłuło mnie wręcz w sercu, na myśl, że ktoś inny mógłby widzieć jego twarz tuż przed tym, gdy dochodził, wygiętą w błogim uśmiechu z przymkniętymi oczami. I że później leżałby i uspokajał oddech, stykając się z kimś swoim spoconym ciałem. Nie mogłem wytrzymać tych fantazji, więc odciąłem się od nich, powracając do tego pięknego, letniego dnia, w którym zarówno ja, jak i Alex byliśmy sobie wierni, przynajmniej w kwestiach seksu.

- Mnie też to cieszy i wcale nie uważam tego za egoistyczne. Nie mógłbym znieść myśli, że ktoś inny widział cię w takim stanie. 

- Oho, jakim?

- Wiesz jakim.

- Jakim?

- No takim.

- No jakim?

Westchnąłem głęboko, mocząc rękę w wodzie.

- Noo, chodzi mi o twoją twarz przed orgazmem. I w trakcie, i po nim. 

Chłopak złapał moją rękę pod wodą i uścisnął ją. 

- A co jest nie tak wtedy z moją twarzą?

Zerknąłem szybko w stronę plaży, ale byliśmy tak daleko od brzegu, że nic nie widziałem. 

- Jest piękna - mruknąłem zawstydzony. - I bardzo podniecająca.

Alex podciągnął się szybko na materacu, sprawiając, że przód koszulki oblała mi woda. Nasze usta złączyły się w szybkim pocałunku, po czym chłopak przewrócił się na plecy na wodzie, a jego kąpielówki miały z przodu duże wybrzuszenie, którego nie dało się ominąć wzrokiem. 

- Też uwielbiam patrzeć na ciebie, gdy dochodzisz. 

Zawstydziłem się jego bezpośredniością, ale z drugiej strony, podnieciło mnie to. Ja sam czasami miałem problem z nazywaniem rzeczy po imieniu, szczególnie tych seksualnych i podobało mi się, gdy Alex mówił wprost coś, czego ja nie potrafiłem.

- Tak, o to mi chodziło. 

- No ja myślę - mruknął, patrząc w stronę plaży.

Irene machała do nas, stojąc na brzegu.

- Chyba czas wracać - powiedziałem ze smutkiem. - Pociągniesz mnie?

Chłopak spojrzał na mnie i perwersyjnie się uśmiechnął. 

- Wieczorem - puścił mi perskie oko i zaczął płynąć do brzegu, ciągnąc materac za sobą.

***

Nawet nie wiedziałem, jak długo byliśmy w wodzie, dopóki Irene oświadczyła nam, że obiad gotowy. Wyszliśmy na brzeg, Alex okrył się ręcznikiem, który zostawił na trawie i zaczął się wycierać. Ja ściągnąłem koszulkę i położyłem ją na kocu, żeby wyschła w słońcu. Miałem nadzieję, że chłopak nie założy na siebie nic więcej, oprócz spodenek i nie zawiodłem się. 

Usiedliśmy z rodziną i zaczęliśmy jeść przygotowane wcześniej tortille, a Vi bawiła się nieopodal w piasku, stawiając babki. Słońce rozkręciło się na dobre i grzało nas mocno, ale na szczęście Roger rozstawił parasol, który rzucał kojący cień na nasze ciała. 

- Jak było w wodzie? - Zagaiła mama.

- Ciężko powiedzieć, że byłem w wodzie - zaśmiałem się. - Na wodzie było ciepło i odświeżająco. 

- Ciepła woda? - Rzucił Roger pomiędzy gryzami tortilli.

- Idealna - odpowiedział mu syn. - Jest mniej glonów niż w tamtym roku, mam wrażenie, że musieli wyczyścić jezioro.

Pan Smith pokiwał głową i poklepał żonę po plecach.

- To co, odpoczywamy po obiedzie i idziemy popływać?

- Ja sobie odpuszczę, mogę przypilnować Vi - powiedziała moja mama. 

Ja tylko pokiwałem głową w znaku zaprzeczenia, Alex zrobił to samo. 

- No dobra, skoro się na nas wypinacie, to sami pójdziemy - powiedziała Irene, gniotąc serwetkę, w którą zawinięta była tortilla. - Roger, robimy wyścig do brzegu? 

- No jasne, jak za starych czasów. 

Smithowie wymienili się uśmiechami, a mnie właśnie uderzyło do głowy to, że od kiedy przyjechaliśmy do Riverside, rodzice Alexa zachowywali się... normalnie. Jadąc tutaj, spodziewałem się rygoru, ciężkich rozmów i nieprzyjemnego traktowania. Zamiast tego, Irene i Roger przyjęli nas jak starych dobrych znajomych i z ich ust poleciało nawet kilka miłych słów. Ale co to w ogóle oznaczało dla mnie i dla mojego chłopaka? Zostaliśmy zaakceptowani, czy raczej byliśmy... ignorowani?

Nie chciałem na razie o tym myśleć, w tym momencie wszystko było w porządku i byłem szczęśliwy.

Rozdział LI

1 komentarz:


Hej.

***

Wmówiłem sobie, że wszystko będzie w porządku, że wystarczy wypełniać codzienne obowiązki, a myśli o Alexie same znikną. Że bliskość Louisa i jego troska zupełnie mi wystarczą. Ja sam myślałem tak jeszcze do wczoraj, gdy rozmawiałem z nim przez telefon. Miałem wrażenie, że przede mną stoją wspaniałe wakacje i dużo spotkań, dużo wszystkiego. Jednak wystarczyła jedna noc i to, że nic mnie po przebudzeniu nie czekało - żadne lekcje, żadne obowiązki, żadna osoba - bym zaczął analizować swoje ostatnie miesiące życia. I doszedłem w ten sposób do całkiem chujowych wniosków.

Ja tak naprawdę wcale nie zapominałem o Alexie, o jego głosie, twarzy, ciepłych dłoniach. Ja cierpiałem. Cierpiałem każdego dnia naszej rozłąki, od kiedy to koszykarz został zabrany przez rodziców do domu. Bolało mnie, że nie widziałem go po wstaniu z łóżka, ani nie zasypiałem koło niego wieczorem. Miałem wrażenie, że całe moje ciało tęskni za chłopakiem, choć i tak najgorsza sytuacja działa się w mojej głowie. Powiecie, że już przecież wypełniłem dziurę po Alexie Louisem, nie dziwię się wam. Tylko, że tej dziury nie dało się zapełnić nikim innym. Lubiłem spędzać czas z Martinezem, lubiłem jego umięśnione ramiona i piegi na ciele, ale to nie było to samo. To nie był Smith. To nie tego człowieka kochałem.

Może zabrzmi to bardzo brutalnie, lecz moja relacja z Louisem pozwalała mi na to, by choć na chwilę nie myśleć o Alexie. Nie planowałem w najbliższej przyszłości zaangażować się z nim w związek, choć wiedziałem, że chłopak to tak odbiera i z jednej strony (ta moja gorsza część) cieszyła się, a ta lepsza miała cholerne wyrzuty sumienia, bo znów robiłem mu nadzieję. Nie prosiłem go, by zajął się mną, gdy byłem w rozsypce. Nie prosiłem, by dbał o mnie i pilnował, żebym chodził na lekcje i jadł. Ale ja mu na to pozwalałem, wiedząc o tym, że go zranię, nie potrafiąc się w nim zakochać. Im więcej czasu spędzałem z Louisem, tym mniej myślałem o Alexie, ale co z tego, skoro gdy tylko zostawałem sam, choćby na chwilę, zalewały mnie wspomnienia, z którymi czasami walczyłem, a czasami nie.

Ogólnie rzecz biorąc, nie miałem sił do życia. Ostatnie miesiące dzielące mnie od wakacji tak naprawdę przeżyłem ze sztucznym uśmiechem na ustach i mało było takich prawdziwych dni, podczas których czułem coś na kształt szczęścia. Jadłem, bo musiałem. Chodziłem na zajęcia i zdałem egzaminy, bo też musiałem. Ale dlaczego musiałem? Dlaczego czułem przymus, skoro i tak nic nie przychodziło mi do głowy, gdy myślałem o przyszłości? Nie lećmy w patos, że moje życie straciło sens, ale wszystkie te plany, które wysnułem razem z Alexem, nagle przestały być w ogóle realne. A zamiast nich nic nowego nie przychodziło mi do głowy.

Były wakacje, ciepły lipiec. Powinienem cieszyć się z wolnego i korzystać z niego pełnymi garściami. Zamiast tego snułem się po Glatton, nie chcąc przyprawiać mamy o zmartwienie moim stanem. Wiedziała o wszystkim, ale tak samo jak ja, Jerry, trener Randall, Monti, czy Wielcy Ważniacy, nie była w stanie zrobić nic, by Alex wrócił. I ja też nie mogłem. Mogłem jedynie liczyć na to, że kiedyś spotkam się z nim przypadkowo w losowej części kraju, na przykład w parku, czy supermarkecie i albo nasza znajomość odżyje na nowo, albo miniemy się, zaskoczeni, zachowując milczenie.

Nie, nie, nie, nie, nie!

Usiadłem na ławce przy dworcu i przez głowę przeszła mi zupełnie niewinna myśl, by uciec. Gdzie? Gdziekolwiek. Dokądkolwiek. Odciąć się od wszystkich, pieprzyć Hannigram i bycie lekarzem, pieprzyć wszystko i wszystkich. Podjąłem decyzję, szybko i z wyrachowaniem i poszedłem na stację, by na tablicy rozkładów zobaczyć, dokąd jedzie najbliższy pociąg, bo to właśnie nim chciałem uciec. Serce zabiło mi mocniej, gdy zobaczyłem rodzinne miasto Alexa i Monti wypisane jako przystanek końcowy. Nie zwlekając, kupiłem bilet i chwilę później niebieski pociąg podjechał na dworzec, a ja czułem po raz pierwszy od tych kilku miesięcy, że jestem podekscytowany.

