Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanscom. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hanscom. Pokaż wszystkie posty

Rozdział XXXIX

7 komentarzy:
Kolejnego dnia temperatura z rana doszła prawie do zera stopni, sprawiając, że prześwity w śniegu powiększyły się. Na trawniku małe kałuże – pozostałości po stopionym śniegu – połączyły się w jedno wielkie bajoro, w którym wesoło taplały się wróble. Słońce wychylało się leniwie zza horyzontu, ale świeciło coraz mocniej, jakby dodając otuchy uczniom, którzy musieli wstać wcześnie do szkoły.

Kiedy otworzyłem oczy, Smitha nie było już koło mnie; najprawdopodobniej chłopak poszedł na poranny trening, a potem uciekł pod prysznic. Miał wrócić jak zwykle gdy szykowałem się do wyjścia na pierwszą lekcję. Wygramoliłem się chętnie z łóżka, bo leżenie w nim w pojedynkę było naprawdę smutnym zajęciem i wziąłem się za pakowanie plecaka. Wrzuciłem do niego zeszyty i podręczniki, patrząc na plan lekcji stojący na biurku. Kiedy skończyłem, kilka minut po prostu siedziałem na krześle i przypatrywałem się wróblom bawiącym się beztrosko w kałuży na trawniku. I wtedy naszło mnie silne przeczucie niewiadomego pochodzenia; poczułem, że obawiam się czegoś, ale zupełnie nie wiedziałem czego. Pokręciłem jedynie głową, by wyrzucić z niej te myśli i wstałem, by się przebrać. W momencie, gdy ściągałem koszulkę, drzwi pokoju otworzyły się, a do środka wszedł nie kto inny jak Alex. Chłopak miał wypieki na twarzy i był tak spocony, że krople potu lśniły w jego ciemnych włosach.

      - Cześć – rzucił. – Ja to umiem wejść w odpowiednim momencie.

Wyszczerzył się i zamknął za sobą drzwi. Chłopak podszedł do mnie żeby pocałować mnie lekko w usta, a jego ręce automatycznie podążyły na moje biodra.

      - Rodzice się odzywali? – Zapytałem z ciekawością, kiedy już się od siebie oderwaliśmy.

      - Nie. Ale za to dostałem smsa od Phila. Zaprosił nas na ferie do siebie, to znaczy do domku w lesie, który Bill dostał w spadku po dziadku. Na razie mu nie odpisałem, bo chciałem ciebie zapytać o zdanie.

Słysząc jego słowa, mój uśmiech rósł, aż w końcu nie mogłem już szerzej rozciągnąć ust.

      - Oczywiście, że tak – odpowiedziałem niemal natychmiast, a potem szepnąłem mu do ucha ciszej. – A wiesz dlaczego?

Smith przyjrzał mi się uważnie spod półprzymkniętych powiek i chwilę myślał.

      - Bo Phil jest twoim ulubieńcem?

      - To też – przyznałem. – Ale głównie dlatego, że Phil i Bill mogą pożyczyć nam wazelinę.

Ostatnie słowa prawie że wymruczałem mu do ucha i z przyjemnością zauważyłem, że na skórze chłopaka pojawiła się gęsia skórka. Alex spojrzał na mnie lekko zdziwiony, ale po chwili pocałował mnie mocno.

      - Rodzina przyjeżdża jutro. Oczywiście jeśli od soboty nic się nie zmieniło. Nie wiem o której dokładnie będą u nas, ale pewnie pierwsze co zrobią, to zameldują się w hotelu, więc możliwe, że do szkoły przyjadą dopiero we czwartek.

Chłopak wciąż mnie obejmował, a kiedy mówił o rodzinie, spiął się lekko, prawie niezauważalnie. Ja, słuchając go, obsypywałem pocałunkami jego szyję i obojczyki, raz po raz delikatnie ssąc niektóre miejsca na jego skórze.

      - Na sto procent zabiorą mnie na jakiś obiad do miasta, żeby wypytać o to, jak mi idzie, jak mi się żyje, czy w końcu znalazłem sobie dziewczynę. Właśnie tej rozmowy boję się najbardziej, no i pewnie będzie przy niej Vi, a wolałbym, żeby nie była świadkiem kolejnej rodzinnej awantury. – Powiedział zamyślony. – Gabriel… mógłbyś przestać? Staram się być poważny…

Podgryzłem jego obojczyk, czując, jak przez ciało chłopaka przechodzą dreszcze. Niby powiedział mi, żebym przestał, ale na tym się skończyło. Chwycił moją twarz, a ja nie opierałem się, gdy znów pocałował mnie, tym razem bardzo namiętnie.

      - Umyłbyś chociaż zęby, co? – Mruknął ze śmiechem, wycierając kącik ust kciukiem.

     - A ty mógłbyś pójść pod prysznic, bo śmierdzisz. – Odpłaciłem mu pięknym za nadobne.

Alex przewrócił oczyma, ale uśmiechnął się do mnie zawadiacko, dokładnie w ten sposób, który najbardziej uwielbiałem.

     - Pójdę, pod warunkiem, że ty pójdziesz ze mną – zaproponował.

Przypomniałem sobie wydarzenia z wczorajszego dnia i mimo, że byłem skory na zaakceptowanie propozycji, musiałem odmówić. Chciałem uniknąć podobnej sytuacji, jaka miała miejsce z Hanscomem.

      - Niestety nie – szepnąłem mu do ucha, lekko je podgryzając.

To z kolei podziałało na Alexa w sposób następujący: poczułem jak szorty, które miał na sobie, uwypuklają się i robią się ciepłe w pewnym miejscu. Chłopak zamruczał i lekko popchnął mnie w tył, w stronę łóżka. Nie opierałem się, choć wiedziałem, że czas płynie, a nauczyciele nie poczekają na mnie z rozpoczęciem lekcji.

      - Jestem bardzo zawiedziony – mruknął, kiedy już górował nade mną na łóżku.

      - Ten pan na dole nie wygląda na zawiedzionego – droczyłem się z nim.

Wiedziałem, że jeśli zaraz nie odepchnę go, to na pewno spóźnię się na lekcje, ale trudno było mi to zrobić. Wolałem zostać z nim w łóżku choćby i cały dzień. Atmosfera robiła się naprawdę podniecająca i mój pan także nieco się pobudził. Nagle Smith położył się na mnie, ale ciężar jego ciała wcale mi nie ciążył – był przyjemny i w pewien sposób uspokajający.

