Od tego incydentu minął pełny tydzień. Przez cały czas starałem się unikać Wielkich Ważniaków, bez względu na to, gdzie się znajdowałem. Na stołówce, podczas posiłków, wybierałem stoliki jak najbardziej oddalone od „Stołu Szlachty”, gdzie siedziała drużyna koszykarska wraz z cheerleaderkami. Podczas wspólnych lekcji siadałem z przodu klasy i próbowałem skupić się na temacie, lecz moje myśli zalewały intensywne wyobrażenia sytuacji, w których Nick, Brandon i Alexander przyszpilają mnie do ściany któregoś z pustych korytarzy lub wrzucają do śmietnika przy akompaniamencie śmiechu gapiów. Te wyobrażenia były tak mocno nierealnie jak i przerażające, jednak szczerze musiałem przyznać, że bałem się naszego kolejnego „spotkania”. Obawiałem się, że następnym razem nie będę miał tyle szczęścia i nie skończę z kilkoma siniakami, tylko z połamaną ręką lub nogą. Najgorsze w tym wszystkim było to, że znając życie i mojego farta, Wielkim Ważniakom znowu by się to upiekło
Kiedy nie dotykałem siniaków,
wszystko było w porządku. Natomiast kiedy niechcący uderzyłem się w opuchnięte
miejsce lub ktoś wbił mi łokieć w brzuch, przepychając się do wyjścia, nie
potrafiłem powstrzymać syknięcia spowodowanego bólem. Niestety za dużo było
takich sytuacji podczas mojego normalnego dnia w szkole, dlatego też
postanowiłem w końcu (głównie z powodu desperacji) udać się do szkolnej
infirmerii.
Po ostatnim dzwonku obwieszczającym koniec zajęć, wyszedłem z budynku lekcyjnego i skręciłem w prawo, w stronę mniejszego,
nieco niepozornego kompleksu, w którym mieściło się królestwo szkolnej
pielęgniarki. Z przyzwyczajenia rozejrzałem się na boki, wypatrując Wielkich
Ważniaków, ale nie widząc ich, z ulgą otworzyłem drzwi. Wchodząc już na
korytarz w odcieniu pedantycznej bieli, czułem nieprzyjemne skurcze żołądka.
Stresowałem się, ponieważ pierwszy raz byłem w tej części szkoły, ale to nie
przeszkodziło mi w wyobrażaniu sobie jak mimo wszelkich znaków świadczących o
ich nieobecności, Wielcy Ważniacy skradają się za mną lub czają tuż za zakrętem.
Powoli wpadałem w paranoję.
* * *
- W czym mogę ci pomóc, chłopcze? – Spytała pielęgniarka siedząca za
biurkiem.
Kobieta wyglądała na około
czterdzieści pięć lat i nazywała się Isabella McCarthy, o czym poinformowała
mnie matowa plakietka przypięta do kieszonki jej uniformu. Starałem się być dla
niej miły, ale utrzymywałem pewien dystans; od kiedy przeczytałem „Misery”
Stephena Kinga, każda pielęgniarka wyglądała dla mnie jak życzliwa morderczyni
– Annie Wilkes. Siliłem się, by powstrzymać wpływ książkowego świata na świat
prawdziwy, więc uśmiechnąłem się z zakłopotaniem.
- Mam problem. Kilka dni temu zdarzył mi się mały wypadek i nabiłem
sobie siniaki, które teraz strasznie mnie bolą – wyjaśniłem, widząc oczami
wyobraźni jak Isabelle-Annie wyciąga spod biurka siekierę i szczerzy się
złowieszczo.
Zamiast tego kobieta po prostu wsunęła na nos
okulary i wstała.
- Pokaż mi te siniaki.
Zawahałem się, ale koniec końców
podwinąłem koszulkę do brody. Pielęgniarka wydała krótkie „Oh!”, nie kryjąc
zdziwienia, po czym zadała oczywiste pytanie:
- Co ci się stało?
Chociaż czułem się żałośnie, że nie mogłem powiedzieć prawdy, to z drugiej strony nie uśmiechała mi
się kolejna kara wymierzona przez Wielkich Ważniaków. Dobra, przypuśćmy, że
wyznałbym Isabelle-Annie, co tak naprawdę spotkało mnie tydzień temu.
Pielęgniarka, znając życie, przekazałaby tę informację opiekunowi naszego
internatu, który niezwłocznie wezwałby trio moich oprawców do swojego gabinetu,
by dać im naganę. Wszystko to nie wchodziło nawet w grę, bo Wielcy Ważniacy
wiedzieliby, kto na nich doniósł i gdzie go szukać, by dokonać zemsty, a pewnie
byliby wtedy niezwykle rozwścieczeni, co z kolei byłoby fatalne w skutkach dla
mojej osoby. Podsumowując – najlepiej trzymać jadaczkę na kłódkę.
- Spadłem z łóżka.
Kobieta zmierzyła mnie wzrokiem,
podczas gdy ja usiłowałem przybrać kamienny wyraz twarzy. Po chwili dała za
wygraną, co objawiło się krótkim, głębokim westchnięciem.
- No dobrze – stwierdziła, taksując nadal wzrokiem mój tors. – Jesteś
alergikiem?
- Nie, raczej nie – odpowiedziałem cicho.
Isabelle-Annie zasiadła znów za
biurkiem, chwilę szperała w szufladzie, po czym z jednej z nich wyciągnęła
prostokątne, małe pudełko.
- Najpierw przeczytaj skład i zorientuj się, czy nie jesteś na nic
uczulony. Jeśli nie, maść jest twoja. Powinieneś smarować siniaki kilka razy
dziennie i rób to regularnie – mruknęła, podając mi ulotkę leku. - Jeśli znów
nie spadniesz z łóżka, siniaki na pewno dosyć szybko się zagoją – poczułem na
sobie jej znaczące spojrzenie.
Szybko przewertowałem wzrokiem skład
maści, udając że skupiam się i myślę nad poszczególnymi substancjami, a potem kiwnąłem
głową.
- Wszystko w porządku – oznajmiłem.
Pielęgniarka wypełniła coś w swoich
papierach, poprosiła mnie o podpis dokumentu, a potem podała mi fioletową tubkę
maści.
- Do koloru – rzekła i uśmiechnęła się tak, jakby to, co właśnie
powiedziała, było naprawdę śmieszne.
Kobieta zanotowała coś w zeszycie i
spytała:
- Jak się nazywasz, chłopcze? Twój podpis jest strasznie nieczytelny!
- Gabriel Phantomhive – mruknąłem.
Isabelle-Annie na powrót zagłębiła
się w papierologii, więc uznałem, że mogę już wyjść, bo zdobyłem to, po co
przyszedłem. Schowałem maść do kieszeni bluzy i wyszedłem z gabinetu. Tym razem
gdy przemierzałem pedantyczny korytarz infirmerii, czułem do siebie lekką
pogardę i wstręt. Ile osób jeszcze będę musiał okłamać, by chronić tyłki
Wielkich Ważniaków?