Czułem, że żyję.

***

Problem w tym, że kompletnie nie wiedziałem, gdzie mieszka Alexander. W tym momencie jednak nie miało to najmniejszego dla mnie znaczenia i nawet nie stanowiło przeszkody. Odnalazłem najbliższą budkę telefoniczną i zadzwoniłem do sekretariatu Hannigram, by poprosić o adres Monti. W pierwszej kolejności chciałem się do niej udać, bo wiedziałem, że mieszkali naprzeciw siebie. Miła sekretarka udzieliła mi odpowiedzi, a ja starałem się mocno zapamiętać nazwę ulicy, bo nie wziąłem ze sobą nic do pisania.

Mając już cel swojej podróży, zacząłem od zapytania o drogę pani z kasy na dworcu, która wskazała mi kierunek. Mimo wszystko po drodze musiałem pytać jeszcze kilku innych osób, bo uliczki miasta nie były oznakowane. W końcu dotarłem na jedno z tych bananowych osiedl domków jednorodzinnych, gdzie w każdym ogródku stało drogie auto, a obok niego w słońcu lśnił basen. W końcu odnalazłem dom Monti, więc nie czekając, podszedłem do drzwi i zapukałem. Potem zapukałem jeszcze raz i użyłem dzwonka. Potem kolejny raz. Nikt nie otworzył drzwi. Nie przejąłem się tym, tylko uparcie zacząłem rozglądać się dookoła, poszukując jakichkolwiek oznak obecności Alexa, szczególnie po drugiej stronie ulicy.

Mocno biło mi serce, ale wiedziałem, że moje ciało podjęło już samodzielnie decyzję. Moje nogi same maszerowały raźno, przechodząc przez ulicę na drugą stronę. Nim się spostrzegłem, stałem już pod drzwiami stalowoszarego domku, dzwoniąc dzwonkiem długo i przeciągle. Nagle wstąpiła we mnie odwaga i pewność, że jestem w stanie dokonać wszystkiego. Że wygram z Irene i zabiorę Alexa do siebie, że znów będziemy razem i znów będzie dobrze.

Nagle usłyszałem kroki dochodzące zza drzwi, przez co serce stanęło mi w gardle i poczułem, jak ta niewyobrażalna odwaga szybko mnie opuszcza. Drzwi uchyliły się, a w szparze między nimi a framugą pojawiła się czarnoskóra twarz staruszka.

- Słucham? - Powiedział mężczyzna.

Zamurowało mnie, ale nie dałem za wygraną.

- Przepraszam, czy trafiłem do państwa Smithów? - Zapytałem najgrzeczniej jak potrafiłem.

- Nie, przykro mi, państwo Smith wyprowadzili się stąd trzy miesiące temu.

Miałem wrażenie, że uszło ze mnie całe powietrze. Cała moja odwaga ulotniła się, a wraz z nią ekscytacja i chęć do życia.

- Okej..., a wie pan dokąd się przeprowadzili? - Zapytałem z nadzieją.

Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, zniecierpliwiony.

- Nie wiem, ja tylko kupiłem od nich dom.

Nic nie odpowiedziałem, tylko obróciłem się na pięcie i wcisnąłem ręce głęboko do kieszeni bluzy. Ruszyłem z powrotem w stronę dworca, ale po chwili świat mi się rozmazał, więc usiadłem po prostu na krawężniku przed jakimś domem i schowałem głowę w ramionach. Nie wiem ile czasu płakałem, ale słońce zdążyło zejść z nieba i powoli zbliżało się do horyzontu.

Bolało mnie wszystko. Aż tak, że miałem w głowie pustkę.

***

Wróciłem do domu późno w nocy, bo spóźniłem się na pierwszy pociąg. Mama już od progu czekała na mnie w koszuli nocnej, która mocno podkreślała jej brzuszek.

- Gabe, co się stało? - Zapytała, biorąc mnie w ramiona.

Jerrego na szczęście nie było w domu, bo dzisiaj miał nocny patrol.

- Oni się wyprowadzili - zaszlochałem, pozwalając jej, by wprowadziła mnie do mieszkania i posadziła na kanapie.

- Kto? Jacy oni? - Pytała zawzięcie, próbując zmusić mnie, bym spojrzał jej w twarz.

Poddałem się w końcu i podniosłem głowę. Ona, widząc moją spuchniętą od płaczu buzię, przytuliła mnie mocno.

- Rodzina Alexa - wykrztusiłem z siebie.

Mama westchnęła i pogładziła mnie po włosach.

- Nie potrafisz zapomnieć, prawda?

Spojrzałem na nią i nagle poczułem wielką złość.

- Jak miałbym zapomnieć? Jak mógłbym w ogóle zapomnieć o kimś, kogo kocham?!

Teresa spojrzała na mnie łagodnie, ignorując mój wybuch i nowe strużki łez na moich policzkach.

- Skarbie...

- Nie skarbuj mi tutaj, proszę! Nawet nie wiesz, jak mi źle z tym, że gdybym trzy miesiące temu pojechał do niego, to możliwe, że teraz znowu bylibyśmy razem! A ja nic nie zrobiłem! Uwierzyłem, że nic nie da się zrobić i próbowałem, naprawdę próbowałem o nim zapomnieć! Ale nie umiem! I teraz już nie chcę!

Po tych słowach wstrząsnął mną kolejny atak płaczu, więc ukryłem twarz w dłoniach i pozwoliłem mamie, żeby mnie objęła. Czułem jej małe ręce na głowie, ale nawet one nie przynosiły mi ukojenia.

- Gabriel... Widzę, że nadal zależy ci na Alexie, nawet bardziej, niż myślałam - tu zrobiła pauzę na zebranie myśli. - Myślałam... myślałam, że poradziłeś już sobie z tym wszystkim. Że ruszyłeś do przodu, poznałeś nowego chłopca, tego Louisa, i że jest ci już lepiej...

- Mamo, ja też tak myślałem. Ale teraz, kiedy nie ma szkoły i nie mogę wyłączyć myślenia, bo nie mam obowiązków... Teraz nie potrafię przestać myśleć i żałuję, że niczego nie zrobiłem.

Teresa westchnęła i pogładziła mnie po policzku, ścierając łzy.

- Nie żałuj tego, czego nie zrobiłeś, to już jest za tobą. Wiesz dobrze, że cała ta sytuacja była wręcz niemożliwa do rozwiązania. A na pewno nie w taki sposób, w jaki byś chciał. Pomyśl o tym i zastanów się, czy zapomnienie o Alexie nie będzie lepszym wyjściem, niż katowanie się myślami. Wiem, że teraz pewnie brzmi to dla ciebie jak coś niemożliwego, ale wiedz, że z biegiem czasu będzie ci coraz łatwiej, uwierz mi na słowo.

Pokiwałem głową, bo czułem, że nadchodzi kolejna fala płaczu. Faktycznie, zapomnienie o Alexie było dla mnie niemożliwe - przecież minęło już tyle miesięcy, a ja nadal czułem się, jakbym dopiero co wyszedł z łazienki i zobaczył jego pustą część pokoju.

***

Obudziłem się nazajutrz po południu, z twarzą nadal spuchniętą od płaczu. Nie miałem motywacji, żeby wstać i zrobić cokolwiek, więc kolejną godzinę spędziłem w łóżku, patrząc się w sufit i czasami w okno. Znowu miałem ochotę uciec z dala od swojego życia, ale ostatnia podróż tak mnie zdemotywowała, że od razu odrzuciłem tę myśl.

Usłyszałem trzy ciche stuknięcia do drzwi, a po chwili mama weszła do pokoju.

- Hej, w końcu wstałeś. Chodź, mamy dla ciebie niespodziankę.

Zero ekscytacji, zero emocji, zero chęci do ruszenia się. Mimo wszystko podniosłem się i poczłapałem w pidżamie do dużego pokoju, gdzie czekał na nas Jerome. Na stoliku stał mały tort, a tuż obok niego pakunek w czerwonym papierze. I czerwień ta miała dokładnie taki sam odcień, jak bluza Alexa, którą pożyczyłem od niego, nie wiedząc, że zostanie ze mną na zawsze. Boleśnie ścisnęło mi się gardło.

- Chcieliśmy poświętować z tobą twoje szesnaste urodziny i tak, wiemy o tym, że już je miałeś i że bliżej ci do siedemnastki, ale szukałam pretekstu żeby zjeść tort i dać ci prezent.

Uśmiechnąłem się najlepiej jak potrafiłem, a potem, gdy zaczęli mi śpiewać sto lat, zamyśliłem się na temat swoich ostatnich urodzin. Okazało się, że już nawet te złe wspomnienia z Alexem widziałem jako dobre, nostalgiczne.

- Chcielibyśmy życzyć ci wszystkiego najlepszego, powodzenia w szkole i żebyś odnalazł miłość - powiedzieli razem mama i Jerry.

"Żebyś odnalazł miłość" - parsknąłem w głowie. Co innego można życzyć nastolatkowi ze złamanym sercem?

Ponaglany przez rodzinę, wziąłem się za odpakowywanie prezentu, starając się ignorować czerwień papieru. Wiedziałem już, że tego wieczoru, właśnie przez ten papier, wrócę do swojego nałogu, z którym myślałem już, że zerwałem. Wieczorem, przed snem wykopię z najgłębszej szuflady komody czerwoną bluzę Alexa, którą włożyłem tam, nie chcąc o niej myśleć. Pewnie znowu założę ją i poczuję ten zapach, wyobrażając sobie, że otula mnie nie ciepły materiał bluzy, lecz jego silne ramiona.