      - Kocham cię – szepnął mi w szyję, a przy mówieniu jego usta łaskotały mnie w skórę.

Nie wiedziałem skąd wziął się nagle u niego taki przypływ miłości, ale trochę się przestraszyłem. Przez chwilę miałem wrażenie, że chłopak mówi to jakby na pożegnanie; ostatni raz, bo więcej mieliśmy się już nie spotkać.

      - Ja ciebie też – odmruknąłem, oplatając go ramionami i nogami, by przylgnąć do niego każdym kawałkiem ciała.

      - Boję się tej rozmowy z rodzicami, naprawdę. Boję się, że coś im się nie spodoba i podejmą głupią decyzję.

W jego głosie usłyszałem autentyczne nuty strachu i to mnie zdenerwowało.

      - Co masz na myśli? – Zapytałem, choć chyba nie chciałem znać odpowiedzi.

      - Mogą kazać mi pakować manatki i wracać do domu – powiedział po chwili wahania. – Ale to jest oczywiście najczarniejszy scenariusz. Mogą po prostu wymusić na mnie pójście na ustawioną przez nich randkę, czy coś.

      - Będzie dobrze, zobaczysz – mruknąłem, w duszy bojąc się, że jego słowa się sprawdzą.

      - Możesz mi to zagwarantować?

      - Oczywiście, że nie – westchnąłem. – Ale proszę, nie nastawiaj się na najgorsze.

Tym razem to Alex westchnął głęboko.

      - Z takimi rodzicami nie ma innego wyjścia.

Pocałowałem go w czubek głowy, wdychając zapach jego włosów w nozdrza, który zmieszany był z ostrą wonią potu.

      - Skarbie, ale wiesz, że ja nie żartowałem z tym prysznicem, prawda?

Zmiana tematu była naprawdę dobrym pomysłem, bo Smith parsknął śmiechem, a potem udawał przez chwilę, że się na mnie dąsa. Koniec końców pomaszerował grzecznie do łazienki, a ja zdążyłem jeszcze umyć zęby, wrzucić na siebie byle co i pobiec do szkoły, akurat trafiając na dzwonek obwieszczający początek lekcji. 
  
***

      - Jakie macie plany na ferie? – Pytanie Monti zawisło w powietrzu tuż nad naszym stołem.

Siedzieliśmy w piątkę na stołówce, jedząc placki ziemniaczane: ja, Alex, Monti, oraz Jasper i Maxxie. Nikt nie rwał się do odpowiedzi, bo do ferii były jeszcze dwa tygodnie – szmat czasu wypełniony sprawdzianami i zaliczeniami.

      - My chyba pojedziemy na zimowisko w góry. Zawsze chcieliśmy spróbować jazdy na nartach – powiedział Jasper w imieniu swoim i swojego chłopaka, który usta pełne miał placków i jedynie kiwał gorliwie głową.

Monti uśmiechnęła się, a gdy przeżuła kęs, zapytała znów:

      - A wy? – Tym razem zwróciła się konkretnie do mnie i do Smitha.

Spojrzeliśmy po sobie, ustalając, kto będzie mówił. Wypadło na Alexa, więc ten odpowiedział:

      - Najprawdopodobniej jedziemy ze znajomymi do domku w lesie.

Ton jego głosu brzmiał niepewnie i to było zrozumiałe – dopóki jego rodzina nie wróci do domu po swojej eskapadzie, dopóty chłopak nie będzie w stanie się wyluzować. Ja sam zacząłem się bardziej spinać; od kiedy Alex powiedział mi czym grozi podpadnięcie jego rodzicom, nie mogłem przestać o tym myśleć. Z drugiej strony to miało być tylko kilka dni, które pewnie szybko miną. Potem zostanie tydzień sprawdzianów i z głowy – zaczną się dwutygodniowe ferie; hulaj dusza, piekła nie ma.

      - I co wy będziecie robić w zimę w środku lasu w domku? Strugać lalki z drewna? – Zapytała zdziwiona dziewczyna.

Chciałem coś powiedzieć, i Alex najwyraźniej też chciał, ale Jasper, aka mistrz zboczonych żartów był szybszy od wszystkich.

      - Oni będą strugać coś innego – uśmiechnął się w sposób tak perwersyjny, a zarazem przebiegły, że aż parsknąłem śmiechem.

      - Oj taak, masz zuupełną rację – powiedziałem sarkastycznie.

Rzuciłem jednak Smithowi ukradkowe, znaczące spojrzenie, a chłopak szybko je odwzajemnił.

      - A ty, Monti? Jakie masz plany? – Zapytałem, by zmienić temat.

Od początku wiedziałem, że dziewczyna zadała te pytanie, by potem sama miała szansę na pochwalenie się swoimi zamiarami. Caspbell rozpromieniła się od razu i przerzuciła wszystkie swoje srebrne włosy na jedno ramię, odsłaniając prawe ucho.

      - Ja lecę z rodziną do Egiptu powygrzewać się w słońcu. Już się nie mogę doczekać, bo mam dość tej głupiej zimy.

Nikt jakoś specjalnie nie zazdrościł jej podróży, ale pokiwaliśmy głowami w udawanym podziwie i powróciliśmy do jedzenia placków. Wtedy właśnie Maxxie poruszył temat, o którym na razie nie chciałem wspominać Alexowi.

      - Gabe, jak tam z Benem? Nie narzucał ci się już?

Najpierw spojrzałem na niego tak, jakby mówił po chińsku, a potem skojarzyłem, o co mu chodziło. Smith rzucił mi pytające spojrzenie, a ja tylko wzruszyłem ramionami.

      - Nie, nie widziałem go od tamtej pory.

Zgromiłem Maxxiego wzrokiem, by zmusić go do zamknięcia jadaczki, ale ten akurat patrzył się na swój talerz.

      - Pewnie Martinez przywalił mu tak, że siedzi w infirmerii z twarzą spuchniętą jak balon.

No i stało się, ciekawość Alexa wzrosła do tego stopnia, że z wyrazu jego twarzy odczytałem zamiar dowiedzenia się wszystkiego za wszelką cenę

      - O co chodzi? Jaki Ben?

Dopiero wtedy Corbin spojrzał na mnie; pewnie dotarło do niego, że nie powiedziałem Smithowi o tej awanturze w łazience i że pewnie miałem w tym jakiś cel. Uśmiechnął się do mnie niepewnie, przepraszająco, a ja odpowiedziałem mu spokojnym kiwnięciem głowy. No bo skąd miał niby wiedzieć, jaki temat jest nieodpowiedni?

      - Ben Hanscom. Wczoraj rano w łazience trochę utrudniał mi życie, ale Martinez mi pomógł. W takim dużym skrócie.

Spojrzałem Alexowi w oczy, napotykając w nich lekką dezorientację. Koszykarz trawił właśnie to, co powiedziałem, a że było to zbyt ogólnikowe, nie wiedział, jak to podsumować. Na szczęście nie drążył tematu; jedynie bezdźwięcznie ułożył wargi w słowo „Potem”, więc kiwnąłem głową ze zrozumieniem. Cieszyłem się, że chłopak tak zareagował – choć pewnie było to spowodowane innymi zmartwieniami, które akurat zajmowały mu myśli. Sprawa z wizytą jego rodziców pochłaniała go na tyle, że nie zakasał od razu rękawów i nie poszedł polować na Hanscoma.

      - A gdzie dokładnie jest ten domek? – Zapytał Maxxie.

Blondyn najwyraźniej chciał się zrehabilitować i zmienił temat na bardziej przyjemny. Alex przeniósł wzrok na Corbina, ale pozioma bruzda na jego czole nie wygładziła się ani na moment.

      - Wiem tylko, że jest położony w lesie na zachód stąd, a dokładniej na polanie w środku lasu, gdzieś tam niedaleko jest jeszcze jezioro. Tyle napisał mi Phil.

Chyba tylko ja wyczułem zmartwione nuty w tonie jego głosu, więc automatycznie objąłem go w pasie i pocałowałem go w ucho. Monti przyglądała się nam z nieodgadnionym wyrazem twarzy, a Jasper wykonał brwiami dwuznaczny gest.

       - Czyli rozumiem, że tamten wieczór był waszym oficjalnym wyjściem z szafy? – Zapytał Roberts, przywdziewając jeden z jego perwersyjnych uśmieszków.

       - W moim przypadku to było raczej oficjalne wypchnięcie z szafy – mruknąłem, wzbudzając ogólną wesołość tymi słowami.

Nagle Caspbell bez słowa ułożyła sztućce na pustym już talerzu i wstała, chwytając tacę w dłonie. Podążyła do okienka odnieść naczynia, a potem nadal milcząc, skierowała się do wyjścia.
      
      - A tą co ugryzło? – Zapytał Maxxie, oglądając się za dziewczyną.

Smith wzruszył ramionami.

      - Monti zaproponowała mi, że może pójść ze mną na spotkanie z rodzicami i udawać, że do siebie wróciliśmy – powiedział chłopak. – Ale ja jej odmówiłem, przez co się na mnie wkurzyła.

Uniosłem brwi w geście zdziwienia, ale to Jasper zadał kolejne pytanie:

      - Nie zamierzasz im powiedzieć o Gabrielu?

Zanim chłopak do końca wypowiedział te słowa, ja już mordowałem go wzrokiem i kręciłem przecząco głową, by przestał.

      - Jasper, myślę, że… - Zacząłem, ale Smith mnie zagłuszył.

      - Chciałbym, naprawdę bym chciał, ale praktycznie nie ma szans na to, żeby zaakceptowali nasz związek.

Wbiłem wzrok w swoje splecione na podołku dłonie; nie wiem dlaczego, ale słowa chłopaka sprawiły mi trochę bólu. Jasper natomiast kontynuował temat.

      - Mam nadzieję, że liczysz się z tym, że twoi rodzice mogą dowiedzieć się tego całkiem przypadkiem, prawda? Co druga osoba w tej szkole teraz o was gada…

Smith znów wzruszył ramionami.

      - Na to już nie mam wpływu – mruknął, dopijając kompot. – A wasi rodzice wiedzą, że jesteście parą?

To zamknęło Jasperowi jadaczkę – chłopak skrzyżował ręce na piersi i przez chwilę przyglądał się swojemu talerzowi.

      - Moja mama o tym wie i w pełni to akceptuje – powiedział Maxxie, gładząc swojego partnera po plecach. – A co do rodziców Jaspera… Oni też wiedzą, ale robią wszystko, by nas rozdzielić.

Bezwiednie zacząłem zastanawiać się nad głębszym sensem jego słów; czy to możliwe, że każdy uczeń chodzący do tej szkoły, uciekł do internatu przed swoim dotychczasowym życiem, rodzicami, czy niepowodzeniami? Ja sam należałem do tych osób, ale myślałem, że będzie ich o wiele mniej. Z jednej strony było to pocieszające – że uczniowie odnaleźli spokój w tej szkole, daleko od zmartwień, ale jednocześnie było to też bardzo smutne. W końcu nikt nie zasłużył na bycie traktowanym przez otoczenie, czy rodziców w ten sposób, że chciałby uciec z domu w którym się wychował.

      - Alex, ale co zrobisz, jeśli twoi rodzice dowiedzą się przez przypadek? – Zapytał Jasper, podnosząc w końcu wzrok znad swojego talerza.

Smith chwilę się zastanowił, a bruzda na czole pogłębiła się prawie niezauważalnie.

      - Wtedy, w ostateczności, powiem im prawdę.

Przy naszym stoliku zapadła cisza i każdy myślał o swoich własnych sprawach. Ja w duchu miałem nadzieję, że do sytuacji wspomnianej przez Jaspera nigdy nie dojdzie. Wolałem już opcję, w której nikt nic nie wiedział, albo dowiedział się, lecz było to od początku do końca zamierzone i planowane.

      - Chodźmy, bo zaraz będzie dzwonek. – To Maxxie przerwał ciszę i wszyscy byli mu za to wdzięczni.

Do końca zajęć zostały jeszcze dwie godziny lekcyjne – niby mało, ale miałem spędzić je w pojedynkę, gdyż Alex miał w tym samym czasie inne przedmioty. Tuż przed tym, jak mieliśmy się rozejść do swoich klas, Smith zrobił coś, czego nigdy w życiu nie zrobił. Chłopak schylił się, chwycił moje dłonie i pocałował każdą z nich w grzbiet. Potem spojrzał mi w oczy, ale jego wzrok był tym razem nieodgadniony i po prostu poszedł sobie, zostawiając mnie samego na korytarzu.

***

       - To jak, powiesz mi, o co chodziło z tym Benem? – Tymi słowami przywitał mnie mój chłopak dwie godziny później, gdy spotkałem go, czekającego na mnie pod klasą.