Wróciłem na ziemię, gdy zobaczyłem, co chowało się pod grubą warstwą papieru, a mianowicie znalazłem tam opakowanie z wymalowanym na nim telefonem. Byłem zaskoczony i też wdzięczny - to nie tak, że w ogóle już nie czułem emocji, po prostu były one tak przytępione i słabe, że chyba przestałem umieć je normalnie okazywać.

- Dziękuję wam - powiedziałem, zrywając folię z opakowania. - Naprawdę.

Powiedziałem to "naprawdę" tylko po to, by przekonać siebie, że realnie jestem im wdzięczny. Tak jak mówiłem, moje emocje były tak przytępione, że czułem złość i niemoc w stosunku do własnej osoby, bo wiedziałem, że za prezent trzeba być wdzięcznym.

- Dobra, to ja pokroję tort, a wy nalejcie szampana, oczywiście bezalkoholowego - powiedziała mama, wstając od stołu.

- Chwila, chwila! - Krzyknął Jerome. - A świeczki?

- Faktycznie! Już, zaraz będą!

Kilka minut później siedziałem już na pufie przy stole, mierząc się oko w oko z szesnastoma zapalonymi świeczkami. Długo myślałem nad tym, co sobie zażyczyć, ale tylko jedna myśl tłukła mi się po głowie: al, ale, alex, Alex, ALEX. Niewiele dalej myśląc, dmuchnąłem mocno, gasząc przy tym cały tort. Mama i Jerome bili brawo, lecz jestem w zupełności pewien, że gdyby wiedzieli, co sobie zażyczyłem, to albo by się przerazili, albo woleliby o tym nie wiedzieć.

***

Tak naprawdę, to oszukiwałem się w tym, że telefon ułatwi mi wiele spraw, bo wiedziałem, że odnalezienie Alexa w Internecie będzie graniczyło z cudem ze względu na jego pospolite imię i nazwisko. Całą noc przesiedziałem na Facebooku, gdzie specjalnie założyłem konto, by spróbować znaleźć chłopaka. Najpierw wpisałem jego dane w wyszukiwarce i kilka godzin zajęło mi wertowanie wszystkich profili, które mogły mu odpowiadać. Niestety, bez skutku. Potem znalazłem stronę tego liceum z internatem, o którym wspomniał Michael. Przejrzałem wszystkie posty z ostatnich miesięcy, wszystkie polubienia i komentarze. Też bez skutku. Próbowałem nawet odszukać, czy ta szkoła ma drużynę koszykarską i okazało się, że mają i że nazywa się "Piłka dla Jezusa". Niestety jednak na żadnym ze zdjęć nie widziałem Alexa.

Zacząłem więc od innej strony - wyszukałem Phila i Monti i dodałem ich do znajomych. To poszło gładko i sprawnie, bo wszyscy mieli zdjęcia, które jednoznacznie mówiły mi, że są tymi osobami, których szukałem. Miałem tylko nadzieję, że szybko zaakceptują zaproszenie, bym mógł do nich napisać.

A co chciałem do nich napisać? Nie wiem. Po prostu wiedziałem, że muszę. Musiałem zapytać, czy coś wiedzą o Alexie.

Z tymi myślami zasnąłem, a telefon leżał koło mnie na poduszce, otwarty na jednym z wielu Alexandrów Smithów. Czułem jednak, że to mógł być on, bo mimo, że nie miał zdjęcia profilowego, to na zdjęciu w tle widniała duża pomarańczowa piłka do kosza.

***

Rankiem obudziłem się i od razu zauważyłem, że Phil zaakceptował moje zaproszenie, a w skrzynce znalazłem już od niego kilka wiadomości, więc od razu kliknąłem w czerwone powiadomienie i odczytałem, co chłopak do mnie napisał.

8:47: Gabe? Ten Gabe, który tak gardzi technologią założył Facebooka?

8:49: :D

8:50: Co tam u ciebie? Wpadasz do nas na wakacje?

9:30: Jak się w ogóle trzymasz? Wiesz o co mi chodzi...

Szczerze powiedziawszy, trochę się zawiodłem, ale nie wiem na co liczyłem. Że Phil napisze mi, że widział się z Alexem, albo że ma z nim kontakt? Nie wiem, ale odszedł ode mnie zapał nawiązania z nim rozmowy.

10:50: Cześć, spałem, dopiero teraz odpisuję.

10:53: Mogłoby być lepiej. Chyba w ogóle się nie trzymam.

Chwilę później na ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz Phila wraz z połączeniem przychodzącym. Bez wahania odebrałem.

- Halo? Phil?

- Cześć Gabe! Boże, jak dawno nie słyszałem twojego głosu. Gdzie się podziewałeś?

- Uczyłem się do egzaminów. Nie wiedziałem jak mam się z wami skontaktować, przecież zawsze robił to Alex! Ja nawet nie miałem jeszcze telefonu!

- Alex... - powiedział w zamyśleniu Phil. - Też nie odezwał się do ciebie przez te wszystkie miesiące?

Znowu poczułem ten nieprzyjemny kolec zawodu wbijający mi się w ciało.

- Nie... Wiem tylko, że jego rodzina wyprowadziła się trzy miesiące temu - powiedziałem smutno. - I że Alex chodzi do "Mater Dei". A to liceum jest jeszcze dalej ode mnie niż Hannigram. Phil, nie wiem co robić.

Spodziewałem się, że chłopak zaraz powie mi, że mam sobie odpuścić i zapomnieć, tak jak powtarzali mi to wszyscy dookoła. Czekałem na jego słowa, czekałem na ten ból, który poczuję, gdy nawet najlepszy przyjaciel Alexa da sobie z nim spokój.

- Ja też nie wiem, Gabe. Bardzo bym chciał coś zrobić, bo boli mnie to, że siedzę bezczynnie na dupie i cieszę się swoim życiem. Brakuje mi go i nie potrafię sobie wyobrazić w jakim stanie jesteś ty...

Poczułem przypływ otuchy, bijący z jego słów.

- A jest coś, co możemy zrobić? - Zapytałem z nadzieją.

- Wiesz, ciężko mi powiedzieć. Nie wiemy nawet, gdzie on teraz może być. A może być w całym kraju, a nawet i za granicą, bo są wakacje...

Po raz kolejny straciłem ochotę na kontynuowanie rozmowy. Co się ze mną działo? Nie potrafiłem nawet rozmawiać ze swoim dobrym kolegą, nie sprawiało mi to w ogóle przyjemności. Mógłbym się pokusić nawet o stwierdzenie, że nie obchodziło mnie, co działo się u niego i Billa.

- Nie wiem - odpowiedziałem. - Odezwę się do ciebie niebawem, jak pogadam z mamą. W sensie, a propos twojego zaproszenia. Może z niego skorzystam.

Boże, mówiąc te słowa sam siebie nienawidziłem. Brzmiałem jak robot pozbawiony emocji, jakby totalnie nie zależało mi na Philu i Billu.

- Oh, okej - mruknął chłopak. - Dobra, to... będę czekał na wiadomość.

Rozłączyłem się bez pożegnania i rzuciłem telefon na poduszkę. Czułem się kompletnie do dupy, a to jeszcze potęgowane było faktem, że wcale nie czułem się źle z tym, jak potraktowałem Phila. Po prostu nic nie czułem.

Najpewniej poszedłbym dalej spać, gdyby nie to, że mama zapukała do drzwi mojego pokoju, mówiąc, że to ostatni gwizdek na zjedzenie śniadania. Chcąc, nie chcąc wstałem i ruszyłem do kuchni, mimo, że znów nie byłem głodny.

***

Wiem, że mój pomysł był głupi i że sam się prosiłem o ból i cierpienie, ale w tym momencie miałem wrażenie, że to były jedyne emocje, które byłem w stanie w pełni przeżywać. Bałem się tego Gabriela, który nie potrafił się z niczego cieszyć i nie wiedział, co ze sobą zrobić, bałem się tego chłopaka, bo nie umiał być miły, ani wdzięczny, ani nie przejmował się innymi. Więc, jak pewnie się już domyślacie, poszedłem w najgorsze miejsce, w którym mógłbym teraz przebywać. Do lasu. Do domku na drzewie, gdzie spędziłem z Alexem noc i rozmawialiśmy szczerze o sobie, pijąc whisky. Wspiąłem się na samą górę, czując już jak łzy spływają mi po policzkach, odtwarzając w głowie to, co działo się jeszcze kilka miesięcy temu. Usiadłem na podłodze domku, tak, bym przez okno mógł obserwować niebo i drzewa. Nie czułem nic, nie byłem w stanie pojąć piękna tego letniego popołudnia i sklepienia wolnego od choćby jednej chmury.

W głowie zacząłem po raz kolejny analizować, co mógłbym zrobić, by to wszystko naprawić. Tylko o tym byłem w stanie myśleć. Nie o wakacjach, nie o tym, że miałem zostać bratem, nie o powrocie do szkoły. To wszystko nie miało znaczenia

Nagle mój telefon zawibrował w kieszeni, a w mojej głowie rozbłysły promienie nadziei.

Może to jakimś cudem Alex?

Albo ktokolwiek inny z informacją o nim?


Wyciągnąłem Samsunga i spojrzałem na ekran. To była Monti, która zaakceptowała moje zaproszenie. Po chwili dostałem powiadomienie o nowej wiadomości.