Alex wydawał się radośniejszy niż wcześniej; znacznie poprawił mu się humor, z czego bardzo się ucieszyłem. Chwyciłem go pod rękę, zaciągnąłem w stronę szatni i dopiero gdy zarzuciliśmy już na siebie kurtki, powróciłem do interesującego go tematu.

      - Wczoraj rano poszedłem pod prysznic, gdzie spotkałem Hanscoma. Taki ciemnowłosy chłopak, najprawdopodobniej z trzeciej klasy, ale to w sumie jest nieważne. Po prostu… zaatakował mnie – urwałem na chwilę, by jak najlepiej dobrać słowa. – Nic mu nie zrobiłem, ale uważał, że spojrzałem na niego w dziwny sposób i że był to wystarczający pretekst do przyciśnięcia mnie do ściany i podduszenia.

Przez cały czas, gdy mówiłem, czułem na sobie wzrok Alexa, jednak nie patrzyłem na niego, tylko przed siebie. Nasze trapery wydawały śmieszne dźwięki, gdy spotykały się z błotnistą nawierzchnią ścieżki prowadzącej do męskiego internatu. Smith na razie milczał, więc kontynuowałem.

      - Tak praktycznie, to nikt z obecnych tam osób nie chciał mi pomóc, ale znikąd pojawił się… Martinez. Przemówił Benowi do rozumu najpierw słowami, a potem pięścią. No i to chyba koniec opowieści.

Dopiero wtedy podniosłem wzrok na twarz koszykarza. Ten nerwowo skubał zębami dolną wargę, a pozioma bruzda na czole pojawiała się na chwilę, by potem zniknąć.

       - Czemu mi o tym wcześniej nie powiedziałeś?

Jego pytanie nieco zbiło mnie z tropu – byłem niemal pewien, że pierwsze co powie, to coś w stylu „Pokaż mi, który to ten Hanscom, pogadam sobie z nim”.

       - Nie chciałem dokładać ci kolejnych zmartwień – powiedziałem, zgodnie z prawdą.

Alex westchnął i zatrzymaliśmy się na chwilę przed wejściem do internatu.

      - Twoje problemy to też i moje problemy – mruknął, gładząc mnie po policzku.

Jakiś chłopak minął nas, rzucając nam ciekawskie i badawcze spojrzenie.

      - Wiem, ale…

      - Żadnych ale – Smith zamknął mi usta lekkim całusem. – Kiedy moi rodzice już sobie pojadą, to pokażesz mi, który to jest ten Hanscom. Pogadam sobie z nim.

Przewróciłem oczami; a jednak chłopak był po prostu sobą. Alex przytrzymał mi drzwi, więc weszliśmy do internatu, w którym było stanowczo zbyt duszno. Rozpięliśmy kurtki, ściągnęliśmy czapki, ale nie trzymaliśmy się za ręce, choć robiliśmy to przez cały dzień. W pewnym momencie poczułem jak chłopak kładzie mi dłoń na pośladku, więc odepchnąłem go ze śmiechem.

      - Przestań! Chcesz żeby trener to zobaczył?

Smith przewrócił oczyma i uśmiechnął się zawadiacko. Dochodziliśmy już do drzwi opatrzonych numerem szesnaście; zaraz mieliśmy wejść do środka i znaleźć się w swoim małym, prywatnym raju. Gdy chwyciłem za klamkę, niesforna ręka Alexa znowu powędrowała w zakazane miejsce, a ja ze śmiechem wszedłem szybko do pokoju, by znaleźć się poza jej zasięgiem.

W pierwszym momencie jej nie zauważyłem. Stało się to dopiero, gdy obejrzałem się do tyłu na Smitha, bo myślałem, że chłopak zacznie mnie gonić. Ten stał jednak w drzwiach, a na twarzy przez krótki moment widniała u niego panika. Odwróciłem się, by podążyć za jego wzrokiem i wtedy dopiero zauważyłem, że przy biurku pod oknem siedziała ciemnowłosa kobieta i mierzyła nas uważnym, ale ostrożnym spojrzeniem.

      - Cześć, Alex – powiedziała, zakładając nogę na nogę.

      - Cześć, mamo.


Rozdział XXXVIII

5 komentarzy:

Rano obudziły mnie promienie słońca świecące mi prosto w oczy zza niezasłoniętej żaluzji. Smith leżał obok z uchylonymi ustami, oddychając głęboko i miarowo. Był poniedziałek, 30 stycznia – dzień, który miał pokazać, czy kolejne dwa lata w tej szkole będą dla mnie piekłem na ziemi.


Odwlekałem jak najdłużej wstanie z łóżka, leżąc na boku i wpatrując się w śpiące oblicze Alexa. Po głowie błądziło mi kilka nieciekawych myśli, a w brzuchu kłębiły się małe grudki strachu. W końcu jednak chłopak mruknął przeciągle, a potem jego oczy otworzyły się, patrząc na mnie przez pozostałość sennej mgiełki.  
    
                - Dzień dobry – szepnął, przeciągając się.

                - Cześć – odpowiedziałem mu cicho.

Nie wiedziałem, dlaczego szeptaliśmy, ale nie byłem w stanie wyżej podnieść głosu. W tej chwili było coś wręcz magicznego, a ja nie chciałem tego psuć. Alex uśmiechnął się, a potem pocałował mnie we wgłębienie u nasady obojczyków; chłopak był w zdumiewająco dobrym humorze, co trochę mnie uspokoiło.

                - Boisz się? – Zapytał nagle.

Nie powiedział nic więcej, ale dobrze wiedziałem co miał na myśli. Pytał, czy boję się konfrontacji z tym wszystkim, co czekało nas dzisiaj w szkole. Było to dla mnie jedną wielką niewiadomą – nie miałem pojęcia w jaki sposób zostaniemy przyjęci, co powiedzą uczniowie i jak zachowają się nauczyciele. Może przejmowałem się tym aż za bardzo, a może nie przejmowałem się tym wystarczająco mocno. Któż wie.

                - A ty? – Odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Wyraz twarzy Alexa spoważniał znacznie; chłopak zmarszczył brwi i spuścił wzrok, wpatrując się bardziej w przestrzeń niż w moje obojczyki.

               - Nie chcę kłamać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, ale nie nazwałbym tego strachem. – Powiedział i na chwilę zamilkł. – Po prostu nie wiem co nas dzisiaj czeka w szkole i wolę nie nastawiać się ani na najgorsze, ani na najlepsze.

Doskonale go rozumiałem – ja sam nie chciałem myśleć o tym, co stanie się gdy wejdziemy do szkoły i spojrzymy ludziom w oczy. Odgoniłem od siebie czarne chmury i w końcu wstałem z łóżka, przechodząc nad Alexem, który nadal leżał pod kołdrą i nie wyglądał jakby miał spod niej w ogóle wyjść. Chłopak powiódł za mną wzrokiem z racji tego, że po nocnych ekscesach nadal byłem nagi i to jednocześnie trochę mnie zawstydziło, ale i podnieciło.

                - Mając takie widoki na co dzień, nie potrafiłbym być pesymistą – rzucił Alex za mną.

Czułem wręcz jak jego wzrok ślizga się po moim ciele, w szczególności poświęcając uwagę dolnej partii pleców. Podniosłem bokserki z podłogi, które trafiły tam w nocy, rzucone pod wpływem impulsu i wsunąłem je na siebie, specjalnie robiąc to nieco powoli, by chłopak zdążył nacieszyć oczy. 

                - Chodź pod prysznic, brudasie – mruknąłem, zarzucając sobie ręcznik na ramię.

Alex jęknął przeciągle w ramach protestu i zakrył się cały kołdrą, a potem odwrócił się do mnie plecami; według niego rozmowa była skończona. Przewróciłem oczami, podszedłem do niego i jednym ruchem odkryłem jego nagie, skulone ciało. Chłopak zaświecił gołym tyłkiem i wcale się tym nie przejął, choć koniec końców odwrócił się do mnie twarzą.

                - Pod jednym warunkiem – powiedział, uśmiechając się przebiegle.

Wiedziałem, że Alex wymyśli zaraz coś głupiego, więc zacząłem zbierać swoje ciuchy, które leżały porozrzucane po pokoju, świadcząc o tym, że wydarzenia wczorajszego wieczoru rzeczywiście miały miejsce. Chwyciłem spodnie za nogawkę i podniosłem je; moje uszy zarejestrowały stłumiony dźwięk wydany przez obiekt, który wypadł z kieszeni i po chwili spotkał się z podłogą okrytą dywanem. Schyliłem się, by podnieść to coś, co okazało się niczym innym jak małym rudym bursztynem należącym do Louisa Martineza.

                - Nawet nie zapytasz jaki to warunek? – Z oddali dobiegł do mnie przekorny głos Alexa, więc wróciłem na ziemię.

W głowie odtworzyły mi się wydarzenia, które miały miejsce na balu; miałem wrażenie, że wczorajszy wieczór zdarzył się co najmniej kilka miesięcy wcześniej, a nie zaledwie siedem godzin temu. Na wspomnienie Louisa ścisnęło mnie lekko w żołądku, tym bardziej, że nadal trzymałem bursztyn w dłoni, gapiąc się w niego, jakbym nie wierzył, że jest prawdziwy.

                - Wszystko w porządku? – Zapytał chłopak z troską. – Jakoś tak umilkłeś.

Pokiwałem głową na znak, że wszystko jest okej i odłożyłem talizman Martineza na biurko. Wziąłem wszystkie potrzebne mi rzeczy, a dopiero potem spojrzałem na Alexa. Koszykarz siedział już na łóżku, nadal w pełnym negliżu i przyglądał mi się, a każdy włos na jego głowie sterczał w innym kierunku.

                - Idę pod prysznic – mruknąłem. – Do zobaczenia później.

***
To, co zdarzyło się w męskiej łazience, zapadło mi na zawsze w pamięć. Podobno ludzie zapamiętują tylko te wydarzenia, podczas których czuli intensywne uczucia – wstyd, złość, czy radość. Ja byłem po prostu przerażony.

Wszedłem do pomieszczenia, mając nadzieję, że nikogo tutaj nie spotkam, ale już od progu przywitały mnie beznamiętne spojrzenia. Miałem wrażenie, że gdy tylko przekroczyłem próg łazienki, wszystkie głosy i śmiechy ucichły, a obecni tam chłopacy wlepili we mnie oczy. Speszyło mnie to niesamowicie, więc po prostu wbiłem wzrok w podłogę i pomaszerowałem do ostatniej kabiny, w której to siedziałem sam kilka godzin wcześniej. Zaciągnąłem zasłonę, ciuchy i ręcznik zostawiłem na taborecie, a potem wszedłem pod prysznic. W pomieszczeniu nadal panowała cisza, lecz gdy puściłem wodę, miałem wrażenie, że dyskusje wybuchły na nowo.

Naprawdę bardzo starałem się nie przejmować całą tą sytuacją, więc wziąłem szybki prysznic i chciałem pójść jeszcze na śniadanie, bo brzuch domagał się ciepłego posiłku. Zarzuciłem na siebie czyste ubrania, złożyłem ręcznik i odsunąłem zasłonę. Mój wzrok padł na dwóch chłopaków, którzy stali pośrodku łazienki i strzelali do siebie ze zwiniętych w rulon ręczników. Nie wiedziałem z którego rocznika byli, ale sądząc po ich wyglądzie i zachowaniu, najprawdopodobniej niedługo kończyli już szkołę. Spojrzałem na nich tylko dlatego, że robili dużo hałasu, ale i tak nie na długo zyskali moją uwagę. Minąłem ich miarowym krokiem, znów próbując wpaść w zamyślenie, gdy usłyszałem krzyk dochodzący zza moich pleców.

                - Na co się gapisz, pedale?

Mimowolnie odwróciłem się, patrząc w twarz jednemu z trzecioklasistów. Chłopak miał ciemne włosy i nastroszone brwi, przez które jego twarz nabierała groźnego wyrazu. Nie miałem pojęcia jak zareagować na jego pytanie, więc po prostu w milczeniu stałem i patrzyłem się na niego tępo.

             - Tak, do ciebie mówię – powiedział. – Nie gap się na mnie tak, jakbyś chciał żebym cię przeruchał.

Jego słowa uderzyły we mnie z mocą; w tym momencie zrozumiałem intencje chłopaka. Trzecioklasista chciał mnie sprowokować i niestety, ale udało mu się to.

                - Nawet nie jesteś w moim typie, koleś – mruknąłem ze złością. – Masz zakazaną gębę.