17:46: hej gabriel, chyba wiem o czym chcesz ze mna porozmawiac, ale musze cie uprzedzic

17:47: nic nowego sie nie dowiedzialam, wybacz

Nawet jej nie odpisałem. Wszedłem za to w jej profil, by zobaczyć, co się na nim dzieje. Okazało się, że dziewczyna pisała z Grecji, w której była z rodziną i chłopakiem. No tak. Poczułem tak okropną zazdrość, jakiej jeszcze nigdy nie czułem. W innym, milszym świecie to ja mógłbym wstawiać zdjęcia na Facebooka z wakacji z rodziną, na których byłbym ja i Alex. W innym, nieistniejącym świecie, którego nie dane było mi doświadczyć.

Moją uwagę nagle przykuła zakładka "znajomi", gdzie na drugim miejscu królował nie kto inny, jak Michael. Tak, ten Michael, metalowiec, przyszywany brat Alexa. Nie czekając, wszedłem na jego profil, ale nie znalazłem na nim żadnych rodzinnych zdjęć. Co innego jednak przykuło moją uwagę, a mianowicie wydarzenie, które udostępnił na swojej tablicy.

Grip of Death zagra 7 lipca w Starej Cegielni w Riverside

Kliknąłem w link i zobaczyłem stronę zespołu, którego wokalistą był właśnie Michael. Wróciłem do wcześniejszej strony i wysłałem mu zaproszenie do znajomych. Na razie nie dawałem sobie pozwolić na choćby krztę nadziei, ale ona jednak próbowała wedrzeć mi się do głowy. Zacząłem już wyobrażać sobie naszą rozmowę, to jakie fakty przedstawię i efekt końcowy - czyli moje spotkanie z Alexem.

A potem znów się rozpłakałem.

***

Mijały dni, a Michael nadal nie zaakceptował mojego zaproszenia, mimo, że wchodziłem często na jego profil i widziałem palące się na zielono kółeczko obok jego imienia i nazwiska. Widziałem też, że odpowiadał na komentarze pod swoim wydarzeniem, a także udzielał się na profilu swojego zespołu. Owiały mnie wątpliwości i próbowałem nawet anulować zaproszenie i wysłać je ponownie, tak tylko, dla pewności. Ale nic z tego. Próbowałem więc napisać do niego wiadomość prywatną, ale chłopak miał zablokowaną taką możliwość. Nadzieja, która się pojawiła, znów wyparowała gwałtownie.

Została jedna jedyna rzecz, którą mogłem zrobić. Mogłem tylko pojechać na koncert i spróbować porozmawiać z Michaelem sam na sam. Riverside było oddalone od Glatton o dobre 500km, ale nie widziałem w tym przeszkody. Nie było mnie stać na samolot, ale nawet cztery przesiadki podczas podróży pociągiem mnie nie zniechęciły. Jedyne, co było problemem, to wymyślenie, co powiem mamie i Jerremu, by się o mnie nie martwili. Na szczęście nowy ponury Gabriel wyśmienicie potrafił kłamać.

***

No więc, rankiem siódmego lipca rodzina odstawiła mnie na dworzec, myśląc, że jadę do Louisa, co wydawało się im na tyle świetnym pomysłem, że od razu się na niego zgodzili. Byłem zaskoczony, że wszystko poszło tak gładko. Od mamy dostałem kanapki na drogę, a Jerome dał mi trochę pieniędzy i poklepał mnie po ramieniu. Oboje machali mi na pożegnanie, gdy pociąg odjeżdżał, ja natomiast zastanawiałem się, w jakim stanie do nich wrócę, albo czy... w ogóle wrócę.

Nie, nie, nie pomyślcie sobie tylko, że zamierzałem ich porzucić. To nie tak. W tamtym momencie wiedziałem, że muszę się ogarnąć, żeby być dobrym bratem dla dziecka rosnącego w brzuchu mojej mamy i być dobrym synem dla Jerrego, musiałem to zrobić. Musiałem zniknąć chociaż na chwilę i zrobić to, co podpowiadało mi serce. A byłem gotów na wszystko, nawet na błaganie na kolanach Michaela, by tylko pozwolił mi skontaktować się z Alexem. Tego najbardziej na świecie pragnąłem i nic nie było w stanie mnie od tego odwieść. Nic a nic.

Wyciągnąłem swoje sfatygowane MP3 i włożyłem do uszu słuchawki. Usiadłem na wolnym miejscu, wsłuchując się w jakieś smęty, które idealnie pasowały do mojego nastroju. Znowu coś robiłem, znowu miałem cel i znowu czułem, że choć trochę żyję.

***

Pierwsze trzy przesiadki minęły bezproblemowo - odnalazłem pociągi i wsiadłem do nich bez zawahania, mając w głowie tylko to, by dotrzeć do celu, jakim było Riverside. Zjadłem nawet kanapki, które dała mi mama i doceniłem, że poświęciła swój czas na zrobienie ich.

Ekran telefonu poinformował mnie, że wybiła godzina 20:00 i że nikt z moich znajomych nie próbował się ze mną kontaktować. Za oknem robiło się powoli ciemno, a przede mną była jeszcze ostatnia przesiadka, na którą miałem tylko 3 minuty. Koncert miał zacząć się o 22 i wraz z kolejnymi minutami moja ekscytacja rosła.

Tuż przed przystankiem końcowym spojrzałem raz jeszcze na profil Alexandra Smitha z piłką koszykową w tle, mając nadzieję, że pojawiło się na nim coś nowego. Oczywiście tak się nie stało. Idąc już w stronę drzwi wyjściowych, nagle zadzwoniła do mnie mama. Nie przejąłem się tym za bardzo, bo pewnie dzwoniła zapytać, jak mija moja pierwsza w życiu samotna i tak daleka podróż pociągiem, więc odebrałem jednym przesunięciem palca.

- Gabriel, dokąd ty pojechałeś? - Zapytała nerwowo.

Odebrało mi mowę i automatycznie wyszedłem na peron, nie myśląc o niczym.

- No, do Louisa - odpowiedziałem.

- Louis dzwonił przed chwilą na mój telefon, bo chciał z tobą porozmawiać - powiedziała, a ja już wiedziałem, że mam kłopoty. - Dlaczego mnie okłamałeś?

Nie wiedziałem, co jej odpowiedzieć. Mój misterny plan zawiódł, bo zapomniałem napisać do Martineza, że mam telefon i pod tym numerem ma się od teraz ze mną kontaktować. Nagle przypomniało mi się, że przecież mam tylko trzy minuty na znalezienie ostatniej przesiadki. Zacząłem nerwowo rozglądać się po dworcu i w końcu odnalazłem swój pociąg. Problem w tym, że aby się do niego dostać, musiałem przejść przed długie podziemne przejście z wielką ilością schodów. Od razu rzuciłem się w jego stronę, zbiegając po dwa stopnie.

- Nie wiem, mamo, ja... - wydyszałem. - Ja musiałem, przepraszam. Inaczej nigdy byście się nie zgodzili, żebym pojechał.

- Powiedz mi tylko, błagam cię, że nie masz żadnych kłopotów i że wrócisz cały i zdrowy.

Wbiegając po schodach na górę, potknąłem się o stopień, bo za nisko podniosłem nogę i wyrżnąłem z całą siłą w kamienny stopień, próbując rozpaczliwie podeprzeć się wolną ręką.

- Gabriel?! - Krzyknęła zdenerwowana mama. - Boże, Jerome, usłyszałam trzask w słuchawce i on się nie odzywa!

Podniosłem się do siadu, rozmasowując obolały policzek, patrząc ze zrezygnowaniem na odjeżdżający pociąg.

- Jestem mamo, żyję i wrócę cały i zdrowy. Nie martw się. Musiałem pojechać w pewne miejsce. I nic mi nie jest, nie mam kłopotów - powiedziałem zimno, zdenerwowany. - Odezwę się jutro. Kocham was.

Po tym rozłączyłem się i wyciszyłem telefon, chowając go głęboko do kieszeni. Była godzina 21:10, a ja utknąłem po drugiej stronie miasta, nie wiedząc gdzie jestem i dokąd iść. Ruszyłem w dół po schodach, by znów wyjść na peron, na którym wysiadłem. Na tablicy ogłoszeń na dworcu znalazłem wizytówkę taksówki, więc nie czekając, zadzwoniłem pod numer, ale jedyne co usłyszałem, to komunikat mówiący, że nie ma żadnej wolnej taryfy. Wpisałem w Google inne taksówki w Riverside, ale gdziekolwiek nie dzwoniłem, był ten sam efekt. Efekt piątkowego wieczoru w dużym mieście.

Nie myśląc więcej, włączyłem GPS'a i ruszyłem przed siebie żwawym marszem, bo czekała mnie półtorej godzinna wędrówka przez nieznane mi miasto, by w końcu osiągnąć cel i skonfrontować się z Michaelem w Starej Cegielni.

***

Na miejscu byłem dopiero o 22:45 i żywo kłóciłem się z ochroniarzem, by ten pozwolił mi kupić bilet. Okazało się, że Stara Cegielnia to bar, do którego wpuszczano tylko i wyłącznie pełnoletnie osoby lub niepełnoletnie z opiekunami. Dosłownie wpadłem w furię, że tyle rzeczy poszło już nie tak, a kiedy już byłem praktycznie u celu, pojawiła się kolejna przeszkoda. Nie wiem co we mnie wstąpiło, ale najpierw prosiłem ochroniarza prawie że na kolanach, by wpuścił mnie do środka, a potem, gdy ten nie ustępował, próbowałem zagrozić mu i wymusić, by pozwolił mi wejść. Nic nie skutkowało, a sam mężczyzna tracił już cierpliwość, więc zaczęliśmy się szarpać, czego świadkami była cała gromada ludzi stojąca na palarni, która mieściła się przed barem. Ktoś nawet krzyknął, żeby ochroniarz dał spokój i pozwolił mi wejść, ale ten nadal nie ustępował.

W momencie, kiedy straciłem już wszystkie nadzieje, jakaś dziewczyna podeszła do mnie i złapała mnie pod ramię.

- O, tutaj jesteś! Wszędzie cię szukałam. Nieładnie się tak spóźniać.

Mimo zaskoczenia od razu zareagowałem tak, by ciągnąc dalej tę szopkę.

- Cześć, przepraszam, spóźniłem się na pociąg i padł mi telefon. Nie miałem jak się do ciebie odezwać.

- Nie ma problemu - powiedziała do mnie nieznajoma, a później zwróciła się do ochroniarza. - To mój brat. Wiem, niepodobni, ale obiecałam mu, że na urodziny zabiorę go na koncert jego ulubionego zespołu. To co, wszystko ok?

Ochroniarz spojrzał na nas spod byka, ale koniec końców pozwolił nam wejść, nie mogąc tak naprawdę nic zrobić. Weszliśmy do środka baru, gdzie śmierdziało papierosami i alkoholem zmieszanym z potem obecnych tu ludzi. Moje uszy zbombardowane zostały głośnymi dźwiękami screamu i gitary prowadzącej, ktoś popchnął mnie, zahaczając o mój plecak. Odwróciłem się za siebie z zamiarem podziękowania miłej nieznajomej, ale jej już nie było. Zostałem sam w zupełnie obcym mi świecie i po raz pierwszy poczułem, że może to był zły pomysł, by tu przyjeżdżać.

A potem usłyszałem Michaela zapowiadającego kolejny kawałek i wątpliwości ulotniły się. Mój cel stał na środku sceny, z rozpuszczonymi włosami, ubrany na ciemno, a na jego ramieniu wisiała gitara. Co teraz miałem zrobić? Czekać na koniec koncertu i próbować do niego podejść, czy co? Nie wiedziałem. Wiedziałem tylko, że miałem trochę czasu do końca koncertu i postanowiłem wypić piwo i pomyśleć.

Barman zmierzył mnie sceptycznym wzrokiem, ale nie poprosił mnie o dowód osobisty, więc ja też nie zamierzałem się nim chwalić. Wypiłem duszkiem pół szklanki piwa, tupiąc nogą do rytmu muzyki i patrząc cały czas na Michaela. Bałem się, że chłopak nagle zniknie i wszystkie moje plany pójdą się pieprzyć. Czas mijał leniwie, ja wlewałem w siebie kolejne dawki piwa, nie czując, by w ogóle cokolwiek mi dawały. Koncert dobiegał końca, a ja nadal nie miałem pomysłu na to, jak w ogóle podejść do Michaela, ale alkohol pozbawił mnie chociaż zmartwień i dodał brawury. Wiedziałem, że skoro udało mi się zorganizować i przetrwać całą podróż, to jakoś uda mi się też z nim porozmawiać. Zupełne jakbym miał los po swojej stronie.

Przed pierwszą w nocy i po wielu bisach Mich, zdartym od śpiewu głosem, zapowiedział, że to będzie już naprawdę ostatnia piosenka. Tłum zawył i wygwizdał go, ale ten tylko uśmiechnął się i rzucił:

- Metallica, Nothing Else Matters, na uspokojenie dusz i głów.

Przypomniał mi się dzień, gdy Michael uczył mnie grania tej piosenki i to, jaki byłem wtedy szczęśliwy. Jakie życie było proste i łatwe, w porównaniu do tego, co działo się ze mną obecnie.

So close, no matter how far

Couldn't be much more from the heart

Forever trusting who we are

And nothing else matters


Dopiłem ostatnie piwo do końca i wstałem, wiedząc już co zrobię. I nieważne jak głupie to było, Michael musiał mnie zauważyć, bo dostanie się na zaplecze nie było dla mnie osiągalne.

Never cared for what they say

Never cared for games they play

Never cared for what they do

Never cared for what they know

And I know, yeah


Szedłem przed siebie, raz po raz dostając od kogoś łokciem, czy dając sobie podeptać stopy glanami. Nie czułem bólu, czułem, że muszę iść przed siebie, kiedy ostatnie wersy piosenki odbijały się od ścian pomieszczenia. Będąc już u stóp sceny, zdobyłem się na odwagę, o którą nigdy wcześniej bym siebie nie podejrzewał i trzema krokami wbiegłem po schodach na podest, omijając zaskoczonego tym ochroniarza. Stanąłem jakieś dwa metry od Michaela, który spojrzał na mnie, nie przerywając śpiewu. Wtedy poczułem, że ochroniarz złapał mnie za plecak i próbował pociągnąć w dół, ale po prostu ściągnąłem torbę z ramion i już miałem iść przed siebie, gdy drugi ochroniarz wyszedł zza kulis i złapał mnie za bluzę. Mich widząc to, pomachał przecząco ręką do mężczyzn, a ci po prostu mnie puścili. Czułem na sobie tyle spojrzeń, że prawie ugięły się pode mną nogi, ale utrzymałem się twardo w pozycji stojącej, patrząc na wokalistę.

- To wszystko na dzisiaj od Grip of Death, drodzy państwo. Nie przerywajcie imprezy, bawcie się dalej. Dobranoc.

Pożegnał go tłumny wiwat, gdy chłopak kłaniał się artystycznie. Gdy zgasły światła na scenie, ruszył w moją stronę, chwycił mój plecak, po czym poszedł za kulisy. Pobiegłem za nim, czując jak bije mi serce. Znaleźliśmy się w dużym pomieszczeniu, gdzie czekali już inni członkowie zespołu i kilka metalówek. Jedną z nich była dziewczyna, która wprowadziła mnie do baru - uśmiechnęła się do mnie miło. Jednak Michael prowadził mnie dalej, do małego biura z jednym biurkiem. Zatrzasnął za nami drzwi.

- Siadaj - powiedział, wskazując krzesło.

On sam oparł się plecami o ścianę.

Rozdział XLVIII

4 komentarze:
Następnego dnia po obiedzie spakowaliśmy się, a mama i Jerome odwieźli nas na lotnisko. Cały czas wiedziałem, że ten moment nastąpi - że trzeba będzie opuścić tę rodzinną sielankę. Na szczęście mieliśmy jeszcze trochę ferii, więc  mogliśmy spokojnie odpocząć u Phila i Billa. Tuż przed odprawą mama wyściskała nas i wycałowała, a Jerome uścisnął nam po kolei dłonie, patrząc głęboko w oczy z uśmiechem.

      - Alex, bardzo miło mi było ciebie poznać. Jeśli tylko będziesz miał ochotę, zawsze możesz nas odwiedzić - powiedziała mama, jeszcze raz całując mojego chłopaka w policzek.

Smith podziękował serdecznie, a ja z uśmiechem obserwowałem jak jego twarz oblała się rumieńcem. To nie był jeszcze koniec pożegnania, choć musieliśmy już udać się w stronę bramek, a mama, dobrze o tym wiedząc, mimo wszystko zamknęła mnie jeszcze raz w ramionach.

    - Gabe, miło jest mi, kiedy widzę, że wyrosłeś na porządnego mężczyznę mimo, że nie miałeś nigdy we mnie wsparcia. Jestem z ciebie dumna.

      - Dziękuję - odmruknąłem.

Pocałowałem ją w czoło z uśmiechem, skinąłem głową do Jerome’a i ruszyłem z Alexem na odprawę. Kiedy odwróciłem się i spojrzałem przez ramię, mama i Jerome wciąż tam stali, tym razem jednak wtuleni w siebie, machali nam na pożegnanie. Westchnąłem głęboko.

      - Gadałeś z Philem o naszym przyjeździe?

      - Tak, przyjadą po nas wieczorem, bo podobno z powodu zamieci nie kursują pociągi.

Zdziwiłem się.

      - Czyli jednak zima wraca?

Alex zrobił kwaśną minę.

      - Najwyraźniej. Ale są też i plusy - mruknął filozoficznie.

      - Że niby jakie?

      - Będę miał szansę żeby cię natrzeć.

Parsknąłem śmiechem.

      - A kto powiedział, że w ogóle dostaniesz taką szansę?

Niestety, ale dostał taką szansę. Nawet dwie. I obie w pełni wykorzystał.


***

Po wylądowaniu zaskoczył nas widok zasp świeżego śniegu i okazało się, że Alex zostawił u mnie w domu szalik, a ja rękawiczkę. Jedna z dłoni odmarzła mi gdy maszerowaliśmy w stronę przystanku autobusowego, a oczywiście odrzuciłem propozycję Smitha, gdy ten chciał mi wręczyć swoją parę rękawiczek. Skończyło się na kompromisie - każdy zatrzymał po jednej rękawicy, a w drugą (znacznie większą niż moja) z kompletu Alexa obaj wsunęliśmy dłonie. Co prawda po chwili były już tak spocone, że czułem się, jakbym włożył rękę do jakiejś gorącej mazi. Na szczęście niedługo potem autobus podjechał na przystanek, więc ewakuowałem swoją dłoń i wytarłem pot w policzek Alexa w niby to czułym geście. Smith odsunął się, śmiejąc, a potem wziął nasze bagaże i zajął miejsce gdzieś na tyłach autobusu. Ja jak zawsze dostałem zadanie kupna biletów.