Trzecioklasista zrobił się czerwony, gdy kilku chłopaków wokół nas wybuchło śmiechem i wtedy byłem już pewien, że na przykrych słowach się nie skończy. Przez chwilę nawet rozważałem możliwość ucieczki, ale było już za późno; ciemnowłosy rzucił się w moją stronę, wyciągając przed siebie ręce. Nie zdążyłem nawet się ruszyć – widziałem tylko te rozczapierzone jak szpony dłonie, które mknęły w kierunku mojego gardła.

                - Ben, daj spokój! – Krzyknął jego kolega, próbując oderwać go ode mnie, jednak bez skutku. – Przecież on ci nawet nic nie zrobił!

Zostałem przyparty do ściany tak, że jego przedramię miażdżyło mi boleśnie gardło. Oczywiście próbowałem się szarpać, ale chłopak miał nade mną przewagę kilkunastu centymetrów wzrostu i co najmniej dwudziestu kilogramów wagi. Za jego plecami widziałem innych lokatorów męskiego internatu, którzy szybko wychodzili z łazienki, tak jakby nie chcieli być świadkami tego incydentu.

                - Teraz już nie jesteś taki wyszczekany, co?

W tym momencie zaczęło brakować mi powietrza, a ściany łazienki zamazały się znacznie. Od kiedy się obudziłem, podświadomie wiedziałem, że ten dzień nie będzie należał do udanych, mimo, że nie chciałem się w jakikolwiek sposób nastawiać. Nie wiedziałem jednak, że dojdzie do czegoś takiego.

                - Pu..uś..ć… - wycharczałem ostatkiem sił, czując jak okropnie kręci mi się w głowie.

Nie miałem już nawet siły się szarpać, choć i tak nic to nie dawało. Czy tak oto miałem skończyć? Uduszony przez jakiegoś trzecioklasistę o imieniu Ben, który bał się o własny tyłek, choć nie miał co do tego powodu? Co jak co, ale taka śmierć byłaby naprawdę głupia. Na szczęście ktoś z niewielkiego już tłumu gapiów zdecydował się zainterweniować i pomóc mi. Widziałem tylko jak od strony drzwi zbliża się w naszą stronę sylwetka, która mogła należeć do każdego, ale ważne było, że nowo przybyły wyglądał na silniejszego i masywniejszego od Benjamina, który przyciskał mnie w jakże romantyczny sposób do ściany.

                - Hanscom, puść go. – Silny głos postaci doszedł do mnie jak zza kurtyny wody.

Poczułem, jak uścisk na mojej szyi nieznacznie ustępuje, więc skorzystałem z okazji i wciągnąłem nieco drogocennego powietrza do płuc. Ben odwrócił się w stronę wysokiej postaci.

                - Bo co? – Zapytał, szczerząc się.

Przez chwilę miałem wrażenie, że trzecioklasista splunie na podłogę w geście zlekceważenia, ale nie zrobił tego. Znów przycisnął mnie mocniej do ściany, więc świat jeszcze bardziej mi się rozmył.

                - Słuchaj, szczylu – powiedział tamten. – Jako młodszy, ale mądrzejszy kolega, radzę ci, żebyś zostawił tego chłopaka w spokoju. Tak czy inaczej masz przejebane, bo trener na pewno się o tym dowie, ale jeśli go w tej chwili nie zostawisz, to oprócz kary od Randalla, dostaniesz jeszcze gratisowy wpierdol ode mnie.

Uścisk znów zelżał, więc łapczywie nabrałem powietrza w płuca. W mojej podświadomości rozbrzmiał alarm, który świadczył o tym, że właściciel głosu był przeze mnie znany. Nie byłem jednak w stanie jasno myśleć. Dopiero gdy Ben, któremu mina już zrzedła, zabrał rękę i stanął do mnie plecami, obsunąłem się po ścianie i zacząłem kaszleć, trzymając się za gardło – przyjemnie, ale zarazem boleśnie było znów oddychać.

                - Nawet nie myśl sobie, że się ciebie boję, Martinez – warknął Hanscom.

Martinez? – Przeleciało mi przez myśl.

Wciąż z trudem łapałem oddech, ale przynajmniej wszystko znów stało się wyraźne, a kręcenie w głowie ustało. Spojrzałem na dwóch mierzących się wzrokiem chłopaków i rzeczywiście – jednym z nich był Louis, dzierżący na twarzy na wpół zirytowany i na wpół zniecierpliwiony grymas.

        - Proszę bardzo, droga wolna, możesz śmiało wyjebać go w dupę, bohaterze – powiedział trzecioklasista.

Najwyraźniej chłopak pojął, że przemocą nic już nie wskóra, bo Martinez miał nad nim przewagę. Dlatego tez Hanscom przyjął strategię, która polegała na jak najdotkliwszym kąsaniu słowami, co niestety wyprowadziło Louisa z równowagi. Były kapitan drużyny koszykarskiej zamachnął się szybko, a sekundę później jego pięść rozgniotła wargę Bena o jego własne zęby. Ciemnowłosy krzyknął zdziwiony i złapał się za bolące miejsce, a z pomiędzy palców jego rąk pociekła strużka krwi.
Próbowałem się podnieść, ale za pierwszym razem nogi odmówiły posłuszeństwa i zakręciło mi się w głowie. Wtedy Martinez złapał mnie pod ramię i pomógł mi wstać, a ja nie protestowałem.

                - Nic ci nie jest? – Zapytał z beznamiętną miną i bezbarwnym głosem.

                - Już jest dobrze – powiedziałem cicho. – Dziękuję.

Martinez odwrócił się do mnie plecami i zaśmiał się pod nosem. W tym momencie Ben wyszedł chwiejnym krokiem z łazienki, nadal trzymając się za szczękę.
               
                - Nie dziękuj, nie zrobiłem tego dla ciebie. Po prostu nie lubię kiedy ktoś znęca się nad słabszymi od siebie.

Nie skomentowałem jego słów. Uderzył mnie ton, jakim do mnie mówił – to, w jak zimny sposób się do mnie zwracał. Czy to możliwe, że aż tak bardzo zmienił do mnie nastawienie? Głowę wypełniły mi wspomnienia naszych rozmów przed i w trakcie balu, to jak się do mnie uśmiechał i jaki był miły. Teraz to wszystko zniknęło i dopiero tak naprawdę pojąłem, jak bardzo skrzywdziłem tego człowieka.

                - Louis, czy mogę coś zrobić, żeby ci to wynagrodzić?

To zdanie zawierało dwa dna; po pierwsze, chciałem wynagrodzić mu to, że uratował mnie przed uduszeniem przez Hanscoma, a po drugie, czułem ogromne wyrzuty sumienia przez to jak potraktowałem go dzień wcześniej. Nie wiedziałem jednak czy chłopak wyczytał to z moich słów.