Po przybyciu na kampus okazało się, że cały teren wokół szkoły pokryty jest śniegiem. Może nie było go tak dużo jak w okolicy świąt (i Wielkiego Sprzątania), ale czuliśmy się wręcz jak pionierzy, stąpając po tej niczym nieskalanej bieli. Szliśmy w ciszy, jakby nie chcąc zakłócić tej podniosłej atmosfery, ale jak się chwilę później okazało -  tylko ja miałem takie wrażenie. Alex popchnął mnie w zaspę, lecąc za mną; zaskoczony padłem prawie że twarzą w śnieg, ale dosłownie w ostatnim momencie obróciłem się lekko w bok. Ciało Smitha przygniotło mnie i osunąłem się jeszcze niżej w śniegu. Nie miałem powodów do radości, za to Alex śmiał się w najlepsze z zarumienionymi od chłodu policzkami. Chłopak usiadł na mnie okrakiem i przytrzymał moje ręce, bo próbowałem usilnie zrzucić go z siebie. Pochylił się i pocałował mnie delikatnie w usta, przy czym trochę śniegu zapałętało się między nasze wargi, by chwilę później stopnieć i spłynąć mi z brody jako krople wody. 

      - Alex, zabiję cię... - Mruknąłem i wtedy właśnie ogromna śnieżka wylądowała na mojej twarzy.

No i Smith mnie natarł. Mógłbym powiedzieć, że profesjonalnie. A ja nie mogłem nic zrobić, tylko krzyczałem wewnętrznie z zimna i z chęci mordu. Potem Alex natarł mnie jeszcze raz, ale nie stawiałem już takiego oporu jak wcześniej, więc chyba nie sprawiło mu to aż takiej frajdy i odpuścił. Pomógł mi nawet wstać, cały czas zanosząc się śmiechem kiedy patrzył na moją czerwoną od zimna twarz. Oczywiście byłem zły, nawet bardzo, więc chwyciłem swój bagaż i bez słowa ruszyłem w stronę męskiego internatu. Od oszalenia z zimna dzielił mnie tylko krok, ale myśl o gorącym prysznicu trzymała mnie jeszcze w ryzach.

W internacie panowały jako takie pustki; światła paliły się w kilku oknach, a w pokoju dziennym grał jak zwykle telewizor, ale nikt nie siedział na kanapie. Z któregoś z pokojów dobiegały śmiechy i muzyka, gdzieś trzasnęły drzwi. Wmaszerowałem moim wściekłym chodem do swojego pokoju, rzuciłem bagaże na podłogę i od razu zrzuciłem z siebie kurtkę i ciuchy, które przemokły do ostatniej suchej nitki. Kiedy Smith wszedł do pokoju, stałem już w samych bokserkach i podkoszulku na środku pokoju i szukałem ręcznika w szafie. Minąłem chłopaka bez słowa i szczękając zębami pobiegłem pod prysznic. Nie czułem twarzy i nie mogłem ruszać ustami, ani zmarzniętą prawą ręką. Próbowałem odkręcić kurek prysznica lewą ręką i trochę przesadziłem, więc polał się na mnie ukrop, który nieco mnie roztopił. Cała twarz, a najbardziej nos i uszy zaczęły mnie piec i szczypać, jakby ktoś wbijał mi w nie tysiące igiełek. Potem do nosa i uszu dołączyła reszta twarzy i zmarznięta dłoń.

W sumie pod prysznicem spędziłem jakieś pół godziny. Stałem, a woda lała się po mnie strugami, uspokajając dreszcze i przynosząc ulgę. Kiedy uznałem już, że temperatura mojego ciała jest w porządku, owinąłem się w ręcznik i pobiegłem do pokoju. Smith zdążył już posprzątać bałagan, który zrobiłem - po tym poznałem, że najwyraźniej jest mu głupio przez to co zrobił - a na biurku stały dwa kubki z parującą herbatą.

      - Byłeś na stołówce? - Zapytałem chłopaka, wskazując ruchem głowy na kubki z herbatą.

      - Nie, po prostu mam znajomości - wyszczerzył się.

Nie zadawałem więcej pytań, tylko chwyciłem kubek z logo pola campingowego „Topolowa Polana” i usadowiłem się na swoim łóżku. Złość już mnie opuściła - chyba zmyłem ją pod prysznicem. Chciałem o coś zapytać Alexa, ale kiedy otworzyłem usta, ktoś zapukał do drzwi.

      - Proszę! - Powiedział Smith, nie przerywając wykonywanej czynności.

Do środka wszedł Phil, a za nim Bill, obaj lekko uśmiechnięci. Jednak coś od razu rzuciło mi się w oczy, a było to coś, co spowodowało, że wydałem z siebie dziwny dźwięk będący połączeniem parsknięcia i śmiechu.

      - Phil, ale zarosłeś!

Chłopak wypiął dumnie pierś i pogładził swój zarost.

   - Stwierdziłem, że z brodą będę wyglądał na starszego i dojrzalszego - powiedział. - No i oczywiście jestem teraz jeszcze większym ciachem.

Alex wstał, przyjrzał się przyjacielowi dokładnie z każdej strony, po czym powstrzymując śmiech odprawił rytualny uścisk dłoni znany tylko im obu.. Z Billem poklepał się po ramieniu, po czym wskazał krzesła przy biurkach, jako miejsce zdatne do posadzenia swojej godności.

      - Coś czuję, że łóżko byłoby lepszym rozwiązaniem, bo widzę, że Gabe to dopiero się zbiera.

Po ściągnięciu płaszcza Phil rzucił się bez ostrzeżenia koło mnie na lóżko, a mi przez głowę przeszła głupia myśl: "Dziękuje, o nieistniejący bogowie, że przypilnowaliście mnie żebym założył bokserki po prysznicu".

      - Co ty taki naburmuszony, hę?

Zamiast odpowiedzieć, spojrzałem wprost na Alexa, który zaciekawiony patrzył na moją reakcję.

    - Może pan S sam by ci powiedział, hmm? - Powiedziałem, z premedytacją akcentując słowo "sam".

Phil rzucił Alexowi przez ramię mordercze spojrzenie.

      - Co znów zrobiłeś, Smith?

     - Nat... g... śnie.... - Wymamrotał pod nosem chłopak, tak, że połowy zdania nie dało się w ogóle usłyszeć.

      - Skoro jesteś winny, to chociaż miej odwagę przyznać się do winy.

Smith wstał i oparł się o biurko, krzyżując ramiona na piersi. Wyglądał jak nadąsane dziecko.

       - Natarłem go śniegiem - powiedział trochę głośniej.

Bill przewrócił oczami, przez co nie mogłem już wytrzymać tej udawanej napiętej atmosfery i wybuchnąłem śmiechem. W moje ślady prawie poszedł Phil, bo z jego ust wydobyło się tylko lekkie parsknięcie, ale zacięty wyraz wciąż utrzymywał się (ledwo) na jego twarzy.

      - Ile razy? - To pytanie było przeznaczone dla mnie.

      - Dwa.

Phil wciągnął gwałtownie powietrze w płuca.

   - Smith, to już jest ciężkie przewinienie. Niestety, ale szeryf Lewison musi wymierzyć ci sprawiedliwą karę.

Bill poklepał ze współczuciem Alexa po plecach.

      - Co takiego, och, szanowny szeryfie, tym razem każesz mi zrobić?

Dwaj mężczyźni mierzyli się wzrokiem jak przed pojedynkiem w samo południe.

       - Dowiesz się w swoim czasie, kowboju.

Po czym Lewison wydał z siebie najbardziej autentyczny, zapewne wyćwiczony w zaciszu domu, kowbojski okrzyk, który na pewno słyszeli wszyscy w naszym korytarzu. Wtedy już nawet Alex i Bill nie mogli wytrzymać i wybuchli śmiechem. Z oczu leciały mi łzy, a brzuch bolał mnie, ale nie mogłem przestać się śmiać. Dopiero, gdy zabrakło mi tchu jakoś udało mi się uspokoić, ale wtedy Phil wstał i zaczął udawać, że żongluje wyimaginowanymi rewolwerami, jednocześnie zadzierając traperami, jak gdyby miał przy nich ostrogi. Gdzieś ponad tym wszystkim zerknąłem na Alexa i okazało się, że chłopak na mnie patrzy. Puściłem mu perskie oko, które on odwzajemnił i już wiedział, że ja nie jestem na niego zły, a ja wiedziałem, że teraz i tak będzie robił wszystko, żebym nie był zły. Już taki był Smith.

***

Mniej więcej po godzinie siedzieliśmy już w aucie Billa – pięknym i zadbanym czarnym Chryslerze Cruiserze PT, którego skórzane fotele aż zapraszały do środka. Wrzuciliśmy nasze torby do bagażnika, a potem wskoczyliśmy na tylną kanapę, od razu ściągając niewygodne kurtki.

      - Ogólnie to wyrobiliśmy się wcześniej niż myśleliśmy, że się z wami wyrobimy - mruknął Phil. - A że po drodze czeka nas przejazd przez duże miasto, to przy okazji zrobimy zakupy w jakimś całodobowym markecie. Wiecie, alkohol, jedzenie, no i alkohol. Powinniśmy jakoś za trzy-cztery godziny być już w domu. Z tego co wiem, to śnieżyce nie doszły jeszcze do nas, choć przez dzień napadało trochę śniegu. Bill, gdzie jest kabel AUX?

      - Pod twoim tyłkiem - mruknął mężczyzna.

Phil posłał mu figlarne spojrzenie, a potem wyciągnął spod siebie czarny kabel i podłączył go do telefonu. Sunlight ruszył z kampusowego parkingu i wyjechał na główną drogę. Było ciemno i nieprzyjemnie, ale chociaż nie padał śnieg.

    - Klimatyzacja zaraz zacznie działać, ale jeśli będzie wam za zimno, to możecie przykryć się kocem, jest pod moim siedzeniem - mówił Phil, szukając czegoś na ekranie telefonu. - Noo, tu jesteś - mruknął do siebie, kiedy w końcu to znalazł.