                - Nie kłopocz się tym – mruknął i podążył w stronę wyjścia nawet na mnie nie patrząc. – A nie, jednak możesz coś zrobić – przystanął na chwilę i rzucił mi spojrzenie zza ramienia.

                - Co takiego? – Zapytałem automatycznie.

Martinez uśmiechnął się jednym kącikiem ust, tak, że połowa jego twarzy nadal była lodowato zimna.

                - Oddaj mi mój bursztyn – powiedział, a po krótkiej chwili dodał. – I serio, zagraj kiedyś ze mną w kosza.

Potem chłopak opuścił pomieszczenie, zostawiając mnie samego. Chwyciłem swoje rzeczy i szybko wyszedłem na korytarz, ale nie zobaczyłem już tam sylwetki Martineza.

Nie ma co, świetny początek dnia.

***
Wracając do pokoju, miałem nadzieję, że chociaż Alexowi powiodło się lepiej niż mi. Chłopak poszedł na poranny trening, gdzie czekała go konfrontacja z trenerem Randallem i podstawowym składem drużyny. Obawiałem się, że pozostali Wielcy Ważniacy mogli sprawić mu kłopoty, ale wolałem o tym nie myśleć. Miałem zbyt wiele innych rzeczy na głowie, by zaprzątać ją sobie negatywnymi wymysłami.

Akurat kiedy pakowałem plecak, ktoś zapukał do drzwi pokoju, sprawiając tym, że serce podskoczyło mi do gardła. Oczywiście byłem już pewien, że to Hanscom z zamiarem zemsty lub pan Randall chcący zadać mi kilka pytań dotyczących sytuacji w łazience. Przeszedłem z wahaniem przez pokój i chwyciłem za klamkę, przygotowując się na najgorsze.

                - Cześć, Gabe – mruknął do mnie Jasper.

Chłopak wsunął się do środka przez szparę w drzwiach, a za nim wszedł Maxxie. Kiedy dotarło do mnie, że nie mam kłopotów, uśmiechnąłem się z radości na ich widok.

                - Cześć – odpowiedziałem.

Roberts wciągnął ostentacyjnie powietrze do nosa, a potem pomachał sobie przed nim dłonią w bardzo znanym geście.

                - Powinniście częściej wietrzyć – mruknął. – Unosi się tu zapach seksu.

Corbin parsknął śmiechem, a ja przewróciłem oczami. Jasper jak zawsze musiał powiedzieć choć jeden sprośny żart, kiedy już znajdował się w towarzystwie.

                - A tak na serio – zaczął Maxxie, uciszając swojego chłopaka dłonią. – Przyszliśmy po ciebie, aby bezpiecznie eskortować cię do szkoły. Słyszeliśmy już, co stało się w łazience i co zrobił ci ten oblech. Cała szkoła o tym gada i przez najbliższy czas niestety nie ma zamiaru przestać. A my nie chcemy, żeby naszemu ulubieńcowi coś się stało.

Roberts kiwał tylko głową, bo Maxxie skutecznie uciszał go wciąż dłonią. Widząc ich zapał, poczułem ogromną, niewysłowioną wdzięczność, a ciężar (z którego nawet nie zdawałem sobie sprawy) spadł mi z serca.

                - Dziękuję, naprawdę dziękuję.

              - Nie ma za co, gżdylu. Może kiedyś, gdy najdzie nas ochota na trójkącik, to będziesz miał okazję żeby nam to wynagrodzić. – Jasperowi udało się uciec spoza zasięgu dłoni swojego chłopaka.

Corbin jedynie pokiwał głową ze zrezygnowaniem, bo kiedy Robertsowi zabraniało się opowiadania zboczonych bądź suchych żartów, on z premedytacją sypał nimi z rękawa.

***
Dzięki małej eskorcie wejście do szkoły nie było aż tak trudne jakie byłoby w pojedynkę. Wmaszerowaliśmy razem, rozmawiając o czymś względnie neutralnym, starając się nie zwracać uwagi na ludzi wbijających w nas wzrok. Sam nie wiedziałem, czy Jasper i Maxxie byli zadeklarowanymi gejami, ale po tej eskapadzie na sto procent wiele osób uzna ich także za homoseksualistów, tylko dlatego, że szli w moim towarzystwie. Z jednej strony miałem wyrzuty sumienia, ale byłem pewien, że sam nie dałbym rady przejść nawet ścieżką prowadzącą z internatu do budynku lekcyjnego.

A więc szliśmy; ja w środku, Roberts po mojej lewej, a Corbin po prawej. Para dodawała mi otuchy samą swoją obecnością, więc byłem w stanie odwzajemnić spojrzenia niektórych osób. W pewnym momencie nawet uniosłem głowę i utkwiłem wzrok w dali, przed sobą, zamiast ciągnąć go po ziemi niczym winny, który szedł na lincz. No bo co ja takiego zrobiłem? Czy zbrodnią jest pokochanie kogoś? Czy to źle, że chcę być szczęśliwy? Odpowiedzi na te pytania nasuwają się same. Jednak gdy dotarliśmy pod moją klasę i nadszedł czas rozstania, pewność siebie opuściła mnie i znów unikałem skrzyżowania wzroku z kimkolwiek innym.

               - Trzymaj się, Gabe – mruknął Jasper i położył mi dłoń na ramieniu w geście otuchy. – Nie pozwól im na to, byś wstydził się samego siebie z ich chorych powodów.

Maxxie poklepał mnie po plecach, a potem oboje ruszyli korytarzem, zostawiając mnie samego. Westchnąłem, mając nadzieję, że uda mi się przeżyć do dzwonka obwieszczającego początek matematyki.

***
Pierwszy raz przez całe czterdzieści pięć minut robiłem zadania, które pan Raven wypisał wcześniej na tablicy. Siedziałem w milczeniu, a mój długopis zapisał tego dnia prawie dziesięć kartek A4 w zeszycie od matematyki. Podświadomie jednak zastanawiałem się jak radził sobie Alex, który aktualnie powinien już kończyć poranny trening i iść na naszą wspólną lekcję biologii, której już nie mogłem się doczekać.