Smith wyciągnął wspomniany wcześniej koc i owinął mnie nim szczelnie.

      - Niee, ty też się przykryj - zaprotestowałem słabo, bo nagle poczułem się bardzo zmęczony.

Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że przez cały dzień w podróży nie przespałem ani minuty, za to Alex spał w najlepsze, gdy tylko nadarzyła się co do tego okazja. Powoli odpływałem, bo było mi ciepło, Smith był blisko, a wszystko było w porządku. Zasypiałem, gdy w głośnikach zabrzmiała piosenka, którą słyszałem pierwszy raz w życiu, a która jednak brzmiała tak znajomo...

All I want is nothing more
To hear you knocking at my door
Cos if I could see your face once more
I could die a happy man I'm sure

***

Obudziłem się kiedy ktoś mnie szturchnął - za pierwszym i drugim razem mruknąłem tylko niezadowolony, że przerwano mi sen i przewróciłem się na drugi bok, lecz za trzecim szturchnięciem w końcu otworzyłem oczy. Podniosłem się powoli do siadu, drapiąc się po policzku i nie pamiętając, gdzie jestem. W następnym momencie ostre światło neonów zakłuło mnie w oczy i przypomniałem sobie, ze znajduję się w aucie Billa. Wyglądało na to, że właśnie wjeżdżaliśmy na jakiś parking lub coś w tym stylu.

     - Przepraszam, że cię obudziłem, ale zaraz będziemy w maku – powiedział Alex. – No wiesz, drive thru i te sprawy. Wiem, że nie lubisz fast foodów, ale pomyślałem sobie, że w sumie to mało jadłeś dzisiaj, więc może będziesz głodny.

Ziewnąłem szeroko, wyglądając przez okno – rzeczywiście, zbliżaliśmy się do budynku opatrzonego wielkim, żółtym M.

     - Nic się nie stało – mruknąłem i cmoknąłem przelotnie chłopaka w usta. – I w sumie to dobrze zrobiłeś, bo jestem strasznie głodny.

Phil, siedzący na przednim siedzeniu westchnął nagle głęboko, wręcz ostentacyjnie.

      - Jezu, ale sobie strzelę shake’a.

Podjechaliśmy pod okienko; szybko przejrzałem menu i wybrałem sobie największa kanapkę, jaką tylko mieli. Reszta paczki szybko zrobiła naradę i po chwili Bill złożył już pełne zamówienie. Czekaliśmy parę minut, po czym kelnerka podała nam brązowe torby i ogromnego shake’a czekoladowego dla Phila. Odjechaliśmy kawałek, Bill zaparkował przy bezlistnym krzaku i zgasił auto. Rozdzieliliśmy jedzenie i rzuciliśmy się na nie, jakbyśmy nigdy nie jedli czegoś pyszniejszego. Zaległa kilkuminutowa cisza podczas której każdy przeżuwał swoją kanapkę, a Phil siorbał shake’a. W pewnym momencie chłopak przesadził i jęknął cicho, łapiąc się za czoło.

   - Aaah, zmroziło mi mózg – zawył, opadając na fotel, a po krótkiej chwili pociągnął znów ogromnego łyka. – Ale ten shake jest warty mojego cierpienia.

Parsknąłem śmiechem tak, że kawałek sałaty (której w kanapce i tak były szczątkowe ilości) uciekł mi z ust i spadł na koc. Alex, widząc to, roześmiał się jeszcze głośniej, krusząc na swoje własne kolana. Tylko Bill jadł spokojnie i nie zaśmiecił auta – ale na jego twarzy widniał wyraźny uśmiech zadowolenia.

Po skończonym posiłku zebrałem wszystkie śmieci w jedną torbę i wysiadłem na chwile z auta, by przejść dokładnie sześć kroków po zmarzniętej ziemi i wyrzucić puste opakowania do kosza. Nie zdążyłem zmarznąć, ale różnica temperatur była okropna; wskoczyłem z powrotem do środka, od razu rzucając się pod koc.

      - Żebyś to tak rzucał się na mnie jak na ten koc… - Mruknął z wyrzutem Alex.

Bill zapalił auto i ruszyliśmy w dalszą drogę, a ja nie zdążyłem skontrować, bo Phil, zupełnie ignorując słowa Smitha, rzucił w przestrzeń:

    - Jak tam w ogóle wizyta u rodziców Gabriela? Bo w sumie to niewiele się dowiedziałem od Alexa.

      - Udana. Alex przyjechał do mnie, w nocy zmarł mój ojciec, potem dowiedziałem się, ze bił moją matkę i że pewnie w najbliższym czasie jego miejsce zajmie nowy facet mojej mamy – powiedziałem na jednych wydechu. - Ponadto pocałowałem Alexa na stypie mojego ojca na oczach całej mojej rodziny. A, no i spaliśmy w lesie w domku na drzewie. I jak się rano obudziłem, to widziałem mojego ojca na dole, między krzakami. A potem zniknął. I to chyba tyle.

Phil patrzył na mnie z szeroko otwartymi ustami, a ja widząc to, tylko wzruszyłem ramionami. Alex patrzył na mnie z miną mówiąca „Ominąłeś to, że w końcu skradłem ci dziewictwo”, ale siedział cicho, z rękoma splecionymi na karku.

      - Czekaj, czekaj… Powoli… Pojechałeś do domu, bo twój ojciec znalazł się w szpitalu, tak?

      - Tak – przytaknąłem. – Rak trzustki, ostatnie stadium.

Phil uśmiechnął się współczująco.

    - Przykro mi, Gabe. Z tego co przed chwilą usłyszałem, wnioskuję, że nie był zbyt dobrym człowiekiem, ale jednak ojciec to ojciec – mruknął. – Poprawimy ci dzisiaj humor, zobaczysz. Jak nie naszym towarzystwem, to na pewno odrobiną alkoholu i dobrą zabawą.

Już chciałem coś odpowiedzieć, kiedy tym razem przerwał mi Bill.

      - Pewnie miałeś paraliż senny – powiedział, a ja nie od razu zrozumiałem, o co mu chodziło. – Nie mogłeś się ruszać, prawda?

       - Tak! – Odpowiedziałem zaciekawiony.

       - Czyli jednak mam rację – powiedział z trumfem Bill, a nasze spojrzenia spotkały się w lusterku wstecznym. – Paraliż senny to stan, w którym twój umysł jest świadomy, ale ciało jest sparaliżowane. Ten paraliż jest naturalny i praktycznie każdy człowiek doświadcza go, kiedy śpi, po to, by przy intensywnych snach ciało nie zrobiło sobie krzywdy. Czasami, choć nie do końca wiadomo dlaczego, zdarza się, że umysł budzi się szybciej niż ciało i wtedy właśnie leżysz, nie mogąc się ruszyć. Dzwoni ci w uszach, zaczynasz panikować, czujesz niemoc. No i czasem sen przechodzi do jawy w postaci halucynacji. Podejrzewam, że wtedy dużo myślałeś o swoim ojcu i dlatego właśnie go zobaczyłeś, ale to są tylko moje przypuszczenia.

Trawiłem słowa Billa, od których zrobiło mi się jakoś nieswojo. Owszem, brzmiały wiarygodnie – w sumie to najwyraźniej były prawdziwe, ale sprawiły, że pojawiło się we mnie jakieś dziwne, nienazwane uczucie.

      - Miałem dokładnie to samo, kiedyś, jak jeszcze mieszkaliśmy w domu dziecka. Obudziłem się w nocy, nie mogąc się ruszyć. Kiedy spojrzałem w kąt pokoju, widziałem tam wysoką, czarną postać, której twarzy nie było widać i miałem wrażenie, że ona powoli się do mnie zbliża, a ja nie mogłem się ruszyć, nie mogłem krzyknąć, nie mogłem zrobić nic… - Powiedział cicho Phil, jakby bojąc się powiedzieć to głośniej.

W aucie na chwilę zapanowała cisza, a każdy chyba właśnie wyobrażał sobie jakby to było przeżyć taką sytuację.

    - Z kolei kiedy byłem jeszcze w gimnazjum, no wiecie, dojrzewanie i te sprawy, mokre sny, poranne namioty i w ogóle, miałem pokój z balkonem (dopóki nie wykopał mnie z niego Mich, który wolał palić na balkonie niż przez okno) i pewnej letniej nocy śniło mi się, że ktoś wszedł przez drzwi balkonowe do mojego pokoju, wpakował mi się do łóżka i potem jakoś tak wyszło, że uprawialiśmy seks. Ten sen był tak rzeczywisty i przyjemny, że obudziłem się rano, wiadomo w jakim stanie i przez cały dzień chodziłem i zastanawiałem się czy to się zdarzyło naprawdę, czy tylko mi się przyśniło. Fakt faktem, zawsze latem uchylałem drzwi balkonu, bo było mi za gorąco w nocy i do tej pory nie znam prawdy.

Po wyznaniu Smitha rozmowa wróciła na poprzednie, lekko żartobliwe tory – cieszyłem się z tego obrotu sprawy, bo nie chciałem dalej drążyć tematu mojego ojca.

      - Gabe, jak się czujesz z myślą, że twój chłopak być może jest używanym towarem? – Zażartował Phil, wzbudzając tym ogólną wesołość i – jak zwykle – prychnięcie Alexa. – Chociaż w sumie z tego, co widzę, to chyba jednak ci to nie przeszkadzało.

Lewison spojrzał na mnie z takim uśmiechem, że widziałem już, że on wie. Przeniosłem wzrok na Alexa i ze złością zapytałem:

       - Powiedziałeś mu?

       - Nie! Nic a nic!

Phil zaczął chichotać, przysłuchując się naszemu przekomarzaniu.

       - Gabe, Alex nie pisnął nam ani słówka – powiedział rozbawiony Bill.

       - To w takim razie skąd wie Phil… I wiesz ty?

Czułem jak pieką mnie policzki, a twarz ogarnia ciepło. Musiałem być już czerwony jak burak.

     - Wiesz, Gabriel, takie rzeczy po prostu widać… Jakby to powiedzieć… Kiedy człowiek traci „niewinność”, trochę zmienia mu się mowa ciała i, no, chyba to też kwestia hormonów… Zresztą, od kiedy tylko was zobaczyliśmy, szczerzycie się jaki głupi do sera. Wystarczyło połączyć te kilka faktów i już się domyśliliśmy, że nasze ptaszyny się zabawiły. Wiedziałem, że w końcu to zrobicie, ale nie podejrzewałem, że u ciebie w domu i to w takich okolicznościach, Gabe.

Wydałem z siebie dziwny dźwięk, trochę przypominający odgłos powietrza uchodzącego z balona.

     -  No i Alex przestał patrzeć na ciebie jak cukrzyk z sugar blues na pyszne ciastko - dorzucił Lewison.

Zerknąłem na mojego chłopaka, który teraz był równie czerwony jak ja. Phil tymczasem zdziwił się naszym milczeniem i spojrzał na nas, siedzących na tylnej kanapie, z zaskoczonym wyrazem twarzy.

       - Tak się spiekliście, że można z was ugotować botwinkę – mruknął, szczerząc się. – Oj, chłopcy, chłopcy, nie ma się czego wstydzić. Zachowujecie się zupełnie tak, jakbyście nie wiedzieli, że w naszym towarzystwie seks nie jest tematem tabu.

Mimowolnie przypomniałem sobie naszą wspólną noc i chcąc, nie chcąc, poczułem lekkie pulsowanie w podbrzuszu.

       - A wy, kiedy zrobiliście to po raz pierwszy? – Zapytałem Phila.

Lewison i Sunlight zaśmiali się, wymieniając się spojrzeniami.

      - Mogę nawet opowiedzieć ci wszystko ze szczegółami jak chcesz – wyszczerzył się chłopak. – Zrobiliśmy to w zieloną noc w namiocie na biwaku, który zorganizował nam dom dziecka. Ja miałem wtedy bodajże oszałamiające piętnaście lat, a Bill był już pełnoletni. W niektórych krajach, ale na szczęście nie w naszym, to by już podchodziło pod pedofilię. Tylko, że tak praktycznie, to w trzech czwartych to ja go uwiodłem. W trzech czwartych, dlatego, że gdyby nie jego jedna czwarta, to byśmy się nie kochali tej nocy, co nie, Flap?

Bill parsknął śmiechem, słysząc te dziwne przezwisko, które najwyraźniej wzbudziło w nim jakieś wspomnienia.

       - Tak jest, Flip.

No i jakoś zeszliśmy z tematu seksu, kiedy dotarliśmy pod sklep całodobowy. Wysiedliśmy z auta i szybko, praktycznie truchtem ruszyliśmy do wejścia, bo mróz piekł nas w uszy i nosy.

***

Zakupy trwały prawie półtorej godziny – ja i Bill maszerowaliśmy z wózkiem za Philem i Alexem, którzy chodzili bez celu po sklepie, przyglądając się każdej rzeczy i w ostateczności odkładając ją na miejsce. Dla przykładu: całe pół godziny spędzili, debatując, który rodzaj sera jest najsmaczniejszy – gouda, edam, czy mazdamer, po czym, nie dochodząc do żadnych wniosków, odłożyli wszystkie paczki i wzięli serek topiony. To samo powtórzyło się przy pieczywie, jogurtach, mrożonych warzywach, a nawet przy słonych przekąskach. Widząc znajome precle w kształcie serc, wskazałem je Alexowi, a on spojrzał na mnie z wyrazem zrozumienia i lekkim uśmiechem, po czym bez wahania wrzucił je do koszyka. Zerknąłem znów na nieszczęsne precle, wspominając nasz wypad do sklepu przed pierwszą wizytą u Phila, to, jaki byłem wtedy pełny wątpliwości i nie uważałem jeszcze Smitha za kogoś wyjątkowego – stare, smutne czasy.

Dyskutowałem z Billem na przeróżne tematy – rozmawialiśmy o mózgu, znów o snach (tym razem nie wchodząc w tematy o moim ojcu) i o psychologii. Sunlight opowiedział mi kilka śmiesznych historii z kliniki, w której odbywał już od kilku miesięcy staż i o jednookim kocurze, który przychodzi do nich codziennie punktualnie o ósmej rano i wskakuje na murek, by naciskając łapami na klamkę, otworzyć sobie drzwi.

      - Nauczyliśmy go nawet aportować – mruknął Bill, jakby myślami był daleko stąd, w klinice. – Ostatnio, kiedy ktoś podrzucił nam czwórkę kociąt pod drzwi, ogrzał je, a potem każdego po kolei przeniósł w pysku przez próg i ułożył przy kaloryferze, żeby nie zmarzły. Zwierzęta, a w szczególności koty nigdy nie przestaną mnie zadziwiać

        - Jak go nazwaliście? – Zapytałem, ciekawy.

      - Roland – zaśmiał się i zaczął wyjaśniać: - Kolega z pracy był w trakcie czytania Mrocznej Wieży Stephena Kinga i tak nazywała się jego ulubiona postać. Zagraliśmy w papier, kamień i nożyce żeby ustalić, kto nada mu imię i ja niestety przegrałem. Więc został Roland.

Przy nazwisku mojego ulubionego autora uśmiechnąłem się bezwiednie.

        - A jak ty chciałeś go nazwać?

Wydało mi się, że oczy mnie mylą, ale Bill lekko się zarumienił! Myślałem, że się przewidziałem, ale taka była prawda!

       - Phil pewnie ci nie wspominał, ale kiedy byliśmy jeszcze w domu dziecka, na któreś urodziny Phil kupił mi książkę  „Harry Potter i Kamień Filozoficzny”, a potem na każde urodziny kupował mi kolejną część. Bardzo się wciągnąłem w tę opowieść, wiadomo, fajnie napisana, ciekawy, inny świat… Tak wyszło, że do tej pory jestem wielkim fanem Harrego Pottera… - Westchnął, jakby przez usta nie chciało mu przejść to, co miał właśnie powiedzieć. – No i chciałem nazwać go Szalonooki Moody.

Bardzo, naprawdę bardzo starałem się nie parsknąć śmiechem, ale nie udało mi się to. Bill widząc to, też zaczął się śmiać – po chwili więc staliśmy, zgięci w pół, łapiąc się za brzuchy. Inni klienci patrzyli na nas jak na dziwaków i omijali nas szerokim łukiem, a Phil i Alex przerwali swoją debatę na temat odpowiedniego smaku chipsów i spojrzeli na nas zdziwieni.

     - Szalonooki Moody, ja nie mogę – parsknąłem znów. – Aż sobie wyobraziłem tego kota ze sztucznym okiem i…. – Przerwałem, zanosząc się śmiechem.

Bill przykucnął i oparł się plecami o regał z chipsami, prawie że dusząc się ze śmiechu. Tymczasem Phil i Alex podeszli do nas i zapytali, o co chodzi. W odpowiedzi spojrzałem na Billa, a Bill na mnie i znów wybuchliśmy zdrowo śmiechem. Może fakt, że kot Roland o mało co nie został Szalonookim Moody’m nie był arcyzabawny, ale byliśmy zmęczeni, znudzeni i była już taka godzina, że wszystko śmieszyło człowieka ponad miarę.

Alex i Phil dokończyli debatę nie zwracając uwagi na nasze głupkowate śmiechy, a kiedy znaleźliśmy się koło regału z alkoholem, szybko wybraliśmy najlepszą whisky i kilka piw, by skończyć nareszcie przy kasie. Kasjerka obrzuciła nas pobieżnym spojrzeniem, uśmiechnęła się zachęcająco do Billa, ale ten nie zwrócił na to uwagi, skupiony na Philu, który pakował zakupy, ignorując wskazówki Sunlighta, by delikatniejsze rzeczy dawał na sam wierzch.

Po chwili zapakowaliśmy zakupy do bagażnika, ślizgając się na zmarzniętej ziemi. O mało co nie wywaliłem się, próbując przeskoczyć zamarzniętą kałużę, ale w ostatniej chwili Alex (zawsze czujny) złapał mnie pod ramię.

        - Dzięki – mruknąłem do niego i cmoknąłem go w policzek.

Wsiedliśmy do auta, a Bill włączył GPS'a i umieścił go w uchwycie tuż nad odtwarzaczem CD. Kobiecy głos poinformował nas, ze czeka nas jeszcze prawie dwugodzinna jazda i że musimy pojechać inną drogą ze względu na wypadek, który zablokował szosę numer piętnaście. Phil znów podłączył telefon do odtwarzacza i włączył swoją, jak to sam określił, „Listę na długie podróże”.  Z głośników popłynęła muzyka, na wyświetlaczu pojawiła się nazwa: NEEDTOBREATHE – Great night, a wokalista zaczął śpiewać:

My heart is leading and I’m under attack
Don’t need a cure cause I don’t wanna go back
I’m givin’ in, ain’t no fighting this fire

Opatuliłem się kocem, opierając się bokiem o Alexa i wsłuchiwałem się w muzykę, jednocześnie patrząc na migające za oknem lampy i reflektory aut, które przy tej prędkości stawały się jasnymi smugami, mijały nas, by po chwili zniknąć daleko w tyle. Czułem się jak w filmie i byłem zupełnie pewien, że był to film z rodzaju tych, które zawsze kończą się dobrze. Prawda?