Kiedy lekcja dobiegła końca, zerwałem się z krzesła i wybiegłem na korytarz, by udać się pod salę biologiczną. Tam, oparty o ścianę, stał Alexander, na którego widok moje serce szybciej zabiło. Chłopak zobaczył mnie i wtedy też się uśmiechnął, a gdy byłem już wystarczająco blisko, chwycił mnie w ramiona i zanim zdążyłem zareagować, pocałował mnie prosto w usta. Odepchnąłem go szybko, zszokowany, rozglądając się dookoła po równie zdziwionych jak moja minach obserwatorów.

                - Oszalałeś? Przecież ludzie to widzą – syknąłem tak, żeby usłyszał to tylko Alex.

                - I tak wszyscy już wiedzą. – Koszykarz wzruszył ramionami i wcisnął ręce w kieszenie.

Westchnąłem ciężko; cały czas starałem zachowywać się tak, by nie dawać innym jeszcze więcej powodów do nienawiści, a on najzwyczajniej na świecie niczym się nie przejmował. Już chciałem wylać moje gorzkie żale, gdy chłopak wyprzedził mnie, tym razem mówiąc już ciszej.

                - Klub czubków dzwonił i obwieścił, że przyjedzie najprawdopodobniej pojutrze – mruknął prawie że pod nosem.

Lekko mnie zatkało; miałem nadzieję, że rodzina Smitha przyjedzie nieco później, gdy plotki w szkole przycichną, ale najwyraźniej moje modły nie zostały wysłuchane.

                - No to nieciekawie – skomentowałem. – A jak tam trening? Obyło się bez kłopotów? Trener coś mówił, albo ktoś z drużyny?

Alex znów wzruszył ramionami, tak jakby w ogóle nie obchodziły go opinie innych.

                - Dostałem opierdziel od trenera, za bójkę z Martinezem, to tyle. Chciał mi chyba coś jeszcze powiedzieć, ale miałem wrażenie, że chyba nieco się wstydził poruszyć temat. – Chłopak zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli. – No i Nick próbował w szatni opowiedzieć jakiś żart o pedałach, ale Brandon zdzielił go ręcznikiem po twarzy, więc jeśli zobaczysz dziś kogoś z czerwoną pręgą na poliku, to wiedz, że trafiłeś na Stevensa.

Odetchnąłem z ulgą – jeśli chociaż Alexowi nie przydarzy się nic złego tego dnia, to będzie to połowa sukcesu. Już chciałem opowiedzieć mu o porannej sytuacji w łazience, gdy chłopak zaczął wywód.

                - Zastanawiam się, co zrobię z moją matką. Ojczyma się nie boję, bo on jest tylko jej cieniem, ale Michael też może sprawić kłopoty. Nie wiem po co w ogóle ciągną ze sobą tego idiotę, kiedy ten powinien się uczyć – urwał i zamilkł, gryząc ze złości wargę. – Mam nadzieję, że chociaż będę mógł spędzić dużo czasu z Vi, bo to jest jedyny powód, dla którego cieszę się z ich przyjazdu. 

W tym momencie zrozumiałem, skąd wzięła się ta pozorna obojętność na obecną sytuację w szkole – po prostu myśli chłopaka zajęte były tylko i wyłącznie tymi niefortunnie wplecionymi w czas odwiedzinami. Widać było, że Alex stresował się na samą myśl o tym, lecz próbował to skrzętnie przede mną ukrywać, pewnie nie chcąc przysporzyć mi dodatkowych zmartwień. Dlatego też podjąłem decyzję, by na razie nie mówić mu o Hanscomie, tym bardziej, że pewnie poszedłby bezmyślnie do niego i próbował zdziałać coś swoimi pięściami, a tego właśnie chciałem uniknąć. Widząc na jego czole lwią zmarszczkę spowodowaną zbyt intensywnym myśleniem, postanowiłem rozluźnić atmosferę.

                 - Hej, zawsze możemy nastawić się negatywnie na tę wizytę. Jeśli rzeczywiście wypadnie źle, to przynajmniej się na to przygotujemy, Lecz jeśli wypadnie dobrze, to będziemy się z tego podwójnie cieszyć, bo nie spodziewaliśmy się tego – powiedziałem możliwie jak najradośniejszym tonem.

Smith uśmiechnął się lekko, ale zmarszczka z czoła nie zniknęła. No cóż, trzeba było wytoczyć ciężką artylerię. Wspiąłem się na palce i pocałowałem chłopaka w policzek, na co on zrobił wielkie oczy. Podziałało.

                - A co to za mały hipokryta przed chwilą mówił mi, żebym go nie całował, bo ludzie patrzą? – Zapytał, a w jego głosie usłyszałem radosne nuty.

Wspiąłem się jeszcze raz na palce i tym razem chwyciłem jego twarz dłońmi, a potem pocałowałem go mocno w usta. Poczułem jak chłopak obejmuje mnie w talii i lekko unosi, by zrównać nasze głowy.

                - Co jak co, ale nie mam nic przeciwko takiemu rodzajowi hipokryzji – mruknął mi potem do ucha.

Zadzwonił dzwonek, więc weszliśmy do klasy, trzymając się za ręce. Przy Alexie nie wstydziłem się tego, kim byłem i niczego się nie bałem. Najważniejsze było to, że był obok mnie.

***

Reszta dnia minęła już bez żadnych ekscesów. Lekcje dłużyły się, ale po przerwie obiadowej czas przyspieszył, tak, że nim się obejrzeliśmy, byliśmy już w szatni i zakładaliśmy kurtki. Nikt nas nie zaczepił, nikt nie powiedział żadnego przykrego słowa. Coraz rzadziej rzucano nam spojrzenia na korytarzach, choć podczas posiłku spoglądało na nas wiele osób z sąsiednich stolików. Odpowiadaliśmy im uśmiechami, lub skinieniem głową, a wtedy oni odwracali się, zawstydzeni swoim zachowaniem. Byłem zadowolony z takiego obrotu spraw, bo w tym tempie zapowiadało się, że będziemy na językach uczniów maksimum tydzień.

Wychodząc już ze szkoły, w towarzystwie Jaspera i Maxxiego, szedłem za rękę z Alexem. Na dworze owionął nas ciepły wiatr i miękkie promienie słońca, które przygotowywało się powoli do schowania się za linię widnokręgu. Śnieg, którego z każdym dniem ubywało, w niektórych miejscach zaczął odsłaniać zimozielone połacie trawy. Z zimnych miesięcy został jeszcze luty, ale gdy człowiek patrzył w niebo tego późnego popołudnia, nie był w stanie uwierzyć w to, że zima ma trwać jeszcze tak długo.